2013-12-30

Dziewczyna z szafy [2013]

"Śniła mi się szafa - po prostu, dla hecy..."

W szafie siedziała dziewczyna. Dziewczyna była najarana depresją, trawą, gazem ziemnym i teoriami o drzewach, które się rozgałęziają równolegle i w nieskończoność, przy czym nie bardzo wiadomo, czy bardziej w nieskończoność, czy może jednak bardziej równolegle. Według zeznań dziewczyny, na drzewach mieli siedzieć policjanci i oni też mieli się rozgałęziać, ale to chyba jakaś pomyłka, bo jedyny policjant, jaki pojawił się w filmie nie rozgałęział się, tylko przebierał za Brunnera i Brynnera.

Metafora, udręka, ekstaza, oniryczność i trampek

W mieszkaniu obok mieszkała pani Kwiatkowska, która była niedobra, bluzgliwa i papieżna bardzo, a naprzeciwko mieszkało dwóch braci. Jeden robił strony internetowe, a drugi robił wrażenie, jakby wylazł ze straszno-mieszczańskiego snu o autystykach: kiwał się, wybałuszał oczy, robił miny i oczywiście, był genialny, bo wiadomo, że jak ktoś cierpi na autyzm, to musi być genialny.
- Mnożył?
Tak myślała dziewczyna z szafy, ale okazało się, że scenarzysta ma odrobinę wstydu i choć leci betonową sztampą, to nie kalkuje aż tak prymitywnie. Tomek rysował. A czasem też grał na fortepianie. Ale głównie kiwał się, wybałuszał oczy i robił miny zgodnie z filmowym kanonem postrzegania osób doświadczonych chorobowo. Jego brat też nie był do końca po kolei - po pierwsze robił strony internetowe, po drugie robił je na Maku z użyciem low-techowej myszki z dwoma klawiszami i bez dotykania klawiatury, po trzecie specjalizował się w opowiadaniu nieśmiesznych dowcipów, których puenta zawsze była taka sama i brzmiała: "Żart", po czwarte miał brzuszek, po piąte nie miał dykcji, po szóste leciał na każdą laskę, jaka pojawiała się w zasięgu wzroku, po siódme bardzo kochał swojego brata i opiekował się nim przeciągle.

Wszystkie pary tańczą płaczą

Dziewczyna w szafie jarała zioło i oglądała slajdy, webmaster robił stronki i podrywał, Tomek się kiwał, a pani Kwiatkowska kasowała 40 złotych za opiekę nad kiwającym się Tomkiem. Pewnego dnia jednak wolała sama pokiwać się nad panem Andrzejem (lat 45, brzuszek, zaczeska, skłonności do nadużywania), więc Tomkiem musiała zając się Magda. Brat webmaster widział rybki za szybą samochodu, Tomek widział dżunglę w szafie i sterowce za oknem, Magda widziała zwierzęce pyski w sklepie spożywczym, a scenarzysta udowadniał, że faceci naprawdę nie powinni pisać scen i kwestii kobiecych, bo pokażcie mi niewiastę, która idąc do sklepu prosi o "chleb, mleko, masło, 30 deko żółtego sera i 2 piwa okocimskie lub wareckie". Jaki chleb, jakie mleko, jaki ser - nieważne, ale jakie piwo, to wie doskonale. Kobieta. 

Siedzi człowiek, ogląda i się zastanawia, o czym tak właściwie jest ten film
- O miłości - powiedział jeden aktor.
- O alienacji - powiedział reżyser, który wie, że reżyser powinien używać mądrych słów.
- O samotności - powiedział drugi aktor.
- O umieraniu - powiedział trzeci aktor.
- Nie wiem - powiedział czwarty aktor, bo cztery najoczywistsze odpowiedzi zostały wykorzystane.
- O niczym - zgrzytnął zębami Głos Wewnętrzny, który w minionych latach naoglądał się czeskich produkcji i od 15. minuty nudził się bardzo, albowiem sub sole nie pojawiło się nic nowego, a sztampy uwierały  strasznie.
- Och, ty nieczuły uobziedliwy człowieku! - jęknął reżyser i dołożył białego królika.
Nie pomogło.
Reżyser dołożył uczucie.
Nie pomogło.
Reżyser dołożył webmasterskiego fiutka pod prysznicem.
Nie pomogło.
Reżyser dołożył guza mózgu.
Nie pomogło, a Głos Wewnętrzny zaczął zgrzytać zębami.
Reżyser dołożył sceny nowotworowego cierpienia i prezentował je długo.
Głos Wewnętrzny uznał, że granica dobrego smaku została przekroczona i pokazał reżyserowi "wała".
Reżyser dołożył podwójne samobójstwo z pośmiertnym happy endem.
Głos Wewnętrzny wyzywał reżysera głośno i wymyślnie... 

Pani Jadzia też wyzywała i się jej porobiło

Od wielu lat stosuję zasadę omijania szerokim łukiem książek młodych polskich twórców, w recenzjach z których znajduję określenie "oniryczna proza" i odniesienia do realizmu magicznego. Niestety, czasem zapominam zastosować ją do filmów młodych polskich twórców - dostałem nauczkę i obiecuję poprawę. "Dziewczyna z szafy" to oba te feralne zwroty, zwinięte ciasno w gruby warkocz i spięte zgranymi kliszami, to jechanie widzowi po emocjach z siłą wodospadu i wdziękiem spychacza, to przewidywalność i - pardon my Klingon - taniocha. Już nawet zakończenie wszystkiego ozdrowieńczym cudem i ogólnym "kochajmy się" byłoby mniej kiczowate, tym bardziej, że lepiej pasowałoby do konwencji. Kupiłbym je bez mrugnięcia okiem i nawet bym nie westchnął nad naiwnością, ale wersja "OCZYWIŚCIE wszystko kończy się źle" jest tak żałosna, że wywołuje tylko bezsilny jęk. 

Scenariusz Bartosz Koszała, zwany (także przez USC) Bodo Koksem przez "x", pisał sześć lat, sześć lat próbował zrobić ten film, czasu miał od groma, wobec czego nie przyjmuję żadnych tłumaczeń, żadnych wyjaśnień, że terminy, że producenci, że to czy tamto. Warunki reżyser miał tak komfortowe, że połowa polskich twórców oddałaby lewą nerkę, by móc w takowych pracować: dwie duże bańki z PISF plus pieniądze od WFDiF i Canal+, producent, który ani razu nie przeszkadzał na planie, ekipa filmowa, że daj Boże zdrowie (autor zdjęć - Arkadiusz Tomiak czyli "Obława", "Sęp", "Daas", scenografia - Andrzej Haliński czyli praca z W.J. Hasem, a potem "Królowa Bona", "Ogniem i mieczem", montaż - Milena Fiedler czyli też niezły dorobek), nieźli aktorzy... I co? I łzawa historyjka o stadzie freaków, miotających się od jednej sztampy ("warszawka" na wernisażu - naprawdę żenująca scena, która o groteskę nawet się nie otarła, za to zakompleksioną kichą waliła na kilometr) do drugiej (pani Kwiatkowska i zwidujący się jej papież), od trzeciej (wspomniany już geniusz każdego autystyka i obowiązkowy brat, bo przecież każdy chory na autyzm obowiązkowo musi mieć brata) do czwartej (och, jakże śmiesznie będzie, gdy wykorzystamy Krystynę Czubównę i zoologiczne teksty, by opisać kondycję rodzaju ludzkiego, najlepiej sześć razy, bo gdyby ktoś wyszedł do kuchni zrobić herbatę, to żeby mógł się załapać choćby na końcówkę) do piątej (nakładanie postaciom zwierzęcych masek... Really? Znowu?), od szóstej (biały królik) do siedemnastej... Wszystko rozpisane na sceny, sceny rozpisane na ujęcia, ujęcia oświetlone klimatycznie i sfilmowane sprawnie, niestety, nie chwytające ani za serce, ani za duszę, ani za gardło.

Glurp?

"Dziewczyna z szafy" to film zrobiony plastycznie bez zarzutu, świetne zdjęcia, zadbana scenografia, "zjadliwa" muzyka, całkiem ciekawe pomysły scenariuszowe... a jednak ani przez chwilę nie potrafił potarmosić mnie emocjonalnie, a jeśli już coś zaczynało mną trzepać, była to raczej ciężka cholera, że po raz kolejny oglądam te same chwyty, te same grepsy, te same rozwiązania i jeśli jeszcze któraś postać zacznie mówić po czesku czy norwesku, to nie ręczę za siebie.

