2016-09-07

Klub włóczykijów i tajemnica dziadka Hieronima [2015]

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron – powiedział reżyser Zagajny, przeżuwając paróweczkę.
Na film Tomasza Szafrańskiego można patrzeć nawet z trzech stron.

Wuj w stanie zapatrzenia

Strona pierwsza to film przygodowy dla dzieci i/lub młodzieży. Dziwny film. Łysy wuj szuka butów po dziadku alkoholiku, bo w butach tych ma być wskazówka, prowadząca do skarbu. Czemu, kurde, w butach? Nie dało się znaleźć jakiejś bezpieczniejszej kryjówki? Buty, na przykład, czasem przemakają, czasem się rozpadają, a czasem ktoś je kradnie. Znaczy, dla bezpieczeństwa można nosić buty na nogach 24/7/365, ale wtedy nie przetrwa albo wskazówka, albo poszukiwacz, albo jedno i drugie.

Śladem wuja podąża dwóch tajemniczych don Pedrów, z których jeden wygląda jak spocony fryzjer ze Starej Zagory, a drugi nie wygląda wcale, bo broda i wytrzeszcz to jeszcze nie wygląd. Wujowi pomaga bezbarwny siostrzeniec w wieku... yyy... 8-10 lat?... kolega siostrzeńca, marzący, by w przyszłości zostać recydywą, nastoletni hipochondryk i blond-opiekunka z aktorskiej szkoły im. Karoliny Gruszki, wydział grania grdyką. 

Szukanie skarbu odbywa się przy pomocy serii losowo zestawionych scen, bez większego związku pomiędzy. Moją ulubioną sceną jest ponad minutowa scena leżenia, miejsce drugie zajął czterdziestosekundowy zestaw spojrzeń (twórcy oszczędzali, więc był to zestaw dwóch spojrzeń), a o półtoraminutowej scenie, w której bohaterowi chodzą, nie warto nawet wspominać, bo chodzą, więc coś jednak na ekranie się działo. W scenie leżenia też się działo, bo po 90 sekundach leżenia bohaterowie zaczęli rozmawiać, a potem jeszcze przyszły zabłąkane grafiki, ale to jednak samo leżenie było istotą gwoździa do clou.

Wuj w stanie rozkładu

Intryga jest nieco (taki eufemizm) dęta i prowadzona tak niechlujnie, że momentami było mi za twórców wstyd przed dzieciakami, które trafią na ten film. Mały/młody widz też jest widzem i trzeba go traktować poważnie, a nie kręcić olewczej chałtury pod hasłem: „przecież te szczeniaki i tak niczego nie zauważą, więc kij z konsekwencją, starannością, logiką, Rzym, Krym, czy lubelskie buraki – jedna cholera, odpitolmy to szybko, zainkasujmy i w nogi.

– Wuju, a dlaczego dziadek nie przywiózł skarbu do domu?
– Była wojna, drogi chłopcze, potem ciągłe zagrożenie ze strony Sowietów.
– Chudefakis Sowietów? – powinno zapytać w tym momencie dziecię nieletnie, a potem zacząć drążyć, czy owo zagrożenie było tak absolutne, że dziadek naprawdę przez 40 lat nie mógł się ruszyć z domu na krok, ale może lepiej, że nie drążyło, bo wg twórców tak chyba właśnie wyglądał PRL: permanentna inwigilacja, lampa w podłodze, odkurzacze jedzące paproszki z ręki ubecji i donoszące pod płaszczykiem...
– Dziadek już nigdy nie wyjechał z Pułtuska... – mamrotał łysy wuj.

Frustracja dziadka była tak wielka, że wzrosło mu spożycie procentów, a że babcia cięta była na ochlaptusów, ukrywał butelki w okolicznych dziuplach, osobliwie tych, położonych trzy-cztery metry nad ziemią. Hmm, albo był to wesoły facecik w klimatach Kareema Abdul-Jabbara, pakujący flaszki w dziuplę slam dunkiem albo z babcią było coś nie teges, bo zataczający się po ogródku dziadek z drabiną plączącą się między pniami i kończynami, raczej powinien zwrócić jej uwagę.

Dziupla. I skojarzenia. Słucham?... Z okiem Saurona, oczywiście!

A zakończenie filmu było głupie. Ale tak nie tak po prostu głupie, tylko głupie solidnie, z przytupem i przysiadem, inkrustowane serią sztucznych śmiechów głównych postaci, przeskoków kamer z jednej twarzy na drugą, panie Ziutku, no, niechże się pan zaśmieje, naprawdę, ale tak z uczuciem, przecież to zabawne ma być, a mamy jeszcze dwie minuty do nakręcenia...

Wypatrzyliście to zakończenie w jakimś katalogu mody? A może do końca nie wiecie, co napisaliście? – zżymał się opalony krytyk w garniturze – Zajebaliście je z pomocy dla powodzian? Pies wam je wszamał, a potem zwrócił? Chciałbym poznać historię tego zakończenia! Jak byłem w technikum, to nam takie na warsztatach dawali.
Gdzie jest twój skarb, tam jest serce twoje, jak to mówią – skomentowała filmowa opiekunka, jednym uśmiechem grdyki robiąc sobie trzy podbródki.

OK, w sumie rzeczywiście ewangeliści między pitą a humusem rzucali sobie takim bon motem, ale ja tam wolę wersję Pana Samochodzika czyli „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”, bo w tej wersji skarb utożsamiony jest z uczuciem, a nie uczucie ze skarbem. Niby różnica tekstowo niewielka, ale znaczeniowo ogromna, oddzielająca romantyków od materialistów
Ale może reżyser ma inaczej? – wtrącił Głos Wewnętrzny.
Rzeczywiście, chyba ma, ale do tego jeszcze wrócimy.

Pierwsi widzowie pękli już po 30 minutach.

Aktorsko nędznie. Dziecięcy aktorzy odbiegali od polskiej normy „zepsutego robocika”, zacinającego się na co drugim wyrazie i stawiającego kropki w miejscach losowych, ale za dobrze też nie było – dzieciaki wystrzeliwały każdą kwestię z prędkością miksera i z taką też dykcją, więc nie zawsze wiadomo było, o co im chodzi, a fakt, że posługiwały się głównie krzykiem, nie pomagał. Hipochondryczny młodzian posługiwał się głównie wytrzeszczem, blond opiekunka posługiwała się grdyką i podbródkami (a okrutny kamerzysta filmował ją z profilu i długo, więc każdy mógł sobie je obejrzeć i policzyć). 

Tomasz Karolak zamordował doktora Kadrylla, a następnie poćwiartował zwłoki oraz rolę i ukrył je w miejscu bliżej nieznanym, Wojciech Mecwaldowski w roli Wieńczysława Nieszczególnego był przykry, ale miał przynajmniej jedną dobrą scenę (w hołdzie starym dobrym serialom „poleciał” Henrykiem Gołębiewskim i zrobiło się naprawdę zabawnie), a Mikołaj Grabowski mógł sobie darować występ w tym gniocie. Nie, przepraszam – nie „mógł” – powinien sobie darować. Nie darował sobie, czego z kolei ja mu darować nie mogę.

A aktor grający łysego wuja? – zapytał Głos Wewnętrzny.
Katastrofa. Ale kiedy nabór do roli następuje wyłącznie wg kryteriów: „ma być łysy i gruby”, to trudno się dziwić. Bogdan Kalus jest zapewne sympatycznym człowiekiem, być może lubi koty, kwiatki i pierogi z kapustą, ale aktorem jest, niestety, co najwyżej słabym i w „Klubie włóczykijów” było to widać boleśnie.
Przesadzasz, dzieciom się podobał – wtrącił sąsiad, który właśnie wrócił z seansu.
Łysy, gruby, z solidnymi "Breżniewami" nad wybałuszonymi oczami, z wiecznie otwartymi ustami, taki kanoniczny miś z kreskówek albo duża świnka Pepa – trudno, żeby się dzieciom nie podobał. Co nie zmienia faktu, że jest cienki i grał fatalnie.

Dżentelmen o nienagannych manierach, pachnący jaśminem... Widać, nie?

Zdjęcia przeciętne, montaż tragiczny, muzyka... OK, tu rzeczywiście można postawić plus. Nie, żeby wychodzący po seansie widzowie gwizdali motywy przewodnie, co to to nie... ale muzyka stanowiła największy atut filmu: budowała klimat, ciągnęła widza za sobą, podpowiadała widzowi, co to tak naprawdę dzieje się na ekranie (bo twórcy i aktorzy mieli z tym czasem poważny problem). Żadne wiekopomne dzieło, powiedziałbym, że nawet mocno wtórne, ale swoją funkcję użytkową muzyka spełniła. Ciekawe, czy jakiś wpływ na to miał fakt, że do jej napisania wynajęto rzemieślnika z zagranicy, a nie szwagra reżysera albo wujka producenta...

Efekty specjalne, drony, szmony... Drony były, bo w każdym współczesnym polskim filmie muszą być zdjęcia spod chmurki – taka moda. Cała F/X-owa para poszła w czołówkę i reszta efektów specjalnych sprowadziła się do wklejania w film rysunków/malunków i poruszaniu nimi za pomocą sznurka kursorka. 

Dialog niedobre. Sztywno, drętwo, sztucznie, a momentami człowiek czuł się jak w bramie starej kamienicy: wiało przegniłym drewnem, moczem i przedwczorajszą pomidorową.
– Legendarny wujek Dionizy zwany łysym wariatem
– Dionizy Kiwajłło, morda taka, łysy łeb...
– Szyby całkiem powybijali, burdel, gnój!
Wdzięk, co nie?
Zaczynał od samochodów, potem awansował na włamy, a jak wyjdzie z kicia za dwa lata, to jeszcze mnie nauczy kroić portfele – to jedno z dzieciąt nieletnich dzieli się marzeniami. Nie ma to jak filmy dla młodzieży, rozwijające w targecie ambicję i miłość do wiedzy.

Ameryka, Ameryka!... Schody, pióra, iluminacje, limuzyny, lincolny, a tu? Rumunia, Rumunia, panowie...

A w charakterze deseru: piosenka „Zdobądź szpady, muszkieterze, i en garde”. Tak, dobrze słyszeliście/przeczytaliście: „zdobądź”.
Ale „en garde”! – docenił Głos Wewnętrzny.
Ale, kurwa, „zdobądź”? Edmund Niziurski się w grobie przewraca, bo u niego polszczyzna była „w swoim własnym domu”, dialog miał moc, fraza miała niepodrabialną melodię, a cytaty z – wieczne mają miejsce w pamięci pokoleń.

