2016-07-03

Disco Polo [2015]

Miała matka syna, syna jedynego...

...i jako Matka Polka chciałam go, panie redaktorze, wychować na pana wielkiego.

Nie matka, a ojciec. Syn natomiast miał kolegę, z którym założył zespół discopolowy i zrobił wielką karierę, bo to się wszystkim Polakom podobało, a wszyscy Polacy to jedna rodzina. Co widzimy na przykładzie... Znaczy, nie – nie widzimy.
Yyy...

Zacznijmy od tego, że mnie podobało i to bardzo. Dzięki temu unikniemy niepotrzebnych dłużyzn i nieporozumień, a osoby, którym film się nie podobał, będą mogły wzruszyć ramionami i zakończyć lekturę. Albo przeciwnie – rozpocząć, ale wtedy już na własne ryzyko, bo uprzedzałem.

Czy warto kręcić film o disco polo? IMHO warto, bo zjawisko niby krótkie, ale jednak znaczące, a zresztą, co znaczy „krótkie”, skoro ostatnio „Ona tańczy dla mnie” weszło narodowi bez popitki, a dzięki Kamilowi Grosickiemu, pół Polski oszalało dla jej oczu zielonych? Zresztą filmy warto kręcić o wszystkim, bo nieważne o czym – ważne, jak.

Żyrafie się podobało, babcia się wzruszyła, a dziadek Miguel wspominał Pancho Villę

No to „jak”? Jak nakręcić taki film? Można się bawić w pokazywanie brudu, smrodu i przaśności, polecieć jakimś umcującym Smarzowskim, zaczynając Dziabasem jak trup bladym przy klawikordzie, a kończąc pijaną Kingą Preiss, śpiewającą „Jestem szalona” w aranżacji Mikołaja Trzaski. Można skręcić historię tego gatunku/biznesu Pasikowskim, skupiając się na mafiosach w ortalionowych dresach, trzypaskowej mafii, niechcemisięztobągadaizmie i małolatach oddających się w prowincjonalnych kiblach ex-milicjantom za kreskę lub pół Tyskiego. Można ewentualnie pójść śladami Roberta Glińskiego – nakręcić cokolwiek, jakkolwiek i nijako, a potem nawet nie pamiętać, że się nakręciło/obejrzało. Na upartego można by polecieć klasowo, wykorzystując mit biednego Janka Muzykanta, z którego klasa beneficjentów transformacji ustrojowej drze okrutnego łacha, kradnie mu szlagier i psuje organki, ciamkając pogardliwie ośmiorniczkami w sojowym latte. Tylko czy to by się dało oglądać? Zwłaszcza, gdy przecięty polski reżyser nie potrafi pokazać mieszkańców mamwdupiemałychmiasteczek bez korzystania niemal wyłącznie ze spranych klisz, niemodnych ciuchów, zaczesek, mazurzenia, obowiązkowego bełta na przystanku i poczucia nieuzasadnionej wyższości nad wykorzystywanym podmiotem. A i wielu nieprzeciętnych reżyserów ma ten problem także.

Bochniak i Kościukiewicz poszli w baśń. W kolorową, odrealnioną bajkę, pełną figur, cytatów i metafor. Nie Supraśl, tylko meksykańskie osiedle, nie Biała Podlaska, tylko landrynkowe Sin City, nie droga na Ostrołękę, tylko szeroki highway znikąd donikąd i zasuwająca po nim limuzyna marki Fiat 125p., ze sceny na scenę coraz dłuższa.

On a long and lonesome highway, east of Omaha...
Napisałbym, że kupiłem to od początku, ale to by była nieprawda – pierwsza scena jest rozciągnięta do granic wytrzymałości widza – znam parę osób, które nie wytrzymały i wyłączyły film, sam zresztą za pierwszym razem omal przy niej nie zasnąłem. Ale tylko „omal”. Powiedzmy więc, że kupiłem film od drugiej sceny, tej hotelowej. Kupiłem, albowiem cała opowieść została wzięta w cudzysłów konwencji, pozwalający na odejście od prostego: „tak było, tak nie było, a wujek Ziutek pamięta coś zupełnie innego”. Nie musiałem szukać nawiązań i odniesień do realiów, nie musiałem opędzać się od wspomnień, mogłem spokojnie oglądać "jakąś" historię, bez wpasowywania jej w historycznie realne ramy, bez odruchowego weryfikowania wszystkiego przez pryzmat własnej memorii i odnoszenia ekranowych wydarzeń do Cedyni, Grunwaldu meczu na Wembley i procesu proletaryatczyków. Opowieść w ramach, intryga w klamrach i kino bawiące samym sobą.
–  Się –  wtrącił Głos Wewnętrzny.
Się także. Co w światowym kinie obrabiane było tysioncpincet razy, ale u nas to wciąż nowość, zasługująca na uznanie i dodatkowy napiwek. Znaczy nowość, gdy dobrze zrobiona, bo prób pretensjonalnych, a wręcz gniotów, było multum.

Oglądałem z uśmiechem podobało mi się, chciałem więcej i mam spore pretensje do autorów, że zatrzymali się w pół drogi, niepotrzebnie dorealniając film krajową przaśnością – zaciągającym z wschodnia totumfackim, kaleczącym polszczyznę Murzynem, postkomunistycznym mafiozo. Nie można było pójść na całość i wkleić w film np Węgra (bez tłumaczenie, oczywiście), mafiozo z... hmm, jaki kraj najmniej się kojarzy z mafią?.. Finlandia?... No to mafiozo z Finlandii. Jak szaleć to szaleć, jak się bawić, to się bawić, a jeśli hasło filmu brzmi „Jeśli to się Polakowi podoba, to to się każdemu Polakowi spodoba”, to nie odwracajmy tego, kręcąc pod szeroką publisię, bo bezimienne masy zazwyczaj gust mają badziewny, a schlebianie im takimi ochłapkami za mocno kontrastuje z tym wszystkim, co wybija „Disco Polo” ponad przeciętność polskiej twórczości filmowej. Z drugiej strony wklejenie w film programu telewizyjnego z palemką i „dużo żelu, dużo żelu, Bożenko!”, czyli odwołanie do klasycznych produkcji polsatowskich, wypaliło pod sufit (brawka za dopracowanie jakości obrazu i światła w tym fragmencie), a Mariusz Drężek niby grał tu to samo, co zawsze często, ale tym razem zagrał znakomicie. A z trzeciej strony – scena z Jerzym Urbanem: pomysł nawet ewentualnie niezły, mimo osadzenia (hehehe, osadzenia, rozumiecie, call me „master of words”, hehehe) w krajowych realiach, a nawaliło wykonanie, bo nagle twórcy przestali ufać widzowi i nakręcili ją z wdziękiem Jacka Bromskiego za piecem.
Czyli, że co właściwie? – obruszyła się Opinia Publiczna – Bo tak się często przypieprzasz, a konkretów jakoś brak. O krytyce konstruktywnej słyszałeś?
Słyszałem, tylko mi za nią nie płacą. Ale OK, prosię uprzejme: scena byłaby w punkt, gdyby Jerzego Urbana pokazano dopiero na końcu, gdy wzruszony dziękuje Tomkowi za piosenkę. Bum, zdziwko, chichocik, oklaski. Pokazanie go wcześniej, a potem powtarzanie ujęć było niepotrzebnym przeciągnięciem dowcipu, obliczonym chyba na wyłudzenie od publisi dodatkowej porcji rechotu.

Jak widać na obrazku, rzeczywiście nie ma, nie ma wody na pustyni

Ale to drobiazgi. Tak czy siak, brawurową kolorowo-bajkową konwencję łyknąłem, doceniłem sprawność scenariusza, mniej czy bardziej dyskretne cytaty z klasyki pop-kultury przyjmowałem z coraz szerszym uśmiechem, przy cytacie z „Funny games” prawie zacząłem klaskać i, przepraszam bardzo, dlaczego dotąd nie widziałem w żadnym filmie tego blondynka i dlaczego będę tak długo czekał, żeby zobaczyć go jakiejś większej roli?
A skąd wiesz, że będziesz? – żachnął się Głos Wewnętrzny
Kamaan, to polskie kino przecież...

Co mi naprawdę przeszkadzało to filmowe bluzgi. Moja wieczna śpiewka – trzeba wiedzieć, kiedy bluzgać i jak, wtykanie słów „brukowanych” czy trzeba, czy nie trzeba, potrafi zepsuć nawet najlepszy film, a tu przecież mieliśmy do czynienia z baśnią o muzycznych Kopciuszkach, feerię gorących barw, krasnoludki, zielone liście palm, błękitne fale... Bluzgi były absolutnie niepotrzebne.
Przesadzasz – Głos Wewnętrzny przesunął, włączył i odtworzył dwa fragmenty.
Dobra, może trochę przesadzam. Ostatnia kwestia Janusza Chabiora i Tomasz Kot kończący zbędną wiązankę okrzykiem „Kurwa, szablę dawaaaać!” mogą zostać. Ewentualnie, bo spokojnie dałoby się te bluzgi zastąpić lub nawet całkiem wyeliminować.  Reszta bluzgów kategorycznie do wycięcia.

...i usłyszałem słowo, od którego uszy mi zwiędły, a koń siwy zarumienił się ze wstydu!

Pomysł na wykorzystanie oryginalnych przebojów discopolowych, zamiast pisania nowych utworów, przeznaczonych specjalnie do filmu okazał się strzałem w dychę. Po pierwsze ze względu na nasz narodowy mamonizm – lubimy, proszę pana, te piosenki, które znamy. Po drugie – bo napisanie naprawdę dobrych nowych piosenek specjalnie do „Disco Polo”, mogłoby się skończyć jak zwykle w polskim kinie: jedni autorzy poszliby w wyśmianie, drudzy poszliby w sztukę, jedni i drudzy poszliby za bardzo i całość byłaby sztuczna jak Małgorzata Rozenek, a po wyjściu z kina połowa widzów i tak nuciłaby „Bogurodzicę”  „Żółte kalendarze”  „Ja! Uwielbiam ją! Ona tu jest!”. Tu tymczasem dostaliśmy porcję gretejst hitów, muzyczka grała, serduszko pukało, do rytmu, nóżka chodziła i, kurczę, skąd my tak dobrze znamy słowa tych wszystkich piosenek, skoro nigdy, ale to przenigdy, od kołyski przecież tylko Pink Floyd i Arvo Pärt, słowo harcerza, disco polo nie słuchaliśmy?