Aktorzy... Krytyka klęczy przed Wojciechem Mecwaldowskim, zachwyca się kreacją, jęczy z rozkoszy na wieść, że na miesiąc przeprowadził się do hotelu, chudł i nie mówił, żeby wczuć się w postać. A ja od pierwszych scen widziałem aktora, który próbuje nadać swojej postaci głębię przy pomocy zagrywek z aktorskiej szkoły mocno średniej, a czasem wychodziły jeszcze z ekranu numery rodem z polsatowsko-tefałenowskich seriali (niedopasowana kurteczka, udebilniająca czapeczka i to wieczne przyciąganie brody do szyi, powodujące, że Tomek nie tyle wyglądał jak człowiek zapadnięty w autystyczne przestrzenie duszy, ale bardziej jak ogłupiały kurczak, który właśnie zorientował się, iż połknął żabę. Naprawdę mocny jest Mecwaldowski w scenach poważnych, ale tam z kolei przegrywa z tendencją reżysera, do taniego podkręcania dramatyczności. Że to jedna z lepszych ról aktora? No, nie da się ukryć. Co sporo mówi o jego poprzednich rolach. Oraz o krytykach, którym wystarczy, że aktor gra smutną, nie w pełni sprawną postać, a oni mogą uronić nad nią łezkę.

"A ja zazdroszczę żyrafie - ja nie potrafię"

Mecwaldowskiemu partneruje Piotr Głowacki - żadna rewelacja, ale też żadna tragedia, rola w sumie na lekki plus, choć wdzięczny byłbym za choć odrobinę dykcji, bo Głowacki z filmu na film ma jej coraz mniej. I nie chodzi mi tu o "słynne gładkie Ł", tylko o świadomość, że w polskim filmie aktor mierzy się nie tylko z postacią - jego głównym przeciwnikiem jest dźwiękowiec i tu dykcja naprawdę się przydaje. Debiutująca w pełnym metrażu Magdalena Różańska nie zapadła mi w pamięć w ogóle - jej postać jest nudna, nie budzi żadnych emocji, kwestie cedzi przez zaciśnięte usta, trochę w manierze Romy Gąsiorowskiej i chyba tylko raz wyszła poza irytującą nijakość. Gdyby jeszcze był to jej absolutny debiut... ale nie był - przez kamerą pojawia się od 10 lat, więc żadnej taryfy ulgowej. Dała się zapamiętać Teresa Sawicka w roli Pani Kwiatkowskiej, ale i ją Bartosz Bodo Kox Koszała skrzywdził sztampą, z czasem psując postać, a Eryk Lubos po raz kolejny musiał zagrać porządnego faceta z wąsami... przepraszam: z kościami... znaczy, z wąsami też... i na głowie stawał, żeby ze swojego dzielnicowego zrobić coś ponad przeciętność. Fakt, że mu się nie udało, świadczy o filmie nienajlepiej - przecież mięsiste postaci dał radę ulepić nawet w "Misji Afganistan" i "Oficerze".

Film więcej niż poprawny warsztatowo (choć chyba bardziej była to zasługa profesjonalnej ekipy, a nie samego reżysera), ale nadęty emocjonalnie i zbyt często sięgający po środki z półki "młody licealista piszący powieść swojego życia" (sam byłem piszącym powieść swojego życia licealistą, więc wiem, jak to jest lecieć kiczem). Wyjście Bodo Koxa z offowej szafy można odnotować i odfajkować, jakoś szczególnie wstydzić się go nie trzeba (a jeśli, to raczej wstydzić się powinni zawodowi reżyserzy, kręcący o wiele gorsze/droższe filmy), ale do historii chyba nie przejdzie. Na długo za to zapamiętam tekst jednego z recenzentów, który nazwał "Dziewczynę..." "komedią romantyczną".

To nie szafa, to winda. Ale co w windzie robią tik-taki?

Waham się między "można", a "nie warto". Osobiście uważam, że szkoda czasu, ale ja jestem stary cynik, a na sali są przecież osoby wrażliwe, lubiące się wzruszać, pasjami wtedy, gdy główny bohater jest chory, a potem jest mu jeszcze gorzej.



Varia
1. Zdjęcia kręcono na osiedlu Marymont-Ruda, ale samą klatkę schodową i trzy mieszkania głównych bohaterów zbudowano w studio
2. Reżyser wykorzystał fragment "Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego, komentarz Dariusza Szpakowskiego do meczu Francja-Włochy (w ramach "oniryczności i realizmu magicznego" mecz leci w pubie, ale żaden z pijących nie patrzy na ekran). Co do wywiadu z Wajdą, lecącego w tle w czasie ucieczki Tomka ze szpitala... moim zdaniem to imitatorska podróba, ale mogę się mylić.
3. O offowej przeszłości Bodo Koxa pisali wszyscy, więc czuję się zwolniony z obowiązku powtarzania. Dodam tylko, że gdyby Kox był absolutnym debiutantem - nie umiałbym się go wystarczająco nachwalić, ponieważ jednak debiutantem nie jest, film kręci od hohoho... to ograniczę się do informacji, że postać bucowatego reżysera na wernisażu, proponującego Edycie Olszówce, żeby zrobiła mu loda, nosi nazwisko Oskar Boszko, a Oskar Boszko to pseudonim którym Bartosz Kox Koszała Bodo podpisuje te swoje dzieła, których trochę się wstydzi, beacuse of komercja.
4. Spore pole interpretacyjne pojawiło się po scenie seksu Jacka z Weroniką. Część osób twierdzi, że Weronika była erotycznie zawiedziona/zrozpaczona, część - że przecież ostatecznie mruczała postorgazmicznie, a niżej podpisany jest zdania, że skoro Piotr Głowacki pokazał obie strony medalu, to dla równowagi można chyba było także pokazać jakieś cycki, no bo co w końcu, kurczę blade?
5. "Chcesz zobaczyć moje jajka... niespodzianki?" - pyta brat-webmaster, zbierający figurki z jajek-niespodzianek, bo to szalenie ważne, żeby mieć jakąś oryginalną pasję.
- Na przykład pisanie bloga o polskim filmie?
Na przykład.
6. Cud nad Wisłą - debiutant pełnometrażowy wycenia swój film na 3 bańki i PISF wypłaca mu 1/3 potrzebnej kwoty. Po roku debiutant dochodzi do wniosku, że film będzie droższy o 0,5 miliona, a PISF zamiast pogonić go i sądem straszyć, jak to niedawno z jednym filmem było... wypłaca mu kolejną bańkę, podnosząc poziom finansowania do 59%.
7. W filmie wystąpiły komputerowe sterowce, żywy królik, żywe fikusy i rower. Rower pojawiał się na ekranie co 5 minut (czyli częściej niż Eryk Lubos) i nie wystrzelił w trzecim akcie.

Dwóje ludzi w szafie (wersja z filodendronem)


============
Dziewczyna z szafy
2013
Czas:
88 minut
Reżyseria: Bodo Kox
Scenariusz: Bodo Kox
Obsada: Magdalena Różańska, Wojciech Mecwaldowski, Piotr Głowacki, Eryk Lubos, Teresa Sawicka, Magdalena Popławska, Marcela Stańko, Olga Bołądź, Edyta Olszówka
Dofinansowanie PISF: 1 000 000 (produkcja) + 1 000 000 (produkcja), 17 000 (promocja za granicą)

2013-12-22

Plan [2009]

Marian wpadł w depresję. Marian się powiesił.

W Nowej Hucie było ciemno, zimno, kino "Świt" przerobiono na jakiś oblechowaty lamus, emerytury były niskie jak ciśnienie, a smog leżał na bruku, zionąc bełkotliwie, że mu tu dobrze i nie wstanie. Beznadzieja i deprecha panowały w dzielnicy i nawet jubileusz Szkoły Podstawowej nr 3 nie rozjaśnił mroków emeryckiego żywota. Zresztą Mariana na nim nie było, bo Marian wpadł w depresję. 

Przyszłość w naszych rękach, a mównica z dyrektorem w rękach pionu technicznego

Gerard jakoś sobie radził - miał emeryturę oraz żonę, która też miała emeryturę. Roman dorabiał noszeniem wielkiego tekturowego pingwina (reklama mrożonek) i rozdawaniem ulotek, Jurek i Bogdan postanowili wziąć sprawy we własne ręce i zająć się włamywactwem... włamywaczowstwem... włamymawywa... No, że się włamywać chcieli... ale nie szło im za bardzo. A Marian? Marian, jak powiedzieliśmy, wpadł w depresję i się powiesił. Na szczęście nieskutecznie.

Zaniepokojeni koledzy postanowili Marianowi pomóc...
- W wieszaniu???
W wyjściu z depresji. Postanowili wysłać Mariana na Jamajkę.
- Dlaczego na Jamajkę?
"Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca
Nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy"
Doświetlanie koniko-żółwikiem nie pomagało...

Słońce. Na Jamajce jest dużo słońca, a słońce pomaga na depresję. A kiedy słońce podawane jest z dodatkiem rumu, owoców i dziewcząt w spódniczkach z trzciny cukrowej, na leżaczku tuż przy brzegu cieplutkiego morza ... O, proszę, 75% czytających ma teraz na twarzy rozmarzony uśmiech, przymyka oczy, śnić zaczyna sen szczęśliwy...
A my wracamy do zimowej Nowej Huty.
ZONK!
Oj, przepraszam, ale wiecie... ja tu jednak o filmie pisuję. Psychoterapia - dwa blogi w lewo, dalej prosto i za Kominkiem trzeci blog po prawej.