I tu druga strona, z której można oglądać ten film – jako ekranizację książki Edmunda Niziurskiego
Nie ekranizację – żachnęli się twórcy, wskazując napis „film inspirowany...” – Inspiracja to nie ekranizacja.
Dupalalahuzibobo i nie ze mną takie alibi, Brunner. Chcieliście się zaledwie „inspirować”, to trzeba było nazwać film „W pogoni za skarbem” albo „Z wujem przez góry, doliny i tajemnice”, zmienić imiona bohaterów itd. Twórcy tymczasem świadomie i z premedytacją posłużyli się tytułem, imionami i nazwiskami autora oraz głównych postaci, schematem intrygi itd. A potem wyrzucili z oryginału wszystko, co stanowiło istotę książki i co wyróżniało „Klub włóczykijów” spośród innych książek przygodowych. Stryja Dionizego przerobili na tępaka w krótkich spodenkach, dystyngowanego Bogumiła Kadrylla na łysiejącego Zenka w kapelutku, z Pirydiona Młodszego zrobili patologię, z Pirydiona Politechnicznego – gostka z nadciśnieniem hormonalnym, wdzięk książki utopili w beczce z kiszoną kapustą... och, przepraszam – nie było kiszonej kapusty, były ostrygi, bo kiszona kapusta nie konweniuje z nowoczesnością... oryginalną frazę Niziurskiego przerobili na niezrozumiały bełkot i nawet, kurde, śparogów nie dali!

Zamiast śparogów był aktor próbujący grać twarz końską, rzekłbym mulą”, niestety wyszła mu zaledwie kozia.

– Czy łatwo było Państwu znaleźć dystrybutora?
Z tym nie było wielkiego kłopotu, ponieważ Klub włóczykijów” jest lekturą szkolną.
Bingo! To jest trzecia strona, z której można oglądać film – ordynarny skok na kasę. Na Niziurskim wychowała się większość decydentów filmowo-finansowych, więc wizję ekranizacji „Klubu włóczykijów” można im było opchnąć się im gładko i przyjemnie, bez wchodzenia w szczegóły scenariusza. Ze zbytem nie będzie problemu, bo książka jest lekturą, więc „szkoły na to pójdą”, a zanim się zorientują w jakie gie wdepnęły oraz ile filmowa wersja ma wspólnego z książkową, kasa spłynie i zostanie podzielona między zainteresowane strony, a ekipa wyłączy telefony, wyciągnie się wygodnie na leżaczkach i sięgnie po drinki z parasolkami. 

Ale przecież jeśli nakręcisz zły film, to będzie się za tobą wlokło – rozłożył ręce Głos Wewnętrzny – Popsujesz sobie opinię, nie dostaniesz pieniędzy na...
Cztery lata temu Tomasz Szafrański nakręcił durne i nieudolne „Od pełni do pełni”, a jednak PISF, Narodowe Centrum Kultury i Śląski Fundusz Filmowy (że o Bytomiu i Gliwicach nie wspomnę), zamiast wyrzucić go za drzwi i obrzucić ogryzkami, przyjęły grzecznie, poprosiły siadać, kawę dały, może cukru, albo śmietanki, panie Tomaszu... a potem dofinansowały jego projekt. I to jedyne co twórcom filmu naprawdę wyszło: wyrwali kasę. Sądząc po tym, z kim i jak nakręcili film – tylko o to im chodziło.
Jeśli wasze dziecko przeczytało już „Klub włóczykijów” – nie warto zabierać go do kina. Jeśli jeszcze nie czytało, ale chcecie, aby kiedyś – nie warto tym bardziej.

Buty. Olej na tekturce. Polska wersja efektów specjalnych.


Varia
1. Film startował po dofinansowanie z PISF parę razy: początkowo odrzucono go na pierwszych etapach scenariusza. Dopłatę dostał dopiero w 2015 roku, a i to „z odwołania”. W uzasadnieniu komisja napisała: „Film dla młodzieżowej widowni będący adaptacją popularnej powieści Edmunda Niziurskiego (...) Projekt z potencjałem na sukces frekwencyjny; zapewniona dystrybucja kinowa”. Już się nie będę czepiał, że kiedy twórcy wyciągali rękę po kasę, to była „adaptacja”, a przed premierą nagle zarobiła się zaledwie „inspiracja”, zauważę jedynie potencjał frekwencyjny zakończył się wg strony PISF na 130 tysiącach widzów. Przy takiej „inspiracji” i pięciu latach pracy nad – słabiutko.
2. W pierwszej scenie twórcy użyli „krzyku Wilhelma”. Są albowiem wielce fęsi, a widownia poniżej dziesiątego roku życia, oczywiście, szarpie kody popkultury jak Reksio kość.
3. W zestawie dla naszych milusińskich otrzymaliśmy: dwukrotne pobicie funkcjonariusza policji, ze trzy kradzieże, faszerowanie prochami, przekupstwo, lufę przy skroni nieletniego, samochód na torach i nadjeżdżający pociąg, alkoholizm, włam, afirmację recydywy, zapalenie pęcherza... Może to nie „Milczenie owiec”, ale jak na film dla dzieci i młodzieży – chyba jednak ciut za dużo.
4. Akcję przeniesiono z Warszawy na Śląsk, bo twórcy wyczaili, że prowincja nieźle płaci za jej promowanie (w tym przypadku 297 tysięcy). W ramach dealu ze Śląskim Funduszem Filmowym twórcy użyli parę razy nazw „Gliwice” i „Katowice”, kazali muzealnemu strażnikowi mówić gwarą (no, gwarą... „szczylom”, „rynce”, „ino rychle!” to gwara?)
Jak śmiesz! Na liście płac wymieniono aż 24 osoby odpowiedzialne za gwary!
A właśnie – lista płac. Fascynująca lektura... 3 osoby dostały pieniądze za gwizdanie, pięciu zapłacono za efekty CGI, statystów wymieniono z nazwiska aż 424, a następną pozycją na liście było „i inni”. I tu nasuwa się pytanie: kim byli ci inni, skoro nawet na statystów się – nie załapali?
No, wiesz... Inni – z naciskiem powiedział Jack Sheppard.
I ilu tych innych było, skoro statystów było prawie pół tysiąca?
5. Do napisania muzyki wynajęto Freda Emore’ego Smitha. Ponieważ żaden ringabel mi nie zadzwonił, zerknąłem na imdb.com i na stronę kompozytora. Dalej mi nie dzwoni. Znaczy, jakiś tam dorobek gość ma, ale nie widziałem, nie słyszałem, a po przeczytaniu streszczeń – nadal nie zamierzam.
6. „Sentyment do książek Niziurskiego spowodował, że większość członków ekipy oraz aktorów pracowała za niewielkie honorarium” – powiedziała producentka. Aha, czyli nie tylko PISF i sponsorów wydojono „na sentyment”, ale i ekipę. Milusio.
7. Żeby jakoś pozytywnie zakończyć – były dwie dobre sceny: jedna skojarzyła mi się troszkę z "Blues Brothers", a drugiej już, niestety, nie pamiętam.

Filmowcy Wyklęci zatykają sztandar na gruzach Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni



============
Klub włóczykijów i tajemnica dziadka Hieronima
Premiera:
2015.09.18
Czas: 94 minuty
Reżyseria: Tomasz Szafrański
Scenariusz: Tomasz Szafrański
Obsada: Bogdan Kalus, Franciszek Dziduch, Jakub Wróblewski, Kamila Bujalska, Piotr Janusz, Tomasz Karolak, Wojciech Mecwaldowski, Karol Osentowski i inni, i 424 statystów, i jeszcze inni inni.
Dofinansowanie PISF: 400 000 zł plus 297 000 ze Śląskiego Funduszu Filmowego.

2016-07-03

Disco Polo [2015]

Miała matka syna, syna jedynego...

...i jako Matka Polka chciałam go, panie redaktorze, wychować na pana wielkiego.

Nie matka, a ojciec. Syn natomiast miał kolegę, z którym założył zespół discopolowy i zrobił wielką karierę, bo to się wszystkim Polakom podobało, a wszyscy Polacy to jedna rodzina. Co widzimy na przykładzie... Znaczy, nie – nie widzimy.
Yyy...

Zacznijmy od tego, że mnie podobało i to bardzo. Dzięki temu unikniemy niepotrzebnych dłużyzn i nieporozumień, a osoby, którym film się nie podobał, będą mogły wzruszyć ramionami i zakończyć lekturę. Albo przeciwnie – rozpocząć, ale wtedy już na własne ryzyko, bo uprzedzałem.

Czy warto kręcić film o disco polo? IMHO warto, bo zjawisko niby krótkie, ale jednak znaczące, a zresztą, co znaczy „krótkie”, skoro ostatnio „Ona tańczy dla mnie” weszło narodowi bez popitki, a dzięki Kamilowi Grosickiemu, pół Polski oszalało dla jej oczu zielonych? Zresztą filmy warto kręcić o wszystkim, bo nieważne o czym – ważne, jak.

Żyrafie się podobało, babcia się wzruszyła, a dziadek Miguel wspominał Pancho Villę

No to „jak”? Jak nakręcić taki film? Można się bawić w pokazywanie brudu, smrodu i przaśności, polecieć jakimś umcującym Smarzowskim, zaczynając Dziabasem jak trup bladym przy klawikordzie, a kończąc pijaną Kingą Preiss, śpiewającą „Jestem szalona” w aranżacji Mikołaja Trzaski. Można skręcić historię tego gatunku/biznesu Pasikowskim, skupiając się na mafiosach w ortalionowych dresach, trzypaskowej mafii, niechcemisięztobągadaizmie i małolatach oddających się w prowincjonalnych kiblach ex-milicjantom za kreskę lub pół Tyskiego. Można ewentualnie pójść śladami Roberta Glińskiego – nakręcić cokolwiek, jakkolwiek i nijako, a potem nawet nie pamiętać, że się nakręciło/obejrzało. Na upartego można by polecieć klasowo, wykorzystując mit biednego Janka Muzykanta, z którego klasa beneficjentów transformacji ustrojowej drze okrutnego łacha, kradnie mu szlagier i psuje organki, ciamkając pogardliwie ośmiorniczkami w sojowym latte. Tylko czy to by się dało oglądać? Zwłaszcza, gdy przecięty polski reżyser nie potrafi pokazać mieszkańców mamwdupiemałychmiasteczek bez korzystania niemal wyłącznie ze spranych klisz, niemodnych ciuchów, zaczesek, mazurzenia, obowiązkowego bełta na przystanku i poczucia nieuzasadnionej wyższości nad wykorzystywanym podmiotem. A i wielu nieprzeciętnych reżyserów ma ten problem także.