Aktorsko – bardzo dobrze, bo mimo wszystko oszczędnie. Szarżowali tylko Tomasz Kot w roli discopolowego imperatora i Joanna Kulig w roli Gensoniny. Kot momentami przeszarżowywał (choć może to wina zbędnych bluzgów), ale potrafił też obłędnie zagrać detalem, a Joannę Kulig po raz pierwszy oglądałem z prawdziwą przyjemnością i (u)śmiechem na ustach – komedię czuła, konwencję poszczególnych scen łapała w lot i dobarwiała je odpowiednim „przegięciem”, wszystkie swoje wady przekuła w zalety, była odpowiednio kiczowata, a irytujący mnie zazwyczaj timbr jej głosu, tu „podkręcał” całość. Oczywiście, jakiś wpływ na jej rolę mogła mieć znajomość z twórcą filmu Maciejem Bochniakiem...
Bliska?
Nawet bardzo – są małżeństwem. Ale tym razem nie czepiam się, że ohohoho, panie dzieju, mąż to żonę nepotycznie obsadza, bo skoro rola wypaliła, to sprawy nie ma – ot, tylko zwracam uwagę, że obecność przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin pod film, mogła pomóc aktorce w budowie roli. Która była naprawdę dobra. Rola, znaczy. I aktorka w roli.

O, świynty syntezatorze ze słotą końcówką, chwalą nas na Poliszmuwi!

Piotr Głowacki nie zszedł poniżej swojego poziomu i bawił niuansami, Iwony Bielskiej było za mało, Aleksandra Hamkało zagrała poprawnie i złego słowa nie powiem (choć dobrych też nie za wiele), na duży plus wypadł Juliusz Chrząstowski w roli ojca kolejarza, Mariusza Drężka już wspominałem, Bartosza Bielenię (to ten blondynek, jakby wycięty z filmów Viscontiego) też, zabawnych epizodów wymieniać nie będę, bo czasu mało, a tekst i tak jest długi. Rozczarował Rafał Maćkowiak, który momentami zaledwie się wygłupiał, ale ponieważ momentów na ekranie miał mało, można uznać, że filmu mu do życiorysu nie zaliczymy i już. Jacek Koman był na ekranie częściej i niestety, znowu zagrał przeciętnie.
I wreszcie Dawid Ogrodnik w roli Tomka... No, nie porwał mnie – nie wyszedł poza poprawność, był ładny, opanował trzy ruchy przy mikrofonie i chyba nawet jeden obrót, ale brakowało mu jakiejś dozy szaleństwa. Sprawiał wrażenie, jakby przyszedł z innej bajki i może zaledwie w dwóch scenach podłączył się do filmowego odlotu. Nie, w niczym filmu ani roli nie zepsuł – na to jest za dobry, ale z Piotrem Głowackim przegrywał w większości scen, a momentami nie nadążał nawet za Joanną Kulig.

Syn z kompleksami wobec ojca z wajchą czyli element egzystencjalnego mroku

Zdjęcia Tomasza Naumiuka świetne, światło, że tylko buzi dać, scenografia Stanisław Tyczyńskiego (tak, tego Stanisława Tyczyńskiego – w filmie też się pojawia, jeżeli mnie wzrok nie myli) – miód i malina. W scenie finałowej twórcy filmu wykorzystali scenografię „Halki”, wystawianej w operze bydgoskiej (reżyserowała Natalia Babińska, a złotą scenografię zaprojektowały Diana Marszałek i Julia Skrzynecka). Montaż Jarosława Barzana – znakomity, efekty specjalne bardzo do przodu (wiadomo, skoro Stanisław Tyczyński, to i Alvernia Studios). A poza tym brawurowa zabawa przez cały film i szalony finał, w którym – jak to w bajce – wszyscy żyli długo i szczęśliwie, tryskali radością, wzruszeniem, martwi okazywali się tylko draśnięci, chromi tańczyli, głusi słyszeli, krzyż, flaga, cekiny, brokaty, entuzjazm, Polska mistrzem Polski i hej, hej, bawmy się!

Zabawna popkulturowa układanka, czysta, żywa zabawa, bez zadęcia i z ręką na pulsie formalnym. Jeśli kicz, to przemyślany i kontrolowany. A że nie opowiada „bolesnej prawdy o Polsce, okresu transformacji”, nie przejdzie do historii kina polskiego, za pięć lat nikt o filmie nie będzie pamiętał (moim zdaniem będzie pamiętać sporo osób), itede? So what? Rozrywka. Tu i teraz. Dla mnie wystarczy. I jeśli nasze kino rozrywkowe ma iść w którąś stronę, to wolę, żeby szło w stronę „Disco Polo”, niż w stronę „Zakochanych”, „Wkręconych”, „Dzień dobry, kocham cię” czy innych „Dżej Dżejów”.

Warto. Naprawdę.
Czytał Tomasz Knapik.

Tyrion Lannister przechodził przypadkiem. Z tragarzami. Których nie widać, bo już przeszli.


Varia
1. W tle przewija się parę znanych ze sceny discopolowej twarzy: Radosław Liszewski z Weekendu, Robert Klatt z Classica, Tomasz Niecik... Przekonany byłem, że mignął mi także lider zespołu Bayer Full, ale potem nie mogłem sobie przypomnieć, która to była scena, więc może mi się zdawało.
2. Pop-kulturowych cytatów jest w „Disco Polo” mnóstwo, ale chyba za mało czasu minęło od premiery, ktoś może nie widział jeszcze – nie będę Wam odbierał radochy z rozczytywania nawiązań.
3.  W gabinecie Polaka wisi portret gospodarza na stadionie, w dresie, z piłką pod pachą – to dyskretna (jak na polskie, kino nawet bardzo dyskretna) aluzja do dwóch ważnych postaci sceny rynku discopolowego – Sławomira Skręty i obecnego prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy. Obaj panowie mają za sobą przeszłość piłkarską, obaj kierowali wytwórniami płytowymi, promującymi disco polo (Skręta był twórcą Blue Star, Kulesza – Green Star).
4.  Dyskretne aluzje pojawiają się także w tle fabularnym: na przykład wymiana Tomka i Rudego na dwóch nowych muzyków w końcówce filmu może być odczytana, jako odwołanie do reaktywacji zespołu Milano nie przez członków zespołu, ale przez posiadającą prawa do nazwy wytwórnię. Podobnie rzecz miała się z grupą Toples – kiedy muzycy odeszli z Green Star, wytwórnia zabroniła im używania dotychczasowej nazwy, oddając ją wybranym przez siebie „podmiotom wykonawczym”. Podbieranie sobie tekstów czy melodii, „ręczne” kreowanie i wygaszanie gwiazdek, piosenki dla kandydatów na prezydenta, you name it – wszystko to zdarzyło naprawdę.
5. W filmie pojawia się także jego współscenarzysta Mateusz Kościukiewicz. Dyskretnie, krótko, jako taka mała klamerka. Plus za scenariusz, plus za samoograniczenie się, bo przecież mógł się obsadzić w roli Tomka, minus za odrobinę „przeciągnięte” sceny. Sekunda-dwie krócej i byłoby znakomicie. 
6. Reżyser filmu Maciej Bochniak miał już kontakt z disco-polo. Parę lat temu nakręcił dokument „Miliard szczęśliwych ludzi” o próbie wyeksportowania zespołu Bayer Full na rynek chiński.

A jeśli loczki już tak zostaną? Jak ja wtedy Hamleta zagram?

============
Disco Polo

Premiera: 2015.02.27
Czas: 103 minuty
Reżyseria: Maciej Bochniak
Scenariusz: Maciej Bochniak, Mateusz Kościukiewicz
Obsada: Dawid Ogrodnik, Piotr Głowacki, Joanna Kulig, Tomasz Kot, Aleksandra Hamkało, Mariusz Drężek, Rafał Maćkowiak, Juliusz Chrząstowski, Iwona Bielska, Jacek Koman, Janusz Chabior, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: Nie było. Pierwsza wersja scenariusza została przez PISF skopana, więc producenci się wkurzyli i zrobili film bez pomocy PISF. Za co oklaski.

2016-06-15

Jezioro osobliwości [1972]

Wróćmy na jeziora… – zawodziły smętnie Czerwone Gitary.
OK. Wróćmy.

"Tam szczupak-bandyta poluje na lina,
a okoń się czai na żabęęęęęę!"

Krystyna Siesicka – wiadomo. Młodość, miłość, szkoła, porywy serca i błysk w oku koleżanek na wieść, że znam, że czytałem, oczywiście i jasne, że możemy o tych książkach pogadać na parkowej ławce do późnego wieczora, chyba że wpadniemy do mnie, to pożyczę ci jeszcze Halinę Snopkiewicz.
Dobra, dobra... – mruknął Głos Wewnętrzny, który chodził ze mną do szkoły i dobrze wiedział, jak z tym rwaniem naprawdę było. Ale ponieważ jest to Głos uczciwy i obiektywny, przyznał, że rzeczywiście książek Siesickiej i Snopkiewicz przeczytałem sporo.
O dziwo – „Jezioro osobliwości” jakimś cudem mnie ominęło. O, dziwo, bo to podobno jedna z najbardziej znanych książek Krystyny Siesickiej i z ekranizacją w dodatku. Skoro więc zostało wywołane na blogu, a wersja filmowa trafiła w moje ręce – popcorn, cola...
A fuj! – żachnęła się Opinia Publiczna.
Jabłko, białe wino – lepiej? Rozsiadłem się, włączyłem...
                                   
97 minut później żałowałem, że nie jestem ślimakiem – mógłbym wtedy wysunąć czułki, szypułki, czy na czym tam ślimak ma oczy i zerknąć na siebie samego z niedowierzaniem. To ma być Siesicka? Bez jaj... Przecież to jakaś płycizna tekturowa, emocjonalny paździerz: mama ciumli chodzi po ludziach i pyta czym jest szczęście, ciumla kocha się w lalusiu, ją z kolei emabluje jakiś bananowy bucuś, ciumla na bucowatość bucusia jest ślepa absolutnie, za to laluś jest tępawy ogólnie i co mu się powie, to przyswaja jak mormoni objawienia ojca Rulona, co bucuś wykorzystuje z bezlitosnym refleksem i brakiem klasy (jak to bucuś).
Dziwka! – piszczy laluś i trzaska drzwiami.
Och, jakże nieszczęśliwą ciumlą jestę – szlocha ciumla.
Jak ty się zachowujesz? – lamentuje matka.
I rodzice mnie nie kochają – jęczy ciumla – Znaczy, właściwie to jeden rodzic rodzony i jeden przyszywany. Któren jest okropeczny!
W tle przesuwają się ludzie, którzy są jak wilki i ryby, które są jak ryby, przy czym jak ryby są dla nas, ludzi, bo dla innych ryb też są jak wilki.
– To jest kura, panie generale! – wtrąca się zza kadru oberleutnant von Nogay.
Ciumla, która też jest jak kura, łyka proszki, czym wzbudza spory bulwers i bardzo głupie zakończenie, a postawione na początku filmu odpowiedź na pytanie „Czym jest szczęście?”, sprowadzone zostaje do prostego: „Szczęście jest wtedy, gdy pogotowie przyjedzie na czas”

"Złapał katar Katarzynę..."

