2017-01-12

Na granicy [2016]

No, po takim filmie na pewno nie rzucę wszystkiego i nie wyjadę w Bieszczady.
– Baby, it’s cold outside...
Bo tam śnieg, wiatr, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze.
– Baby, it’s cold outside...
Brody ich długie, kręcone wąsiska...
Ale zacznijmy od początku.

„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej...”

Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem – powiedział ojciec do swoich dwóch synów, z których jeden wyglądał psychopatycznie, drugi wyglądał bezbarwnie, a obaj byli chudzi – Pójdźcie, ja was uczyć każę.
I poszli. Znaczy, pojechali. W Bieszczady.
– Baby, it’s cold outside...
Albowiem ojciec postanowił nauczyć synów życia, nauczyć ich, co to znaczy „być mężczyzną”. I uczył, że ojacie. Że kiedy jest ciemno, a droga należy do chechnastej kategorii odśnieżania, to jedziemy 25 km/h, że Radio Maryja ma zasięg wszędzie, że sarny latają, a kiedy wylądują, to trzeba je nożem w aortę, że kiedy się idzie w góry, to najlepiej ubrać się jak na wypad na Zbawiksa...
– Baby, it’s cold outside...
...że jak to, kurna, z ojcem się nie napijesz? Chośśtu, kurna, bier te szklane i bąś męszy... męszysnom bąśś!

– All the neighbors might think...
– But baby, it's bad out there...
– Say, what's in this drink?
– No cabs to be had out there.


Cabs rzeczywiście nie było. Było zaśnieżone zadupie, na którym wiatr wygrywał heavy metale, ale na którym śniegu nie podnosił (z wyjątkiem miejsc, w których wiecznie drugi Adaś Miauczyński rozsypywał styropian dla efektu), gałęzie drzew zaś się nie poruszały, bo zapewne zamarzły ze zdziwienia. I był zadyszany facet, który mamrocząc wpadł do stanicy i padł, jako drzewo ścięte pada, a wzrok dziki, suknia plugawa...
– Krew?
Nie, kurde, rodzynki w koszyku! Oczywiście, że krew, dużo krwi.
– Co chyłkiem płynie w głębi ciała, które kryje się po ciemnych korytarzach! W alkoholu! W ustach kobiet – krew! – Głos Wewnętrzny rozśpiewał się masowo.

Wzrok, lustro duszy, widzi wszystko nawet we śnie... ale nie wszystko rozumie. Nawet na jawie.

W wąwozie, w wąwozie – mamrotał zakrwawiony brodacz, który po pobieżnym badaniu palpacyjnym okazał niepodzurawiony, ergo to nie jego krew, ergo czyjaś, ergo ktoś jeszcze jest ranny, ergo chyba ktoś powinien udać się do tego wąwozu i sprawdzić, czy ranni nie potrzebują pomocy.
Ja! – zakrzyknął w głos Koziołek, co miał maleńką białą bródkę...
Nie, lepiej ja – powiedział ojciec – Jestem pracownikiem Straży Granicznej, okolicę znam, fiordy mi z ręki jedzą i jako jedyny nam zarękawki na nogawkach, więc śnieg mi się do butów nie nasypie. A wy, dziatki moje, skujcie tego rannego, bo coś mi podejrzanie wygląda, siadajcie do radiostacji i wiecie: ja Grab-3, ja Grab-3, jak mnie słyszysz, odbiór? Wywołujcie wujka Ferdka z centrali.
I poszedł.
Baby, it’s cold outside...
Ot, tak, czapeczka na głowę, zarękawki na łydki i poszedł. Żadnego plecaka, żadnej apteczki – nic. Jak do kiosku po gazetę, a nie do wąwozu hen, daleko, za mgłą. Brodaty przesiąknięty był czyjąś krwią, ale po co strażnikowi-ratownikowi bandaże, glukoza, plastry czy coś?
Wziął pistolet – zauważył Gos Wewnętrzny.
Aha, że niby „Bądź mężczyzną! Nie opatruj – dobijaj”? No to tym bardziej nie pojadę w Bieszczady.

A co zrobili synowie? Synowie, oczywiście, zrobili ojcu wbrew. Przy radiostacji posiedzieli kwadrans, a potem im się znudziło, brodatego rozkuli i dali mu się pobić, a w międzyczasie jeszcze bawili się nożem i jeden pociął drugiego.
To ile oni mieli lat? Siedem? – zdziwił się Głos Wewnętrzny.
Z wyglądu jeden miał ze dwadzieścia, a drugi czternaście, ale możliwe że było odwrotnie albo że obaj mieli po piętnaście, a łoili z ojcem gołdę i jarali mentole because of dziedziczna patologia.

Cześć, mam na imię Wojtek i też mam dwanaście lat...

I co dalej?
Dalej napięcie, bluzgi (blugów więcej niż napięcia), wujek Ferdek na skuterku, zwłoki, śnieg (śniegu więcej niż zwłok), strzały znikąd, staczająca się zielona furgonetka (pewnie prowadziła niezdrowy tryb życia i nie miała hamulców moralnych), kanister, wiatr, który z przeraźliwym wizgiem muskał gałązki tej smukłej brzózki.
Ja nie jestem brzózką!
Wiem. A zresztą wiatr i tak dograno w studio.
– Baby, it’s cold outside...
Nie, nie było. Kiedy jest zimno, to para idzie z ust, a ludzie bez rękawiczek odmrażają sobie ręce, albo chociaż troszkę dygoczą.
– Brodacz dygotał.
Brodacz tak, ale nim trzepały emocje i stan ogólnego wkurwu rozżalenia na świat. Reszta nie dygotała. A jedna taka to nie dygotała nawet, kiedy wylazła ze strumienia, do którego wpadła. Zimą. Kiedy „it’s cold outside”.

A ojciec?
Dziatki sprawiły, że uszedł cało, darzyły go życiem i zdrowiem… No, zdrowiem to niekoniecznie, bo brodaty lekko go przeperforował przy użyciu broni palnej. Ale uszedł cało, z dumą spoglądając na synów, którzy okazali się mężczyznami, co było głupie bardzo, bo właśnie, że nie się okazali. Płakali, smarkali, licytowali się, kto postąpi głupiej, a że ostatecznie utłukli bedgaja?… Cóż, młodszy oblał go benzyną i podpalił, co w normalnych warunkach skończyłoby się sfajczeniem calej chałupy i obecnych w niej (nieprzytomny starszy i perforowany ojciec nie daliby rady wyjść sami, a młodszy nawet gdyby zdążył wyciągnąć, to tylko jednego z nich), a starszy dokonał tylko zbezczeszczenia zwłok, co IMHO nie świadczy o nadmiernych pokładach męskości, a raczej o podlanym kompleksami zwyrolstwie. Albo o podlanych zwyrolstwem kompleksach – jak kto woli.

A gdybyśmy spojrzeli na to z innej perspektywy?

Aktorsko bardzo przeciętnie. Andrzej Chyra zagrał Andrzeja Chyrę, Andrzej Grabowski zagrał to, co grywa od paru lat minus sceny filozofowania, Janusz Chabior też poleciał schematem. Synowie byli beznadziejni i tu westchnienie rozczarowania pod adresem reżysera oraz osoby odpowiedzialnej za casting. I tak, pamiętam, że chwaliłem Bartosza Bielenię za „Disco Polo”, ale w „Na granicy” pasował jak wół do nosa… yyy… pięść do karety?… No, w sumie tak właśnie pasował. Znaczy, że wcale. Cały czas spodziewałem się, że mu coś odpali, że rzuci się z nożem na ojca i rozwiesi jego wątpia na ścianach, że bratem udekoruje stodołę, a Dorocińskiemu zdejmie skalp i zrobi sobie z niego czapkę a’la Davy Crockett, a tu kicha – anorektyczny aniołecek, boleść chodząca i wnętrze rozpaczą stargane. Nie był gorszy od Kuby Henriksena (żaden wyczyn), ale kamaan, sama twarz to za mało – trzeba nią jeszcze coś zagrać. A obsadzanie wg konceptu: „bo on ma niepokojący wyraz twarzy” to dopiero początek, bo to „niepokojenie” powinno być po coś i do czegoś postać prowadzić. Tutaj było, żeby było i nic poza tym.

Wszystko się trzyma na Marcinie Dorocińskim. Póki go nie ma – jest nijako, pojawia się – film się zaczyna i nie, nie dlatego, że jest brodaty, zakrwawiony, a w plecaku ma pistolet. Po prostu od momentu, w którym się pojawia, coś się dzieje fabularnie i coś się dzieje aktorsko. I żeby jeszcze Marcin Dorociński tworzył wielką kreację, która śnić się będzie widzom do wiosny… Ale nie – Marcin Dorociński po prostu gra porządnie i tyle wystarczy, żeby posłać na drzewo…
Ja nie jestem brzózką!
… resztę obsady.