Bochniak i Kościukiewicz poszli w baśń. W kolorową, odrealnioną bajkę, pełną figur, cytatów i metafor. Nie Supraśl, tylko meksykańskie osiedle, nie Biała Podlaska, tylko landrynkowe Sin City, nie droga na Ostrołękę, tylko szeroki highway znikąd donikąd i zasuwająca po nim limuzyna marki Fiat 125p., ze sceny na scenę coraz dłuższa.

On a long and lonesome highway, east of Omaha...
Napisałbym, że kupiłem to od początku, ale to by była nieprawda – pierwsza scena jest rozciągnięta do granic wytrzymałości widza – znam parę osób, które nie wytrzymały i wyłączyły film, sam zresztą za pierwszym razem omal przy niej nie zasnąłem. Ale tylko „omal”. Powiedzmy więc, że kupiłem film od drugiej sceny, tej hotelowej. Kupiłem, albowiem cała opowieść została wzięta w cudzysłów konwencji, pozwalający na odejście od prostego: „tak było, tak nie było, a wujek Ziutek pamięta coś zupełnie innego”. Nie musiałem szukać nawiązań i odniesień do realiów, nie musiałem opędzać się od wspomnień, mogłem spokojnie oglądać "jakąś" historię, bez wpasowywania jej w historycznie realne ramy, bez odruchowego weryfikowania wszystkiego przez pryzmat własnej memorii i odnoszenia ekranowych wydarzeń do Cedyni, Grunwaldu meczu na Wembley i procesu proletaryatczyków. Opowieść w ramach, intryga w klamrach i kino bawiące samym sobą.
–  Się –  wtrącił Głos Wewnętrzny.
Się także. Co w światowym kinie obrabiane było tysioncpincet razy, ale u nas to wciąż nowość, zasługująca na uznanie i dodatkowy napiwek. Znaczy nowość, gdy dobrze zrobiona, bo prób pretensjonalnych, a wręcz gniotów, było multum.

Oglądałem z uśmiechem podobało mi się, chciałem więcej i mam spore pretensje do autorów, że zatrzymali się w pół drogi, niepotrzebnie dorealniając film krajową przaśnością – zaciągającym z wschodnia totumfackim, kaleczącym polszczyznę Murzynem, postkomunistycznym mafiozo. Nie można było pójść na całość i wkleić w film np Węgra (bez tłumaczenie, oczywiście), mafiozo z... hmm, jaki kraj najmniej się kojarzy z mafią?.. Finlandia?... No to mafiozo z Finlandii. Jak szaleć to szaleć, jak się bawić, to się bawić, a jeśli hasło filmu brzmi „Jeśli to się Polakowi podoba, to to się każdemu Polakowi spodoba”, to nie odwracajmy tego, kręcąc pod szeroką publisię, bo bezimienne masy zazwyczaj gust mają badziewny, a schlebianie im takimi ochłapkami za mocno kontrastuje z tym wszystkim, co wybija „Disco Polo” ponad przeciętność polskiej twórczości filmowej. Z drugiej strony wklejenie w film programu telewizyjnego z palemką i „dużo żelu, dużo żelu, Bożenko!”, czyli odwołanie do klasycznych produkcji polsatowskich, wypaliło pod sufit (brawka za dopracowanie jakości obrazu i światła w tym fragmencie), a Mariusz Drężek niby grał tu to samo, co zawsze często, ale tym razem zagrał znakomicie. A z trzeciej strony – scena z Jerzym Urbanem: pomysł nawet ewentualnie niezły, mimo osadzenia (hehehe, osadzenia, rozumiecie, call me „master of words”, hehehe) w krajowych realiach, a nawaliło wykonanie, bo nagle twórcy przestali ufać widzowi i nakręcili ją z wdziękiem Jacka Bromskiego za piecem.
Czyli, że co właściwie? – obruszyła się Opinia Publiczna – Bo tak się często przypieprzasz, a konkretów jakoś brak. O krytyce konstruktywnej słyszałeś?
Słyszałem, tylko mi za nią nie płacą. Ale OK, prosię uprzejme: scena byłaby w punkt, gdyby Jerzego Urbana pokazano dopiero na końcu, gdy wzruszony dziękuje Tomkowi za piosenkę. Bum, zdziwko, chichocik, oklaski. Pokazanie go wcześniej, a potem powtarzanie ujęć było niepotrzebnym przeciągnięciem dowcipu, obliczonym chyba na wyłudzenie od publisi dodatkowej porcji rechotu.

Jak widać na obrazku, rzeczywiście nie ma, nie ma wody na pustyni

Ale to drobiazgi. Tak czy siak, brawurową kolorowo-bajkową konwencję łyknąłem, doceniłem sprawność scenariusza, mniej czy bardziej dyskretne cytaty z klasyki pop-kultury przyjmowałem z coraz szerszym uśmiechem, przy cytacie z „Funny games” prawie zacząłem klaskać i, przepraszam bardzo, dlaczego dotąd nie widziałem w żadnym filmie tego blondynka i dlaczego będę tak długo czekał, żeby zobaczyć go jakiejś większej roli?
A skąd wiesz, że będziesz? – żachnął się Głos Wewnętrzny
Kamaan, to polskie kino przecież...

Co mi naprawdę przeszkadzało to filmowe bluzgi. Moja wieczna śpiewka – trzeba wiedzieć, kiedy bluzgać i jak, wtykanie słów „brukowanych” czy trzeba, czy nie trzeba, potrafi zepsuć nawet najlepszy film, a tu przecież mieliśmy do czynienia z baśnią o muzycznych Kopciuszkach, feerię gorących barw, krasnoludki, zielone liście palm, błękitne fale... Bluzgi były absolutnie niepotrzebne.
Przesadzasz – Głos Wewnętrzny przesunął, włączył i odtworzył dwa fragmenty.
Dobra, może trochę przesadzam. Ostatnia kwestia Janusza Chabiora i Tomasz Kot kończący zbędną wiązankę okrzykiem „Kurwa, szablę dawaaaać!” mogą zostać. Ewentualnie, bo spokojnie dałoby się te bluzgi zastąpić lub nawet całkiem wyeliminować.  Reszta bluzgów kategorycznie do wycięcia.

...i usłyszałem słowo, od którego uszy mi zwiędły, a koń siwy zarumienił się ze wstydu!

Pomysł na wykorzystanie oryginalnych przebojów discopolowych, zamiast pisania nowych utworów, przeznaczonych specjalnie do filmu okazał się strzałem w dychę. Po pierwsze ze względu na nasz narodowy mamonizm – lubimy, proszę pana, te piosenki, które znamy. Po drugie – bo napisanie naprawdę dobrych nowych piosenek specjalnie do „Disco Polo”, mogłoby się skończyć jak zwykle w polskim kinie: jedni autorzy poszliby w wyśmianie, drudzy poszliby w sztukę, jedni i drudzy poszliby za bardzo i całość byłaby sztuczna jak Małgorzata Rozenek, a po wyjściu z kina połowa widzów i tak nuciłaby „Bogurodzicę”  „Żółte kalendarze”  „Ja! Uwielbiam ją! Ona tu jest!”. Tu tymczasem dostaliśmy porcję gretejst hitów, muzyczka grała, serduszko pukało, do rytmu, nóżka chodziła i, kurczę, skąd my tak dobrze znamy słowa tych wszystkich piosenek, skoro nigdy, ale to przenigdy, od kołyski przecież tylko Pink Floyd i Arvo Pärt, słowo harcerza, disco polo nie słuchaliśmy?

Aktorsko – bardzo dobrze, bo mimo wszystko oszczędnie. Szarżowali tylko Tomasz Kot w roli discopolowego imperatora i Joanna Kulig w roli Gensoniny. Kot momentami przeszarżowywał (choć może to wina zbędnych bluzgów), ale potrafił też obłędnie zagrać detalem, a Joannę Kulig po raz pierwszy oglądałem z prawdziwą przyjemnością i (u)śmiechem na ustach – komedię czuła, konwencję poszczególnych scen łapała w lot i dobarwiała je odpowiednim „przegięciem”, wszystkie swoje wady przekuła w zalety, była odpowiednio kiczowata, a irytujący mnie zazwyczaj timbr jej głosu, tu „podkręcał” całość. Oczywiście, jakiś wpływ na jej rolę mogła mieć znajomość z twórcą filmu Maciejem Bochniakiem...
Bliska?
Nawet bardzo – są małżeństwem. Ale tym razem nie czepiam się, że ohohoho, panie dzieju, mąż to żonę nepotycznie obsadza, bo skoro rola wypaliła, to sprawy nie ma – ot, tylko zwracam uwagę, że obecność przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin pod film, mogła pomóc aktorce w budowie roli. Która była naprawdę dobra. Rola, znaczy. I aktorka w roli.

O, świynty syntezatorze ze słotą końcówką, chwalą nas na Poliszmuwi!

Piotr Głowacki nie zszedł poniżej swojego poziomu i bawił niuansami, Iwony Bielskiej było za mało, Aleksandra Hamkało zagrała poprawnie i złego słowa nie powiem (choć dobrych też nie za wiele), na duży plus wypadł Juliusz Chrząstowski w roli ojca kolejarza, Mariusza Drężka już wspominałem, Bartosza Bielenię (to ten blondynek, jakby wycięty z filmów Viscontiego) też, zabawnych epizodów wymieniać nie będę, bo czasu mało, a tekst i tak jest długi. Rozczarował Rafał Maćkowiak, który momentami zaledwie się wygłupiał, ale ponieważ momentów na ekranie miał mało, można uznać, że filmu mu do życiorysu nie zaliczymy i już. Jacek Koman był na ekranie częściej i niestety, znowu zagrał przeciętnie.
I wreszcie Dawid Ogrodnik w roli Tomka... No, nie porwał mnie – nie wyszedł poza poprawność, był ładny, opanował trzy ruchy przy mikrofonie i chyba nawet jeden obrót, ale brakowało mu jakiejś dozy szaleństwa. Sprawiał wrażenie, jakby przyszedł z innej bajki i może zaledwie w dwóch scenach podłączył się do filmowego odlotu. Nie, w niczym filmu ani roli nie zepsuł – na to jest za dobry, ale z Piotrem Głowackim przegrywał w większości scen, a momentami nie nadążał nawet za Joanną Kulig.