Strasznie spłycasz – żachnęła się Opinia Publiczna – Przecież tam był jeszcze problem krzyżówkowy: ojczym ciumli był równocześnie ojcem lalusia i...
I to nie miało nic do rzeczy, poza udziwnieniem fabuły i upretekstowieniem zetknięcia się dwojga bohaterów. Na intrygę właściwą nie miało to właściwie żadnego przełożenia. Znaczy, w filmie nie miało.

Nie mogłem uwierzyć, że Siesicka mogła napisać coś równie głupiego i sięgnąłem po książkę. Okazało się, że miałem rację – Siesicka nie napisała czegoś równie głupiego. Znaczy, formalnie, napisała, bo jest podpisana pod scenariuszem filmu, ale książka jest lepsza...
O wiele lepsza? – zainteresowała się Opinia Publiczna.
Nie, tylko lepsza. I utrzymana w klimatach klasycznej Siesickiej. Ciumla, co prawda, jest chyba jeszcze bardziej ciumlowata niż w filmie, za to postacie męskie są o niebo sensowniejsze – laluś nie jest lalusiem, bucuś nie jest bucusiem, konkurencja między nimi jest uczciwa, nastawania na cześć niewieścią uczynkiem i słowem nie ma, ojczym też całkiem sensowny (w filmie to jakiś smętny trep). No i przede wszystkim jest prawdziwe jezioro, a nie tylko film o w filmie o. I jest wiosło.
Co jest? – zdziwił się Głos Wewnętrzny,.
Wiosło. Drewniane do wiosłowania. Taka strzelba Czechowa, tylko bez GSR.

Z braku wiosła – klamka, która usiłuje zapaść

Przed lekturą książki film mi się nie podobał, a po lekturze nie podobał mi się jeszcze bardziej. Irytował mnie drętwotą postaci, wtłoczeniem ich w drętwy schemat rozpinający ciumlę między świętoszkowatością lalusia, a wredotą bucusia, sprowadzeniem sytuacji rodzinnej do: „A bo wy mnie nie rozumiecie – Jak ty się zachowujesz?! – „Nie jesteś moim ojcem! – Foch! – Foch double! – Kontra! – Re!”

Nawet nie będę pisał o ciekawym rozwiązaniu układu ciumla-ojczym w książce – film oglądałem wcześniej, więc byłoby to deko bez sensu. Filmowe rozwiązanie jest po prostu płaskie i nie ma znaczenia, jak Siesicka ułożyła to w książce. W filmie jest tekturowo, smrodek dydaktyczny snuje się po mieszkaniu i szkole, matka ciumli odkąd wyszła za mąż za ojczyma zmieniła się w mega-ciumlę, ojczym zmienia się w doktora Prado i wciąż „musi porozmawiać” ze swoimi Virginiami, nauczycielki smęcą, a ex-żona ojczyma (równocześnie matka lalusia) jest oschła jak fikus w mieszkaniu słomianego wdowca i ma idiotyczne okulary. 

Tyżeś to, dziecię? Bo przez te denka od butelek nic nie widzę.

Pomysł na przerywniki „Czym jest szczęście?” – kompletnie chybiony, pomysł na mrówcze ujęcie ludzkości z początku – mocno ni priczom, bo niby że, pardąsik, co właściwie? Że tak wiele spraw tu nawarstwia się i spiętrza, więc wybierzmy jedna mrówkę i zajrzyjmy jej do wnętrza? Czy może „chodzą ludzie do góry nogami, do domu trafić nie mogą” i ewentualnie na siebie też nie? No, kurczę, nie łapię tego zupełnie. Teatr Pantomimy Tomaszewskiego niech se będzie, bo zawsze to dobrze, gdy się lud pracujący miast i wsi zetknie z kulturą wysoką, ale tak po prawdzie wrzucono go też od czapy.

Zdjęcia Mieczysława Jahody przeciętne, a niektóre ujęcia wręcz pretensjonalne, scenografia nijaka, broni się za to muzyka Wandy Warskiej i Andrzeja Kurylewicza (na liście płac Wanda Warska figuruje jako kompozytor, a Andrzej Kurylewicz jako wykonawca). Przy czym broni się sama, a nie jako ilustracja do filmu, więc też za bardzo pochwalić nie można.

W roli tła psychologicznego wystąpiły rura od górnopłuka i łańcuszek spłuczki

Aktorsko również słabo. Barbara Horawianka i Stanisław Zaczyk jako rodzice dobrze zaczęli, ale polegli w zderzeniu ze źle napisanymi rolami, grający lalusia Michała Mirosław Konarowski jeszcze nie był tak przystojny jak w „Akcji pod Arsenałem”, ale za to fryzurę miał na Króla Lwa i lekką wadę wymowy. Wadę gry aktorskiej też miał. Romuald Drzazga obronił się w roli bucusia Patryka, ale szkoda, że nie mógł zagrać wersji książkowej. Albo może dobrze, że nie miał? A tak przy okazji – zdaje mi się, czy postać Patryka dubbingował Wojciech Duryasz? Nie, chyba jedna mi się nie zdaje... Role nauczycielek były bardzo wiarygodnie, momentami miałem wrażenie że widzę właśnie nauczycielki, a nie aktorki.

Ciumlę zagrała Maria Kowalik. Do roli famy fatalnej, o którą rywalizują szermierze całej stolicy, pasowała średnio, ale walczyła z rolą dzielnie. Z książkową postacią mogłaby się zmierzyć, w filmową miała tchnąć życie i przekonać widza, że jest w niej coś. W postaci znaczy. Mnie nie przekonała i niestety, nie może wszystkiego zwalić na scenariusz. Żeby było dziwniej – lepiej radziła sobie głosowo, ale to jednak film i zamknięcie oczu trochę utrudnia oglądanie. Z drugiej strony – to przecież był debiut 18-letniej Marii Kowalik.
Mirosława Konarowskiego również – podpowiedział filmpolski.pl
No to tym bardziej obojgu wybaczam.

Nie warto – lepiej przeczytać książkę Siesickiej. Niekoniecznie tę. 

Kto uważa, że film jest słaby niech podniesie rękę nogę



Varia
1. Skoro już wspomniałem „Akcję pod Arsenałem”... Kiedy film z Mirosławem Konarowskim w roli Tadeusza Zawadzkiego przyciągał tłumy do kin, Maria Kowalik przygotowywała się do roli w Anny Roche w serialu telewizyjnym „Życie na gorąco”, w którym jej postać pomagała redaktorowi Majowi ścigać po całym świecie Organizację Wu.
2. „Idziemy do Emilii kupić ci regał na książki” – zakomenderowała mama ciumli. Niestety, regału w Emilii już się kupić nie da. Zbudowany w drugiej połowie lat 60 pawilon przy ul. Emilii Plater funkcję Domu Meblowego przestał pełnić dawno, dawno temu, ostatnio swoją siedzibę miało tam Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ale właśnie musiało się pożegnać z „Emilią”, because of kapitalizm i może by to postawić na tym miejscu coś bardzo wysokiego. Mówi się o przeniesieniu pawilonu, o wpisaniu go do rejestru zabytków, ale żyjemy w rzeczywistości, w której nawet obiekty figurujące w takim rejestrze potrafią zniknąć z dnia na dzień, więc wcale się nie zdziwię, jeśli któregoś dnia zobaczymy przed „Emilią” buldożery, a następnego... a następnego zobaczymy już tylko buldożery.
3. Książkowa matka lalusia pracuje w podwarszawskiej stacji doświadczalnej i „prowadzi tam kultury niektórych roślin”. Filmowa matka została awansowana zawodowo i pracuje konserwatorsko w pałacu w Wilanowie. „Pretencious? Mła?”
4. Wnioskując z wysokości bloku i charakterystycznej blachy na balkonach (pierwsze sceny filmu), ciumla mieszka w którymś z punktowców Ściany Wschodniej. Pewną podpowiedzią, w którym, może być migające za oknem neon „Cafe Bar” i widok z drugiego okna (chwilę po wejściu ciumli do pokoju). Na moje oko – punktowiec przy Świętokrzyskiej z widokiem na skrzyżowanie z Marszałkowską, ale ja się nie znam.
5. Nie jestem natomiast w stanie rozpoznać profesora udzielającego wywiadu matce ciumli w jednej z początkowych scen. Powinienem się wstydzić?
6. Parę lat temu Joanna Siedlecka ujawniła fakt wieloletniej współpracy Krystyny Siesickiej z SB. Przykre. Znaczy, nie to, że Joanna Siedlecka ujawniła, ale że miała co. 

Konsoleta była ładniejsza i sprawniejsza niż Kopciuszek, bo miała więcej guziczków.

Premiera: 29.05.1973
Czas: 97 minut
Reżyseria: Jan Batory
Scenariusz: Krystyna Siesicka, Jan Batory
Obsada: Maria Kowalik, Mirosław Konarowski, Barbara Horawianka, Stanisław Zaczyk, Romuald Drzazga, Alicja Pawlicka, Anna Wesołowska, Urszula Modrzyńska, Antonina Gordon-Górecka i inni.

2016-05-19

Drugi brzeg [1962]

Towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” był absolutnym Jonaszem. 

...i pocił się obficie.

Założył towarzysz Paweł komunistyczną jaczejkę – defensywa wpadła na jej trop. Oraz na trop towarzysza Pawła.
– No wiesz... Jeśli ktoś ma na imię Paweł i przyjmuje pseudonim „Paweł”... – zauważył Głos Wewnętrzny.
Prawda, jakie chitre? – ucieszył się towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł”.

Aresztowany towarzysz Paweł uciekł... tylko po to, by znowu zostać aresztowany. Nauczony doświadczeniem, tym razem nie uciekał i trafił do ponurego więzienia, w którym...
Sztum to jest więzienie dla małolatów,
Iława to jest więzienie dla małolatów,
Wałcz to jest więzienie dla recydywy,
„bransoletki” to są kajdanki.
Pan Maleńczuk?
– Tak, to ja.
Pan się nie wcina.