Co jest potrzebne, żeby wysłać Mariana na Jamajkę? Żeby wysłać Mariana na Jamajkę potrzebne są pieniądze. Duże. Gerard wpada na znakomity pomysł.
Po pierwsze - od tej chwili żadnych imion, nazwisk. Gerard jest "Pierwszy", Romek, ty jesteś "Drugi", Boguś - "Trzeci", Jerzy - "Czwarty" i Maniuś - "Piąty". "Drugi" kombinuje materiały, "Piąty" był kiedyś krawcem, więc szyje kostiumy, "Pierwszy" organizuje samochód, "Czwarty" - giwery, a "Trzeci" ma nie pić.
- Giwery? Emeryci z Nowej Huty?
Ba! i to jakie. Nie jakieś tam Glocki z przedłużonym magazynkiem - nowohucki emeryt to nie byle gangsta spod Wołomina. Izraelskie Uzi z tłumikiem, sztuk pięć i niech pan doda reklamówkę, żeby było w co zapakować.

Ołszyns Dwajiścia

I pewnego zimowego wieczoru pięciu zdesperowanych emerytów wkracza do centrum handlowego "Plaza" na Dąbiu...

Panie, panowie i ty, księże proboszczu - macie wolną godzinkę? To wyjmijcie z lodówki butelkę piwa albo nalejcie sobie kieliszek wina, wypijcie, usiądźcie wygodnie i włączcie film.
- A nie można popijać w czasie seansu?
Niby można, ale odradzam. "Plan" jest zaskakująco zabawny, a w paru momentach wywołał u mnie szczere i solidne parsknięcia. Jak się kończy parsknięcie z pełnymi ustami, nie trzeba chyba tłumaczyć? 

To produkcja niezależna - reżyser ledwo co skończył szkołę (Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego) i "Plan" był jego debiutem (część źródeł twierdzi, że "Cisza", ale "Plan" chyba był wcześniejszy), pomagała mu gromada znajomych, którzy już zasmakowali profesjonalnego kina, ale raczej w trzecim szeregu, jako obsadę wykorzystano miejscowych naturszczyków, część scen kręcono w prywatnych mieszkaniach, a ponieważ czas gonił, pieniądze się rozchodziły i na duble nie wystarczało - trudno, w paru scenach słychać zza ściany sąsiada, który "z wiertarą morderczo skrada się". Tu bi presajsli - słychać głównie wiertarę. 

Skradały się także tekturowe pingwiny

I wiecie co? Zadziałało. Nie wiem, jak Sławomir Pstrong to zrobił, czy to jego talent, czy nowohucki genius loci, ale "Plan" jest kawałkiem niezłego filmu, który naprawdę dobrze się ogląda. W ciągu 45 minut dostaliśmy i zawiązanie akcji, i szybką, nienachalną charakterystykę postaci, i tło społeczne, i odrobinę lokalnego patriotyzmu, i plan Wielkiego Skoku i sam Wielki Skok - z suspensem, dramatycznym zawieszeniem i puentą, parę scen do chichotu (polecam scenę zakupu broni, przy czym niekoniecznie o sam zakup chodzi) i przede wszystkim - ciepłą, kameralną opowieść o przyjaźni. Klasyka gatunku w sumie, tyle że w o wiele mniejszej skali produkcyjnej. Niewiele "waty", żadnych (roz)dętych tekstów, deklamowanych przez zblazowane gwiazdy, a słyszanych z profesjonalnych ekranów już sześćset razy i wywołujących tylko wysypkę. Jeśli klisza to celowa i wpasowana w konwencję, a i to przefiltrowana przez poczucie humoru twórców i odtwórców. Jeśli żart, to nie wygłoszony z wysokości postumentu w teatralnej pozie i ze znaczącą miną sugerującą, że jeśli kinowy plebs nie zrozumiał, to gwiazda chętnie powtórzy (i w 50% przypadków - powtarza), tylko rzucony gdzieś półgębkiem, mimochodem, dyskretnie naturalnie i prawdziwie. I tak dalej, i tak dalej...

Jasne, daleko "Planowi" do technicznego poziomu profesjonalnych produkcji - kamera średniej jakości, mikrofony też raczej z demobilu, czasem i montaż czasem się obsunie, aktorstwo się potknie - dziwnym nie jest, prawda? - ale mimo tego "Plan" spokojnie daje się oglądać bez powtarzania sobie co 5 minut "Pamiętaj, że to pół-amatorskie, pamiętaj, że to nie profi z CV jak stąd do Rzeszowa" ("pół-amatorskie", bo choć aktorzy to czysta, żywa natura, ekipy kręcącej "Plan" już do amatorów zaliczyć nie możemy, nawet jeśli ich dorobek ogranicza się głównie do etiud szkolnych). Odświeżające po dziesiątkach produkcji, których oglądać się nie da, a jedyne co się powtarza w czasie seansu, to "Kuźwa, nie wierzę... Ten badziew naprawdę robili zawodowcy z doświadczeniem, dorobkiem itede?" Autorem zdjęć jest Paweł Dyllus  - naprawdę ciekawie pokazał Nową Hutę, skręcił parę malowniczych ujęć, nie dał się listopadowemu miejskiemu światłu (nie mylić z oświetleniem)... Aż zerknąłem do internetu, kto zacz i okazało się, że parę lat temu dostał Złotą Kijankę na festiwalu Camerimage.

Wszystko wam wisi, nawet kolega...

Dużo wnoszą do filmu aktorzy. Roman Michniewicz do roli Mariana był idealny - budził współczucie, ale też sympatię, a kiedy w finale jego wielka broda rozjechala się w ciepłym uśmiechu, a okulary błysnęły wzruszeniem... Ech, panowie zawodowcy za ileś-tysięcy-dziennie, żebyście wy potrafili zagrać tak naturalnie... Świetny był także Waldemar Kaczorowski w roli Romana, a Paweł Bigaj i Adam Gładyszek w roli pechowych włamywaczy i Edward Czaja jako Gerard "zdanżali" (w tej kolejności). Byli naturalni, nie starali się "odgrywać postaci", dialogi podawali swobodnie, własnym językiem - dawno nie widziałem tak "naturalnych  naturszczyków". Oczywiście, to także zasługa reżysera, który nie gasił entuzjazmu aktorów, nie wymuszał czegoś, co do nich nie pasowało, pozwalał im grać/być i zrobił z ich naturalności główny atut filmu. Wyróżnienie za rolę drugoplanową dostaje pani Maria Kaczor, grająca "panią okienkową" na poczcie, dzięki której wróciły wspomnienia godzin spędzonych w kolejkach przy ulicy Zdrowej i bojów z tamtejszymi paniami okienkowymi (poczta z "Misia" to mały pikuś przy Urzędzie Pocztowym Kraków 17).

Warto. Żeby się przekonać, iż polskie kino to nie tylko zblazowani nieudacznicy, kasujący mucho dinero za produkty drugiej świeżości ("drugiej"... chyba dwudziestej drugiej), ale także pomysł i bezpretensjonalność. Prostota, a nie prostactwo.

Miłego oglądania życzy Marian


Varia
1. Bohaterowie spotykają się na jubileuszu szkoły podstawowej nr 3. Ten numer nosi podstawówka przy ul. Topolowej, zdecydowanie starsza i w żaden sposób nie dająca się przykleić do "Nowej Huty". Była (jest?) za to w Nowej Hucie społeczna szkoła podstawowa nr 3, bodaj na os. Dywizjonu 303 ale czy aula  widoczna na ekranie należy do tej szkoły, czy zdjęcia kręcono gdzie indziej - nie jestem w stanie powiedzieć. Sądząc po detalach archicośtam - przypuszczam, że wątpię. Może jest na sali jakiś krakowsko-nowohucki absolwent, który rozpoznał? I może ktoś rozpoznał filmową galerię z chmurkami, bo ja - wstyd się przyznać - nie bardzo.
2. Plenery miłe sercu - niemal rodzinne strony: Centrum A, Centrum B, Aleja Róż, os. Teatralne (widać tabliczkę zboru adwentystów. Mimo wszystko nowohuckość w "Planie" także jest nienachalna, reżyser dawkuje ją dyskretnie - Bogdan raz wspomina dawne kino "Świt", a Roman raz oświadcza, że się z Nowej Huty nie wyprowadzi, ale rzuca to lekko, wychodząc z planu. Kiedy sobie przypomnę patriotyczne uniesienia w profesjonalnych filmach o innych miastach czy dzielnicach...
3. Sklep z wszelakim szpejstwem w dawnym kinie "Świt" już nie istnieje - teraz jest tam Tesco. Wciąż jednak istnieje niedaleka restauracja "Jubilatka" - prawdziwy po-PRLowski zabytek. Znaczy, jeszcze rok temu istniała.
4. "Plan" dostał sporo nagród, na różnych dziwnych festiwalach. O wrocławskim "KAN-ie" słyszałem, o Nowohuckim Festiwalu Filmowym też, o Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu słyszał każdy, ale Mexico International Film Festival w Woodland Hills? Jest coś takiego? Alaska International Film Awards? Cie choroba...
5. "Ciszę" Pstronga też widziałem. O ile pamiętam, nie odrzuciła od ekranu, robiła wrażenie solidnego filmu telewizyjnego z niewielkim budżetem, ale z pomysłem. Żadne wielkie dzieło, ale naprawdę dawała radę, a temat przecież był świeży i ciężki. I co? I nic, cisza - od 2010 roku Pstrong nie nakręcił żadnego filmu fabularnego, ograniczając się do robienia TVN-owskich seriali ("Julia"? Wazizdas?) Przepraszam, nie wierzę, że tego właśnie chciał i o tym marzył, bardziej podejrzewam, że to właśnie musi robić, bo coś robić trzeba. I trzymam kciuki, żeby się nie rozmienił... nie, wróć - żeby się nie dał rozmienić na drobne.
6. Polonistów o słabych nerwach proszę o zamknięcie oczu... Już?...  Sławomir Pstrong urodził się w Skórczu.