– Kto na mnie jednym okiem spojrzy, cholerny strach zaraz nim siepie – powiedział Sarka-Farka

Miał być thriller i w sumie był. Przez szpary w scenariuszu wiało, co prawda, jak na połoninach, niedoróbki na planie widać było często (w samej tylko scenie z podpalaniem ze cztery solidne by się znalazły), niepotrzebne pretensjonalności wyskakiwały z drugiego planu i machały kosmatymi łapkami, ale… ale, kurczę, przy odrobinie dobrej woli i bez nadmiernych oczekiwań wobec (to jednak polskie kino, heloł), dało się to oglądać bez większego bólu zębów. Klimat jakiś był, kameralność zdała egzamin, muzyka momentami dodawała nastroju, zdjęcia były więcej niż przyzwoite (choć wnętrza wyszły dużo lepiej niż plenery – plenery był bezbarwne) i nawet dźwięk dopracowano zdecydowanie powyżej polskiej przeciętnej i choć to w sumie niezbyt wielka sztuka, bo polska przeciętna… takie niedomówienie… to warto fakt zauważyć. OK, raziło nadużywanie przez dźwiękowców wiatru, a znawcy gatunku uparliby się, że w porządnym amerykańskim thrillerze martwy bedgaj jeszcze ze dwa razy wracałby z gumna, próbując dokonać rywendżu i zanim ostatecznie wyzionąłby ducha, utłukłby jednego z braci, albo chociaż ojca, ale tak się możemy czepiać do ukichania, a tu przecież mamy do czynienia z debiutem i to debiutem w trudnym gatunku, więc może sobie oszczędźmy. Moim skromnym zdaniem…
I moim również – powiedziało Moje Skromne Zdanie.
„Na granicy” w swojej dyscyplinie wypadło lepiej niż na przykład taki „Jeziorak” w swojej. Ciut lepiej, ale jednak.

Szału nie było, ale wstydu też nie ma. Nie, że od razu „warto”, ale w razie czego ewentualnie można.

Casper, do domu, duszku zatracony! Kolacja czeka!


VARIA
1. Twórcy filmu bronią się przed twierdzeniami, że żerują na popularności „Watahy” (o, to „Wataha” była popularna?), przypominając, że prace nad „Na granicy” zaczęli o wiele wcześniej niż ekipa serialu, a wniosek o dofinansowanie złożyli w PISF w 2012 roku.
2. „Większość ujęć kręciliśmy nocą w okolicach Tarnawy Niżnej, Mucznego i doliny Tyskowej” – pozostaje mi przyjąć na wiarę, bo Bieszczady znam słabiej niż twórczość Gottloba Frege. Nie, przepraszam, znam tak samo słabo – wiem, że jedno i drugie istnieje i że są tacy, których jedno lub drugie fascynuje.
3. Autorem zdjęć był Łukasz Żal, nominowany do Oscara za zdjęcia do „Idy”. W „Na granicy” chciał kręcić „w kontrze” do filmu Pawła Pawlikowskiego i chyba mu się to udało – za zdjęcia do „Na granicy” nominacji do Oscara nie dostanie na pewno.
4. Żartować, że zamiast nijakiego Kuby Henriksena do roli syna, trzeba było zatrudnić Lance’a Henriksena do roli dziadka? Eee, nie będę – to by było pójście na łatwiznę.

Miejscowe studio postprodukcji dysponowało najnowocześniejszym sprzętem firmy Rzęchex


============
Na granicy
Premiera: 2016.02.19
Czas: 92 minuty
Reżyseria: Wojciech Kasperski
Scenariusz: Wojciech Kasperski
Obsada: Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Grabowski, Bartosz Bielenia, Kuba Henriksen, Severina Špakovska, Janusz Chabior i inni.
Dofinansowanie PISF:
było – w 2013 roku PISF przyznał filmowi dotację w wysokości 2 000 000 złotych. Czy potem dołożył coś jeszcze w formie „zwyżki do” czy dofinansowania reklam lub wykonania kopii – nie wiem.

2017-01-04

Z tamtej strony tęczy [1973]

Pani doktor jest twarda i zorganizowana. Sąsiadom w „komunałce” nie daje wchodzić sobie na głowę, w pracy życie ludzkie w twardych dłoniach trzyma, siostrę nieletnią wychowuje i na ludzi wykierowuje, mecenasa bzyka regularnie w sposób wyzwolony i jeszcze w międzyczasie zdołała zaliczyć roczny staż w USA. Aż tu nagle pojawia się dylemat…

Chię dobchy, jechchę fochoghachę i chocham pają bachcho

Dylemat ma dwadzieścia i może ewentualnie jeszcze ze dwa lata, aparat fotograficzny, maślano-zakochane oczy i wolną chatę. Oraz w związku z zaistniałą sytuacją... no, że znaleźli się tutaj jako przedstawiciele dwóch płci, bądź, co bądź... Jako humanista chciał zaproponować powrót do bardziej tradycyjnej metody kontaktu między dwoma osobnikami odmiennej płci.
Y?
Podejrzewam, że kocham panią. I chciałbym to sprawdzić, o ile się da, oczywiście – fotograf poleciał taką romantycznością, że mnie dyszel pękł przy samej szrubie, a pani doktor zakrztusiła się koniaczkiem.
Ale właściwie, czemu nie? – pomyślała pani doktor. Była przecież wolna, atrakcyjna, w wieku odpowiednim. Mecenas, choć pościelowo sprawny, to maminsynek z kompleksami, siostra okazała się zimną, nowoczesną suczą i cały życiowy plan pt. „muszę się nią zająć, bo mi bidula z głodu umrze i na złą drogę zejdzie” mogła sobie pani doktor potłuc o kant… znaczy, o kant nie bardzo mogła, bo zbudowana była zacnie i składała się raczej z apetycznych zaokrągleń. Enyłej, plan lądował w koszu, bo siedemnastoletnia siostra świat postrzegała w kategoriach prostych i skutecznych: seks uprawia się bezstresowo i w pościeli, a nie ryzykownie po krzakach, obiekt uprawiania jest raczej nieważny, bo oprzeć można się tylko na sobie. Najpierw matura, potem jakaś szybka praca, ale krótka, bo celem jest wyjazd do Szwajcarii albo do Wiednia (po coś się kuje te języki wieczorami).
Bój się Boga dziecko – jęknęła pani doktor – Przecież całe życie się starałam...
I zaraz mi powiesz, że nie wyszłaś za mąż, bo masz mnie w domu i ciągle myślisz o tym, czy ja zjadłam kolację – przewidziała nieletnia.
No, mniej więcej to i mniej więcej dlatego…
To wszystko bujda – prychnęła siostra – Nie wyszłaś za mąż, bo wciąż myślisz że jesteś młoda, że jeszcze coś  się zdarzy i jeszcze jest czas.

Znacie takie sytuacje, w której wasze długo i mozolnie budowane alibi na życie dostaje mocny strzał między oczy, spadają wam gacie i stoicie bezradni, świecąc gołą, zdemaskowaną dupą mentalną? Znacie, znacie – nie oszukujmy się, wszyscy znamy. Pani doktor też poznała i stanęła, świecąc.

Matkoboska, okulary mi spuchły!

I właśnie wtedy pojawił ten Dylemat – młody, zdolny, zakochany po czubek nosa, łażący krok w krok i całujący ślady stóp na trotuarach. Ach, och, jęk i świat pani doktor nieznany, świat atrakcyjny w swej egzotyce wiejskich komunii, sesji fotograficznych nad truchełkiem pradziadka lub w stadninie koni. Kosztowała więc lekarka uroków życia z młodym zakochanym fotografem, kosztowała uroków życia z nudnym, ale stabilnym mecenasem, między nich wetknęła miłosne wspomnienia i połamanego życiowo pacjenta. Połamanego psychicznie i połamanego cieleśnie – pacjent bawił się w komara:  z dębu spadł, złamał sobie w krzyżu gnat. Oraz parę innych gnatów również. Tu rozterki, tam orgazmy, tu wciąż swobodna teraźniejszość, tam przyszłość, o której trzeba pomyśleć, bo kiedy się ma… Hmm, ile właściwie lat ma bohaterka? Jest po studiach medycznych, po stażu w Usiech, z mocną pozycją w pracy, siostra ma siedemnaście… Okolice trzydziestki, bym powiedział. Co w 2017 brzmi nieco zabawnie, bo dziś kobieta w tym wieku to pełnia rozkwitu, pełnia możliwości, optymistyczny libizlm..
Y?
Liblizm. Od Libli. „Świat należy do nas”. Kamaaan, nie czytaliście Kuttnera?
Y?
Boszzz… Dobra, nieważne. Pani doktor staje więc przed wyborem: młody, zdolny, zakochany, dynamiczny, ale z majątkiem składającym się z 3 aparatów fotograficznych, 4 kuwet (ale żadnej dla kota), powiększalnika, pary dżinsów i przyzwoitego, choć wciąż niezbyt imponującego portfolio czy może mecenas, też niezły w łóżku, ale maminsynkowaty, zakompleksiony i przeciętny do bólu, ale pościelowo wciąż sprawny, a poza tym nazwisko, pozycja, Wartburg, mieszkanie w Gdyni (z dystyngowaną mamusią, i synusiem-lalusiem z poprzedniego małżeństwa ale za to duże i z widokiem), działka, te rzeczy. Stabilizacja, czy szczęście? Uroczo tu i teraz, czy spokojnie tu i potem? Co byście wybrały, drogie czytelniczki? 
...
Taaak? Naprawdę?
A jak myślicie, co wybrała pani doktor? I czy zakończenie nie wskazuje czasem, że dokonany przez nią wybór jest wyborem jedynie doraźnym i oficjalnym?

Piecyki gazowe (zawsze w parze) występują w filmie częściej niż sensowni mężczyźni

Niby zwykły film, ale gdyby tak mocniej poskrobać, to wychodzą całkiem ciekawe problemy. Pani doktor niby się poświęca dla wychowania siostry, związki przy ołtarzu składa na ołtarzu miłości ponad-siostrzanej, co Matką Polka nieco trąca, ale przecież nie zamyka się w klasztorze rodziny, czerni nie zakłada i nie ogranicza się do trasy praca-dom, praca-dom. Przeciwnie – tu kogoś bzyknie, tam wyskoczy do lokalu kategorii S, ówdzie na rok do Stanów wyjedzie (i kto się wtedy nieletnią siostrą zajmował, przepraszam bardzo?) Pełnia życia i to pełnia bez zobowiązań, bez komplikujących życie kompromisów. Gdyby takie życie pędził mężczyzna, to OK, ale tu mamy rok 1972, młodą atrakcyjną kobietę z pozycją zawodową, co w tradycyjnym społeczeństwie niekonieczne „pozwala na”, a raczej tym bardziej zobowiązuje „żeby nie”. 