"...i odtąd spoza krat Ziutek i Mundek bez Celiny widzą świat"
 
...w którym dostał łomot i trafił do karceru. I z którego jednak uciekł, ale tylko dlatego, że Niemce nadciągnęli żelaznym wojskiem i miejscowa atanda dała nogę, zostawiając kryminalnych i politycznych najeźdźcom na pożarcie.
Chłopaki, poczekajcie! – wołał pech –  Pójdę z wami!
I poszedł... Spotkał towarzysz Paweł wojsko polskie i zgłosił do walki za wolność waszą i naszą, ale wojsko polskie postanowiło go rozstrzelać. Nie zdążyło, bo znowu nadciągnęli Niemcy.
To gdzie tu pech? – zdziwiła się Opinia Publiczna – Przecież przeżył.
On przeżył, bo pech jest mądry i nie zabija nosiciela. Nie przeżyło za to wojsko polskie i jeden z towarzyszy towarzysza Pawła. Nie przeżyła także okoliczna matka niemowlęcia, a drugi towarzysz towarzysza Pawła oszalał.

Po powrocie w rodzinne strony...
A niemowlę? – zapytał Głos Wewnętrzny – Co z bobasem?
Hmmm, właściwie nie wiadomo. W jednej scenie niemowlę leżało przy zwłokach matki i płakało... płakało...


...a w następnej scenie towarzysz Paweł w ąturażu rodzimych hałd szukał kontaktu z macierzystą organizacją. Możliwości są więc dwie: albo towarzysz Paweł w drogę udał się niezwłocznie, a dziecko płakało... a potem przestało płakać, albo – czego z niewiadomych powodów filmowcy nam nie pokazali – towarzysz Paweł zajął się niemowlęciem, miłość mu dał i pierś ojcowską, a potem zostawił u jakiejś napotkanej po drodze proletariackiej rodziny, w której zachorowało na krzywicę, rozpiło się, a następnie zostało bikiniarzem.
Ależ dlaczego bikiniarzem?
Bo towarzysz Paweł był Jonaszem i się dziecko zaraziło.

Wrócił towarzysz Paweł między kominy Zagłębia i rzucił się w wir pracy konspiracyjnej.
Bęc! - aresztowano mu narzeczoną.
Łup! – towarzysz Paweł uznał, że jest śledzony i nakazał zmianę komórki komórki. Oczywiście, śledzony nie był, ale gadaj tu z paranoikiem.
Bum! - Gestapo przypadkiem nakryło drugą komórkę komórki i trzeba ją było wysadzać granatem.
Obożeboże... – przyszedł towarzysz Paweł po schronienie do znajomej, a tu się okazało, że męża znajomej akurat aresztowali.
Kap... kap... kap... śluuuuuuu... – i jeszcze padać zaczęło.

Towarzyszkę Ewę ograniczała siatka pojęciowa

Jonasze tak już mają, że nie chcą się pogodzić ze swoja jonaszowatością, odmawiają przyjęcia jej do wiadomości, nie uznają, protestują i szukają winy u wszystkich wokół. Towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” nie szukał winy u wszystkich – o swoje niepowodzenia, wtopy, wpadki, kotlety...
Klopsy, wujaszku, klopsy!
...obwiniał Stefana. Stefan zaś był chodzącą dobrocią, optymizmem i szacunkiem, za towarzysza Pawła dałby się pokroić oraz posolić i to nawet w ciężkich sanacyjnych czasach, gdy kury boso chodziły, defensywa biła je mocno, zwłaszcza 1 maja, a ziarenka soli dzielił proletariat na pół przy pomocy podzielonej na czworo zapałki. Dla każdego, kto spojrzał na Stefana jasne było, że nie był on zdrajcą, kapusiem ani prowokiem, a tym, którzy wątpili, powinno wystarczyć wewnętrzne śledztwo, przeprowadzone dwukrotnie przez wypróbowanych towarzyszy.

Towarzyszowi Pawłowi to nie wystarczyło - dla niego Stefan był zdrajcą i ohydnym kolabosiem.
I dlatego towarzysz Paweł przed Niemcami postanowił ukryć się u Stefana.
Badum-tssss.
A ponieważ był Jonaszem – przyciągnął za sobą Niemców, którzy Stefana rozwalili.
Badum-tssss double.
A zdrajcą okazał się...
Ha! Zdrajcą! – ucieszył się towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” – Czyli nie mam paranoi!

Spokojnie, Halinko, to tylko Kościuszko na nas patrzy

Taki misz-masz filmowy – z jednej strony zamiar ukazania ciężkiej doli działaczy komunistycznych bez względu na proweniencję opresyjnego aparatu, z drugiej – próba opakowania ideologicznej opowieści w jakieś sensacyjne ramy, żeby ludzie z kina po kwadransie nie uciekali. Czyli jak to u Kuźmińskiego, którego Milczące ślady” już na Poliszmuwi zagościły, a parę innych filmów pewnie jeszcze zagości („Zejście do piekła” chyba najszybciej, czyli mniej więcej w najbliższej pięciolatce). Sensacja wyszła słabo, znacznie ciekawszy jest wątek sanacyjno-więzienny, który dzisiejsza młodzież potraktuje pewnie jak komunistyczną propagandę, a który IMHO wart jest zatrzymania się nad, bo dość zasadniczo osadzony w realiach, a że scenarzyści momentami dorabiają sanacji czarną gębę, to – heloł-heloł! – kto to ostatnio jarał się „Historią Roja” i „Pileckim”, że tak znakomicie przedstawiają ubeków? To co, jednym wolno rzeźbić szpadlem, a drugim nie? Propaganda jest propagandą i tyle. A w porównaniu z „Rojem” i „Pileckim” „Drugi brzeg” w konkurencji propagandowego zohydzania przeciwników jest zaledwie „Opowieściami z mchu i paproci”, ograniczając się do „No, raczej można ich zaliczyć do niemiłych”. I tu polecam scenę pobicia towarzysza Pawła przez służbę więzienną, uroczą w swej łagodności i trosce o dobre samopoczucie widza.

W części więziennej dzieje się to, co najciekawsze nie tylko politycznie (podział na kryminalnych i politycznych, walka o prawa tych drugich do noszenia własnych ubrań, reakcje na rozwiązanie KPP), ale i społecznie (wątek bieda-osiedla na drugim brzeg rzeki czy wspomnienia Wasyla). A że ideologicznie... No, kurczę, to jednak opowieść o działaczu komunistycznym, a nie hodowcy kanarków i w dodatku na podstawie wspomnień prawdziwych działaczy, nakręcona w 1962 roku  – raczej trudno oczekiwać, że będziemy karmieni opowieściami o żeberkach w kapuście i rachunkiem sumienia w związku z sianiem w państwie zamętu grubymi nićmi szytego.

Czy to już wiosna?

Józef Nowak to Józef Nowak – pojawia się, wzbudza sympatię, nie przegina ze środkami aktorskimi i nie marudzi, że musi dźwigać film na swoich spracowanych barkach. A musi, niestety, bo reszta obsady jest przeciętna: Franciszek Pieczka w roli Stefana też początkowo budzi sympatię, ale im dalej w film, tym się człowiek coraz bardziej zastanawiał, skąd przedwojenni komuniści brali zioło: uśmiech, radość, wyszczerz, entuzjazm. Aresztowali? Nie szkodzi! Ojciec umarł? Ależ nic to, hahaha, sprawa żyje, Paweł, chłopie, jak się cieszę, że cię widzę, pociągi wysadzałem, wiesz, a teraz ci herbaty zrobię, łapią na mieście, hahaha, rozumiesz, niech cię uściskam... OK, po oskarżeniu agenturalność Stefanowi trochę humor siadł, ale to akurat dziwnym nie jest. Na szczęście zanim Stefan ochłonął i wrócił do stanu radosnej ekstazy – Niemcy rozwalili go pod płotem.

Narzeczoną Pawła zagrała Alicja Pawlicka i zagrała ją tak teatralnie, że o mały włos sam nie zacząłem „stefanować” z radości, gdy jej postać aresztowano. Zdzisław Karczewski odegrał przepisowego działacza, Adam Mularczyk odegrał przepisowego kryminalnego, Kazimierz Fabisiak odegrał przepisowego dobrotliwego strażnika, a Witold Pyrkosz odegrał przepisowego Witolda Pyrkosza. Natomiast Ludwik Pak zasadniczo nie odegrał Zdzisława Dyrmana, ale romantyczną wariację na temat tragiczny z nutką pedofilii i obłąkanym finałem. Najgorzej miał Zdzisław Lubelski, którego tradycyjnie obsadzono „po wyglądzie” i „krok w lewo, krok w prawo – kierownictwo produkcji użyje broni”, więc „po wyglądzie” grać musiał. Świństwem wielkim było niewymienienie w obsadzie dziewczynki, grającej siostrzyczkę z wiadrem i mówiącej „Nie ma tatusia. Zabrali...”, bo zagrała lepiej niż połowa zawodowców, natomiast sama scena była nieco głupia, albowiem gdyż towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” na takie dictum zapytał: „Kto zabrał?” i OK, rozumiem, że wstrząs klęski wrześniowej, narzeczoną mu właśnie aresztowano, partię rozwiązano, w brzuchu burczy, ale, kurde flaszka, kto mógł wtedy w Sosnowcu tatusia zabrać? Saraceny?

Wchodźcie, towarzyszu. Akurat zabrakło nam szóstego do siatkówki.

Zdjęć ocenić się nie podejmę – telewizyjna kopia jest jakości gorzej niż średniej, przez co np. cały finał, dziejący się w nocnych ciemnościach ogląda się w formacie „Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym”. Jest kilka ciekawych ujęć, świetnie (I mean really) skręcona scena ucieczki tłumu skazańców z opuszczonego więzienia, ale to jedyne rzeczy, o których można coś napisać: światło, cień, klimat – zapłacz nad jakością kopii i zapomnij. Na pocieszenie – dobra muzyka Kazimierza Serockiego.

Niekoniecznie warto, ale jeśli ktoś lubi zaangażowane starocie, to ewentualnie można.