Syn z kompleksami wobec ojca z wajchą czyli element egzystencjalnego mroku

Zdjęcia Tomasza Naumiuka świetne, światło, że tylko buzi dać, scenografia Stanisław Tyczyńskiego (tak, tego Stanisława Tyczyńskiego – w filmie też się pojawia, jeżeli mnie wzrok nie myli) – miód i malina. W scenie finałowej twórcy filmu wykorzystali scenografię „Halki”, wystawianej w operze bydgoskiej (reżyserowała Natalia Babińska, a złotą scenografię zaprojektowały Diana Marszałek i Julia Skrzynecka). Montaż Jarosława Barzana – znakomity, efekty specjalne bardzo do przodu (wiadomo, skoro Stanisław Tyczyński, to i Alvernia Studios). A poza tym brawurowa zabawa przez cały film i szalony finał, w którym – jak to w bajce – wszyscy żyli długo i szczęśliwie, tryskali radością, wzruszeniem, martwi okazywali się tylko draśnięci, chromi tańczyli, głusi słyszeli, krzyż, flaga, cekiny, brokaty, entuzjazm, Polska mistrzem Polski i hej, hej, bawmy się!

Zabawna popkulturowa układanka, czysta, żywa zabawa, bez zadęcia i z ręką na pulsie formalnym. Jeśli kicz, to przemyślany i kontrolowany. A że nie opowiada „bolesnej prawdy o Polsce, okresu transformacji”, nie przejdzie do historii kina polskiego, za pięć lat nikt o filmie nie będzie pamiętał (moim zdaniem będzie pamiętać sporo osób), itede? So what? Rozrywka. Tu i teraz. Dla mnie wystarczy. I jeśli nasze kino rozrywkowe ma iść w którąś stronę, to wolę, żeby szło w stronę „Disco Polo”, niż w stronę „Zakochanych”, „Wkręconych”, „Dzień dobry, kocham cię” czy innych „Dżej Dżejów”.

Warto. Naprawdę.
Czytał Tomasz Knapik.

Tyrion Lannister przechodził przypadkiem. Z tragarzami. Których nie widać, bo już przeszli.


Varia
1. W tle przewija się parę znanych ze sceny discopolowej twarzy: Radosław Liszewski z Weekendu, Robert Klatt z Classica, Tomasz Niecik... Przekonany byłem, że mignął mi także lider zespołu Bayer Full, ale potem nie mogłem sobie przypomnieć, która to była scena, więc może mi się zdawało.
2. Pop-kulturowych cytatów jest w „Disco Polo” mnóstwo, ale chyba za mało czasu minęło od premiery, ktoś może nie widział jeszcze – nie będę Wam odbierał radochy z rozczytywania nawiązań.
3.  W gabinecie Polaka wisi portret gospodarza na stadionie, w dresie, z piłką pod pachą – to dyskretna (jak na polskie, kino nawet bardzo dyskretna) aluzja do dwóch ważnych postaci sceny rynku discopolowego – Sławomira Skręty i obecnego prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy. Obaj panowie mają za sobą przeszłość piłkarską, obaj kierowali wytwórniami płytowymi, promującymi disco polo (Skręta był twórcą Blue Star, Kulesza – Green Star).
4.  Dyskretne aluzje pojawiają się także w tle fabularnym: na przykład wymiana Tomka i Rudego na dwóch nowych muzyków w końcówce filmu może być odczytana, jako odwołanie do reaktywacji zespołu Milano nie przez członków zespołu, ale przez posiadającą prawa do nazwy wytwórnię. Podobnie rzecz miała się z grupą Toples – kiedy muzycy odeszli z Green Star, wytwórnia zabroniła im używania dotychczasowej nazwy, oddając ją wybranym przez siebie „podmiotom wykonawczym”. Podbieranie sobie tekstów czy melodii, „ręczne” kreowanie i wygaszanie gwiazdek, piosenki dla kandydatów na prezydenta, you name it – wszystko to zdarzyło naprawdę.
5. W filmie pojawia się także jego współscenarzysta Mateusz Kościukiewicz. Dyskretnie, krótko, jako taka mała klamerka. Plus za scenariusz, plus za samoograniczenie się, bo przecież mógł się obsadzić w roli Tomka, minus za odrobinę „przeciągnięte” sceny. Sekunda-dwie krócej i byłoby znakomicie. 
6. Reżyser filmu Maciej Bochniak miał już kontakt z disco-polo. Parę lat temu nakręcił dokument „Miliard szczęśliwych ludzi” o próbie wyeksportowania zespołu Bayer Full na rynek chiński.

A jeśli loczki już tak zostaną? Jak ja wtedy Hamleta zagram?

============
Disco Polo

Premiera: 2015.02.27
Czas: 103 minuty
Reżyseria: Maciej Bochniak
Scenariusz: Maciej Bochniak, Mateusz Kościukiewicz
Obsada: Dawid Ogrodnik, Piotr Głowacki, Joanna Kulig, Tomasz Kot, Aleksandra Hamkało, Mariusz Drężek, Rafał Maćkowiak, Juliusz Chrząstowski, Iwona Bielska, Jacek Koman, Janusz Chabior, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: Nie było. Pierwsza wersja scenariusza została przez PISF skopana, więc producenci się wkurzyli i zrobili film bez pomocy PISF. Za co oklaski.

2016-06-15

Jezioro osobliwości [1972]

Wróćmy na jeziora… – zawodziły smętnie Czerwone Gitary.
OK. Wróćmy.

"Tam szczupak-bandyta poluje na lina,
a okoń się czai na żabęęęęęę!"

Krystyna Siesicka – wiadomo. Młodość, miłość, szkoła, porywy serca i błysk w oku koleżanek na wieść, że znam, że czytałem, oczywiście i jasne, że możemy o tych książkach pogadać na parkowej ławce do późnego wieczora, chyba że wpadniemy do mnie, to pożyczę ci jeszcze Halinę Snopkiewicz.
Dobra, dobra... – mruknął Głos Wewnętrzny, który chodził ze mną do szkoły i dobrze wiedział, jak z tym rwaniem naprawdę było. Ale ponieważ jest to Głos uczciwy i obiektywny, przyznał, że rzeczywiście książek Siesickiej i Snopkiewicz przeczytałem sporo.
O dziwo – „Jezioro osobliwości” jakimś cudem mnie ominęło. O, dziwo, bo to podobno jedna z najbardziej znanych książek Krystyny Siesickiej i z ekranizacją w dodatku. Skoro więc zostało wywołane na blogu, a wersja filmowa trafiła w moje ręce – popcorn, cola...
A fuj! – żachnęła się Opinia Publiczna.
Jabłko, białe wino – lepiej? Rozsiadłem się, włączyłem...
                                   
97 minut później żałowałem, że nie jestem ślimakiem – mógłbym wtedy wysunąć czułki, szypułki, czy na czym tam ślimak ma oczy i zerknąć na siebie samego z niedowierzaniem. To ma być Siesicka? Bez jaj... Przecież to jakaś płycizna tekturowa, emocjonalny paździerz: mama ciumli chodzi po ludziach i pyta czym jest szczęście, ciumla kocha się w lalusiu, ją z kolei emabluje jakiś bananowy bucuś, ciumla na bucowatość bucusia jest ślepa absolutnie, za to laluś jest tępawy ogólnie i co mu się powie, to przyswaja jak mormoni objawienia ojca Rulona, co bucuś wykorzystuje z bezlitosnym refleksem i brakiem klasy (jak to bucuś).
Dziwka! – piszczy laluś i trzaska drzwiami.
Och, jakże nieszczęśliwą ciumlą jestę – szlocha ciumla.
Jak ty się zachowujesz? – lamentuje matka.
I rodzice mnie nie kochają – jęczy ciumla – Znaczy, właściwie to jeden rodzic rodzony i jeden przyszywany. Któren jest okropeczny!
W tle przesuwają się ludzie, którzy są jak wilki i ryby, które są jak ryby, przy czym jak ryby są dla nas, ludzi, bo dla innych ryb też są jak wilki.
– To jest kura, panie generale! – wtrąca się zza kadru oberleutnant von Nogay.
Ciumla, która też jest jak kura, łyka proszki, czym wzbudza spory bulwers i bardzo głupie zakończenie, a postawione na początku filmu odpowiedź na pytanie „Czym jest szczęście?”, sprowadzone zostaje do prostego: „Szczęście jest wtedy, gdy pogotowie przyjedzie na czas”

"Złapał katar Katarzynę..."

Strasznie spłycasz – żachnęła się Opinia Publiczna – Przecież tam był jeszcze problem krzyżówkowy: ojczym ciumli był równocześnie ojcem lalusia i...
I to nie miało nic do rzeczy, poza udziwnieniem fabuły i upretekstowieniem zetknięcia się dwojga bohaterów. Na intrygę właściwą nie miało to właściwie żadnego przełożenia. Znaczy, w filmie nie miało.

Nie mogłem uwierzyć, że Siesicka mogła napisać coś równie głupiego i sięgnąłem po książkę. Okazało się, że miałem rację – Siesicka nie napisała czegoś równie głupiego. Znaczy, formalnie, napisała, bo jest podpisana pod scenariuszem filmu, ale książka jest lepsza...
O wiele lepsza? – zainteresowała się Opinia Publiczna.
Nie, tylko lepsza. I utrzymana w klimatach klasycznej Siesickiej. Ciumla, co prawda, jest chyba jeszcze bardziej ciumlowata niż w filmie, za to postacie męskie są o niebo sensowniejsze – laluś nie jest lalusiem, bucuś nie jest bucusiem, konkurencja między nimi jest uczciwa, nastawania na cześć niewieścią uczynkiem i słowem nie ma, ojczym też całkiem sensowny (w filmie to jakiś smętny trep). No i przede wszystkim jest prawdziwe jezioro, a nie tylko film o w filmie o. I jest wiosło.
Co jest? – zdziwił się Głos Wewnętrzny,.
Wiosło. Drewniane do wiosłowania. Taka strzelba Czechowa, tylko bez GSR.

Z braku wiosła – klamka, która usiłuje zapaść

Przed lekturą książki film mi się nie podobał, a po lekturze nie podobał mi się jeszcze bardziej. Irytował mnie drętwotą postaci, wtłoczeniem ich w drętwy schemat rozpinający ciumlę między świętoszkowatością lalusia, a wredotą bucusia, sprowadzeniem sytuacji rodzinnej do: „A bo wy mnie nie rozumiecie – Jak ty się zachowujesz?! – „Nie jesteś moim ojcem! – Foch! – Foch double! – Kontra! – Re!”