Także młodsza siostra wymyka się gomułkowskim stereotypom obyczajowym – to nie buntowniczka z plecaczkiem, książeczką autostopu, koralikami we włosach, które potargał wiatr, tylko lodowato wyrachowana obywatela świata nowoczesnego, jakby wyjęta z korporacyjnych opowieści lat 90. Nie, nawet nie lat 90. – wtedy jeszcze obowiązywał pionierski entuzjazm, mit pucybuta, takie tak ćmoje-boje. Późniejszych lat – gdy złudzenie nie istniały, na przypadek miejsca nie było, karierę/życie się planowało i realizowało metodycznie. I taka jest właśnie ta młodsza siostra – chłodna, opanowana, tu kroczek, tam dwa, tu etap na drodze do celu, ówdzie rozsądne podejście do życia seksualnego, które stara się prowadzić regularnie i bezstresowo, bo higiena psychiczna jest równie ważna jak fizyczna, a tryb życia jest jak dieta – liczą się bilans, balans i regularne wypróżnianie. 

Za chwilę wystąpią cycki. Też w parze.

Zresztą w ogóle postaci kobiecie są w „Z tamtej stronie tęczy” ciekawsze. Ot, choćby koleżanka Teresy – trenerka siatkówki: atrakcyjna, dynamiczna, zona trenera piłkarzy który „w zeszłym roku spadł z pierwszej ligi do drugiej, a w tym – z drugiej do trzeciej. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie będzie wymyślić parę nowych lig, żeby miał dalej dokąd spadać”. Albo matka mecenasa – dostojna staruszka, która najpierw syna wyprowadziła na ludzi, a teraz na ludzi wyprowadza wnuka. OK, obaj są przez nią nieźle skrzywieni i tak naprawdę to straszne ciapy, lane pewnie przez kolegów w szkole, pozbawiane drugich śniadań i jako ostatnie wybierane do grania w piłkę (chyba, że liczba graczy była nieparzysta – wtedy z ulgą odsyłało się takich ciapciaków na ławkę), ale w życiu sobie poradzą: zostaną prawnikami, architektami, dentystami, kupią sobie wartburga, postawią pół bliźniaka… Mężczyźni w filmie… cóż, cytując młodszą siostrę „są w zasadzie nieważni”, zdefiniowani niemal wyłącznie przez zderzenie z kobietami (głównie z Teresą) i nakreśleni niezbyt sympatycznie. Gapią się na dekolty, ślinią się do własnych marzeń... Wymykają się temu spojrzeniu jedynie młody fotograf i tajemniczy pacjent w gipsie, przy czym ten drugi właśnie dlatego, że w gipsie, przez co gapi się jedynie w sufit, a ślini się odruchowo i pooperacyjnie

Aktorsko przyzwoicie – bez wielkich kreacji, ale i  bez bólu zębów. Aleksandra Zawieruszanka  balansuje między poczuciem obowiązku, a własnymi pragnieniami, skrzywieniem ust dodając postaci lekko antypatycznego rysu, który możemy sobie czytać jako wrodzoną cechę charakteru, ale również jako rodzaj pancerza, odgradzającego ją od świata, chroniącego przed nim. Wychodzi całkiem zgrabna nieczytelność, dwuznaczność, pozwalająca aktorce grać, a widzowi na rożne sposoby czytać postać. Jerzy Góralczyk próbował grać młodego zakochanego, ale wychodziło mu to średnio, a kiedy już wychodziło, to psuł to w postsynchronach.  Jan Machulski był  płaski, ale taka była jego postać, więc wyszło w porządku. Mariola Kukuła  w roli cynicznej siostry ani ni zachwyciła, ani nie raziła – zagrała co miała zagrać, błysnęła biustem, a w postsynchronach – w przeciwieństwie do Jerzego Góralczyka – sporo dodała (i tu bym zapytał o dubbing, ale zostawię to sobie do „Varia”). Zofia Małynicz była posągowa, Tadeusz Borowski sympatyczny, Tadeusz Janczar uroczy – wszystko zgodnie z instrukcją obsługi. Znacznie ciekawiej wypadli sąsiedzi z „komunałki”: Barbara Bargiełowska, Henryk Hunko i Krzysztof Kowalewski – dwie sceny, jakiś szkic, jakiś detal i już się ich zapamiętywało. 

"Obudziłam się później niż zwykle, nie wstałam z łóżka, w radio była muzyka..."

Nierówna muzyka Włodzimierza Nahornego – przez większość filmu trzymała klimat, ale od czasu do czasu zdarzały się fragmenty wręcz nieznośnie irytujące. Scenografia przeciętna, bo normalna (i odwrotnie), a montaż niezdecydowany, ale już z takim nerwowym sznytem lat 70. Zdjęcia już mocno spłowiałe, praca kamery przeciętna, ale parę ujęć ciekawych i może wartych osobnego omówienia.

Kino wczesnego Gierka – jeszcze nie „moralny niepokój” chociaż... może jednak już? Tyle że nie jest to niepokój związany z władzą, społeczeństwem, misją inteligencji w świecie..
...świeeeeeecie nasz! Daj nam w jasnym dniu oczekiwaaaanie! – dramatyzowały głośniki.
...ale niepokój naprawdę moralny, związany z tu i teraz, z decyzjami dotyczącymi nas i bliskich, na dziś i na jutro.
Że niby kobiece jest codzienne, realne i ważne, a męskie  buja w chmurach i wydziwia na tematy w gruncie rzeczy dęte – domyślała się Opinia Publiczna.
Nie do końca, ale mniej więcej.

Nie wiem, czy warto, ale na pewno można. 

Przerzedza ci się, kochanie, i chyba odrobinę przetłuszcza... Zmień szampon.


VARIA 
1. W roli drugoplanowej wystąpiło Trójmiasto: Długi Targ rozpozna każdy nawet po ciemku, nabrzeże w Gdyni też rozpoznawalne, młody fotograf mieszka w falowcu na Przymorzu, pani doktor do pracy jeździ SKM-ką (stację Gdańsk Politechnika można rozpoznać po… No, kto wie, po czym?… Brawo: po napisie „Gdańsk Politechnika”). Kina nie rozpoznałem, w przypadku paru plenerów mam wątpliwości, bo za słabo znam Gdańsk.
2. Wokalizę wykonała Ewa Wanat, ale nie, drogie, dziatki i dzierlatki, nie ta dziennikarka z TOK FM, tylko wokalistka jazzowa z Novi Singers i nie mówcie mi, że nie znacie, bo znać powinniście, a w erze Youtube’a czy innych Chomików w każdej chwili znać możecie. W scenie w klubie za plecami Ewy Wanat, przy pianinie siedzi kompozytor Włodzimierz Nahorny. Basisty nie rozpoznałem.
3. Ewa Wanat I Włodzimierz Nahorny obecni są też na początku filmu, gdy Teresa wraca do domu SKM-ką – zanim wsiądzie do wagony, przepuszcza, wysiadająca z niego piosenkarkę. A Włodzimierz Nahorny obecny jest pod postacią płyty, którą trzyma w ręce Teresa. Sądząc po okładce jest to nagrany w 1970 roku „Jej portret”.
4. W obsadzie zauważyłem nazwisko Lecha Łotockiego – oglądam, oglądam… Wzrok mi się popsuł czy go wycięli? Co się robi w takich przypadkach? Idzie się na stronę Fototeki, wbija się tytuł i przegląda się fotosy z filmu. Po dłuższej chwili (spędzonej na gapieniu się na negliże Aleksandry Zawieruszanki) trafiam na odpowiednie zdjęcie – Lech Łotocki gra chłopaka siostry i to jego plecy widzimy w scenie, gdy Teresa zastaje młodszą in flagranti.  Takie interesujące nawiązanie do młodszego o dwa lata filmu „Kto wierzy w bociany?” małżeństwa Stawińskich, w którym główne role zagrali Lech Łotocki i występująca w „Z tamtej strony tęczy” jako młodsza siostra Teresy, Mariola Kukuła.
5. O, właśnie: Mariola Kukuła – podobnie jak w „Kto wierzy w bociany?” nie mogę pozbyć się wrażenia, że jej postać została została zdubbingowana, ale nie mogę też rozpoznać głosu. Jolanta Zykun? Czy może tylko mi się wydaje?
6. Mieszkanie sióstr to 2 pokoje w przedwojennej kamienicy, w mieszkaniu dzielonym z innymi lokatorami. Ze słów młodszej siostry wynika, że „kiedyś całe było nasze”, więc pewnie po śmierci rodziców kwaterunek „dogęścił”. Ale tak sobie myślę: jest rok 1972, główna bohaterka była na rocznym stażu w Usiech,  dolarowy przelicznik wynosił wtedy… ile wynosił, a gdyby liczyć po kursie czarnorynkowym, to trzeba by przemnożyć razy "ojacie”. I co. Ani mieszkania, ani samochodu, ani „wykupienia” lokatorów? To na co poszły te zaoszczędzone zielone? Na serki topione i klipsy?
7.  „W zeszłym roku spadł z pierwszej ligi do drugiej, a w tym – z drugiej do trzeciej. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie będzie wymyślić parę nowych lig, żeby miał dalej dokąd spadać. Dzisiaj wykopują ich w Słupsku – przyjedzie i powie, że intrygi”. No to rzecz musi dotyczyć sezonu 1971/72, bo po tym sezonie Gryf Słupsk spadł do IV ligi. Czyli drużyna męża siatkarki spadła z I ligi do II w sezonie 1969/70 i z II ligi do III w sezonie 1970/1971… zgrzyt, zgrzyt…  Tadaaaam! Mąż siatkarki trenował Cracovię (nawet narzekanie na układy i intrygi pasuje). Tyle, że w tamtych czasach III liga podzielona była na 4 grupy regionalne i Cracovia nie miała szans zagrać w lidze z Gryfem. Ale może to był mecz Pucharu Polski. A tak swoją drogą, Cracovia po tym sezonie spadła jeszcze niżej.