Varia
1. Zastrzeloną matkę zagrała Halina Mikołajska. Dużo do grania nie miała: ot, jakiś obłęd w oczach, „Mleko, mleko, mleko...” na uściech, wybuchające spłonki na plecach i „Pani Halino, czy ja prosiłem, żeby nie oddychać po wystrzale? Prosiłem, tak?... Dubel!”
2. Debiut filmowy Jerzego Bińczyckiego, choć żeby go dostrzec trzeba mieć: A) informację, że „zagrał” policjanta, B) cierpliwość, C) możliwość zrobienia stopklatki. Miałem wszystko i potwierdzam – drzwi pociągu, którym towarzysza Pawła odstawiano do więzienia, zamykał Jerzy Bińczycki.
3. Filmpolski.pl podał cztery nazwiska autorów wspomnień, składających się na podstawę scenariusza. Nie chciało mi się jechać do biblioteki, zerknąłem więc w odmęty internetu i znalazłem prozę Stanisława Wygodzkiego. Mocna rzecz, taka, wiecie, zaangażowana, prostująca kręgosłup ideologiczny i skłaniająca do przemyśleń na temat natury człowieka w kontekście...
Jaja sobie robisz – stwierdził Głos Wewnętrzny.
Aż tak widać?
4. Propaganda propagandą, ale Wasyl Maciejuk ze wsi Trociszki Wielkie, tęskniący za „naszymi rzekami, szerokimi, kresu nie widać...” i informujący, że od nich niedaleko było do Berezy jakoś się przez cenzurę przemknął
5. A scenarzystom przemknął się błąd matematyczny. Bo jeśli Wasylowi we wrześniu 1939 roku zostało jeszcze osiem dni odsiadki, a sam mówi, że dostał sześć lat, to znaczy, że do pudła trafił we wrześniu 1933, a wtedy Bereza jeszcze nie była TĄ Berezą, bo TĘ Berezę utworzono w lipcu 1934.
6. Jednym ze scenarzystów był Andrzej Szypulski – połowa Andrzeja Zbycha, odpowiedzialnego za „Stawkę większą niż życie”. W „Drugim brzegu” stawkę miał chyba niższą i się nie wysilił.

Wasylowi się zdrzemnęło i śniło o żonie. Zofii!


============
Drugi brzeg

Premiera: 30. 04. 1962
Czas: 90 minut
Reżyseria: Zbigniew Kuźmiński
Scenariusz: Andrzej Szypulski, Zbigniew Kuźmiński
Obsada: Józef Nowak, Alicja Pawlicka, Franciszek Pieczka, Ludwik Pak, Zdzisław Karczewski, Witold Pyrkosz, Kazimierz Fabisiak, August Kowalczyk, Zdzisław Kuźniar, Zdzisław Lubelski, Adam Mularczyk, Roman Sykała i inni

2016-04-09

Polskie gówno [2015]

Ja tam jednak wolę fiołki i truskawki cukrem, ale ja jestem wariat.

No, może bez cukru, bo cukier tuczy...

Najpierw był komiks. Znaczy, najpierw był pomysł i pierwsze ogłoszenia, projekty scenariusza, ale to było tak dawno, że sześć razy zdążyłem zapomnieć, a że szczególnym fanem twórczości Tymańskiego nie jestem – nie śledziłem na bieżąco postępów i doniesień. Zatem dla mnie na początku był komiks w „Lampie”. Estetyka nie moja, momentami schodząca kreską i poczuciem humoru w stronę Andrzeja Czeczota (nie, to nie jest komplement), ale pierwsze odcinki przyswoiłem bez większych ochów-fochów. Potem było gorzej, ale jakiś dobrnąłem do końca.
A chwilę później okazało się, że film już jest.

Zerk w obsadę... i aż mnie zmroziło. Za Tymonem Tymańskim, jak wspomniałem, nie przepadam, Grzegorza Halamy nie trawię bardzo i kiedy piszę „bardzo”, mam na myśli „naprawdę bardzo, tak że ojacie-ż, normalnie, potąd”, Mariana Dziędziela nasi filmowcy nadużywali tak, że zużyli go niemal ze szczętem, „Skiba” – jego nie znoszę chyba nawet bardziej niż Grzegorza Halamy... Ale OK, ommm, tafla jeziora, ommmm... jestę chodzącym spokoję... Nie takie rzeczy się oglądało, a z komiksu wyzierał potencjał.

Fabułę pewnie wszyscy znają, bo albo czytali „Lampę”, albo zapowiedzi, albo recenzje (a recenzji film miał sporo). W skrócie: lider zespołu Tranzystory Jerzy Bydgoszcz wtapia wszystkie oszczędności życia w płytę, która się nie ukazuje. Zespół się rozpada, Bydgoszcz laskowikuje na poczcie i pożycza kasę od ojca, aż tu nagle pojawia się niejaki Czesław Skandal, z zawodu komornik, z zamiłowania menago i proponuje reaktywację zespołu, trasę, koncerty, wywiady, wydanie płyty i wreszcie pełne zawodowstwo, Juvenalia i dni miast included.
– Pan spłaci długi, ja zarobię... Znaczy, pan zarobi i ja zarobię, ale pan spłaci długi, a ja zarobię.

"Ja jestem menago - stonsa robię nago"

Bydgoszcz zbiera Tranzystory i zdezelowanym busem, kierowanym przez bywszą gwiazdę punk rocka, Stana Gudeyko, ruszają w zorganizowaną przez Skandala trasę. Która wygląda jak typowa trasa trzecioligowego zespołu: wóda, bluzgi, chałtura, wóda, bluzgi, hotele kategorii różnej, najczęściej w okolicach pół-półtorej gwiazdki, wóda, bluzgi, koncert na zdezelowanym nagłośnieniu, bluzgi, szczawiowa i długie nocne Polaków rozmowy przy wódzie i bluzgach. Plus zgorzkniałe nadawanie na szołbiznes, któren jest ZUY Oraz satyra na tenże szołbiznes, któren jest ZUY i trzeba go obsatyrzyć, aby ci, którzy się nań nie załapali, wyszli na Sprawiedliwych w Sodomie. Znaczy, oni z definicji są Sprawiedliwi w Sodomie, albowiem gdyż się nie załapali, ale na tle ZUEGO szołbiznesu nie tylko sprawiedliwi, ale wręcz święci są.

– Chleją, klną, dymają, co popadnie...
O, przepraszam, dyma tylko Czesław Skandal, muzycy ograniczają się do chlania, bluzgania na wszystko i narzekania na Babilon, w wolnych chwilach urozmaicając akcję bluzgami na Babilon i narzekaniem na wszystko. Podróż zaczyna się od szczania do prezerwatywy, kończy wielkim pawiem, a całość wieńczy antysystemowy Big Bang z buntowniczym podtekstem.

Film powstawał w bólach, a opowieść o komorniku Czesławie Skandalu mogła się okazać prorocza. Ryszard Tymański kręcił bowiem „Polskie gówno” za pieniądze własne, pożyczone, sprezentowane, wyproszone i uzyskane ze sprzedaży, jak to się mówi, „dorobku życia”. Czy film mu się „zwróci” – nie wiem. Wg zestawień PISF obejrzało go więcej widów niż „Anatomię zła” Jacka Bromskiego, ale to żaden dowód, bo „Anatomia zła” to straszna kicha, a 41,5 tysiąca widzów „Polskiego gówna” to jednak wciąż mizernie. Tym bardziej, że ze względu na język filmu, raczej ciężko będzie go sprzedać jakiejś telewizji.

Duuuude...

Jak wyszło? Jedni chwalą entuzjastycznie, inni krytykują gorąco, jedni, że satyra, drudzy, że „antypolskie” i to trzeba ścigać, trzeci wzruszają ramionami i mówią, że amatorszczyzna.

To bardzo nierówny film. Baaardzo. Widać, że kręcono go przez parę lat, że przesuwał się środek ciężkości, że koncept filmu zmieniał się zasadniczo, a czasami nawet brał sobie wolne i szedł na piwo. Twórcy zaś, im dłużej nad filmem pracowali, tym więcej chcieli w nim i nim powiedzieć. A to nigdy nie jest dobry pomysł.

Nierówności widać wszędzie – w zestawieniu kolejnych scen, z których jedna jest po nic, a druga po coś, przy czym najczęściej ta po coś jest zła, a ta po nic – co najmniej niezła. Widać w grze aktorów i to nawet nie w kontrze amator-zawodowiec, ale w grze tego samego dowolnego osobnika, który w jednym momencie ujmuje autentyzmem, aby dwie minuty potem wywoływać u widza poczucie zażenowania. Widać w tekstach piosenek (pardąsik, że nie chce mi się rozbierać ich na czynniki pierwsze – to raczej rzecz na bloga poliszteksty.blogspot.com, którego nigdy nie założę, ale zastrzegam sobie kopirajta). Jest dobrze? No to chwilę będzie żenadnie. Jest żenadnie? Super, bo to znaczy, że zaraz będzie lepiej, a może nawet dużo lepiej.

Zaraz będzie lepiej, zaraz będzie lepiej, zaraz będzie...
 
Co na plus? Zdecydowanie piosenki oraz sam pomysł nakręcenia historii Jerzego Bydgoszcza i Tranzystorów w formie musicalowej (to podobno zasługa reżysera, Grzegorza Jankowskiego). Film zaczął się od „ADHD”, z sympatycznym kontrapunktem w postaci Czesława Mozila (wziętym ze wspomnień – podobna historia zdarzyła się pewnemu muzykowi w bydgoskim „Mózgu”), potem Marian Dziędziel zaskoczył puentą duetu z Tymonem, wreszcie Grzegorz Halama opowiedział, dlaczego zespołom potrzebny jest menadżer i konwencja filmu weszła mi gładko jak pięćdziesiątka zmrożonej Finlandii. Oczywiście, jedne piosenki trafiały bardziej, inne nie trafiały wcale, ale ogólnie musicalową formę kupiłem.

Gorzej było z treścią filmu, czyli graniem na buncie i outsiderstwie. Może dlatego, że jestem z pokolenia, które pamięta czasy... nie wdając się w szczegóły, powiedzmy, że bardzo odległe i wojnę postu z karnawałem czyli artychostwa z komercją oglądałem już w tylu odsłonach, że jestem już tym po prostu zmęczony i proste zderzanie prawdyipiękna z piniondzem nudzi mnie bardzo, domagam się czegoś więcej, czegoś ciekawszego, czegoś intrygującego lub trzepiącego szare. A tu ciągle to samo prymitywne przeciwstawianie „tych, co się sprzedali mamonie” „tym, którzy w bidzie i bezimienności wykuwają ponadczasową kalokagatię”. Choć przez te wszystkie lata było widać – w „Polskim gównie” zresztą widać to także – że jedni i drudzy różnią się niewiele. O ile w ogóle. I tu odsyłacz do łóżkowego dialogu Arkadiusza Jakubika i Tymona Tymańskiego, który to dialog Tymon przegrywa przez techniczny nokaut, a fakt, że go przegrywa dobrze świadczy o twórcach – wygląda to bowiem na ich świadomą decyzję, a co za tym idzie, domniemanie, że mają jednak dystans do samych siebie i nie wpadają w kombatanctwo po uszy, a jedynie po pas.