Nawet nie będę pisał o ciekawym rozwiązaniu układu ciumla-ojczym w książce – film oglądałem wcześniej, więc byłoby to deko bez sensu. Filmowe rozwiązanie jest po prostu płaskie i nie ma znaczenia, jak Siesicka ułożyła to w książce. W filmie jest tekturowo, smrodek dydaktyczny snuje się po mieszkaniu i szkole, matka ciumli odkąd wyszła za mąż za ojczyma zmieniła się w mega-ciumlę, ojczym zmienia się w doktora Prado i wciąż „musi porozmawiać” ze swoimi Virginiami, nauczycielki smęcą, a ex-żona ojczyma (równocześnie matka lalusia) jest oschła jak fikus w mieszkaniu słomianego wdowca i ma idiotyczne okulary. 

Tyżeś to, dziecię? Bo przez te denka od butelek nic nie widzę.

Pomysł na przerywniki „Czym jest szczęście?” – kompletnie chybiony, pomysł na mrówcze ujęcie ludzkości z początku – mocno ni priczom, bo niby że, pardąsik, co właściwie? Że tak wiele spraw tu nawarstwia się i spiętrza, więc wybierzmy jedna mrówkę i zajrzyjmy jej do wnętrza? Czy może „chodzą ludzie do góry nogami, do domu trafić nie mogą” i ewentualnie na siebie też nie? No, kurczę, nie łapię tego zupełnie. Teatr Pantomimy Tomaszewskiego niech se będzie, bo zawsze to dobrze, gdy się lud pracujący miast i wsi zetknie z kulturą wysoką, ale tak po prawdzie wrzucono go też od czapy.

Zdjęcia Mieczysława Jahody przeciętne, a niektóre ujęcia wręcz pretensjonalne, scenografia nijaka, broni się za to muzyka Wandy Warskiej i Andrzeja Kurylewicza (na liście płac Wanda Warska figuruje jako kompozytor, a Andrzej Kurylewicz jako wykonawca). Przy czym broni się sama, a nie jako ilustracja do filmu, więc też za bardzo pochwalić nie można.

W roli tła psychologicznego wystąpiły rura od górnopłuka i łańcuszek spłuczki

Aktorsko również słabo. Barbara Horawianka i Stanisław Zaczyk jako rodzice dobrze zaczęli, ale polegli w zderzeniu ze źle napisanymi rolami, grający lalusia Michała Mirosław Konarowski jeszcze nie był tak przystojny jak w „Akcji pod Arsenałem”, ale za to fryzurę miał na Króla Lwa i lekką wadę wymowy. Wadę gry aktorskiej też miał. Romuald Drzazga obronił się w roli bucusia Patryka, ale szkoda, że nie mógł zagrać wersji książkowej. Albo może dobrze, że nie miał? A tak przy okazji – zdaje mi się, czy postać Patryka dubbingował Wojciech Duryasz? Nie, chyba jedna mi się nie zdaje... Role nauczycielek były bardzo wiarygodnie, momentami miałem wrażenie że widzę właśnie nauczycielki, a nie aktorki.

Ciumlę zagrała Maria Kowalik. Do roli famy fatalnej, o którą rywalizują szermierze całej stolicy, pasowała średnio, ale walczyła z rolą dzielnie. Z książkową postacią mogłaby się zmierzyć, w filmową miała tchnąć życie i przekonać widza, że jest w niej coś. W postaci znaczy. Mnie nie przekonała i niestety, nie może wszystkiego zwalić na scenariusz. Żeby było dziwniej – lepiej radziła sobie głosowo, ale to jednak film i zamknięcie oczu trochę utrudnia oglądanie. Z drugiej strony – to przecież był debiut 18-letniej Marii Kowalik.
Mirosława Konarowskiego również – podpowiedział filmpolski.pl
No to tym bardziej obojgu wybaczam.

Nie warto – lepiej przeczytać książkę Siesickiej. Niekoniecznie tę. 

Kto uważa, że film jest słaby niech podniesie rękę nogę



Varia
1. Skoro już wspomniałem „Akcję pod Arsenałem”... Kiedy film z Mirosławem Konarowskim w roli Tadeusza Zawadzkiego przyciągał tłumy do kin, Maria Kowalik przygotowywała się do roli w Anny Roche w serialu telewizyjnym „Życie na gorąco”, w którym jej postać pomagała redaktorowi Majowi ścigać po całym świecie Organizację Wu.
2. „Idziemy do Emilii kupić ci regał na książki” – zakomenderowała mama ciumli. Niestety, regału w Emilii już się kupić nie da. Zbudowany w drugiej połowie lat 60 pawilon przy ul. Emilii Plater funkcję Domu Meblowego przestał pełnić dawno, dawno temu, ostatnio swoją siedzibę miało tam Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ale właśnie musiało się pożegnać z „Emilią”, because of kapitalizm i może by to postawić na tym miejscu coś bardzo wysokiego. Mówi się o przeniesieniu pawilonu, o wpisaniu go do rejestru zabytków, ale żyjemy w rzeczywistości, w której nawet obiekty figurujące w takim rejestrze potrafią zniknąć z dnia na dzień, więc wcale się nie zdziwię, jeśli któregoś dnia zobaczymy przed „Emilią” buldożery, a następnego... a następnego zobaczymy już tylko buldożery.
3. Książkowa matka lalusia pracuje w podwarszawskiej stacji doświadczalnej i „prowadzi tam kultury niektórych roślin”. Filmowa matka została awansowana zawodowo i pracuje konserwatorsko w pałacu w Wilanowie. „Pretencious? Mła?”
4. Wnioskując z wysokości bloku i charakterystycznej blachy na balkonach (pierwsze sceny filmu), ciumla mieszka w którymś z punktowców Ściany Wschodniej. Pewną podpowiedzią, w którym, może być migające za oknem neon „Cafe Bar” i widok z drugiego okna (chwilę po wejściu ciumli do pokoju). Na moje oko – punktowiec przy Świętokrzyskiej z widokiem na skrzyżowanie z Marszałkowską, ale ja się nie znam.
5. Nie jestem natomiast w stanie rozpoznać profesora udzielającego wywiadu matce ciumli w jednej z początkowych scen. Powinienem się wstydzić?
6. Parę lat temu Joanna Siedlecka ujawniła fakt wieloletniej współpracy Krystyny Siesickiej z SB. Przykre. Znaczy, nie to, że Joanna Siedlecka ujawniła, ale że miała co. 

Konsoleta była ładniejsza i sprawniejsza niż Kopciuszek, bo miała więcej guziczków.

Premiera: 29.05.1973
Czas: 97 minut
Reżyseria: Jan Batory
Scenariusz: Krystyna Siesicka, Jan Batory
Obsada: Maria Kowalik, Mirosław Konarowski, Barbara Horawianka, Stanisław Zaczyk, Romuald Drzazga, Alicja Pawlicka, Anna Wesołowska, Urszula Modrzyńska, Antonina Gordon-Górecka i inni.

2016-05-19

Drugi brzeg [1962]

Towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” był absolutnym Jonaszem. 

...i pocił się obficie.

Założył towarzysz Paweł komunistyczną jaczejkę – defensywa wpadła na jej trop. Oraz na trop towarzysza Pawła.
– No wiesz... Jeśli ktoś ma na imię Paweł i przyjmuje pseudonim „Paweł”... – zauważył Głos Wewnętrzny.
Prawda, jakie chitre? – ucieszył się towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł”.

Aresztowany towarzysz Paweł uciekł... tylko po to, by znowu zostać aresztowany. Nauczony doświadczeniem, tym razem nie uciekał i trafił do ponurego więzienia, w którym...
Sztum to jest więzienie dla małolatów,
Iława to jest więzienie dla małolatów,
Wałcz to jest więzienie dla recydywy,
„bransoletki” to są kajdanki.
Pan Maleńczuk?
– Tak, to ja.
Pan się nie wcina.

"...i odtąd spoza krat Ziutek i Mundek bez Celiny widzą świat"
 
...w którym dostał łomot i trafił do karceru. I z którego jednak uciekł, ale tylko dlatego, że Niemce nadciągnęli żelaznym wojskiem i miejscowa atanda dała nogę, zostawiając kryminalnych i politycznych najeźdźcom na pożarcie.
Chłopaki, poczekajcie! – wołał pech –  Pójdę z wami!
I poszedł... Spotkał towarzysz Paweł wojsko polskie i zgłosił do walki za wolność waszą i naszą, ale wojsko polskie postanowiło go rozstrzelać. Nie zdążyło, bo znowu nadciągnęli Niemcy.
To gdzie tu pech? – zdziwiła się Opinia Publiczna – Przecież przeżył.
On przeżył, bo pech jest mądry i nie zabija nosiciela. Nie przeżyło za to wojsko polskie i jeden z towarzyszy towarzysza Pawła. Nie przeżyła także okoliczna matka niemowlęcia, a drugi towarzysz towarzysza Pawła oszalał.

Po powrocie w rodzinne strony...
A niemowlę? – zapytał Głos Wewnętrzny – Co z bobasem?
Hmmm, właściwie nie wiadomo. W jednej scenie niemowlę leżało przy zwłokach matki i płakało... płakało...


...a w następnej scenie towarzysz Paweł w ąturażu rodzimych hałd szukał kontaktu z macierzystą organizacją. Możliwości są więc dwie: albo towarzysz Paweł w drogę udał się niezwłocznie, a dziecko płakało... a potem przestało płakać, albo – czego z niewiadomych powodów filmowcy nam nie pokazali – towarzysz Paweł zajął się niemowlęciem, miłość mu dał i pierś ojcowską, a potem zostawił u jakiejś napotkanej po drodze proletariackiej rodziny, w której zachorowało na krzywicę, rozpiło się, a następnie zostało bikiniarzem.
Ależ dlaczego bikiniarzem?
Bo towarzysz Paweł był Jonaszem i się dziecko zaraziło.

Wrócił towarzysz Paweł między kominy Zagłębia i rzucił się w wir pracy konspiracyjnej.
Bęc! - aresztowano mu narzeczoną.
Łup! – towarzysz Paweł uznał, że jest śledzony i nakazał zmianę komórki komórki. Oczywiście, śledzony nie był, ale gadaj tu z paranoikiem.
Bum! - Gestapo przypadkiem nakryło drugą komórkę komórki i trzeba ją było wysadzać granatem.
Obożeboże... – przyszedł towarzysz Paweł po schronienie do znajomej, a tu się okazało, że męża znajomej akurat aresztowali.
Kap... kap... kap... śluuuuuuu... – i jeszcze padać zaczęło.