No to jeszcze pamiątkowa fotka na Fejsa...


============
Z tamtej strony tęczy

Premiera: 06.04.1973
Czas: 87 minut
Reżyseria: Andrzej Jerzy Piotrowski
Scenariusz:
Andrzej Jerzy Piotrowski
Obsada: Aleksandra Zawieruszanka, Jerzy Góralczyk, Jan Machulski, Mariola Kukuła, Barbara Bargiełowska, Tadeusz Borowski, Krzysztof Kowalewski, Henryk Hunko i inni

2016-10-13

Wiktoryna, czyli czy pan pochodzi z Beauvais? [1972]

1807... – powiedział starszy pan, podnosząc kieliszek ku oczom – Beaujolais z tego rocznika jest rzeczywiście udane.
Były okolice roku 1830. Jeżeli to beaujolais dało się jeszcze pić, musiało być udane niesamowicie, łamane przez „święty Wincenty Ferreriuszu, patronie winiarzy, to cud!’”
Na ekranie  cudu nie było, a film nie był udany.
Pauza. Znacząca.

Pan Ignacy z zakłopotaniem podrapał się w... yyy... znaczy... Się. Tak.

Facet z pekaesami opowiadał paru znajomym, co w czasie obiadu u łysego opowiadał facet z wąsami, któremu z kolei wszystko opowiedział facet w koszuli. Znajomi, słuchający faceta z pekaesami, mieli łysinki, brody, wąsy i zaczeski w loczki, wszyscy nosili dziwne stroje i stroili dziwne miny. Przeważnie wymowne.
Ja wam opowiem o morderstwie – mówił facet z pekaesami – a wy wtedy powiecie mi, czy powinienem się ożenić.
Pauza. Znacząca.
Koledzy faceta z pekaesami patrzyli na siebie i dumali, czy ich przyjaciel powinien się ożenić, a widzowie patrzyli na siebie i zastanawiali się, jaki tu występuje ciąg logiczny.
Pauza. Znacząca.

No bo wiecie... – tłumaczył facet z pekaesami – Wszystko wskazuje na to, iż mój ewentualny teść trzydzieści parę lat temu popełnił był zbrodnię.
– I?
– I w posiadanie majątku wszedł z użyciem ostrego narzędzia typu skalpel oraz szeregu ran ciętych tudzież być może również kłutych.
– I?
– I w związku z tym odczuwam moralne dylemata w stosunku.
– Albowiem?
– Albowiem posag narzeczonej skąpany może być w kurzu krwi bratniej.

Pauza. Znacząca.

Chciałbym do doktora Caligari. Albo chociaż do doktora Lubicza.

OK, załóżmy, że ewentualny teść rzeczywiście był mordercą – westchnął Głos Wewnętrzny – Czy narzeczona też była?
Ależ skądże! – żachnął się facet z pekaesami – Nie było jej nawet na świecie.
– Wiedziała?
– Ależ skądże!
– żachnął się ponownie facet z pekaesami – Teść się taił i ukrywał.
– Musisz brać ten posag?
– No, w sumie nie...
– Więc w czym problem?
– Problem w tym, czy powinienem jej powiedzieć o ojcu.
– A co to ma wspólnego z małżeństwem?
– No, bo jeśli wezmę posag, będę się czuł jak prosię, jeśli nie wezmę, to panna się deczko zdziwi, jeśli nie powiem dlaczego nie biorę, to będę nieuczciwy, jeśli zaś powiem, to będę okrutny, a w dodatku ona może szok przeżyć albo się na mnie obrazić i wtedy nie będzie mnie chciała, a ja bez niej jak bez ręki i w ogóle...
– Ale do czego my ci jesteśmy potrzebni?
– zapytali przyjaciele.
Bo to nie „Wojna i pokój”, a Andrzej Kopiczyński nie jest wystarczająco dobrym aktorem, by odstawiać księcia Wołkońskiego pod drzewem i przytrzymać widza przed ekranem kwadransem monologu wewnętrznego – zirytował się reżyser – Jesteście potrzebni, żeby bez większego obciachu można było wyłożyć kawę na ławę i żeby widz nam nie usnął.
Pauza. Znacząca. I spojrzenia. Wymowne.

Film o niczym i po nic. OK, rozumiem, że Balzac, łobosiu i to nawet Honoré, ale facet tłukł te swoje historyjki na kilogramy i naprawdę nie wszystkie mu się udały. A niektóre, nawet jeśli mu się udały, to było to jednak 180 lat temu. Fabuła taka sobie, dylematy wydumane, realizacja tak koturnowa, że momentami płakać się chciało – jak w scenie, gdy Prosper Magnard w malignie wybywa nocą do lasu, przytula się do kamiennego pomniczka i omdlewa romantycznie, powiewając kołnierzykiem koszuli a’la Słowacki. A okoliczności przyrody zimowe, minus naście, śnieg, wilcy i ofensywa w okolicy.
Zamarzł biedaczek? – zaniepokoiła się Opinia Publiczna.
Ależ skądże. Obudził się, pospazmował i dał się rozstrzelać. Nawet kataru nie złapał.

Herr Winterhalter jadł dużo i tłusto... i nie dożył poranka. Przypadek?

Dłużyzny (scena szarpania pieczystego wygrywa ze sceną z podjazdem karocy) przerywane Znaczącymi Minami, rozmowy o niczym przytykane Wymownymi Spojrzeniami, pudełkowa konstrukcja, w której kolejni relaci referują, co i od kogo usłyszeli. Nuda, charakteryzacja i kostiumy, bo to w sumie jest najciekawsze w filmie: Andrzej Kopiczyński nosi pekaesy, Mieczysław Stoor – pruski wąsik w dwóch odmianach, Janusz Zakrzeński ma zaczeskowe loczki, Stanisław Jasiukiewicz perukę, a Barbara Brylska – dekolt. Jak to Barbara Brylska. Henryk Machalica natomiast ma wielką kokardę na podgardlu. Oraz brodę, ale to przecież Henryk Machalica, on się z brodą urodził.

Grać aktorzy nie bardzo mają co, bo 56 minut to niewiele, każdy ma zaledwie po parę zdań, z czego połowę o niczym, więc próbują budować swoje postaci na niuansach, ale ponieważ postaci są żadne, to i niuanse nie wychodzą. Nie ma tu nieudolności, nie ma złej gry, ale nie ma też niczego, co pozwoliłoby ten filmik zapamiętać. No, może Bronisław Pawlik, który zagrał sfochowanego krasnoludka rodem z baru mlecznego w PRL.

Przed obiadem dobry jest śledź, a po obiedzie... fajeczka i odrobina Hegla

Całość sprawia wrażenie pracy dyplomowej albo alibi do wypłaty premii kwartalnej: wypuścić aktorów, niech coś powiedzą, nakręcić, wywołać, wyemitować w porze jak najmniejszej oglądalności i odesłać do archiwum. Takie przesypywanie pryzmy piasku z jednego kąta podwórka w drugi kąt i z powrotem: osobogodziny odfajkowane, podkładka do wypłaty jest, a jeśli ktoś zapyta, po kiego grzyba to kręciliśmy, to odpowiemy: „No, przecież to Balzac! Honoré! De!”

Najsmutniejsze było zakończenie. W oryginale podobno głosujących przyjaciół było kilkunastu , więc rozkład głosów mógł być różny. W polskim filmie głosujących było czterech, więc z góry było wiadomo, że wynik będzie... Mhm, dobrze się domyśliliście – taki właśnie.

Charakteryzatorki i osoby odpowiedzialne za kostiumy zarobiły na swoje wynagrodzenie, zdjęcia przyzwoite, muzyka Piotra Hertla dobrana beznadziejnie i dycha przeciw kasztanom, że kompozytor nawet nie zerknął w scenariusz, tylko podesłał pierwszą z brzegu kompozycję, zalegająca mu na parapecie, a reżyser nie przesłuchał muzyki, tylko kazał wkleić w film i nie zawracać mu głowy. Plenerki – Jabłonna i Łazienki – też na łatwiznę. Montaż... hmm, dziwny bardzo. Jak w scenie, w której córka mesje Taillefera opowiada o chorobie ojca:
Kiedy ojciec krzyczy jak opętany, chce się zabić, trzeba usuwać sprzed jego oczu wszelkie ostre przedmioty. Czasem zaś utrzymuje, że jakieś zwierzątka siedzą mu w głowie, zżerając mózg...
I tu na ekranie widzimy promiennie uśmiechniętą córkę, karmiącą wiewiórkę. Odrobinę creepy, n’est-ce pas?

Pierś. Grottgerowska, oczywiście.

Dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi są...
– Muszę cofnąć się kilka miesięcy wstecz...
...bo gdybym się cofnął do przodu, mógłbym coś pominąć.

– Wiem o tym, że na majątku panny Wiktoryny Taillefer stoi ogromna kałuża krwi.
Kałuża stoi na... Zapewne na baczność.

– To się nadaje do konfesjonału.
 – Do konfesjonału? Po co? Przecież to jest sprawa sumienia

A konfesjonał, jak wiadomo, służy do kiszenia kapusty.