Pani magister nie wytrzymała. Panią magister trzeba było związać

============
Plan
2009
Czas:
45 minut
Reżyseria: Sławomir Pstrong
Scenariusz: Sławomir Pstrong
Obsada: Paweł Bigaj, Edward Czaja, Adam Gładyszek, Waldemar Kaczorowski, Roman Michniewicz, Maria Kaczor i inni.

2013-12-18

Zapomniana melodia [1938]

"NaOHO5, fluidum amylium sulfuric,
barwiniki na olivum puri.
Już wiem! Już wiem"

Wy też wiecie? Wiecie, na pewno wiecie, tylko może zapomnieliście.

Ach, jak przyjemnie... zaatakować kogoś wiosłem

W Instytucie Dokształcającym dla Dziewcząt dokształcają się dziewczęta. Co jest logiczne. Dokształcają się, by zostać dobrymi żonami i matkami. Co jest pożyteczne. Dlatego uczy się je gotowania, śpiewu wioślarstwa, co jest kompletnie od czapy, bo o ile gotowanie przydaje się w małżeństwie, a śpiew w macierzyństwie, to do czego się młodej małżonce przyda wymachiwania wiosłem - wolę nie wiedzieć.

Instytut znajduje się za miastem i jest finansowany przez prezes Rolicza, znanego przemysłowca branży kosmetyczno-zapachowej. Prasa twierdzi, że pan prezes to dusza człowiek, serce na dłoni, portfel na drugiej i w ogóle chodząca filantropia, ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Pan prezes ma córkę, Helenkę i to ona jest głównym powodem finansowania Instytutu.
- A tego, że za miastem?
Chyba też. Wiele wskazuje, że pan prezes ma jakieś fiksum dyrdum, jakieś kompleks ojca, który za Chiny Ludowe nie chce przyjąć do świadomości, że córka mu dorosła i może się usamodzielnić. Nie i już. I żadnych chłopców, żadnej cywilizacji, żadnych szkół w stolicy i miejsc, w których ktoś mógłby przypomnieć Helence, że ma już 34 lata, może głosować na BBWR (czy raczej OZN) i nie musi ubierać się w stórj pensjonarki, ani przejmować zdaniem ojca.
- A w szkole nie mogą jej tego przypomnieć?
Mogą, oczywiście, ale pan prezes obiecał, że wybuduje szkole basen, więc kto by ryzykował - oficjalnie Helenka ma lat siedemnaście i szlus. 

A powiedzcie no, Marcinie - posażna?

Trzymana pod kloszem i pod miastem Helenka zakochuje się w pierwszym facecie, jaki jej się trafi. Trafia się Stefan, bratanek i przeciwieństwo profesora Frankiewicza. Bratanek jest birbantem - profesor jest człowiekiem statecznym do przesady, bratanek "lubi muzyczkę, lubi spódniczkę, żarty go nęcą, karty go kręcą" - profesor wielbi muzykę klasyczną, abstynencję, tużurki i binokle, za bratankiem szaleją dziewczęta, profesorowi dziewczęta robią kawały na lekcji, bratanek hula i nie ponosi konsekwencji - profesor nie hula i ponosi konsekwencje szaleństw bratanka.

Bratanek lubi muzyczkę, więc śpiewa - jedna z piosenek wpada w ucho prezesowi Roliczowi, który wynalazł superhipermega mydło. Można się nim myć, można je lizać i nie puszczać pawia (chyba, że ktoś jest uczulony na kakao), można nim grać w piłkę... Idealna rzecz dla niechętnej myciu młodzieży i oraz dla zdziecinniałych dorosłych. Receptura tego mydła jest ścisłą tajemnicą firmową - konkurencja nie śpi i przechowywanie czegokolwiek na papierze wiąże się z ryzykiem. Prezes postanawia więc nauczyć się receptury na pamięć i idzie mu to jak po grudzie, aż do chwili gdy słyszy melodię, wyśpiewywaną przez bratanka... Ę-de-truła - przepis dopasowuje się do melodii, Ha dwa O rymuje się z kakao, menzurka z dwururką, kwasy z "pęto kiełbasy", a zasada z "intifada" i prezes ukrywa recepturę w we własnej głowie.

Mam jedną chemiczną schizofrenię, zaburzenia mnemotechniczne - proszę, puść to na antenie

Ponieważ jednak oglądamy przedwojenną komedię, wiadomo, że wszystko się musi pokręcić - bratanka nakrywa dawna flama, Helenka nakrywa bratanka z dawną flamą na dancingu, flamę nakrywa profesor Frankiewicz, Helenkę nakrywa pan prezes, profesora Frankiewicza nakrywa pikolak, prezesa nakrywa rada nadzorcza, Jadzia Pietrusińska kradnie płaszcz i kapelusz, przełożona Instytutu mdleje, dziewczęta śpiewają "Panie Janie", Helenka płacze, bratanek strzela focha, prezes z nerwów zapomina melodii i przepisu na hipersupermega mydło, woźny Marcin ma wąsy, profesor wylatuje z pracy, a pan Jarząbek dostaje łubudubu w szczękę.
- Bo zupa była za słona?
Nie, groszkowa. Co mi przypomina, że po kremie marchewkowym z imbirem i kremie z białej pietruszki z orzechami laskowymi, mógłbym zrobić krem z zielonego groszku. Tylko z czym?

Pomyłka goni pomyłkę, nieporozumienie goni nieporozumienie, a qui goni pro. Dwa zamieniane płaszcze, dwie zamieniane koperty, "Jedno chce, to nie chce drugie", a panienki z instytutu tańczą, śpiewają, pływają kajakami i wdrapują się na drzewa, skąd świecą gołymi kolanami i machają łydkami. Oczywiście, wszystko kończy się dobrze: bratanek śpiewa, prezes przypomina sobie melodię i przepis, rada nadzorcza promienieje ze szczęścia, profesor wraca do pracy, Jadzia Pietrusińska nie brzęczy stalówką, Helenka dostaje wymarzonego chłopa, pan Jarząbek ukrywa łysinkę, a flama bratanka pociesza się jego niezbyt trzeźwym, przez co łatwym do upolowania kolegą.

Jakież to freudystyczne...

Typowa komedia z międzywojennego dwudziestolecia - nieporozumienia, dialogi, aktorzy, piosenki itd. Gdy oglądałem przed laty, bawiła szczerze, a gdy przypominałem sobie ją teraz... Cóż, zestarzała się i to bardzo. Wszystkie zasady gatunku zachowane, jest intryga, akcja galopuje, rozmach spory, aktorzy sprawni i uroczy, ale rzuca się w oczy nadmiar filmowej waty i chodzenie na łatwiznę. Dziewczęta piszczą chichoczą, Antoni Fertner mamrocze, krzyczy i szasta się w lewo i w prawo, woźny Marcin na każde pytanie odpowiada: "Że niby [tu treść pytania]?", a dopiero potem odpowiada, numer z płaszczami naciągany jak poselskie wykręty, a numer z kopertami to łatwizna plus lekka kompromitacja...
No i te dialogi...
- Tu!
- Co "tu"?
- No, to!
- Co "to"?
- W głowie!
- Co "w głowie"?
- Schować!
- Jak "schować"?

Jeden z krytyków określił "Zapomnianą melodię" mianem szczytowego osiągnięcia polskiej komedii przedwojennej i rozpływał się nad precyzją scenariusza. No, darujcie... Zwykła lekka farsa, o jakiejkolwiek precyzji mowy nie ma i proszę nie prowokować, bo zacznę się czepiać szczegółowo i obrzydzę film nie tylko sobie, ale i wam. A szkoda by było - sentyment jednak mi został. Hm, a może to właśnie przez ten sentyment tak się czepiam? Może mi żal tych chichotów sprzed ^$#^@&#$#  (oj, kleks mi się zrobił...) lat?