Towarzyszkę Ewę ograniczała siatka pojęciowa

Jonasze tak już mają, że nie chcą się pogodzić ze swoja jonaszowatością, odmawiają przyjęcia jej do wiadomości, nie uznają, protestują i szukają winy u wszystkich wokół. Towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” nie szukał winy u wszystkich – o swoje niepowodzenia, wtopy, wpadki, kotlety...
Klopsy, wujaszku, klopsy!
...obwiniał Stefana. Stefan zaś był chodzącą dobrocią, optymizmem i szacunkiem, za towarzysza Pawła dałby się pokroić oraz posolić i to nawet w ciężkich sanacyjnych czasach, gdy kury boso chodziły, defensywa biła je mocno, zwłaszcza 1 maja, a ziarenka soli dzielił proletariat na pół przy pomocy podzielonej na czworo zapałki. Dla każdego, kto spojrzał na Stefana jasne było, że nie był on zdrajcą, kapusiem ani prowokiem, a tym, którzy wątpili, powinno wystarczyć wewnętrzne śledztwo, przeprowadzone dwukrotnie przez wypróbowanych towarzyszy.

Towarzyszowi Pawłowi to nie wystarczyło - dla niego Stefan był zdrajcą i ohydnym kolabosiem.
I dlatego towarzysz Paweł przed Niemcami postanowił ukryć się u Stefana.
Badum-tssss.
A ponieważ był Jonaszem – przyciągnął za sobą Niemców, którzy Stefana rozwalili.
Badum-tssss double.
A zdrajcą okazał się...
Ha! Zdrajcą! – ucieszył się towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” – Czyli nie mam paranoi!

Spokojnie, Halinko, to tylko Kościuszko na nas patrzy

Taki misz-masz filmowy – z jednej strony zamiar ukazania ciężkiej doli działaczy komunistycznych bez względu na proweniencję opresyjnego aparatu, z drugiej – próba opakowania ideologicznej opowieści w jakieś sensacyjne ramy, żeby ludzie z kina po kwadransie nie uciekali. Czyli jak to u Kuźmińskiego, którego Milczące ślady” już na Poliszmuwi zagościły, a parę innych filmów pewnie jeszcze zagości („Zejście do piekła” chyba najszybciej, czyli mniej więcej w najbliższej pięciolatce). Sensacja wyszła słabo, znacznie ciekawszy jest wątek sanacyjno-więzienny, który dzisiejsza młodzież potraktuje pewnie jak komunistyczną propagandę, a który IMHO wart jest zatrzymania się nad, bo dość zasadniczo osadzony w realiach, a że scenarzyści momentami dorabiają sanacji czarną gębę, to – heloł-heloł! – kto to ostatnio jarał się „Historią Roja” i „Pileckim”, że tak znakomicie przedstawiają ubeków? To co, jednym wolno rzeźbić szpadlem, a drugim nie? Propaganda jest propagandą i tyle. A w porównaniu z „Rojem” i „Pileckim” „Drugi brzeg” w konkurencji propagandowego zohydzania przeciwników jest zaledwie „Opowieściami z mchu i paproci”, ograniczając się do „No, raczej można ich zaliczyć do niemiłych”. I tu polecam scenę pobicia towarzysza Pawła przez służbę więzienną, uroczą w swej łagodności i trosce o dobre samopoczucie widza.

W części więziennej dzieje się to, co najciekawsze nie tylko politycznie (podział na kryminalnych i politycznych, walka o prawa tych drugich do noszenia własnych ubrań, reakcje na rozwiązanie KPP), ale i społecznie (wątek bieda-osiedla na drugim brzeg rzeki czy wspomnienia Wasyla). A że ideologicznie... No, kurczę, to jednak opowieść o działaczu komunistycznym, a nie hodowcy kanarków i w dodatku na podstawie wspomnień prawdziwych działaczy, nakręcona w 1962 roku  – raczej trudno oczekiwać, że będziemy karmieni opowieściami o żeberkach w kapuście i rachunkiem sumienia w związku z sianiem w państwie zamętu grubymi nićmi szytego.

Czy to już wiosna?

Józef Nowak to Józef Nowak – pojawia się, wzbudza sympatię, nie przegina ze środkami aktorskimi i nie marudzi, że musi dźwigać film na swoich spracowanych barkach. A musi, niestety, bo reszta obsady jest przeciętna: Franciszek Pieczka w roli Stefana też początkowo budzi sympatię, ale im dalej w film, tym się człowiek coraz bardziej zastanawiał, skąd przedwojenni komuniści brali zioło: uśmiech, radość, wyszczerz, entuzjazm. Aresztowali? Nie szkodzi! Ojciec umarł? Ależ nic to, hahaha, sprawa żyje, Paweł, chłopie, jak się cieszę, że cię widzę, pociągi wysadzałem, wiesz, a teraz ci herbaty zrobię, łapią na mieście, hahaha, rozumiesz, niech cię uściskam... OK, po oskarżeniu agenturalność Stefanowi trochę humor siadł, ale to akurat dziwnym nie jest. Na szczęście zanim Stefan ochłonął i wrócił do stanu radosnej ekstazy – Niemcy rozwalili go pod płotem.

Narzeczoną Pawła zagrała Alicja Pawlicka i zagrała ją tak teatralnie, że o mały włos sam nie zacząłem „stefanować” z radości, gdy jej postać aresztowano. Zdzisław Karczewski odegrał przepisowego działacza, Adam Mularczyk odegrał przepisowego kryminalnego, Kazimierz Fabisiak odegrał przepisowego dobrotliwego strażnika, a Witold Pyrkosz odegrał przepisowego Witolda Pyrkosza. Natomiast Ludwik Pak zasadniczo nie odegrał Zdzisława Dyrmana, ale romantyczną wariację na temat tragiczny z nutką pedofilii i obłąkanym finałem. Najgorzej miał Zdzisław Lubelski, którego tradycyjnie obsadzono „po wyglądzie” i „krok w lewo, krok w prawo – kierownictwo produkcji użyje broni”, więc „po wyglądzie” grać musiał. Świństwem wielkim było niewymienienie w obsadzie dziewczynki, grającej siostrzyczkę z wiadrem i mówiącej „Nie ma tatusia. Zabrali...”, bo zagrała lepiej niż połowa zawodowców, natomiast sama scena była nieco głupia, albowiem gdyż towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” na takie dictum zapytał: „Kto zabrał?” i OK, rozumiem, że wstrząs klęski wrześniowej, narzeczoną mu właśnie aresztowano, partię rozwiązano, w brzuchu burczy, ale, kurde flaszka, kto mógł wtedy w Sosnowcu tatusia zabrać? Saraceny?

Wchodźcie, towarzyszu. Akurat zabrakło nam szóstego do siatkówki.

Zdjęć ocenić się nie podejmę – telewizyjna kopia jest jakości gorzej niż średniej, przez co np. cały finał, dziejący się w nocnych ciemnościach ogląda się w formacie „Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym”. Jest kilka ciekawych ujęć, świetnie (I mean really) skręcona scena ucieczki tłumu skazańców z opuszczonego więzienia, ale to jedyne rzeczy, o których można coś napisać: światło, cień, klimat – zapłacz nad jakością kopii i zapomnij. Na pocieszenie – dobra muzyka Kazimierza Serockiego.

Niekoniecznie warto, ale jeśli ktoś lubi zaangażowane starocie, to ewentualnie można.



Varia
1. Zastrzeloną matkę zagrała Halina Mikołajska. Dużo do grania nie miała: ot, jakiś obłęd w oczach, „Mleko, mleko, mleko...” na uściech, wybuchające spłonki na plecach i „Pani Halino, czy ja prosiłem, żeby nie oddychać po wystrzale? Prosiłem, tak?... Dubel!”
2. Debiut filmowy Jerzego Bińczyckiego, choć żeby go dostrzec trzeba mieć: A) informację, że „zagrał” policjanta, B) cierpliwość, C) możliwość zrobienia stopklatki. Miałem wszystko i potwierdzam – drzwi pociągu, którym towarzysza Pawła odstawiano do więzienia, zamykał Jerzy Bińczycki.
3. Filmpolski.pl podał cztery nazwiska autorów wspomnień, składających się na podstawę scenariusza. Nie chciało mi się jechać do biblioteki, zerknąłem więc w odmęty internetu i znalazłem prozę Stanisława Wygodzkiego. Mocna rzecz, taka, wiecie, zaangażowana, prostująca kręgosłup ideologiczny i skłaniająca do przemyśleń na temat natury człowieka w kontekście...
Jaja sobie robisz – stwierdził Głos Wewnętrzny.
Aż tak widać?
4. Propaganda propagandą, ale Wasyl Maciejuk ze wsi Trociszki Wielkie, tęskniący za „naszymi rzekami, szerokimi, kresu nie widać...” i informujący, że od nich niedaleko było do Berezy jakoś się przez cenzurę przemknął
5. A scenarzystom przemknął się błąd matematyczny. Bo jeśli Wasylowi we wrześniu 1939 roku zostało jeszcze osiem dni odsiadki, a sam mówi, że dostał sześć lat, to znaczy, że do pudła trafił we wrześniu 1933, a wtedy Bereza jeszcze nie była TĄ Berezą, bo TĘ Berezę utworzono w lipcu 1934.
6. Jednym ze scenarzystów był Andrzej Szypulski – połowa Andrzeja Zbycha, odpowiedzialnego za „Stawkę większą niż życie”. W „Drugim brzegu” stawkę miał chyba niższą i się nie wysilił.

Wasylowi się zdrzemnęło i śniło o żonie. Zofii!


============
Drugi brzeg

Premiera: 30. 04. 1962
Czas: 90 minut
Reżyseria: Zbigniew Kuźmiński
Scenariusz: Andrzej Szypulski, Zbigniew Kuźmiński
Obsada: Józef Nowak, Alicja Pawlicka, Franciszek Pieczka, Ludwik Pak, Zdzisław Karczewski, Witold Pyrkosz, Kazimierz Fabisiak, August Kowalczyk, Zdzisław Kuźniar, Zdzisław Lubelski, Adam Mularczyk, Roman Sykała i inni

2016-04-09

Polskie gówno [2015]

Ja tam jednak wolę fiołki i truskawki cukrem, ale ja jestem wariat.

No, może bez cukru, bo cukier tuczy...