– Oficer?
– Nie, jeniec.

Dżizas...

Szkoda czasu. Chyba, że ktoś sobie chce koniecznie przypomnieć aktorów z dawnych lat. Ale moim zdaniem są lepsze do tego filmy.

...w dziesięciostopniowej skali.


Varia
1. Podstawą scenariusza było opowiadanie Balzaka „Czerwona oberża”. Film nie zachęcił mnie do odszukania tekstu pisanego w bibliotece, nawet nie chciało mi się sprawdzać na chomiku. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że nazwisko „Taillefer” gdzieś u Balzaka spotkałem... /szybki gugiel/ Tak, spotkałem w „Ojcu Goriot” i „Jaszczurze”.
2. Leon Niemczyk dubbingowany, Kazimierz Opaliński również.
3. W epizodzie oberżystki wystąpiła Maria Żabczyńska, wdowa po Aleksandrze.
4. Nie, francuski film „Czerwona oberża” z 1951 roku (z Fernandelem m.in.) nie ma nic wspólnego z omawianym powyżej.
5. Co by tu jeszcze?... O, w głosowaniu udział wzięły kulki białe i czerwone. Białe za małżeństwem, czerwone przeciw. Nie wiem, czemu nie odwrotnie.

W tęczę Franków orzeł biały, patrząc...  skrzywił się ze smutkiem

1972
Premiera: 03.05.1972
Czas: 56 minut
Reżyseria: Jan Rutkiewicz
Scenariusz: Tadeusz Kwiatkowski (na podstawie opowiadania Honoré de Balzaka)
Obsada: Andrzej Kopiczyński, Barbara Brylska, Stanisław Jasiukiewicz, Kazimierz Opaliński, Henryk Machalica, Jerzy Matałowski, Leon Niemczyk, Bronisław Pawlik, Bogusław Sochnacki, Janusz Zakrzeński i inni.

2016-09-07

Klub włóczykijów i tajemnica dziadka Hieronima [2015]

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron – powiedział reżyser Zagajny, przeżuwając paróweczkę.
Na film Tomasza Szafrańskiego można patrzeć nawet z trzech stron.

Wuj w stanie zapatrzenia

Strona pierwsza to film przygodowy dla dzieci i/lub młodzieży. Dziwny film. Łysy wuj szuka butów po dziadku alkoholiku, bo w butach tych ma być wskazówka, prowadząca do skarbu. Czemu, kurde, w butach? Nie dało się znaleźć jakiejś bezpieczniejszej kryjówki? Buty, na przykład, czasem przemakają, czasem się rozpadają, a czasem ktoś je kradnie. Znaczy, dla bezpieczeństwa można nosić buty na nogach 24/7/365, ale wtedy nie przetrwa albo wskazówka, albo poszukiwacz, albo jedno i drugie.

Śladem wuja podąża dwóch tajemniczych don Pedrów, z których jeden wygląda jak spocony fryzjer ze Starej Zagory, a drugi nie wygląda wcale, bo broda i wytrzeszcz to jeszcze nie wygląd. Wujowi pomaga bezbarwny siostrzeniec w wieku... yyy... 8-10 lat?... kolega siostrzeńca, marzący, by w przyszłości zostać recydywą, nastoletni hipochondryk i blond-opiekunka z aktorskiej szkoły im. Karoliny Gruszki, wydział grania grdyką. 

Szukanie skarbu odbywa się przy pomocy serii losowo zestawionych scen, bez większego związku pomiędzy. Moją ulubioną sceną jest ponad minutowa scena leżenia, miejsce drugie zajął czterdziestosekundowy zestaw spojrzeń (twórcy oszczędzali, więc był to zestaw dwóch spojrzeń), a o półtoraminutowej scenie, w której bohaterowi chodzą, nie warto nawet wspominać, bo chodzą, więc coś jednak na ekranie się działo. W scenie leżenia też się działo, bo po 90 sekundach leżenia bohaterowie zaczęli rozmawiać, a potem jeszcze przyszły zabłąkane grafiki, ale to jednak samo leżenie było istotą gwoździa do clou.

Wuj w stanie rozkładu

Intryga jest nieco (taki eufemizm) dęta i prowadzona tak niechlujnie, że momentami było mi za twórców wstyd przed dzieciakami, które trafią na ten film. Mały/młody widz też jest widzem i trzeba go traktować poważnie, a nie kręcić olewczej chałtury pod hasłem: „przecież te szczeniaki i tak niczego nie zauważą, więc kij z konsekwencją, starannością, logiką, Rzym, Krym, czy lubelskie buraki – jedna cholera, odpitolmy to szybko, zainkasujmy i w nogi.

– Wuju, a dlaczego dziadek nie przywiózł skarbu do domu?
– Była wojna, drogi chłopcze, potem ciągłe zagrożenie ze strony Sowietów.
– Chudefakis Sowietów? – powinno zapytać w tym momencie dziecię nieletnie, a potem zacząć drążyć, czy owo zagrożenie było tak absolutne, że dziadek naprawdę przez 40 lat nie mógł się ruszyć z domu na krok, ale może lepiej, że nie drążyło, bo wg twórców tak chyba właśnie wyglądał PRL: permanentna inwigilacja, lampa w podłodze, odkurzacze jedzące paproszki z ręki ubecji i donoszące pod płaszczykiem...
– Dziadek już nigdy nie wyjechał z Pułtuska... – mamrotał łysy wuj.

Frustracja dziadka była tak wielka, że wzrosło mu spożycie procentów, a że babcia cięta była na ochlaptusów, ukrywał butelki w okolicznych dziuplach, osobliwie tych, położonych trzy-cztery metry nad ziemią. Hmm, albo był to wesoły facecik w klimatach Kareema Abdul-Jabbara, pakujący flaszki w dziuplę slam dunkiem albo z babcią było coś nie teges, bo zataczający się po ogródku dziadek z drabiną plączącą się między pniami i kończynami, raczej powinien zwrócić jej uwagę.

Dziupla. I skojarzenia. Słucham?... Z okiem Saurona, oczywiście!

A zakończenie filmu było głupie. Ale tak nie tak po prostu głupie, tylko głupie solidnie, z przytupem i przysiadem, inkrustowane serią sztucznych śmiechów głównych postaci, przeskoków kamer z jednej twarzy na drugą, panie Ziutku, no, niechże się pan zaśmieje, naprawdę, ale tak z uczuciem, przecież to zabawne ma być, a mamy jeszcze dwie minuty do nakręcenia...

Wypatrzyliście to zakończenie w jakimś katalogu mody? A może do końca nie wiecie, co napisaliście? – zżymał się opalony krytyk w garniturze – Zajebaliście je z pomocy dla powodzian? Pies wam je wszamał, a potem zwrócił? Chciałbym poznać historię tego zakończenia! Jak byłem w technikum, to nam takie na warsztatach dawali.
Gdzie jest twój skarb, tam jest serce twoje, jak to mówią – skomentowała filmowa opiekunka, jednym uśmiechem grdyki robiąc sobie trzy podbródki.

OK, w sumie rzeczywiście ewangeliści między pitą a humusem rzucali sobie takim bon motem, ale ja tam wolę wersję Pana Samochodzika czyli „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”, bo w tej wersji skarb utożsamiony jest z uczuciem, a nie uczucie ze skarbem. Niby różnica tekstowo niewielka, ale znaczeniowo ogromna, oddzielająca romantyków od materialistów
Ale może reżyser ma inaczej? – wtrącił Głos Wewnętrzny.
Rzeczywiście, chyba ma, ale do tego jeszcze wrócimy.

Pierwsi widzowie pękli już po 30 minutach.

Aktorsko nędznie. Dziecięcy aktorzy odbiegali od polskiej normy „zepsutego robocika”, zacinającego się na co drugim wyrazie i stawiającego kropki w miejscach losowych, ale za dobrze też nie było – dzieciaki wystrzeliwały każdą kwestię z prędkością miksera i z taką też dykcją, więc nie zawsze wiadomo było, o co im chodzi, a fakt, że posługiwały się głównie krzykiem, nie pomagał. Hipochondryczny młodzian posługiwał się głównie wytrzeszczem, blond opiekunka posługiwała się grdyką i podbródkami (a okrutny kamerzysta filmował ją z profilu i długo, więc każdy mógł sobie je obejrzeć i policzyć). 

Tomasz Karolak zamordował doktora Kadrylla, a następnie poćwiartował zwłoki oraz rolę i ukrył je w miejscu bliżej nieznanym, Wojciech Mecwaldowski w roli Wieńczysława Nieszczególnego był przykry, ale miał przynajmniej jedną dobrą scenę (w hołdzie starym dobrym serialom „poleciał” Henrykiem Gołębiewskim i zrobiło się naprawdę zabawnie), a Mikołaj Grabowski mógł sobie darować występ w tym gniocie. Nie, przepraszam – nie „mógł” – powinien sobie darować. Nie darował sobie, czego z kolei ja mu darować nie mogę.

A aktor grający łysego wuja? – zapytał Głos Wewnętrzny.
Katastrofa. Ale kiedy nabór do roli następuje wyłącznie wg kryteriów: „ma być łysy i gruby”, to trudno się dziwić. Bogdan Kalus jest zapewne sympatycznym człowiekiem, być może lubi koty, kwiatki i pierogi z kapustą, ale aktorem jest, niestety, co najwyżej słabym i w „Klubie włóczykijów” było to widać boleśnie.
Przesadzasz, dzieciom się podobał – wtrącił sąsiad, który właśnie wrócił z seansu.
Łysy, gruby, z solidnymi "Breżniewami" nad wybałuszonymi oczami, z wiecznie otwartymi ustami, taki kanoniczny miś z kreskówek albo duża świnka Pepa – trudno, żeby się dzieciom nie podobał. Co nie zmienia faktu, że jest cienki i grał fatalnie.