Niekorzystne proporcje trunków i zagrychy musiały doprowadzić do nieszczęścia

Jak w przypadku wielu przedwojennych filmów - i ten trzyma się na aktorach. Aleksander Żabczyński jest odpowiednio przystojny, potencjał aktorski wykorzystywał tam, gdzie miał co grać i tam, gdzie nie miał co grać, oczywiście, najlepiej wpada w scenach śpiewanych, Antoni Fertner to chodząca vis comica, nawet w nieco irytujących scenach, w których musiał improwizować, bo polecenia reżysera ograniczały się do: "I jest pan zdenerwowany", Stanisław Sielański w niezłej formie, Józef Orwid także, choć tym razem grał oszczędniej niż zwykle (tylko w formie - bawił tak samo), Helena Grossówna w scenach śpiewaczo-tanecznych wypadała świetnie, ale kiedy przychodziło jej grać emocje 17-latki już nie było tak różowo. Jadwiga Andrzejewska w roli Pietrusińskiej nie wyszła poza swoje typowe emploi, ale też wcale wychodzić nie musiała, bo w tej konwencji czuła się bardzo dobrze i tak też grała, Alina Żeliska ograniczała się wrzasku i przewracania oczami, a wszystkich zjadał na śniadanie Michał Znicz w roli profesora Frankiewicza. Rewelacyjna rola, która wytrzymała nie tylko próbę czasu (długiego), ale także ówczesną konwencję. Przy okazji - scena pożegnania profesora Frankiewicza przez klasę śpiewającą "Panie Janie" coś wam przypomina?...
...
Brawo ta pani! Tak, o ten właśnie film mi chodziło. I pardąsik, scena w "Zapomnianej melodi" była nie tylko wcześniejsza o 50 lat, ale także o dwie długości lepsza. Howgh!

Nie, to nie ta scena. To inna scena. Ale też scena.

Próby czasu nie wytrzymała taśma - zwłaszcza w środkowej części oglądanie utrudniają cięcia, braki, sztukowanie i przeskoki. Nic to - już niedługo technika tak pójdzie naprzód, że Filmoteka Narodowa nie tylko oczyści film z trzasków i rys, ale może nawet komputerowo dogra brakujące kwestie. A potem - kto wie? komputery to potęga - nakręci sequel w tej samej obsadzie.

Można spokojnie. A dla paru scen - warto.


Varia
1. Piosenki do filmu napisał Henryk Wars, co oznacza, że jeszcze przez dwa tygodnie po seansie panowie będą nucić przy goleniu: "Ach, jak przyjemnie", a panie przy kuchni: "Nocami w gwiazdy spoglądam". Ewentualnie odwrotnie - panowie przy kuchni, a panie przy depilacji. Tekst do melodii Warsa napisał tym razem Ludwik Starski - też majster.
2. Atelier: Falanga. Laboratorium: Falanga. Nie, spokojnie - nie ta polityczna. "Falanga" była studiem filmowym, założonym przez Stefana Dękierowskiego i w latach 30. prawdziwą potęgą na rynku filmowy, Niewiele filmów, kręcono bez użycia wnętrz, sprzętu i załogi "Falangi".
3. Przepis na superhiper mydło pojawia się w filmie na moment - ciekawe, czy ktoś go testował...
4. Grająca Helenkę Roliczównę Helena Grossówna miała w momencie kręcenia filmu 34 lata. Kilka lat później w stopniu porucznika wzięła udział w powstaniu warszawskim. Była żołnierzem walczącego w Śródmieściu batalionu "Sokół". Aleksander Żabczyński w powstaniu nie wziął udziału, walczył za to pod Monte Cassino, a Helena Grossówna musiałaby stawać przed nim na baczność - Żabczyński dosłużył się stopnia kapitana artylerii.
5. Skoro już zawędrowaliśmy w tak niekomediowe przestrzenie, to bądźmy konsekwentni - niezapomniany Jozef Orwid zginął w powstaniu warszawskim (13 VIII na Starym Mieście w eksplozji niemieckiego czołgu). Wojny nie przeżył także Michał Znicz - po wydostaniu się z getta mieszkał w Pruszkowie i tam zginął. Wg jednych źródeł popełnił samobójstwo, wg drugich - został zadenuncjowany i rozstrzelany, wg innych... itd. Nic pewnego nie wiemy.

"Z przodu 'z', z tyłu 'z', a w środku - nic... "


============
Zapomniana melodia
1938
Czas:
82 minuty
Reżyseria:
Konrad Tom, Jan Fethke
Scenariusz: Napoleon Sądek, Jan Fethke, Ludwik Starski
Obsada: Helena Grossówna, Jadwiga Andrzejewska, Michał Znicz, Aleksander Żabczyński, Antoni Fertner, Stanisław Sielański, Józef Orwid, Teodozja Bohdańska i inni.

2013-12-12

Kiedy ranne wstają zorze [2012]

"Sroczka na płocie - aha!
Wyjrzyj no, ojciec - aha!
Pełna śmiechu beczka - to autobus nasz! Dżez!
Wesoły autobus zapierdala"
                           
"Tu szczyt... Lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną..."

Wesoły autobus zapierdalał na grzybobranie. Pan Władzio prowadził z fantazją i bluzgiem na wąsach, umiejętnie unikając zderzeń z trabantami, dyrektor studiował "Atlas grzybów", a podległe mu zasoby ludzkie...
- Kadry!
Przepraszam, to przecież miniony ustrój - wtedy pracownicy dzielili się na kadry, którymi zajmowała się kadrowa i persony, którymi zajmowała się personalna. Kadry zajmowały się wszystkim po trochu: a to koleżankę złapały za kolano, a to knuły przeciwko tym, którzy knuli przeciwko nim, a to przepisami na ciasto bez jajek się wymieniły, a to "Szła dziewczka" zaśpiewały, a to z piersióweczki pociągnęły dyskretnie... Jak to na wycieczce zakładowej. W przerwach i na postojach kolega Wróblewski strzelał wykłady o architekturze linearnej, panie szły na lewo, panowie na prawo, a kolega Iksiński zawracał dyrektorowi głowę nawet w czasie wspólnego podlewania przydrożnych krzaczków. Tylko inżynier Kowalski był jakiś nieswój - nastrój refleksyjny go dopadł, a religijne miazmaty w duszę szczypały, zamiast pieśni masowych nucił sobie "Kiedy ranne wstają zorze", a okulary mgłą zwątpienia mu zachodziły. Melancholia biurowa.

"Współzawodnictwo pracy podstawą zwiększania wydajności" - tą szczytną ideą kierował się pan kolega towarzysz dyrektor i aby zwiększyć wydajność wypoczynku na łonie, ogłosił konkurs: "Kto znajdzie największego grzyba, ten dostaje premię". Ze względu na obecność w gronie konkursowiczów obywatelek małżonek, niezatrudnionych na etacie w naszej jednostce gospodarczej, ich osiągnięcia grzybiarskie zostają zaszeregowane w rubryce "mąż", jako że podstawowa komórka społeczna to zrąb, na którym kładziemy fundament i odwrotnie.

Przyroda, prawda, panie tego... powietrze świeże...

Rywalizacja wyzwala w ludziach różne instynkty - jedni, kierując się instynktem łowcy, stają na głowie, żeby zdobyć największego grzyba, drudzy, kierując się instynktem przetrwania, starają się na owego grzyba naprowadzić dyrektora, ktoś oszczędza energię i opala się, mając grzybobranie w nosie, żony czynią wyrzuty mężom, mężowie żonom, niebo ziemi, niebu ziemia, wszyscy wszystkim ślą życzenia, a konkurs wygrywa, oczywiście, towarzysz kolega dyrektor. Udaną całość kończy część konsumpcyjna, w czasie której spożywa się głównie płyny, puszczają hamulce, spadają maski, usto bolesne wykrzywia grymas szczerości, a słów, które padną, nie da się zapomnieć.

Szkolna etiudka, skręcona przez studentów Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego na motywach opowiadania Marka Nowakowskiego z głębokich lat 70. Na bardzo luźnych motywach - z oryginału zostało właściwie tylko grzybobranie, zarys fabuły i nazwiska niektórych postaci. Miało to nawet sens - kręcenie "po literkach" dałoby może film pełnolitrażowy, ale zrozumiały tylko dla osobników w wieku pomickiewiczowskim (44+), bo zbyt mocno byłby osadzony w realiach "karate biurowego" środkowego PRL. "Miniony okres", tasowanie się układów, podkładanie świni przy wykorzystaniu politycznych uwarunkowań, "Opis obyczajów za czasów króla Edwarda..."
- A nie Władysława?
Też.

Krajobraz po bitwie

Enyłej, reżyser/scenarzysta przyciął tekst dość mocno, wywalił wszystko, co mogło powodować konfuzję współczesnego widza, poszedł w uniwersalizm i groteskę, i trzeba powiedzieć, że całkiem nieźle mu to wyszło. Niby pojawiają się w filmie tropy wskazujące na czasy (załoga na grzybobranie jedzie klasycznym "ogórkiem", czasem ktoś do kogoś zwraca się per "towarzyszu" czy "obywatelu"), ale poza tym pełne "W Polsce czyli nigdzie" z dodatkiem "kiedyś czyli zawsze": konformizm, wóda, podgryzanie konkurencji, pretensje żon do mężów i tak dalej, i tak dalej... Może szkoda, że inżynier Kowalski z wytrawnego gracza biurowego w oryginale, zmienia się w rozmemłaną ciapę, na pewno szkoda, że przy pisaniu dialogów reżyser/scenarzysta szedł momentami w prostactwo (scena z panią Zielińską, zaczynającą każdą kwestię od "A gówno tam!") itdede-itepe, ale poza tym film się jednak kupy trzyma, a czasem nawet potrafi nieźle rozbawić. Widać, że ekipa kręcąca ma wyczucie kadru, że potrafi skomponować scenę nie tylko aktorsko, ale przede wszystkim plastycznie, ładnie grając drugm planem, potrafi rzucić skrótem i niedomówieniem, potrafi zaufać widzowi i pozwala mu oglądać samodzielnie, nie waląc po oczach tłumaczeniem oczywistości..
- Przejdzie im. Pokończą szkoły, pójdą do prawdziwej filmowej pracy i wyparują im niuanse, zostaną szpadle, sztachety, dosłowność i podkreślanie czerwoną farbą fluorescencyjną.
Możliwe - na razie jednak Mateusz Głowacki pokazał, że młodzież mamy zdolną i warto jej pozwolić kręcić filmy, a jeśli ktoś sie chce zorientować w potencjale reżysera, to polecam scenę, której podkładem muzycznym był polonez a-moll Michała Kleofasa Ogińskiego.