Najpierw był komiks. Znaczy, najpierw był pomysł i pierwsze ogłoszenia, projekty scenariusza, ale to było tak dawno, że sześć razy zdążyłem zapomnieć, a że szczególnym fanem twórczości Tymańskiego nie jestem – nie śledziłem na bieżąco postępów i doniesień. Zatem dla mnie na początku był komiks w „Lampie”. Estetyka nie moja, momentami schodząca kreską i poczuciem humoru w stronę Andrzeja Czeczota (nie, to nie jest komplement), ale pierwsze odcinki przyswoiłem bez większych ochów-fochów. Potem było gorzej, ale jakiś dobrnąłem do końca.
A chwilę później okazało się, że film już jest.

Zerk w obsadę... i aż mnie zmroziło. Za Tymonem Tymańskim, jak wspomniałem, nie przepadam, Grzegorza Halamy nie trawię bardzo i kiedy piszę „bardzo”, mam na myśli „naprawdę bardzo, tak że ojacie-ż, normalnie, potąd”, Mariana Dziędziela nasi filmowcy nadużywali tak, że zużyli go niemal ze szczętem, „Skiba” – jego nie znoszę chyba nawet bardziej niż Grzegorza Halamy... Ale OK, ommm, tafla jeziora, ommmm... jestę chodzącym spokoję... Nie takie rzeczy się oglądało, a z komiksu wyzierał potencjał.

Fabułę pewnie wszyscy znają, bo albo czytali „Lampę”, albo zapowiedzi, albo recenzje (a recenzji film miał sporo). W skrócie: lider zespołu Tranzystory Jerzy Bydgoszcz wtapia wszystkie oszczędności życia w płytę, która się nie ukazuje. Zespół się rozpada, Bydgoszcz laskowikuje na poczcie i pożycza kasę od ojca, aż tu nagle pojawia się niejaki Czesław Skandal, z zawodu komornik, z zamiłowania menago i proponuje reaktywację zespołu, trasę, koncerty, wywiady, wydanie płyty i wreszcie pełne zawodowstwo, Juvenalia i dni miast included.
– Pan spłaci długi, ja zarobię... Znaczy, pan zarobi i ja zarobię, ale pan spłaci długi, a ja zarobię.

"Ja jestem menago - stonsa robię nago"

Bydgoszcz zbiera Tranzystory i zdezelowanym busem, kierowanym przez bywszą gwiazdę punk rocka, Stana Gudeyko, ruszają w zorganizowaną przez Skandala trasę. Która wygląda jak typowa trasa trzecioligowego zespołu: wóda, bluzgi, chałtura, wóda, bluzgi, hotele kategorii różnej, najczęściej w okolicach pół-półtorej gwiazdki, wóda, bluzgi, koncert na zdezelowanym nagłośnieniu, bluzgi, szczawiowa i długie nocne Polaków rozmowy przy wódzie i bluzgach. Plus zgorzkniałe nadawanie na szołbiznes, któren jest ZUY Oraz satyra na tenże szołbiznes, któren jest ZUY i trzeba go obsatyrzyć, aby ci, którzy się nań nie załapali, wyszli na Sprawiedliwych w Sodomie. Znaczy, oni z definicji są Sprawiedliwi w Sodomie, albowiem gdyż się nie załapali, ale na tle ZUEGO szołbiznesu nie tylko sprawiedliwi, ale wręcz święci są.

– Chleją, klną, dymają, co popadnie...
O, przepraszam, dyma tylko Czesław Skandal, muzycy ograniczają się do chlania, bluzgania na wszystko i narzekania na Babilon, w wolnych chwilach urozmaicając akcję bluzgami na Babilon i narzekaniem na wszystko. Podróż zaczyna się od szczania do prezerwatywy, kończy wielkim pawiem, a całość wieńczy antysystemowy Big Bang z buntowniczym podtekstem.

Film powstawał w bólach, a opowieść o komorniku Czesławie Skandalu mogła się okazać prorocza. Ryszard Tymański kręcił bowiem „Polskie gówno” za pieniądze własne, pożyczone, sprezentowane, wyproszone i uzyskane ze sprzedaży, jak to się mówi, „dorobku życia”. Czy film mu się „zwróci” – nie wiem. Wg zestawień PISF obejrzało go więcej widów niż „Anatomię zła” Jacka Bromskiego, ale to żaden dowód, bo „Anatomia zła” to straszna kicha, a 41,5 tysiąca widzów „Polskiego gówna” to jednak wciąż mizernie. Tym bardziej, że ze względu na język filmu, raczej ciężko będzie go sprzedać jakiejś telewizji.

Duuuude...

Jak wyszło? Jedni chwalą entuzjastycznie, inni krytykują gorąco, jedni, że satyra, drudzy, że „antypolskie” i to trzeba ścigać, trzeci wzruszają ramionami i mówią, że amatorszczyzna.

To bardzo nierówny film. Baaardzo. Widać, że kręcono go przez parę lat, że przesuwał się środek ciężkości, że koncept filmu zmieniał się zasadniczo, a czasami nawet brał sobie wolne i szedł na piwo. Twórcy zaś, im dłużej nad filmem pracowali, tym więcej chcieli w nim i nim powiedzieć. A to nigdy nie jest dobry pomysł.

Nierówności widać wszędzie – w zestawieniu kolejnych scen, z których jedna jest po nic, a druga po coś, przy czym najczęściej ta po coś jest zła, a ta po nic – co najmniej niezła. Widać w grze aktorów i to nawet nie w kontrze amator-zawodowiec, ale w grze tego samego dowolnego osobnika, który w jednym momencie ujmuje autentyzmem, aby dwie minuty potem wywoływać u widza poczucie zażenowania. Widać w tekstach piosenek (pardąsik, że nie chce mi się rozbierać ich na czynniki pierwsze – to raczej rzecz na bloga poliszteksty.blogspot.com, którego nigdy nie założę, ale zastrzegam sobie kopirajta). Jest dobrze? No to chwilę będzie żenadnie. Jest żenadnie? Super, bo to znaczy, że zaraz będzie lepiej, a może nawet dużo lepiej.

Zaraz będzie lepiej, zaraz będzie lepiej, zaraz będzie...
 
Co na plus? Zdecydowanie piosenki oraz sam pomysł nakręcenia historii Jerzego Bydgoszcza i Tranzystorów w formie musicalowej (to podobno zasługa reżysera, Grzegorza Jankowskiego). Film zaczął się od „ADHD”, z sympatycznym kontrapunktem w postaci Czesława Mozila (wziętym ze wspomnień – podobna historia zdarzyła się pewnemu muzykowi w bydgoskim „Mózgu”), potem Marian Dziędziel zaskoczył puentą duetu z Tymonem, wreszcie Grzegorz Halama opowiedział, dlaczego zespołom potrzebny jest menadżer i konwencja filmu weszła mi gładko jak pięćdziesiątka zmrożonej Finlandii. Oczywiście, jedne piosenki trafiały bardziej, inne nie trafiały wcale, ale ogólnie musicalową formę kupiłem.

Gorzej było z treścią filmu, czyli graniem na buncie i outsiderstwie. Może dlatego, że jestem z pokolenia, które pamięta czasy... nie wdając się w szczegóły, powiedzmy, że bardzo odległe i wojnę postu z karnawałem czyli artychostwa z komercją oglądałem już w tylu odsłonach, że jestem już tym po prostu zmęczony i proste zderzanie prawdyipiękna z piniondzem nudzi mnie bardzo, domagam się czegoś więcej, czegoś ciekawszego, czegoś intrygującego lub trzepiącego szare. A tu ciągle to samo prymitywne przeciwstawianie „tych, co się sprzedali mamonie” „tym, którzy w bidzie i bezimienności wykuwają ponadczasową kalokagatię”. Choć przez te wszystkie lata było widać – w „Polskim gównie” zresztą widać to także – że jedni i drudzy różnią się niewiele. O ile w ogóle. I tu odsyłacz do łóżkowego dialogu Arkadiusza Jakubika i Tymona Tymańskiego, który to dialog Tymon przegrywa przez techniczny nokaut, a fakt, że go przegrywa dobrze świadczy o twórcach – wygląda to bowiem na ich świadomą decyzję, a co za tym idzie, domniemanie, że mają jednak dystans do samych siebie i nie wpadają w kombatanctwo po uszy, a jedynie po pas.

Kiedy patrzę, hen, za siebie... znaczy, pardąsik... hen, pod siebie...

Film zaczyna się w stylu lekkopółdramatycznym, przechodzi w komedię, wraca do dramatu i tak parę razy, wreszcie zmienia się w farsę, a finiszuje Guembią i odlotem Cheyenne'a. Zasadniczo się to różni od końcówki komiksu, w której Tranzystory dają czadu na scenie telewizyjnego konkursu, dzięki mega-pawiowi Zygmunta Gruza wprost w kamerę wygrywają głosowanie sms-owe publiczności, ale zostają przekręcone przez Złego Szołbiza i wracają na prowincjonalne trasy, grywać „w dalekim Biłgoraju”. W filmie mamy Akt i nie chodzi tu o goliznę, ale o Czyn, do którego moc czują w sobie Artyści Wyklęci artystycznie i finansowo, o tę pierś zapadniętą, w którą Stan Gudeyko kieruje ostrza komerchy... Yyyyy... Znaczy, w zasadzie Stan Gudeyko w pierś kieruje ostrza buntu, ale nie chodzi o zwrot wektora, tylko o wymowę Aktu. Który jest rodem ze szkolnych marzeń o byciu Zawiszą Czarnym, „Zośką”, Jankiem Kosem, redaktorem Majem czy Batmanem (w zależności od pokolenia) i sprowadza się do „ale bym wtedy wszystkim pokazał”. Co zabawne – ten finał po podlaniu psychodelią sprawdza się nieźle i zdecydowanie wolę tę wersję zakończenia niż komiksową (nie mówiąc już o jednym ze scenariuszowych pomysłów walki – jak to szczerze wyjaśnił Tymon – na chuje świetlne).

Zmian w stosunku do pierwszych wersji scenariusza jest sporo – niektóre są zasadnicze, inne drobne, jak wtedy, gdy ochjakże dowcipne imię „Trzoda”, przyklejone w komiksie cycatej blond wokalistce, zmienia się w filmową „Gigę”. Mógłbym zgrzytać na wieśniactwo pierwszej wersji, ale wolę docenić, że twórcy zajarzyli w końcu, że bucówa to jednak tylko bucówa, a nie żadne antykomercyjne bohaterstwo i zreflektowali się... Swoją drogą to była kolejna rzecz, która mnie w filmie irytowała – poczucie humoru na poziomie „Doda – Trzoda”, „T Love - B Sex”, „Kombi - Zombi”, „Polsat - Polwsad”. Sorry, ale to już nawet Neonówka bywa zabawniejsza...
Ale wiesz, konwencja... – mamrotała Opinia Pubiczna.
Chuja tam konwencja – że tak wczuję się w klimat i język filmu. Konwencję to my mamy w scenie telewizyjnej (niezłą naprawdę), konwencję mieliśmy w wykorzystywanych w filmie piosenkach, a dowcipasy „Doda-Trzoda” i szczanie do prezerwatywy to nie konwencja, tylko...
Brutalna prawda o codziennym życiu trzecioligowego muzyka i wicach tworzonych w busie, po pół litrze na dwóch plus pasztet podlaski na zagrychę? – wtrącił Głos Wewnętrzny
Kiedyś słuchałem audycji radiowej, prowadzonej przez Tymona. Prowadził ją w studio i na trzeźwo... Takie niedomówienie. I najwidoczniej niekompatybilność z częścią poczucia humoru autora audycji i scenariusza. Raczej sporą częścią.