Kiedy patrzę, hen, za siebie... znaczy, pardąsik... hen, pod siebie...

Film zaczyna się w stylu lekkopółdramatycznym, przechodzi w komedię, wraca do dramatu i tak parę razy, wreszcie zmienia się w farsę, a finiszuje Guembią i odlotem Cheyenne'a. Zasadniczo się to różni od końcówki komiksu, w której Tranzystory dają czadu na scenie telewizyjnego konkursu, dzięki mega-pawiowi Zygmunta Gruza wprost w kamerę wygrywają głosowanie sms-owe publiczności, ale zostają przekręcone przez Złego Szołbiza i wracają na prowincjonalne trasy, grywać „w dalekim Biłgoraju”. W filmie mamy Akt i nie chodzi tu o goliznę, ale o Czyn, do którego moc czują w sobie Artyści Wyklęci artystycznie i finansowo, o tę pierś zapadniętą, w którą Stan Gudeyko kieruje ostrza komerchy... Yyyyy... Znaczy, w zasadzie Stan Gudeyko w pierś kieruje ostrza buntu, ale nie chodzi o zwrot wektora, tylko o wymowę Aktu. Który jest rodem ze szkolnych marzeń o byciu Zawiszą Czarnym, „Zośką”, Jankiem Kosem, redaktorem Majem czy Batmanem (w zależności od pokolenia) i sprowadza się do „ale bym wtedy wszystkim pokazał”. Co zabawne – ten finał po podlaniu psychodelią sprawdza się nieźle i zdecydowanie wolę tę wersję zakończenia niż komiksową (nie mówiąc już o jednym ze scenariuszowych pomysłów walki – jak to szczerze wyjaśnił Tymon – na chuje świetlne).

Zmian w stosunku do pierwszych wersji scenariusza jest sporo – niektóre są zasadnicze, inne drobne, jak wtedy, gdy ochjakże dowcipne imię „Trzoda”, przyklejone w komiksie cycatej blond wokalistce, zmienia się w filmową „Gigę”. Mógłbym zgrzytać na wieśniactwo pierwszej wersji, ale wolę docenić, że twórcy zajarzyli w końcu, że bucówa to jednak tylko bucówa, a nie żadne antykomercyjne bohaterstwo i zreflektowali się... Swoją drogą to była kolejna rzecz, która mnie w filmie irytowała – poczucie humoru na poziomie „Doda – Trzoda”, „T Love - B Sex”, „Kombi - Zombi”, „Polsat - Polwsad”. Sorry, ale to już nawet Neonówka bywa zabawniejsza...
Ale wiesz, konwencja... – mamrotała Opinia Pubiczna.
Chuja tam konwencja – że tak wczuję się w klimat i język filmu. Konwencję to my mamy w scenie telewizyjnej (niezłą naprawdę), konwencję mieliśmy w wykorzystywanych w filmie piosenkach, a dowcipasy „Doda-Trzoda” i szczanie do prezerwatywy to nie konwencja, tylko...
Brutalna prawda o codziennym życiu trzecioligowego muzyka i wicach tworzonych w busie, po pół litrze na dwóch plus pasztet podlaski na zagrychę? – wtrącił Głos Wewnętrzny
Kiedyś słuchałem audycji radiowej, prowadzonej przez Tymona. Prowadził ją w studio i na trzeźwo... Takie niedomówienie. I najwidoczniej niekompatybilność z częścią poczucia humoru autora audycji i scenariusza. Raczej sporą częścią.

Ohaha. Salami. Buehehe, normalnie, kurna, w gumce. Ahaha.

Scenariusz nierówny także – świetne sceny przeplatają z nędznymi, ważne z niepotrzebnymi, cały wątek z Peszkiem i ssaniem buławy Szołbiza był kompletnie od czapy i jeśli Tymon chciał być prawdziwym braveheartem, to lepiej było nakręcić odważną wersję piosenki „Burdel dla psów”, bo ta filmowa w porównaniu ze scenariuszowo-komiksową to rusałka Amelka na stokrotce. Niezła sekwencja telewizyjnego szoł, ale dla mnie bardziej od strony muzycznej, bo fabularnie była przewidywalna nie tyko od pierwszych minut filmu, ale wręcz od pierwszej o nim wzmianki prasowej.

Zdjęcia takie sobie – znaczy, solidne, zmieniające klimat w zależności od sceny, ale bez przesady. Świetny za to montaż Agnieszki Glińskiej – powiedziałbym nawet, że montaż uratował ten film i gdyby kleił go ktoś słabszy warsztatowo, „Polskie gówno” byłoby nieoglądalne.

Dialogi? Niedobre... bardzo niedobre dialogi są... A raczej nie tyle niedobre, co niedopracowane i jeśli chce się stawiać na improwizację, to najpierw trzeba ją nieźle przećwiczyć, a potem w razie czego powtórzyć, ale na pewno nie wolno zostawiać w filmie fragmentów, po których widać, że dialogujący zapętlił się kompletnie i jedynym sposobem na wyjście z supełka jest dla niego piętrowe kurwowanie chujami or samfing. Wiem, wiem – bluzg w trasie jest wszechobecny, a poziom rozmów w rockowych busach raczej odległy jest od etyczno-filozoficznych dyskusji w Castel Gandolfo, ale tu nie mieliśmy dokumentu, tylko fabułę i to jeszcze w formie musicalu, więc nie mówmy o naturalizmie, dobrze? Pogadajmy raczej o tym, jak dobrze używać bluzgów (nawet w ilościach hurtowych – nie mam nic przeciwko), bo to element rzemiosła filmowego.

W dyskusji wystąpiła poważna różnica stanowisk na tle aksjologicznym

Reżyseria... Nie wiem, co napisać. Na pewno Grzegorzowi Jankowskiemu należą się dwa wiadra kudosów za pomysł musicalu, ale jego praca reżyserska jakoś mnie nie przekonała. Nie wiem, może ego Tymona jest zbyt wielkie i nie daje się okiełznać, może Grzegorz Janowski jest za sympatyczny do takiej roboty, może ukończenie kursu reżyserskiego w szkole Andrzeja Wajdy to jednak za mało, ale czasem miałem wrażenie, że reżyser pełni w „Polskim gównie” jedynie rolę technicznego przy wizjach Tymona, że nie potrafi się przebić i zrobić tego, co reżyser robić powinien (czyli na przykład powiedzieć szczerze scenarzyście, że Tymciu drogi, scena X jest chujowa jak barszcz, a zagrana została beznadziejnie, więc wypierdalamy ją w kosmos, amen).

Aktorstwo... A można tu mówić o aktorstwie? Paru zawodowców odegrało swoje, jedni lepiej (Arkadiusz Jakubik, Sonia Bohosiewicz), inni gorzej (Jan Peszek może sobie ten film postawić obok „Figo Fago” i wstydzić się go mniej, ale jednak wstydzić), a film z założenia miał trzymać się na amatorach. Z jakimś tam doświadczeniem scenicznym, oczywiście, wciąż jednak amatorach. No i znowu same nierówności: Tymon czasem przekonuje, a czasem zęby widza bolą od jego udawania, Grzegorz Halama wchodzi z rozmachem i zjednuje sobie widza od pierwszego wejrzenia, a kwadrans potem zieje takim paździerzem, że głowa mała, muzycy Tranzystorów są z zawodu muzykami, a w filmie robią za tło, więc o ich grze można powiedzieć tylko tyle, że byli naturalni i wypadli lepiej niż niejeden zawodowiec. A Filipa Gałązki z wiecznie nawalonego perkusisty Zbigniewa Gruza zrobił coś zapadającego w pamięć i może ktoś mnie teraz znielubi, ale w roli alkoholika bardziej trafiał do mnie ten zachrypnięty amator z trzema scenami na krzyż, niż przestylizowany Robert Więckiewicz u Wojciecha Smarzowskiego.
O cie Florek... – jęknął Głos Wewnętrzny, przewidując focha Opinii Publicznej.

Stan Gudeyko też uznał, że to lekka przesada

Odkryciem był dla mnie Robert Brylewski w roli Stana Gudeyko. Nierówny, jaka cała reszta, ale ujmujący autentyzmem, a dzięki pracy Agnieszki Glińskiej, montującej go w klimatach schizoidalnych, zyskiwał odcień szaleństwa, przyciągając wzrok i skupiając na sobie uwagę. Od pewnego momentu poważniejsza część filmu trzymała się tylko na nim, bo tyrady Tymona były coraz bardziej żałosne. I za to należą się twórcom oklaski – za ściągnięcie Roberta Brylewskiego i wspólne wymodelowanie z niego takiej właśnie postaci. Już choćby dla niego warto było zobaczyć ten film, a na pewno dzięki niemu udał się antysystemowy finał – z kim innym, zwłaszcza z samym Tymonem w roli samotnego mściciela, ten pomysł zamienił by się w kupę trocin.

Prawda czasu, prawda ekranu... Nie wiem, czy rzeczywiście prawda i nie wiem, czy jeśli prawda, to co z niej wynika. Jedyną prawdą, jaką przyswoiłem bez trudu, była prawda wielkich, włochatych bębnów czterdziestoparoletnich facetów, widoku których to bębnów twórcy nam nie oszczędzali i przyznam, że skłoniła mnie owa prawda (oraz rzut oka poniżej blatu biurka) do zasadniczego przemyślenia zwyczajów żywieniowo-gimnastycznych... Film jest tak przeraźliwie nierówny, że nie wiadomo, czy to ma być komedia, dramat, moralitet, manifest, czy po prostu spis imprezowych dowcipasów, które bawią napitych facetów, udających, że wcale nie mają czterdziestu paru lat, ale wciąż są ślicznymi, młodymi wojownikami na froncie walki z Systemem... Dobrze, że „Polskie gówno” powstało, bo to zawsze fajnie, gdy ambitne, prywatne projekty kończą się sukcesem, jest w nim sporo rzeczy, które dadzą się zapamiętać, ale chyba lepiej by było, gdyby Tymon nie kręcił sequela. Niestety, podobno ma zamiar.

Mimo wszystko można się wybrać, a jeśli ktoś jest z odpowiedniego pokolenia, to może nawet warto, żeby się wybrał.

Z dniem dzisiejszym ogłaszam na terenie całego kraju stan psychodeliczny...