- Ale kadzisz! A dźwięk fatalny!
Dźwięk rzeczywiście nędzny i w niektórych scenach jak z wiadra, ale za to montaż niezły i praca kamery, a przy sprzęcie, którym dysponują studenci raczej nie warto oczekiwać cudów.

"Pan nasz chciał otrzymać donos w stanie czystym, to znaczy donos prawdziwy..."

Rolę dyrektora zagrał Maciej Frelak - do tej pory widywałem go w szóstych planach i epizodach, nie wyróżniał się niczym, ot, jeden z wielu daleko-rzędowych aktorów, próbujących się pokazać, dorobić itd. W "Kiedy ranne stają zorze" był świetny - kiedy trzeba urzędowy, kiedy trzeba familiarny, kiedy trzeba było zaszarżować - szarżował jak szwadron husarii, uśmiech wzbudzał często, a scena, w której pilnuje wsiadania do autobusu, weszła do zbioru rodzinnych powiedzonek i jeśli zobaczycie faceta, poganiającego wsiadającą do samochodu/tramwaju/pociągu kobietę (lub kobietę poganiającą faceta) mamrotaniem: "Zapraszmserdessssznie, proszupszejm... Czasssczasssproszępaństw, czassssss.." - możecie pomachać, bo to będziemy my. Błażej Wójcik, przechodzący z półtonów w rozmach i z powrotem, był naprawdę świetnym inżynierem Kowalskim (i mógłby być równie dobrym inżynierem Dopierałą z literackiego oryginału), Dariusz Gniatkowski z wdziękiem podawał zakładową nowomowę, reszta ekipy aktorskiej starała się trzymać poziom i niektórym się udawało, a niektórym mniej, ale ogólnie dawali radę, a jak na film studencki, dawali radę bardzo.

Można. Zwłaszcza, że film krótki. Jeśli ktoś lubi klimaty rejsowo-barejowskie, to nie powinien być rozczarowany.
- ...za bardzo.
Asekurant!
Sprawdzić można łatwo - kontrast między "Kordianem", krową, a wycieczkowym oddawaniem moczu w pierwszych minutach filmu jest mocny i zasadniczo odsiewający.
 
Zapraszmserdessssznie, proszupszejm... Czasssczasssproszępaństw, czassssss...


Varia
1. Opiekę pedagogiczną nad filmem sprawowali Maciej Pieprzyca (m.in. "Chce się żyć") i Andrzej Ramlau (autor zdjęć m.in. do "Sary" i "Mniejszego zła"). Szkoda, że wśród opiekunów nie było żadnego dźwiękowca.
2. Na liście płac figuruje także pozycja: "Tłumaczenie: Marek Kucharski". Komu tłumaczenie? Czego tłumaczenie? Tych dwóch zdań po śląsku? Kamaaan...
3. W scenie grzybobrania wykorzystano główny motyw z "Samych swoich", wykorzystano też parę innych innych utwórów, ale muzyki jako takiej...
- Jako jakiej?
Spadaj! ...jako takiej nie ma.
4. Jest natomiast na liście płac pozycja "konsultacje meteorologiczne". Ciekawe, czy płatna, a jeśli - ciekawe, ile.
5. Film dostał sporo nagród na festiwalach studenckich, amatorskich, niezależnych itd. i chyba słusznie (chyba, bo nie oglądałem filmów-konkurentów). Za swoje role nagrodzeni zostali Anita Poddębniak i Tadeusz Wojcieszak, co może skłaniać do wniosków, że jurym... jurą... jurorom wystarczyło, iż ktoś poleciał bluzgiem, może nawet zgrabnym (jak w przypadku Tadeusza Wojcieszaka), by uznać i przyznać.

Tobie śpiewa żywioł w szelki (droga w paski, a spodnie w kancik)



============
Kiedy ranne wstają zorze
2012
Czas:
30 minut
Reżyseria: Mateusz Głowacki
Scenariusz: Mateusz Głowacki (na motywach opowiadania Marka Nowakowskiego)
Obsada: Błażej Wójcik, Maciej Ferlak, Dariusz Gnatowski, Juliusz Chrząstowski, Mirosław Bieliński, Anita Poddębniak, Tadeusz Wojcieszak

2013-12-09

Pani minister tańczy [1937]

"Panie marszałku, Wysoka Izbo! Nie po raz pierwszy staje mi..."

...autorytet i racja stania stanu.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, było sobie potężne dwumilionowe państwo. W państwie tym, którego nazwiska nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda...
- Były trzy karczmy, bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki?
Był parlament, cztery nocne lokale i Ministerstwo Ochrony Moralności Publicznej, na którego czele stanęła kobieta.

Oczywiście, nominacja taka wywołała reakcje reakcji.
- Niech żyje nowa minister! - krzyczała płeć piękna.
- Kobiety powinny siedzieć w domu! - syczeli panowie, których maskulinistyczny światopogląd otrząsał się ze zgrozy i obrzydzenia
- Praca kobiet? Fi donc! - uśmiechał się przekąsem Sebastian Maria Rajmund hrabia de Santis, zastępca szefa kancelarii ministra - I oczko pani ministrowi poszło w pończosze. 
- ...mi... mi... minister! - kończył woźny ministerialny, pan Bumcyk, który się odrobinę jąkał, bo jąkający się trzeci plan to w komedii jazda obowiązkowa.

Konsolidacja woli i mięśni!

Rządy pani minister były... Hmm, chaotyczne. Dbała o moralność publiczną naocznie, organoleptycznie i odreagowywała lekką histerią. Zaczęła od wydania zakaz serwowania w nocnych lokalach alkoholu.
- Prohibicja? - przerazili się machos w zarękawkach i z zaczeskami.
Czasowa - zakaz obowiązywał tylko w weekendy.
Naoczne sprawdzenie realizacji zakazu doprowadziło panią minister do stanu między "Hej-ho!" a "Oszywiście!". Po spożyciu paru kieliszków <mrug-mrug> lemoniady </mrug-mrug> śpiewała, tańczyła, chichotała i naruszała hierarchię służbową, lgnąc lubieżnie do swojego podwładnego, wspomnianego Sebastiana Marii Rajmunda. Kac fizyczny i moralny spowodował wydanie kolejnego zarządzenia - zamykamy nocne lokale w ogóle, bo to siedliska zarazy, rozpusty, lemoniady i innych grzechów przeciwko moralności publicznej. A Sebastian Maria Rajmund niech pamięta, że praca to praca, dom to dom, a podległość służbowa to podległość służbowa i niech się nie wtrynia z westchnieniami w godzinach urzędowania. Nawet jeśli jest prawdziwym hrabią.

Jak widać - pani minister miała lekki problem z konsekwencją. Miała też problem z siostrą i nie był to lekki problem - to był problem wagi państwowej, albowiem gdyż była to siostra bliźniaczka, a wiadomo do czego może doprowadzić posiadanie jednojajowego rodzeństwa, gdy się pełni wysokie stanowisko w administracji rządowej. Zwłaszcza, gdy bliźniaczka jest rozbisurmanioną i bezdennie durną blondynką z długimi nogami, głębokim dekoltem oraz posadą szansonistki w kabarecie.

Czy określenie "kanon urody" nie pochodzi czasem od angielskiego "cannon"?

Do wątku miłosnego twórcy doklejają wątek kwiprokwiczny i komedia rozkręca się na całego: Rajmund bierze siostrę za panią minister, siostra bierze Sebastiana za Marię, pani minister bierze hrabiego za klapy, szef opozycji parlamentarnej bierze panią minister za jej siostrę, Stanisław Sielański w roli kelnera inkasuje za kolejne kieliszki <mrug-mrug> lemoniady </mrug-mrug>, a kiedy akacja siada, na ring wyskakują Józef Orwid jako szef kancelarii i Mieczysława Ćwiklińska w roli Leopoldyny Grimaldi, damy do towarzystwa...
- Z towarzystwa!
...i podkręcają absurdzik. Aktorzy śpiewają, działaczki frontu sufrażystowskiego oburzają się na wciskanie kobiety w gorset stereotypu i karykaturalną kliszę antygenderowego faszomaczyzmu...
- Czy maczofaszyzmu?
...Bez różnicy. A widz? A widz się bawi, bo komedyjka jest lekka, napisana z biglem i nakręcona według wszelkich zasad gatunku. Zgrabny scenariusz (choć postać egzotycznego męża była od kompletnej czapy), dobre dialogi, do tego parę chwytliwych i czepliwych piosenek... Oczywiście, nie jest to wielkie dzieło kinematografii światowej, ani nawet krajowej, ale w swoim wąskim gatunku na tyle dobre warsztatowo, że spokojnie daje radę do dziś i daj Boże współczesnym polskim komediom, żeby przetrwały 80 lat.
- Chyba "nie daj Bóg, aby"?
Też racja.