Ohaha. Salami. Buehehe, normalnie, kurna, w gumce. Ahaha.

Scenariusz nierówny także – świetne sceny przeplatają z nędznymi, ważne z niepotrzebnymi, cały wątek z Peszkiem i ssaniem buławy Szołbiza był kompletnie od czapy i jeśli Tymon chciał być prawdziwym braveheartem, to lepiej było nakręcić odważną wersję piosenki „Burdel dla psów”, bo ta filmowa w porównaniu ze scenariuszowo-komiksową to rusałka Amelka na stokrotce. Niezła sekwencja telewizyjnego szoł, ale dla mnie bardziej od strony muzycznej, bo fabularnie była przewidywalna nie tyko od pierwszych minut filmu, ale wręcz od pierwszej o nim wzmianki prasowej.

Zdjęcia takie sobie – znaczy, solidne, zmieniające klimat w zależności od sceny, ale bez przesady. Świetny za to montaż Agnieszki Glińskiej – powiedziałbym nawet, że montaż uratował ten film i gdyby kleił go ktoś słabszy warsztatowo, „Polskie gówno” byłoby nieoglądalne.

Dialogi? Niedobre... bardzo niedobre dialogi są... A raczej nie tyle niedobre, co niedopracowane i jeśli chce się stawiać na improwizację, to najpierw trzeba ją nieźle przećwiczyć, a potem w razie czego powtórzyć, ale na pewno nie wolno zostawiać w filmie fragmentów, po których widać, że dialogujący zapętlił się kompletnie i jedynym sposobem na wyjście z supełka jest dla niego piętrowe kurwowanie chujami or samfing. Wiem, wiem – bluzg w trasie jest wszechobecny, a poziom rozmów w rockowych busach raczej odległy jest od etyczno-filozoficznych dyskusji w Castel Gandolfo, ale tu nie mieliśmy dokumentu, tylko fabułę i to jeszcze w formie musicalu, więc nie mówmy o naturalizmie, dobrze? Pogadajmy raczej o tym, jak dobrze używać bluzgów (nawet w ilościach hurtowych – nie mam nic przeciwko), bo to element rzemiosła filmowego.

W dyskusji wystąpiła poważna różnica stanowisk na tle aksjologicznym

Reżyseria... Nie wiem, co napisać. Na pewno Grzegorzowi Jankowskiemu należą się dwa wiadra kudosów za pomysł musicalu, ale jego praca reżyserska jakoś mnie nie przekonała. Nie wiem, może ego Tymona jest zbyt wielkie i nie daje się okiełznać, może Grzegorz Janowski jest za sympatyczny do takiej roboty, może ukończenie kursu reżyserskiego w szkole Andrzeja Wajdy to jednak za mało, ale czasem miałem wrażenie, że reżyser pełni w „Polskim gównie” jedynie rolę technicznego przy wizjach Tymona, że nie potrafi się przebić i zrobić tego, co reżyser robić powinien (czyli na przykład powiedzieć szczerze scenarzyście, że Tymciu drogi, scena X jest chujowa jak barszcz, a zagrana została beznadziejnie, więc wypierdalamy ją w kosmos, amen).

Aktorstwo... A można tu mówić o aktorstwie? Paru zawodowców odegrało swoje, jedni lepiej (Arkadiusz Jakubik, Sonia Bohosiewicz), inni gorzej (Jan Peszek może sobie ten film postawić obok „Figo Fago” i wstydzić się go mniej, ale jednak wstydzić), a film z założenia miał trzymać się na amatorach. Z jakimś tam doświadczeniem scenicznym, oczywiście, wciąż jednak amatorach. No i znowu same nierówności: Tymon czasem przekonuje, a czasem zęby widza bolą od jego udawania, Grzegorz Halama wchodzi z rozmachem i zjednuje sobie widza od pierwszego wejrzenia, a kwadrans potem zieje takim paździerzem, że głowa mała, muzycy Tranzystorów są z zawodu muzykami, a w filmie robią za tło, więc o ich grze można powiedzieć tylko tyle, że byli naturalni i wypadli lepiej niż niejeden zawodowiec. A Filipa Gałązki z wiecznie nawalonego perkusisty Zbigniewa Gruza zrobił coś zapadającego w pamięć i może ktoś mnie teraz znielubi, ale w roli alkoholika bardziej trafiał do mnie ten zachrypnięty amator z trzema scenami na krzyż, niż przestylizowany Robert Więckiewicz u Wojciecha Smarzowskiego.
O cie Florek... – jęknął Głos Wewnętrzny, przewidując focha Opinii Publicznej.

Stan Gudeyko też uznał, że to lekka przesada

Odkryciem był dla mnie Robert Brylewski w roli Stana Gudeyko. Nierówny, jaka cała reszta, ale ujmujący autentyzmem, a dzięki pracy Agnieszki Glińskiej, montującej go w klimatach schizoidalnych, zyskiwał odcień szaleństwa, przyciągając wzrok i skupiając na sobie uwagę. Od pewnego momentu poważniejsza część filmu trzymała się tylko na nim, bo tyrady Tymona były coraz bardziej żałosne. I za to należą się twórcom oklaski – za ściągnięcie Roberta Brylewskiego i wspólne wymodelowanie z niego takiej właśnie postaci. Już choćby dla niego warto było zobaczyć ten film, a na pewno dzięki niemu udał się antysystemowy finał – z kim innym, zwłaszcza z samym Tymonem w roli samotnego mściciela, ten pomysł zamienił by się w kupę trocin.

Prawda czasu, prawda ekranu... Nie wiem, czy rzeczywiście prawda i nie wiem, czy jeśli prawda, to co z niej wynika. Jedyną prawdą, jaką przyswoiłem bez trudu, była prawda wielkich, włochatych bębnów czterdziestoparoletnich facetów, widoku których to bębnów twórcy nam nie oszczędzali i przyznam, że skłoniła mnie owa prawda (oraz rzut oka poniżej blatu biurka) do zasadniczego przemyślenia zwyczajów żywieniowo-gimnastycznych... Film jest tak przeraźliwie nierówny, że nie wiadomo, czy to ma być komedia, dramat, moralitet, manifest, czy po prostu spis imprezowych dowcipasów, które bawią napitych facetów, udających, że wcale nie mają czterdziestu paru lat, ale wciąż są ślicznymi, młodymi wojownikami na froncie walki z Systemem... Dobrze, że „Polskie gówno” powstało, bo to zawsze fajnie, gdy ambitne, prywatne projekty kończą się sukcesem, jest w nim sporo rzeczy, które dadzą się zapamiętać, ale chyba lepiej by było, gdyby Tymon nie kręcił sequela. Niestety, podobno ma zamiar.

Mimo wszystko można się wybrać, a jeśli ktoś jest z odpowiedniego pokolenia, to może nawet warto, żeby się wybrał.

Z dniem dzisiejszym ogłaszam na terenie całego kraju stan psychodeliczny...


Varia
1. „– Piotruś Pan w ramonesce. Wiesz, kto to?
– Kuba Wojewódzki.
– Ty. Według jednego z recenzentów 'Polskiego gówna' twój film to manifest Piotrusia Pana w ramonesce.
– Ano tak. To cytat z najsłabszej, najbardziej stronniczej recenzji, w dodatku bardzo ad personam.”
Dżizas, nie ma to jak artycha, który strzela focha. Swoją drogą, ten „manifest Piotrusia Pana w ramonesce” to strzał... no, może nie w dychę, ale w osiem i pół i szkoda, że sam na to nie wpadłem.
2. Recykling rodziny: jako wokalistka zespołu Lucy Fur („Hej, didżej! Ty pizdo!”) wystąpiła najnowsza pani Tymańska, Maria Natalia, a w składzie zespołu Księgowi („Jak każdy chłopiec mam dziewczynę swą”) znaleźli się synowie Tymona Kosma i Lukas Tymański, przy czym sam zespół na co dzień nosi nazwę The Fruitcakes, a Lukas naprawdę gra w nim na perkusji.
3. A tak na marginesie – poznaliście śpiewającego gitarzystę Księgowych, tego po prawej? Tomasz Ziętek, „Rudy” z „Kamieni na szaniec” Roberta Glińskiego. Podobnie jak Kosma, gra w The Fruitcakes na co dzień.
4. Bo o tym, że wyginającemu bęben Mikołajowi Lizutowi w piosence o „Królach gówna” głos podkładał Robert Janowski mówić chyba nie trzeba? Wszyscy słyszeli, wszyscy poznali.
5. Wszyscy poznali też Leszka Możdżera w roli służącego Romana Blooma (czyli Jana Peszka). A jeśli nie poznali, to przypomniała im każda recenzja.
6. Wiecznie nawalonego Zygmunta Gruza zagrał perkusista The Transistors Filip Gałązka, a długowłosego gitarzystę, ścibolącego pieniądze dla rodziny jego brat, Marcin, gitarzysta tegoż zespołu. Obaj są synami Marka Gałązki, a jeśli ktoś nie wie, kim jest Marek Gałązka, to znaczy, że urodził się po 1980 roku i ma ogólne braki.
7. Dalsze wyliczanie kto, gdzie i skąd się wziął, daruję sobie, bo jest tego za dużo.


–   Z bliska to mam ze czternaście lat więcej – pomyślał po zdjęciu ramoneski.


============
Polskie gówno
Premiera: 06.02.2015
Czas: 93 minuty
Reżyseria: Grzegorz Jankowski
Scenariusz: Tymon Tymański
Obsada: Tymon Tymański, Robert Brylewski, Grzegorz Halama, Filip Gałązka, Marcin Gałązka, Arkadiusz Kraśniewski, Sonia Bohosiewicz, Czesław Mozil, Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Bartłomiej Topa i inni
Dofinansowanie PISF: nie było.