Dżentelmen o nienagannych manierach, pachnący jaśminem... Widać, nie?

Zdjęcia przeciętne, montaż tragiczny, muzyka... OK, tu rzeczywiście można postawić plus. Nie, żeby wychodzący po seansie widzowie gwizdali motywy przewodnie, co to to nie... ale muzyka stanowiła największy atut filmu: budowała klimat, ciągnęła widza za sobą, podpowiadała widzowi, co to tak naprawdę dzieje się na ekranie (bo twórcy i aktorzy mieli z tym czasem poważny problem). Żadne wiekopomne dzieło, powiedziałbym, że nawet mocno wtórne, ale swoją funkcję użytkową muzyka spełniła. Ciekawe, czy jakiś wpływ na to miał fakt, że do jej napisania wynajęto rzemieślnika z zagranicy, a nie szwagra reżysera albo wujka producenta...

Efekty specjalne, drony, szmony... Drony były, bo w każdym współczesnym polskim filmie muszą być zdjęcia spod chmurki – taka moda. Cała F/X-owa para poszła w czołówkę i reszta efektów specjalnych sprowadziła się do wklejania w film rysunków/malunków i poruszaniu nimi za pomocą sznurka kursorka. 

Dialog niedobre. Sztywno, drętwo, sztucznie, a momentami człowiek czuł się jak w bramie starej kamienicy: wiało przegniłym drewnem, moczem i przedwczorajszą pomidorową.
– Legendarny wujek Dionizy zwany łysym wariatem
– Dionizy Kiwajłło, morda taka, łysy łeb...
– Szyby całkiem powybijali, burdel, gnój!
Wdzięk, co nie?
Zaczynał od samochodów, potem awansował na włamy, a jak wyjdzie z kicia za dwa lata, to jeszcze mnie nauczy kroić portfele – to jedno z dzieciąt nieletnich dzieli się marzeniami. Nie ma to jak filmy dla młodzieży, rozwijające w targecie ambicję i miłość do wiedzy.

Ameryka, Ameryka!... Schody, pióra, iluminacje, limuzyny, lincolny, a tu? Rumunia, Rumunia, panowie...

A w charakterze deseru: piosenka „Zdobądź szpady, muszkieterze, i en garde”. Tak, dobrze słyszeliście/przeczytaliście: „zdobądź”.
Ale „en garde”! – docenił Głos Wewnętrzny.
Ale, kurwa, „zdobądź”? Edmund Niziurski się w grobie przewraca, bo u niego polszczyzna była „w swoim własnym domu”, dialog miał moc, fraza miała niepodrabialną melodię, a cytaty z – wieczne mają miejsce w pamięci pokoleń.

I tu druga strona, z której można oglądać ten film – jako ekranizację książki Edmunda Niziurskiego
Nie ekranizację – żachnęli się twórcy, wskazując napis „film inspirowany...” – Inspiracja to nie ekranizacja.
Dupalalahuzibobo i nie ze mną takie alibi, Brunner. Chcieliście się zaledwie „inspirować”, to trzeba było nazwać film „W pogoni za skarbem” albo „Z wujem przez góry, doliny i tajemnice”, zmienić imiona bohaterów itd. Twórcy tymczasem świadomie i z premedytacją posłużyli się tytułem, imionami i nazwiskami autora oraz głównych postaci, schematem intrygi itd. A potem wyrzucili z oryginału wszystko, co stanowiło istotę książki i co wyróżniało „Klub włóczykijów” spośród innych książek przygodowych. Stryja Dionizego przerobili na tępaka w krótkich spodenkach, dystyngowanego Bogumiła Kadrylla na łysiejącego Zenka w kapelutku, z Pirydiona Młodszego zrobili patologię, z Pirydiona Politechnicznego – gostka z nadciśnieniem hormonalnym, wdzięk książki utopili w beczce z kiszoną kapustą... och, przepraszam – nie było kiszonej kapusty, były ostrygi, bo kiszona kapusta nie konweniuje z nowoczesnością... oryginalną frazę Niziurskiego przerobili na niezrozumiały bełkot i nawet, kurde, śparogów nie dali!

Zamiast śparogów był aktor próbujący grać twarz końską, rzekłbym mulą”, niestety wyszła mu zaledwie kozia.

– Czy łatwo było Państwu znaleźć dystrybutora?
Z tym nie było wielkiego kłopotu, ponieważ Klub włóczykijów” jest lekturą szkolną.
Bingo! To jest trzecia strona, z której można oglądać film – ordynarny skok na kasę. Na Niziurskim wychowała się większość decydentów filmowo-finansowych, więc wizję ekranizacji „Klubu włóczykijów” można im było opchnąć się im gładko i przyjemnie, bez wchodzenia w szczegóły scenariusza. Ze zbytem nie będzie problemu, bo książka jest lekturą, więc „szkoły na to pójdą”, a zanim się zorientują w jakie gie wdepnęły oraz ile filmowa wersja ma wspólnego z książkową, kasa spłynie i zostanie podzielona między zainteresowane strony, a ekipa wyłączy telefony, wyciągnie się wygodnie na leżaczkach i sięgnie po drinki z parasolkami. 

Ale przecież jeśli nakręcisz zły film, to będzie się za tobą wlokło – rozłożył ręce Głos Wewnętrzny – Popsujesz sobie opinię, nie dostaniesz pieniędzy na...
Cztery lata temu Tomasz Szafrański nakręcił durne i nieudolne „Od pełni do pełni”, a jednak PISF, Narodowe Centrum Kultury i Śląski Fundusz Filmowy (że o Bytomiu i Gliwicach nie wspomnę), zamiast wyrzucić go za drzwi i obrzucić ogryzkami, przyjęły grzecznie, poprosiły siadać, kawę dały, może cukru, albo śmietanki, panie Tomaszu... a potem dofinansowały jego projekt. I to jedyne co twórcom filmu naprawdę wyszło: wyrwali kasę. Sądząc po tym, z kim i jak nakręcili film – tylko o to im chodziło.
Jeśli wasze dziecko przeczytało już „Klub włóczykijów” – nie warto zabierać go do kina. Jeśli jeszcze nie czytało, ale chcecie, aby kiedyś – nie warto tym bardziej.

Buty. Olej na tekturce. Polska wersja efektów specjalnych.


Varia
1. Film startował po dofinansowanie z PISF parę razy: początkowo odrzucono go na pierwszych etapach scenariusza. Dopłatę dostał dopiero w 2015 roku, a i to „z odwołania”. W uzasadnieniu komisja napisała: „Film dla młodzieżowej widowni będący adaptacją popularnej powieści Edmunda Niziurskiego (...) Projekt z potencjałem na sukces frekwencyjny; zapewniona dystrybucja kinowa”. Już się nie będę czepiał, że kiedy twórcy wyciągali rękę po kasę, to była „adaptacja”, a przed premierą nagle zarobiła się zaledwie „inspiracja”, zauważę jedynie potencjał frekwencyjny zakończył się wg strony PISF na 130 tysiącach widzów. Przy takiej „inspiracji” i pięciu latach pracy nad – słabiutko.
2. W pierwszej scenie twórcy użyli „krzyku Wilhelma”. Są albowiem wielce fęsi, a widownia poniżej dziesiątego roku życia, oczywiście, szarpie kody popkultury jak Reksio kość.
3. W zestawie dla naszych milusińskich otrzymaliśmy: dwukrotne pobicie funkcjonariusza policji, ze trzy kradzieże, faszerowanie prochami, przekupstwo, lufę przy skroni nieletniego, samochód na torach i nadjeżdżający pociąg, alkoholizm, włam, afirmację recydywy, zapalenie pęcherza... Może to nie „Milczenie owiec”, ale jak na film dla dzieci i młodzieży – chyba jednak ciut za dużo.
4. Akcję przeniesiono z Warszawy na Śląsk, bo twórcy wyczaili, że prowincja nieźle płaci za jej promowanie (w tym przypadku 297 tysięcy). W ramach dealu ze Śląskim Funduszem Filmowym twórcy użyli parę razy nazw „Gliwice” i „Katowice”, kazali muzealnemu strażnikowi mówić gwarą (no, gwarą... „szczylom”, „rynce”, „ino rychle!” to gwara?)
Jak śmiesz! Na liście płac wymieniono aż 24 osoby odpowiedzialne za gwary!
A właśnie – lista płac. Fascynująca lektura... 3 osoby dostały pieniądze za gwizdanie, pięciu zapłacono za efekty CGI, statystów wymieniono z nazwiska aż 424, a następną pozycją na liście było „i inni”. I tu nasuwa się pytanie: kim byli ci inni, skoro nawet na statystów się – nie załapali?
No, wiesz... Inni – z naciskiem powiedział Jack Sheppard.
I ilu tych innych było, skoro statystów było prawie pół tysiąca?
5. Do napisania muzyki wynajęto Freda Emore’ego Smitha. Ponieważ żaden ringabel mi nie zadzwonił, zerknąłem na imdb.com i na stronę kompozytora. Dalej mi nie dzwoni. Znaczy, jakiś tam dorobek gość ma, ale nie widziałem, nie słyszałem, a po przeczytaniu streszczeń – nadal nie zamierzam.
6. „Sentyment do książek Niziurskiego spowodował, że większość członków ekipy oraz aktorów pracowała za niewielkie honorarium” – powiedziała producentka. Aha, czyli nie tylko PISF i sponsorów wydojono „na sentyment”, ale i ekipę. Milusio.
7. Żeby jakoś pozytywnie zakończyć – były dwie dobre sceny: jedna skojarzyła mi się troszkę z "Blues Brothers", a drugiej już, niestety, nie pamiętam.