Oj, panie hrabio,  fatalnie pan dobrał szminkę.

Momentami film mnie drażnił. Nie żartami z równouprawnienia czy czymś w tym guście  - to jest komedia, wszystkie tematy dozwolone, wszystkie stereotypy do rozegrania. Ale naprawdę, odrobinę finezji, a nie jak w kuźni, naprawdę... Włazi drętwa pani minister, zionąca sufrażyzmem i imponderabiliami, pomnik cnót i szczytnych idei, a potem rach-ciach, kieliszek wina i jak to pisał pewien tekściarz "od razu mięknie w miejscach swych pachwin" na widok pierwszego sensownego faceta, w dodatku niższego stopniem służbowym. Pstryk i zamiast postaci, którą się budowało przez ileś tam minut, mamy jej kompletne przeciwieństwo, rozmemłane, rozmarzone i orgazmujące się lamperią na dźwięk głosu ukochanego. Za szybko, za prosto, a przecież czasu było sporo i można było rozwiązać to jakoś zgrabniej - ba! nawet z jeszcze większym ładunkiem drwin ze stereotypu "kobiety walczącej na niwie i orzącej na frontach". Chyba łatwiej zniósłbym wizerunek babochłopa w spodniach i z petem w kąciku ust, walącego mężczyzn po plecach i ryczącego "Jak tam, brachu? Wyskoczymy po pracy, by pofraternizować się przy kufelku, hehehe?" niż przekonanie, że jeśli kobieta chce się jakkolwiek realizować, to wystarczy jej postawić przed oczami przystojnego chłopa i pstryk! jedno zdanie, harlequin, przewracanie oczami i voila.

Podwójną rolę: pani minister i jej siostry zagrała Tola Mankiewiczówna - niestety, w obu rolach oglądanie jej wywołuje uczucie lekkiego zażenowania. Jako pani minister dwa razy dobrze podała tekst, ale poza tym wiała drugą ligą, a w roli kabaretowej siostry-bliźniaczki wręcz odstraszała. Śpiewała fachowo i donośnie, pokazywała nogi w tańcu i tyle. Tak, wiem, że konwencja, że czasy, że maniera - i tak nie mogę strawić. Była o trzy okrążenia stadionu słabsza do Aleksandra Żabczyńskiego, który przecież w "Pani minister..." kompletnie się nie wysilał - przyszedł, zagrał, tu przesadził, tam za wcześnie uciął - ot, taka sobie przeciętna, nawet jak na niego, rola. Zdecydowanie lepiej wypadł duet Mieczysława Ćwiklińska ("Stosunek do wojskowości? O, taaaaak...") i zabawny jak zwykle Józef Orwid, w drugim planie uśmiechy wywoływali Stanisław Sielański (lekkie) i Michał Znicz (szersze), zazdrosnym mężem Loli był Stefan Hnydziński (postać była od czapy, ale zagrał dobrze), a pana Bumcyka zagrał...
- Mi... mi... minister!
Nie, Henryk Małkowski.

A kto ujmie się za biednym, samotnym, uciśnionym mężczyzną?

Można spokojnie, choć z poprawką na czasy, w których film powstał. Bardzo odległe czasy, co implikuje, powoduje i pociąga za sobą.


Varia
1 Scenariusz napisało małżeństwo Alicja i Anatol Sternowie. Tak, to ten sam Anatol Stern, który paręnaście lat wcześniej wydawał z Bruno Jasieńskim jednodńuwkę futurystuw "Nuż w bżuhu". Niezły rozrzut artystyczny, n'est-ce pas?
2. Dialogi doszlifował Konrad Tom (wystąpił też w rólce kierownika nocnego lokalu) - od "Zabawki" minęło parę lat, ekipa "Pani minister..." była naprawdę profesjonalna, więc i dialogi, i rola pozbawione były tamtego chaosu i wypadły naprawdę bardzo dobrze.
3. Piosenki napisała spółka Henryk Wars i Jerzy Jurandot. Spółka? Ba! firma! Słychać, prawda? I łatwo rozpoznać tych, którzy oglądali film, bo przez parę dni po seansie nucą mimowolnie "Na moje wady już nie ma rady", "Już nie mogę dłużej kryć" czy kupleciki "Pani minister rację ma".
4. Tola Mankiewiczówna była nieźle wykształcona i doświadczona muzycznie - fortepian w konwersatorium, prywatne lekcje śpiewu, etat w Operze Warszawskiej, długa kariera w stołecznej Operetce, kabaretach i teatrzykach rewiowych i w ogóle "sukcesy w kraju i za granicą". .
5. "Z panią ministrem / do pani ministra" - tak zwracają się do bohaterki podwładni. W czasach nam bliższych obowiązywała forma bardziej neutralna "z panią minister / do pani minister". dziś wchodzi do użycia w pełni odmienialna "pani ministra" (czyli "z panią ministrą / do pani ministry") czasem nawet pozbawiona "pani". Ciekawe, czy się utrzyma? Dla mnie brzmi bardzo głupio, ale kiedyś przecież ludzie mówili "propeller", a "śmigło" uważali za durną nowinkę, a dziś powiedz komuś "propeller", to się w głowę popuka. 

Słaba płeć, a jednak podstawowe chwyty zapaśnicze zna.



============
Pani minister tańczy
1937
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Juliusz Garden
Scenariusz: Anatol Stern, Alicja Stern (pod pseudonimem Allan Turski)
Obsada: Tola Mankiewiczówna, Aleksander Żabczyński, Mieczysława Ćwiklińska, Józef Orwid, Michał Znicz, Stanisław Sielański, Stefan Hnydziński, Konrad Tom, Henryk Małkowski i inni.

2013-12-02

Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł [2011]

Oglądać? Nie oglądać? Ryzykować kolejny film pisany na kolanach, kręcony plackiem i grany Patosem Naszych Czasów czy olać, ograniczając się do przeczytanych sześciu metrów bieżących literatury na temat "wydarzeń grudniowych"? Siedziałem, zastanawiałem się i wtedy wpadła mi w ręce gazetowa recenzja, zaczynająca się od słów:
Muszę przyznać, że po obejrzeniu trailera obawiałam się tego filmu. Kim był tytułowy Janek Wiśniewski - nawet nie próbowałam tego ustalić. Zwiastun był dla mnie nie do końca jasny, bo nie mogliśmy się zorientować, kim jest Janek.
Ale że jest takie miasto "Londyn Zdrój", to pani pewnie wie?

Najpierw popłakałem się ze śmiechu, a potem uznałem, że nie ma co kombinować - się obejrzy, to się zobaczy. I odwrotnie.

Antoni Krauze oraz jego scenarzyści Michał Pruski i Mirosław Piepka łatwo nie mieli. Jak opowiedzieć o wydarzeniach sprzed 40 lat tak, aby zrozumiał je współczesny widz (między innymi autorka cytatu wyżej), aby ktoś, kto pamięta tamten czas, z wściekłości nie zgrzytał zębami na dyletantów, żeby w jakiś spójny sposób przedstawić same wydarzenia - na przecież tyle skomplikowane, że do dziś nie do końca wyjaśnione? I jak opowiedzieć, by wyszedł z tego wciągający film fabularny, a nie nudna, podręcznikowa piła o "obiektywnych trudnościach i subiektywnych uwarunkowaniach, które doprowadziły do tragicznych w skutkach wydarzeń, będących białą kartą, krwawą plamą i ciemną stroną, oczywiście z uwzględnieniem szerokiego paletażu postaw i jeszcze szerszego asortymentu argumentów"?

Twórcy podzielili film na trzy przeplatajace się wątki: pokazali bardzo szeroko same zamieszki/zajścia/walki/whatever w Gdyni, dorzucili obrady ścisłej PZPR-owskiej wierchuszki, a całość spięli losami Brunona Drywy - jednej z ofiar Grudnia '70 - oraz jego rodziny. Jak wyszło? Różnie wyszło i "musimy to sobie powiedzieć otwarcie, Andrzej": "Czarny czwartek" to nie "Bloody sunday". Tamten film wgniótł mnie w w fotel, a po zakończeniu okazało się, że ręce mi się trzęsą, pot oblewa, a termometr piszczy: "Trzydzieści dziewięć z małym wąsem i może byś się przestawił na 'Domek na prerii'?". Po "Czarnym czwartku" podobnych objawów nie stwierdzono, pojawiła się jednak chęć podreptania do kuchni, wyjęcia z lodówki oszronionej butelki i walnięcia porządnej lufy, a potem powtórzenia tego manewru, co świadczy, że film jednak robi wrażenie.