Varia
1. „– Piotruś Pan w ramonesce. Wiesz, kto to?
– Kuba Wojewódzki.
– Ty. Według jednego z recenzentów 'Polskiego gówna' twój film to manifest Piotrusia Pana w ramonesce.
– Ano tak. To cytat z najsłabszej, najbardziej stronniczej recenzji, w dodatku bardzo ad personam.”
Dżizas, nie ma to jak artycha, który strzela focha. Swoją drogą, ten „manifest Piotrusia Pana w ramonesce” to strzał... no, może nie w dychę, ale w osiem i pół i szkoda, że sam na to nie wpadłem.
2. Recykling rodziny: jako wokalistka zespołu Lucy Fur („Hej, didżej! Ty pizdo!”) wystąpiła najnowsza pani Tymańska, Maria Natalia, a w składzie zespołu Księgowi („Jak każdy chłopiec mam dziewczynę swą”) znaleźli się synowie Tymona Kosma i Lukas Tymański, przy czym sam zespół na co dzień nosi nazwę The Fruitcakes, a Lukas naprawdę gra w nim na perkusji.
3. A tak na marginesie – poznaliście śpiewającego gitarzystę Księgowych, tego po prawej? Tomasz Ziętek, „Rudy” z „Kamieni na szaniec” Roberta Glińskiego. Podobnie jak Kosma, gra w The Fruitcakes na co dzień.
4. Bo o tym, że wyginającemu bęben Mikołajowi Lizutowi w piosence o „Królach gówna” głos podkładał Robert Janowski mówić chyba nie trzeba? Wszyscy słyszeli, wszyscy poznali.
5. Wszyscy poznali też Leszka Możdżera w roli służącego Romana Blooma (czyli Jana Peszka). A jeśli nie poznali, to przypomniała im każda recenzja.
6. Wiecznie nawalonego Zygmunta Gruza zagrał perkusista The Transistors Filip Gałązka, a długowłosego gitarzystę, ścibolącego pieniądze dla rodziny jego brat, Marcin, gitarzysta tegoż zespołu. Obaj są synami Marka Gałązki, a jeśli ktoś nie wie, kim jest Marek Gałązka, to znaczy, że urodził się po 1980 roku i ma ogólne braki.
7. Dalsze wyliczanie kto, gdzie i skąd się wziął, daruję sobie, bo jest tego za dużo.


–   Z bliska to mam ze czternaście lat więcej – pomyślał po zdjęciu ramoneski.


============
Polskie gówno
Premiera: 06.02.2015
Czas: 93 minuty
Reżyseria: Grzegorz Jankowski
Scenariusz: Tymon Tymański
Obsada: Tymon Tymański, Robert Brylewski, Grzegorz Halama, Filip Gałązka, Marcin Gałązka, Arkadiusz Kraśniewski, Sonia Bohosiewicz, Czesław Mozil, Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Bartłomiej Topa i inni
Dofinansowanie PISF: nie było.

2016-02-24

Anatomia zła [2015]

Anatomia zła? Tak, zła. Bardzo zła anatomia.

Przed anatomizowaniem należy rozmrozić

Oglądać czy nie oglądać? Z jednej strony Jacek Bromski to facet, który nakręcił „Zabij mnie, glino”, z drugiej – facet, który spierd-pardąsik-przył jedną z łatwiejszych do nakręcenia książek, czyli „Uwikłanie” Miłoszewskiego, gdzie wszystko miał na tacy: siąść i kręcić. Oglądać zatem czy nie oglądać?...
„Anatomia zła” Jacka Bromskiego prawie jak „Dzień szakala” – napisał krytyk, którego teksty znam i wiem, że czasem można mu zaufać.
OK, tanim marketingowym kitem wieje na kilometr, ale niech choć w paru procentach się to potwierdzi – już będzie nieźle.
Thriller został nakręcony w duchu Tarantino – napisał drugi krytyk, którego tekstów nie znam, więc nie wiem, czy mu ufać, ale jeśli porównuje do Tarantino, to chyba wie, do czego porównuje, bo Tarantino jest raczej znany.
Porównanie ciekawe. To jednak obejrzę. Tym bardziej, że rolę główną gra Krzysztof Stroiński, a czytelnicy Poliszmuwi wiedzą, że go lubię, cenię i w ogóle.

Minęło dwieście strzałów znikąd, pięćdziesiąt strzałów czołem w biurko, butelka wina i chechdziesiąt słów dorożkarskich.
...
„Dzień Szakala”? Tarantino? To? TO COŚ? Rozumiem względy marketingowe, towarzyskie, rozumiem strach, że szef Stowarzyszenia Filmowców Polskich obrazi się na niegrzecznego recenzenta i skończą się gratisy, zaproszenia na premiery, a kto wie, może nawet naczelny oddeleguje kogoś innego na Festiwal w Trójmieście, rozumiem, że rachunki, że kredyty, że... i że... ale, kurdeflak, Tarantino? „Dzień szakala”? Pogięło kogoś doszczętnie?

Wyszczerz nieco hienowaty

Z „Dnia szakala” mamy faceta, który ma zastrzelić innego faceta i trochę sobie przedtem trenuje w lesie. Tyle. To tak, jakby powiedzieć, że „Magda M.” to prawie jak „Makbet”, bo tam też pewna pani nie lubiła szefa swojego faceta. Albo że „Świnki trzy” to odpowiednik „Braci Karamazow”, bo też były trzy, a odpowiadający figurze ojca zły wilk, podobnie jak stary Karamazow, bucem był strasznym. A co mamy z Tarantino? Hmm, nie wiem, co mamy. Mamy zwłoki, ale zwłoki były też w serialu „Columbo” i książkach Wiesława Wernica, więc niby czemu akurat Tarantino, a nie „Tropy wiodą przez prerię”?

Fabuła: jest sobie emerytowany snajper, który kiedyś tam wystrzelał na zlecenie połowę bossów polskiej gangsterki. Obecnie emeryta wynajmuje jakiś złachmaniony prokurator, aby zastrzelił szefa policji. Gdyby emeryt nie chciał zastrzelić szefa policji, odwiesi mu się wyrok, więc sami rozumiecie, że Ojejku. Przestraszony wizją paru lat dodatkowej odsiadki emeryt przyjmuje zlecenie, ale że oko już nie takie, podnajmuje sobie sfrustrowanego wojskowego, wywalonego z woja za zabicie cywilów w Afganistanie. Niechcący, oczywiście.

Nawet aktorzy momentami facepalmowali

Emeryt i frustrat przygotowują zamach, dokonują go i... i giną. Ginie też parę innych osób. Dokładnie mówiąc, giną jeszcze cztery osoby, z czego jedna kompletnie od czapy, druga bez potrzeby, a trzecia śmiesznie. Są cycki i perory o tym, że świat się się psuje, a za moich czasów, panie dzieju to hohoho... Cycki i perory też są bez potrzeby. Mogłoby ich nie być i film byłby... Wrrróć: nie „mogłoby nie być”, bo ich tam w ogóle być nie powinno! I bez żartów, że przecież tak formalnie cycków nie było, bo tu nie o rozmiar chodzi tylko o zasadę – w „Anatomii zła” było „szczucie cycem”, klasyczne, w najgorszym gatunku: postać Halinki wetknięto do filmu tylko i wyłącznie po to, żeby aktorka mogła pokazać całą jaskrawość. Oczywiście, jak to w polskim kinie bywa, szczucie golizną okazało się skuteczne i męska część publisi oraz krytysi zachwyciła się warsztatem aktorskim rozebranej obywatelki, choć ta jako żywo, żadnego warsztatu nie pokazała. Zresztą po co niby miałaby pokazywać jakiś warsztat, skoro pokazała całą resztę?

To mógł być dobry film – żadne dzieło sztuki, ale solidne kino rozrywkowe: sprawdzony schemat „stary-młody”, spisek, strzelanina, sensacja, zwłoki i niech nawet te cycki będą, co mi tam. No kurczę, były wszystkie potrzebne elementy i chyba nawet w Bułgarii daliby rade z tego zrobić nie tylko porządną dwugodzinną sensację, ale nawet trzymający w napięciu serial i to w dwóch odsłonach. Ale te sztuczki to nie z nami, Brunner, my tu mamy odwieczne tradycje chrzanienia dobrych pomysłów, myśmy nakręciliśmy „Wiedźmina”, „Bitwę warszawską” i „Bitwę pod Wiedniem”, z takich jak my był Władysław Machejek, Dominik Zdort i uciekający na Milano zespół Effect. Wobec czego reżyser Bromski postanowił polecieć ponadczasowym mesydżem.

Ponadczasowy mesydż podlegał ograniczeniom terytorialnym

Fakt, że mi się 5 lat temu urodziła z córka, zmusił mnie do innego spojrzenia na świat, do takiej dłuższej perspektywy i zacząłem się zastanawiać, że jeżeli my ten świat psujemy konsekwentnie i z roku na rok jest coraz gorzej, to jak ona dorośnie, w jakim świecie będzie żyła, to co my jej zostawimy?
Hmm, niech zgadnę... Złe filmy?

To film zrodzony z chęci zareagowania na to, co się dookoła dzieje – kontynuował reżyser Bromski – Zło rozpanoszyło się, a dobro stało się czymś godnym pogardy i wyśmiewania. W newsach jest więcej wiadomości o tym, że matka zabiła dziecko, niż że ktoś zrobił dobry uczynek, na przykład dał dzieciom chleb do domu dziecka. Powinniśmy zaprotestować!

I wobec tego reżyser Bromski nakręcił film o tym, jak pewien recydywista zabija bogu ducha winną kobietę, spalając jej zwłoki przy pomocy siana i benzyny, a potem zabija szefa CBŚ, albowiem gdyż bo tak. Oraz o tym, że jakiś nachlany osił napierdziela swoją foczkę z sierpa, a uratowana foczka robi wybawcy laskę za friko, ale tylko za pierwszym razem, bo kolejne kosztują według cennika, więc jeśli wybawcy nie stać na dwie stówki za loda, to niech się buja na drzewo. Przepraszam, ale jeśli to ma być przesłanie dla nieletniej córki, to może ktoś powinien zadzwonić do Rzecznika Praw Dziecka?

Otwórzmy więc ich drzwi okna, zajrzyjmy im do wnętrza...