Filmowcy Wyklęci zatykają sztandar na gruzach Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni



============
Klub włóczykijów i tajemnica dziadka Hieronima
Premiera:
2015.09.18
Czas: 94 minuty
Reżyseria: Tomasz Szafrański
Scenariusz: Tomasz Szafrański
Obsada: Bogdan Kalus, Franciszek Dziduch, Jakub Wróblewski, Kamila Bujalska, Piotr Janusz, Tomasz Karolak, Wojciech Mecwaldowski, Karol Osentowski i inni, i 424 statystów, i jeszcze inni inni.
Dofinansowanie PISF: 400 000 zł plus 297 000 ze Śląskiego Funduszu Filmowego.

2016-07-03

Disco Polo [2015]

Miała matka syna, syna jedynego...

...i jako Matka Polka chciałam go, panie redaktorze, wychować na pana wielkiego.

Nie matka, a ojciec. Syn natomiast miał kolegę, z którym założył zespół discopolowy i zrobił wielką karierę, bo to się wszystkim Polakom podobało, a wszyscy Polacy to jedna rodzina. Co widzimy na przykładzie... Znaczy, nie – nie widzimy.
Yyy...

Zacznijmy od tego, że mnie podobało i to bardzo. Dzięki temu unikniemy niepotrzebnych dłużyzn i nieporozumień, a osoby, którym film się nie podobał, będą mogły wzruszyć ramionami i zakończyć lekturę. Albo przeciwnie – rozpocząć, ale wtedy już na własne ryzyko, bo uprzedzałem.

Czy warto kręcić film o disco polo? IMHO warto, bo zjawisko niby krótkie, ale jednak znaczące, a zresztą, co znaczy „krótkie”, skoro ostatnio „Ona tańczy dla mnie” weszło narodowi bez popitki, a dzięki Kamilowi Grosickiemu, pół Polski oszalało dla jej oczu zielonych? Zresztą filmy warto kręcić o wszystkim, bo nieważne o czym – ważne, jak.

Żyrafie się podobało, babcia się wzruszyła, a dziadek Miguel wspominał Pancho Villę

No to „jak”? Jak nakręcić taki film? Można się bawić w pokazywanie brudu, smrodu i przaśności, polecieć jakimś umcującym Smarzowskim, zaczynając Dziabasem jak trup bladym przy klawikordzie, a kończąc pijaną Kingą Preiss, śpiewającą „Jestem szalona” w aranżacji Mikołaja Trzaski. Można skręcić historię tego gatunku/biznesu Pasikowskim, skupiając się na mafiosach w ortalionowych dresach, trzypaskowej mafii, niechcemisięztobągadaizmie i małolatach oddających się w prowincjonalnych kiblach ex-milicjantom za kreskę lub pół Tyskiego. Można ewentualnie pójść śladami Roberta Glińskiego – nakręcić cokolwiek, jakkolwiek i nijako, a potem nawet nie pamiętać, że się nakręciło/obejrzało. Na upartego można by polecieć klasowo, wykorzystując mit biednego Janka Muzykanta, z którego klasa beneficjentów transformacji ustrojowej drze okrutnego łacha, kradnie mu szlagier i psuje organki, ciamkając pogardliwie ośmiorniczkami w sojowym latte. Tylko czy to by się dało oglądać? Zwłaszcza, gdy przecięty polski reżyser nie potrafi pokazać mieszkańców mamwdupiemałychmiasteczek bez korzystania niemal wyłącznie ze spranych klisz, niemodnych ciuchów, zaczesek, mazurzenia, obowiązkowego bełta na przystanku i poczucia nieuzasadnionej wyższości nad wykorzystywanym podmiotem. A i wielu nieprzeciętnych reżyserów ma ten problem także.

Bochniak i Kościukiewicz poszli w baśń. W kolorową, odrealnioną bajkę, pełną figur, cytatów i metafor. Nie Supraśl, tylko meksykańskie osiedle, nie Biała Podlaska, tylko landrynkowe Sin City, nie droga na Ostrołękę, tylko szeroki highway znikąd donikąd i zasuwająca po nim limuzyna marki Fiat 125p., ze sceny na scenę coraz dłuższa.

On a long and lonesome highway, east of Omaha...
Napisałbym, że kupiłem to od początku, ale to by była nieprawda – pierwsza scena jest rozciągnięta do granic wytrzymałości widza – znam parę osób, które nie wytrzymały i wyłączyły film, sam zresztą za pierwszym razem omal przy niej nie zasnąłem. Ale tylko „omal”. Powiedzmy więc, że kupiłem film od drugiej sceny, tej hotelowej. Kupiłem, albowiem cała opowieść została wzięta w cudzysłów konwencji, pozwalający na odejście od prostego: „tak było, tak nie było, a wujek Ziutek pamięta coś zupełnie innego”. Nie musiałem szukać nawiązań i odniesień do realiów, nie musiałem opędzać się od wspomnień, mogłem spokojnie oglądać "jakąś" historię, bez wpasowywania jej w historycznie realne ramy, bez odruchowego weryfikowania wszystkiego przez pryzmat własnej memorii i odnoszenia ekranowych wydarzeń do Cedyni, Grunwaldu meczu na Wembley i procesu proletaryatczyków. Opowieść w ramach, intryga w klamrach i kino bawiące samym sobą.
–  Się –  wtrącił Głos Wewnętrzny.
Się także. Co w światowym kinie obrabiane było tysioncpincet razy, ale u nas to wciąż nowość, zasługująca na uznanie i dodatkowy napiwek. Znaczy nowość, gdy dobrze zrobiona, bo prób pretensjonalnych, a wręcz gniotów, było multum.

Oglądałem z uśmiechem podobało mi się, chciałem więcej i mam spore pretensje do autorów, że zatrzymali się w pół drogi, niepotrzebnie dorealniając film krajową przaśnością – zaciągającym z wschodnia totumfackim, kaleczącym polszczyznę Murzynem, postkomunistycznym mafiozo. Nie można było pójść na całość i wkleić w film np Węgra (bez tłumaczenie, oczywiście), mafiozo z... hmm, jaki kraj najmniej się kojarzy z mafią?.. Finlandia?... No to mafiozo z Finlandii. Jak szaleć to szaleć, jak się bawić, to się bawić, a jeśli hasło filmu brzmi „Jeśli to się Polakowi podoba, to to się każdemu Polakowi spodoba”, to nie odwracajmy tego, kręcąc pod szeroką publisię, bo bezimienne masy zazwyczaj gust mają badziewny, a schlebianie im takimi ochłapkami za mocno kontrastuje z tym wszystkim, co wybija „Disco Polo” ponad przeciętność polskiej twórczości filmowej. Z drugiej strony wklejenie w film programu telewizyjnego z palemką i „dużo żelu, dużo żelu, Bożenko!”, czyli odwołanie do klasycznych produkcji polsatowskich, wypaliło pod sufit (brawka za dopracowanie jakości obrazu i światła w tym fragmencie), a Mariusz Drężek niby grał tu to samo, co zawsze często, ale tym razem zagrał znakomicie. A z trzeciej strony – scena z Jerzym Urbanem: pomysł nawet ewentualnie niezły, mimo osadzenia (hehehe, osadzenia, rozumiecie, call me „master of words”, hehehe) w krajowych realiach, a nawaliło wykonanie, bo nagle twórcy przestali ufać widzowi i nakręcili ją z wdziękiem Jacka Bromskiego za piecem.
Czyli, że co właściwie? – obruszyła się Opinia Publiczna – Bo tak się często przypieprzasz, a konkretów jakoś brak. O krytyce konstruktywnej słyszałeś?
Słyszałem, tylko mi za nią nie płacą. Ale OK, prosię uprzejme: scena byłaby w punkt, gdyby Jerzego Urbana pokazano dopiero na końcu, gdy wzruszony dziękuje Tomkowi za piosenkę. Bum, zdziwko, chichocik, oklaski. Pokazanie go wcześniej, a potem powtarzanie ujęć było niepotrzebnym przeciągnięciem dowcipu, obliczonym chyba na wyłudzenie od publisi dodatkowej porcji rechotu.

Jak widać na obrazku, rzeczywiście nie ma, nie ma wody na pustyni

Ale to drobiazgi. Tak czy siak, brawurową kolorowo-bajkową konwencję łyknąłem, doceniłem sprawność scenariusza, mniej czy bardziej dyskretne cytaty z klasyki pop-kultury przyjmowałem z coraz szerszym uśmiechem, przy cytacie z „Funny games” prawie zacząłem klaskać i, przepraszam bardzo, dlaczego dotąd nie widziałem w żadnym filmie tego blondynka i dlaczego będę tak długo czekał, żeby zobaczyć go jakiejś większej roli?
A skąd wiesz, że będziesz? – żachnął się Głos Wewnętrzny
Kamaan, to polskie kino przecież...

Co mi naprawdę przeszkadzało to filmowe bluzgi. Moja wieczna śpiewka – trzeba wiedzieć, kiedy bluzgać i jak, wtykanie słów „brukowanych” czy trzeba, czy nie trzeba, potrafi zepsuć nawet najlepszy film, a tu przecież mieliśmy do czynienia z baśnią o muzycznych Kopciuszkach, feerię gorących barw, krasnoludki, zielone liście palm, błękitne fale... Bluzgi były absolutnie niepotrzebne.
Przesadzasz – Głos Wewnętrzny przesunął, włączył i odtworzył dwa fragmenty.
Dobra, może trochę przesadzam. Ostatnia kwestia Janusza Chabiora i Tomasz Kot kończący zbędną wiązankę okrzykiem „Kurwa, szablę dawaaaać!” mogą zostać. Ewentualnie, bo spokojnie dałoby się te bluzgi zastąpić lub nawet całkiem wyeliminować.  Reszta bluzgów kategorycznie do wycięcia.

...i usłyszałem słowo, od którego uszy mi zwiędły, a koń siwy zarumienił się ze wstydu!

Pomysł na wykorzystanie oryginalnych przebojów discopolowych, zamiast pisania nowych utworów, przeznaczonych specjalnie do filmu okazał się strzałem w dychę. Po pierwsze ze względu na nasz narodowy mamonizm – lubimy, proszę pana, te piosenki, które znamy. Po drugie – bo napisanie naprawdę dobrych nowych piosenek specjalnie do „Disco Polo”, mogłoby się skończyć jak zwykle w polskim kinie: jedni autorzy poszliby w wyśmianie, drudzy poszliby w sztukę, jedni i drudzy poszliby za bardzo i całość byłaby sztuczna jak Małgorzata Rozenek, a po wyjściu z kina połowa widzów i tak nuciłaby „Bogurodzicę”  „Żółte kalendarze”  „Ja! Uwielbiam ją! Ona tu jest!”. Tu tymczasem dostaliśmy porcję gretejst hitów, muzyczka grała, serduszko pukało, do rytmu, nóżka chodziła i, kurczę, skąd my tak dobrze znamy słowa tych wszystkich piosenek, skoro nigdy, ale to przenigdy, od kołyski przecież tylko Pink Floyd i Arvo Pärt, słowo harcerza, disco polo nie słuchaliśmy?

Aktorsko – bardzo dobrze, bo mimo wszystko oszczędnie. Szarżowali tylko Tomasz Kot w roli discopolowego imperatora i Joanna Kulig w roli Gensoniny. Kot momentami przeszarżowywał (choć może to wina zbędnych bluzgów), ale potrafił też obłędnie zagrać detalem, a Joannę Kulig po raz pierwszy oglądałem z prawdziwą przyjemnością i (u)śmiechem na ustach – komedię czuła, konwencję poszczególnych scen łapała w lot i dobarwiała je odpowiednim „przegięciem”, wszystkie swoje wady przekuła w zalety, była odpowiednio kiczowata, a irytujący mnie zazwyczaj timbr jej głosu, tu „podkręcał” całość. Oczywiście, jakiś wpływ na jej rolę mogła mieć znajomość z twórcą filmu Maciejem Bochniakiem...
Bliska?
Nawet bardzo – są małżeństwem. Ale tym razem nie czepiam się, że ohohoho, panie dzieju, mąż to żonę nepotycznie obsadza, bo skoro rola wypaliła, to sprawy nie ma – ot, tylko zwracam uwagę, że obecność przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin pod film, mogła pomóc aktorce w budowie roli. Która była naprawdę dobra. Rola, znaczy. I aktorka w roli.

O, świynty syntezatorze ze słotą końcówką, chwalą nas na Poliszmuwi!

Piotr Głowacki nie zszedł poniżej swojego poziomu i bawił niuansami, Iwony Bielskiej było za mało, Aleksandra Hamkało zagrała poprawnie i złego słowa nie powiem (choć dobrych też nie za wiele), na duży plus wypadł Juliusz Chrząstowski w roli ojca kolejarza, Mariusza Drężka już wspominałem, Bartosza Bielenię (to ten blondynek, jakby wycięty z filmów Viscontiego) też, zabawnych epizodów wymieniać nie będę, bo czasu mało, a tekst i tak jest długi. Rozczarował Rafał Maćkowiak, który momentami zaledwie się wygłupiał, ale ponieważ momentów na ekranie miał mało, można uznać, że filmu mu do życiorysu nie zaliczymy i już. Jacek Koman był na ekranie częściej i niestety, znowu zagrał przeciętnie.
I wreszcie Dawid Ogrodnik w roli Tomka... No, nie porwał mnie – nie wyszedł poza poprawność, był ładny, opanował trzy ruchy przy mikrofonie i chyba nawet jeden obrót, ale brakowało mu jakiejś dozy szaleństwa. Sprawiał wrażenie, jakby przyszedł z innej bajki i może zaledwie w dwóch scenach podłączył się do filmowego odlotu. Nie, w niczym filmu ani roli nie zepsuł – na to jest za dobry, ale z Piotrem Głowackim przegrywał w większości scen, a momentami nie nadążał nawet za Joanną Kulig.

Syn z kompleksami wobec ojca z wajchą czyli element egzystencjalnego mroku

Zdjęcia Tomasza Naumiuka świetne, światło, że tylko buzi dać, scenografia Stanisław Tyczyńskiego (tak, tego Stanisława Tyczyńskiego – w filmie też się pojawia, jeżeli mnie wzrok nie myli) – miód i malina. W scenie finałowej twórcy filmu wykorzystali scenografię „Halki”, wystawianej w operze bydgoskiej (reżyserowała Natalia Babińska, a złotą scenografię zaprojektowały Diana Marszałek i Julia Skrzynecka). Montaż Jarosława Barzana – znakomity, efekty specjalne bardzo do przodu (wiadomo, skoro Stanisław Tyczyński, to i Alvernia Studios). A poza tym brawurowa zabawa przez cały film i szalony finał, w którym – jak to w bajce – wszyscy żyli długo i szczęśliwie, tryskali radością, wzruszeniem, martwi okazywali się tylko draśnięci, chromi tańczyli, głusi słyszeli, krzyż, flaga, cekiny, brokaty, entuzjazm, Polska mistrzem Polski i hej, hej, bawmy się!

Zabawna popkulturowa układanka, czysta, żywa zabawa, bez zadęcia i z ręką na pulsie formalnym. Jeśli kicz, to przemyślany i kontrolowany. A że nie opowiada „bolesnej prawdy o Polsce, okresu transformacji”, nie przejdzie do historii kina polskiego, za pięć lat nikt o filmie nie będzie pamiętał (moim zdaniem będzie pamiętać sporo osób), itede? So what? Rozrywka. Tu i teraz. Dla mnie wystarczy. I jeśli nasze kino rozrywkowe ma iść w którąś stronę, to wolę, żeby szło w stronę „Disco Polo”, niż w stronę „Zakochanych”, „Wkręconych”, „Dzień dobry, kocham cię” czy innych „Dżej Dżejów”.

Warto. Naprawdę.
Czytał Tomasz Knapik.

Tyrion Lannister przechodził przypadkiem. Z tragarzami. Których nie widać, bo już przeszli.


Varia
1. W tle przewija się parę znanych ze sceny discopolowej twarzy: Radosław Liszewski z Weekendu, Robert Klatt z Classica, Tomasz Niecik... Przekonany byłem, że mignął mi także lider zespołu Bayer Full, ale potem nie mogłem sobie przypomnieć, która to była scena, więc może mi się zdawało.
2. Pop-kulturowych cytatów jest w „Disco Polo” mnóstwo, ale chyba za mało czasu minęło od premiery, ktoś może nie widział jeszcze – nie będę Wam odbierał radochy z rozczytywania nawiązań.
3.  W gabinecie Polaka wisi portret gospodarza na stadionie, w dresie, z piłką pod pachą – to dyskretna (jak na polskie, kino nawet bardzo dyskretna) aluzja do dwóch ważnych postaci sceny rynku discopolowego – Sławomira Skręty i obecnego prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy. Obaj panowie mają za sobą przeszłość piłkarską, obaj kierowali wytwórniami płytowymi, promującymi disco polo (Skręta był twórcą Blue Star, Kulesza – Green Star).
4.  Dyskretne aluzje pojawiają się także w tle fabularnym: na przykład wymiana Tomka i Rudego na dwóch nowych muzyków w końcówce filmu może być odczytana, jako odwołanie do reaktywacji zespołu Milano nie przez członków zespołu, ale przez posiadającą prawa do nazwy wytwórnię. Podobnie rzecz miała się z grupą Toples – kiedy muzycy odeszli z Green Star, wytwórnia zabroniła im używania dotychczasowej nazwy, oddając ją wybranym przez siebie „podmiotom wykonawczym”. Podbieranie sobie tekstów czy melodii, „ręczne” kreowanie i wygaszanie gwiazdek, piosenki dla kandydatów na prezydenta, you name it – wszystko to zdarzyło naprawdę.
5. W filmie pojawia się także jego współscenarzysta Mateusz Kościukiewicz. Dyskretnie, krótko, jako taka mała klamerka. Plus za scenariusz, plus za samoograniczenie się, bo przecież mógł się obsadzić w roli Tomka, minus za odrobinę „przeciągnięte” sceny. Sekunda-dwie krócej i byłoby znakomicie. 
6. Reżyser filmu Maciej Bochniak miał już kontakt z disco-polo. Parę lat temu nakręcił dokument „Miliard szczęśliwych ludzi” o próbie wyeksportowania zespołu Bayer Full na rynek chiński.

A jeśli loczki już tak zostaną? Jak ja wtedy Hamleta zagram?

============
Disco Polo

Premiera: 2015.02.27
Czas: 103 minuty
Reżyseria: Maciej Bochniak
Scenariusz: Maciej Bochniak, Mateusz Kościukiewicz
Obsada: Dawid Ogrodnik, Piotr Głowacki, Joanna Kulig, Tomasz Kot, Aleksandra Hamkało, Mariusz Drężek, Rafał Maćkowiak, Juliusz Chrząstowski, Iwona Bielska, Jacek Koman, Janusz Chabior, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: Nie było. Pierwsza wersja scenariusza została przez PISF skopana, więc producenci się wkurzyli i zrobili film bez pomocy PISF. Za co oklaski.