W tym filmie musiałem sięgnąć głęboko w tę rzeczywistość istniejącą, do tego, co się rzeczywiście wydarzyło – wyjaśnił reżyser Bromski, informując, że żeruje na zabójstwie generała Marka Papały, które zdarzyło się 16 – słownie: szesnaście – lat temu i na zaginięciu Jarosława Ziętary, które miało miejsce 24 – słownie: dwadzieścia cztery – lata temu. Refleks, że proszę siadać. Jeszcze słabszy od tego, jaki przejawiał w czasach komuny Jan Pietrzak, który z Gomułki wyśmiewał się w czasach środkowego Gierka, z Gierka – w czasach środkowego Jaruzelskiego, z Jaruzelskiego – w czasach środowego Wałęsy, z Wałęsy – gdzieś w okolicach wczesnego Kwaśniewskiego, a z Kwaśniewskiego od razu, bo wtedy za śmianie się z Kwaśniewskiego nic nie groziło, a nawet można było dodatkowo zarobić.

Reżyser Bromski protestuje więc. Protest reżysera Bromskiego dokonuje się przez włożenie głównej postaci w usta paru drętwych tekstów o tym, że jest źle, że zero autorytetów, że nie mówi się „żeśmy”, że politycy kradną i kłamią (Poważnie? Boże, świat mi się zawalił...), że przy jedzeniu się nie siorbie, a przy piciu nie mlaszcze oraz odwrotnie, że kto rano wstaje, temu Pambuk daje i że nie grajcie dzieci na ulicy w piłkę, bo się narażacie na niebezpieczeństwo, samochód was przejedzie, gra się na boisku, obiecujecie?
Obiecujemy – mówią dzieci.
Wierzę wam – odpowiada z powagą w oku bezlitosny killer i oddaje im piłkę.
Pierdol się, ty stary zgredzie! – puentują rozmowę filmowe dzieci, co jest celnym, choć chyba zbyt brutalnym skwitowaniem takich chwytów scenariuszowych.

Kłopoty z postrzeganiem rzeczywistości wymagały badania

Ale OK, to jednak kino gatunkowe, wystarczy trzymać się sprawdzonej od lat konwencji, nie odwalać partaniny...
Nazywa się Siemiradzki – mówi prokurator-zleceniodawca – Jak ten malarz.
Naprawdę? Znaczy, ja wiem, że jak malarz i nawet wiem, co ten malarz namalował, ale naprawdę zawodowemu killerowi z CV długości taśmy do cekaemu trzeba wyjaśniać, jak się nazywa szef Centralnego Biura Śledczego? I czy gdyby nazywał się Malczewski albo Boznański, to robiłoby to jakąkolwiek różnicę w planach zamachu?

A tu masz karabin – prokurator wręcza killerowi walizeczkę z zawartością. Bo przecież zawodowi zabójcy są jak dzieci we mgle i na militarne zakupy mogą pójść do warzywniaka, demaskując całą akcję, prokurator zaś ma kartę stałego klienta w Tesco, a że akurat była promocja, więc…
Dynamika! Akcja! Błyskawiczny odwrót... Błyskawicz... Hmm... Megakiller stoi przy parkingowej kracie i usiłuje wczytać hotelową kartę, żeby uciec z miejsca zbrodni pieszo, a jego pomagier pokłada się ze śmiechu, że przecież się nie otworzy, bo system nie zarejestrował wjazdu pojazdu, więc, kaman, stary, musimy opuścić hotel przez główne wyjście, hehehe... Przypominam, że panowie uciekają, bo zastrzelili komendanta głównego oberpolicji i jeśli to ma być sposób na budowanie marki zabójców oraz napięcia w filmie, to ja już wolę przygody Jimmy’ego Pif-Paf w „Bolku i Lolku na Dzikim Zachodzie”.

Wypłata dla killera?
Nie mam! – mówi prokurator wręczając zaledwie jedną piątą kwoty – Fizycznie nie mam!
Ale pożyczę od teścia i ci wypłacę w sześciu ratach, z czego ostatnią w truskawkach, bo obrodziły, dobrze? W końcu nie od dziś rozwala się szefa CBŚ...
Ukrywanie się po zamachu? A i owszem – w samochodzie namierzonym i poszukiwanym przez policję. A same przygotowania i łażenie w... Ech, można by tak do północy – lista głupot, które wyłapałby nawet gimnazjalista, jest długa jak lista płac tego filmu.

Pan Janek był dziurawy jak scenariusz

A bo ty się czepiasz szczegółów, a tu ważny był mesydż, zepsucie i świat pędzący ku przepaści!
To trzeba było kręcić moralny niepokój pijanego inteligenta, a nie bawić się w sensację. W westernie są kowboje, w horrorach – duchy, w filmach o zombie – krew, podkrążone oczy i jedzenie mózgów, a w kinie sensacyjnym musi być intryga, napięcie, ciary na plecach i precyzja. Reszta jest albo milczeniem, albo od czapy.

I tak jest przez cały film: próba splecenia intrygi, tajemnicze mruganie okiem i dawanie do zrozumienia, że oto twórcy posiedli Tajemnicę, a potem trzask, prask, klops, salceson i traktowanie widza jak jełopa, a zasad gatunku jak starej skarpety, bo przecież reżyser Bromski wie lepiej i nie będzie go tu jakiś Michael Mann czy inny William Friedkin ograniczał formalnie.

Muzyka tragiczna. Poważnie.
Dlatego jest taka muzyka, która jest typową muzyką do amerykańskiego thrillera – powiedział reżyser Bromski..
Really? Te pogrzebowe pienia? Te rozciągnięte dyrdymały quasi symfoniczne to ma być _typowa_ muzyka do amerykańskiego thrillera? To jakie thrillery reżyser Bromski widział ostatnio? „Uwolnić orkę?”, „Znachora”? „Moskwa nie wierzy łzom”?
Chciałem aby muzyka była tak dobra jak ten film – powiedział na konferencji prasowej kompozytor i trzeba mu oddać, że rzeczywiście napisał muzykę na poziomie filmu
Scenografię, kostiumy i produktplejsmęt pominę, bo nie wychodzą poza średnią krajową. Bardzo średnią.

Napięcie rosło z minuty na kwadrans

Co najgorsze – film leży także aktorsko. Marcin Kowalczyk w roli podnajętego snajpera gra dokładnie to samo, co grał w poprzednich filmach i szczerze mówiąc, zaczyna mnie po prostu nudzić, Andrzej Seweryn pokazał się nijako dwa razy po 30 sekund, Piotr Głowacki zagrał słabo (co dziwne, bo on zazwyczaj gra od "nieźle" w górę), zbudował rolę na postaci ubeka z „80 milionów”, czyli na dużej ilości bezsensownych bluzgów i czy ktoś mógłby mu powiedzieć, jak nosić garnitur? Bo nie umie go nosić i za każdym razem, gdy się pojawiał na ekranie, wyglądał, jakby wyszedł właśnie z noclegowni. Michalina Olszańska rozebrała się dwukrotnie, a Marcin Perchuć i Anna Dereszowska mignęli z dużej odległości, więc w razie czego mogą udawać, że to nie byli oni.

Najbardziej bolało mnie w oczy oglądanie Krzysztofa Stroińskiego. Jak miał tę postać zbudowaną przez reżysera Bromskiego, tak miał – pewnych rzeczy aktor nie przeskoczy. Starał się ją zagrać najlepiej jak umiał, bo to przecież solidny kawał aktora, ale... OK, bądźmy szczerzy i brutalni – naprawdę nikt nie zauważył, że Krzysztof Stroiński w tym filmie wygląda jakby miał problemy ze zdrowiem? Że mówi bardzo niewyraźnie, momentami na granicy bełkotu, a na pewno poza granicą zwykłej, codziennej nawet pozafilmowej dykcji? Że w wielu scenach chodzi lekko przechylony w jedną stronę, że przez pół filmu mówi półgębkiem, nie radząc sobie z lewym kącikiem ust? Jeżeli to miał być świadomy pomysł na rolę, to zdecydowanie nietrafiony, bo momentami całkowicie uniemożliwiał odbiór, ale jeśli nie był... Nie wiem, czy to kwestia dentysty, który spartolił lewy  mostek, czy czegoś poważniejszego (na szczęście chyba nie aż tak poważnego – na konferencji prasowej po premierze Krzysztof Stroiński był już zwyczajnym Krzysztofem Stroińskim), ale to naprawdę wyglądało przykro i nie pomagało w oglądaniu.

Mogło być dobre kino gatunkowe – wyszła długa (ponad 2 godziny), nudna piła z zadęciem, pretensjami i dwoma wiadrami błędów.
Nie warto.

Twórcy celowali, celowali...


Varia
1. Recykling ekipy: kompozytor Ludek Drizhal wystąpił w roli blondyna opieprzającego Andrzeja Seweryna, koproducent muzyczny Spencer Gibb wystąpił opieprzającego bruneta, a w "roli" obserwatora w Afganistanie pokazał się II reżyser Hubert Koprowicz
2. „Raz już próbował mnie wykończyć” – mówi Andrzej Seweryn o ofierze – „W Krakowie 10 lat temu. Zablokowałem mu wtedy karierę”. Byłoby to jakieś odniesienie do „Uwikłania”? E, nie – pomijając nazwisko, „Uwikłanie” jest z 2011 roku, i przeciwnikiem Seweryna nie był gość z CBŚ, a prokurator Szacki, a poza tym nie „mu”, bo w tamtym filmie reżyser Bromski wykastrował prokuratora Szackiego, robiąc z niego pszczółkę Maję.
3. Światy równoległe reżysera Bromskiego: „‚Zabij mnie glino’, był taki kryminał, zrobiony w 1985 roku, w stanie wojennym, kiedy w ogóle nie wolno było wtedy o milicji obywatelskiej robić jakichkolwiek filmów pozytywnych” . Świętyjeżunapasztecie, co on bredzi?
4. W „Anatomii zła” wystąpili niechcący i w tle Elżbieta Jaworowicz, Włodzimierz Czarzasty, Leszek Miller, Janusz Korwin-Mikke, Paweł Kowal, Krystyna Czubówna i Zbigniew Ziobro. Ten ostatni powiedział z ekranu: „To jest człowiek, który się kompletnie kompromituje i to nie po raz pierwszy. To jest postęp sklerozy albo skrajny cynizm”. Podobno nie chodziło mu o reżysera Bromskiego, ale bo to można wierzyć politykom?
5. PISF dał. Dużo. Bromskiemu by nie dał?

...ale nie trafili.


============
Anatomia zła
Premiera: 18. 09. 2015
Czas: 122 minuty
Reżyseria: Jacek Bromski
Scenariusz: Jacek Bromski
Obsada: Krzysztof Stroiński, Marcin Kowalczyk, Piotr Głowacki, Andrzej Seweryn, Łukasz Simlat, Ewa Kolasińska-Szramel, Michalina Olszańska i inni
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 zł.