"Busole ideologiczne się wam, towarzysze, rozregulowały?"

"Świadczy" czy "może świadczyć"? Czy chęć znieczulenia procentowego wywołał film jako taki czy może bagaż wiedzy pozafilmowej czyli przywołane wyżej metry literatury, a film był tylko katalizatorem? Ale przecież w przypadku "Bloody sunday" też był background w postaci wielu lektur... A zresztą, czy ma to jakieś większe znaczenie, czy może już bycie zaledwie katalizatorem emocji wystarczy, żeby uznać, że film spełnił swoje artystyczne zadanie? Bo przecież w przypadku polskiego filmu historyczno-patriotycznego wcale nie jest to takie oczywiste.

Pomysł na spięcie filmu postacią prawdziwej ofiary Grudnia '70 i prawdziwymi losami rodziny to samograj i w "Czarnym czwartku" też się sprawdził. Mało znani lub wręcz kompletnie nieznani aktorzy dodali scenom z życia rodziny Drywów autentyzmu, bohater był odpowiednio szary i przeciętny, z normalnymi radościami, troskami i marzeniami, żadnego bogoojczyźnianego dęcia, żadnych propagandowych "Za Ojczyznę, Katyń, Cedynię i w ogóle wszystkie krzywdy, których kiedykolwiek Naród Polski doznał, a które my tu teraz pomścimy" - zwykły człowiek przemielony przez historię, bo znalazł się nie tam, gdzie powinien i nie wtedy, kiedy powinien. A raczej gorzej: znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien i dokładnie wtedy, kiedy powinien - szedł po prostu do pracy, niewyspany, spokojny, z kanapką w kieszeni.

"Za oknami świta - widać, ze rozkwita..."

Sceny "polityczne" zupełnie mi w filmie nie grały - o ile jeszcze obrady KW w Gdańsku czy sceny z Komitetu Miejskiego w Gdyni były potrzebne w budowaniu akcji, o tyle wątek warszawski pachniał już tylko czystą encyklopedycznością i pokazywaniem palcem: "O, patrzcie, to oni, to ci źli, to ci zbrodniarze", żeby sobie widz nie pomyślał, że do robotników w Gdyni strzelał Gierek, Sławoj-Składkowski czy Stefan Batory. Kamaan, kręcimy film o ważnym wydarzeniu historii Polski i albo ufamy widzowi, że cokolwiek wie albo z rezygnacją stwierdzamy, że nie wie, ale wtedy te historyczne ochłapki, które rzucono w "Czarnym czwartku" i tak mu niczego nie wyjaśnią (powiedziałbym nawet, że już kompletnie zaciemnią). Że komuna, że Gomułka, że "towarzysze radzieccy" etc. - to wszystko można było zgrabnie wpleść w narrację i niekoniecznie trzeba było się bawić w pokazywanie Olszowskiego czy Tejchmy, których nazwiska pamiętają dziś tylko najbardziej "walnięci politycznie" (i dobrze, bo nie są to postaci warte jakiegokolwiek pamiętania). Szefostwo partii grają dla odmiany znani aktorzy i to kolejny minus, bo choć ogląda się ich dobrze - Piotr Garlicki jest świetnym wizualnie Cyrankiewiczem, Piotr Fronczewski dobrze gra betonowego Kliszkę (nie wiem, na ile odpowiadał zachowaniem oryginałowi, ale zagrał dobrze), a Wojciech Pszoniak tworzy mocną postać Gomułki - to kontrast między aktorami znanymi i nieznanymi jest bolesny, a wrażenie naturalności tych drugich zamienia się czasem w konstatację, że... że większość tych nieznanych jest nieznana jak najbardziej zasłużenie.

Enyłej, sceny w warszawskim KC nie pasowały mi do filmu bardzo i moim zdaniem można było ich sobie oszczędzić, skupiając się na samym Wybrzeżu, na roli Kociołka (pojawia się tylko jako głos z telewizora) czy gen. Korczyńskiego (jego w filmie nie ma wcale). Albo nawet całkiem zrezygnować z wątku partyjnego, zostawiając tylko przewodniczącego gdyńskiej Rady Narodowej Mariańskiego i idąc w stronę przeciwstawienia gdyńskich robotników "Onym" - "Onym" których niby nie ma, których nikt nie widzi, ale którzy trzymają wszystkich za twarze i którzy są gotowi strzelać, byle tylko "Onymi" pozostać.

W dniu dzisiejszym wystąpiły poważne braki na odcinku poparcia i nastrojów

Częścią zajmującą najwięcej czasu ekranowego, a na pewno przyciągająca najwięcej uwagi, są sceny manifestacji, starć i tłumienia "wydarzeń grudniowych" przez milicję. I tu trzeba twórcom oddać, że zadanie odrobili na pięć z plusem. Sceny zbiorowe są naprawdę zbiorowe, światło, dźwięk, kompozycja planu zwiększają napięcie, wykorzystanie archiwalnych zdjęć i nagrań dodaje autentyzmu, a statyści/rekonstruktorzy ustawieni odpowiednio przez ekipę, wreszcie nie prężą wątłych torsów i za-okularowanych twarzy do kamery, tylko robią, co im się każe - mają stać i celować, to stoją i celują, mają pałować, to pałują i podobno statyści grający demonstrantów skarżyli się, że członkowie grup rekonstrukcyjnych wczuli się za bardzo. Jeśli - to z korzyścią dla filmu. Aktorzy mieli z tym problem, co widać w scenie ogłuszenia jednego z demonstrantów, gdy aktor "gra" uderzenie i zamiast walnąć solidnie pałą, tylko lekko dotyka pięścią pleców kolegi.

Sporo osób skarżyło się na chaos scen zbiorowych - że nie wiadomo, skąd idą demonstranci, dokąd, po co, na co, czemu tu wojsko, czemu tam milicja, kto atakuje skąd. Bo ja wiem?... To nie ma być praca naukowa na temat ani encyklopedyczny plan bitwy. Jeśli ktoś chce szczegółowych mapek, to niech sobie do książek lub internetu zajrzy, a chaos w czasie ulicznych walk występuje zawsze, ktoś ucieka, choć nie musi, ktoś siedzi na krawężniku, choć powinien zwiewać sprintem, gaz się ściele, pięć metrów w lewo - piekiełko, pięć metrów w prawo - cisza, spokój... W "Czarnym czwartku" sceny walk skręcono naprawdę nieźle i kolejni filmowcy, którzy będą próbowali takowe kręcić mają bardzo wysoko podniesioną poprzeczkę. Oczywiście, nie obyło się bez klasycznych scen polskich "zbiorówek" czyli zaangażowany, wściekły tłum, a w centrum ekranu statysta, któremu się wydaje, że go nie widać, więc ani ręki nie podniesie, ani nie krzyknie głośno, tylko buty sobie ogląda i w nosie dłubie, ale w "Czarnym czwartku" to były wyjątki i to nieliczne. Bodaj dwa. Szkoda, że nikt ich nie wypatrzył przy montażu, bo jeden ruch nożyczkami/myszką i mielibyśmy ideał. Ale i tak kudosy dla reżysera scen akcji Pawła Chmielewskiego.

Bijące serce partii w szarży na elementy wywrotowo-odwetowe

Sporo osób miało pretensje o brutalność, o epatowanie przemocą w scenach milicyjnego odwetu.... Cóż można powiedzieć? Że twórcy i tak dość poważnie się ograniczyli, bo gdyby chcieli, mogli nakręcić film o wiele bardziej brutalny, a na każdą scenę mieliby podkładkę w postaci relacji, protokołów i lekarskich obdukcji. Może nie ograniczyli się do minimum, ale też nie pokazali nawet połowy tego, co mogli. Tak, w długiej scenie maltretowania Wiesława Kasprzyckiego również. Czasem twórcy jechali po filmowej bandzie -  jak wtedy gdy po rozpędzeniu manifestacji jeden milicjantów staje nad drzwiami ze zwłokami zastrzelonego stoczniowca i spluwa obficie obok. I nie chodzi tu o zarzut, że tak nie było, bo mogło być i może nawet było, tylko że wklejanie tego w film to próba zagrania widzowi na emocjach w sposób niepotrzebnie prymitywny.

Z drugiej strony - scena z porucznikiem, eskortującym Stefanię Drywę do szpitala. Świetnie skręcony moment, jedną krótką sceną załatwiający "dylematy drugiej strony". Żadnych monologów "o racji stanu, człowieczych wyborach itd", żadnych dosłownych komentarzy: "O, patrzcie, jaki ludzki milicjant! A jednak i tam są ludzie", jakich można by się było w takim filmie spodziewać  - wystarczyło 15 sekund i widz miał to wszystko w zgrabnej paczuszce "do przemyślenia", a nie na talerzu (czy raczej na łopacie).

Czemu nie było Gdańska, czemu o spaleniu Komitetu Wojewódzkiego tylko się mówi, dlaczego nie ma Jaruzelskiego, a gdzie Wałęsa, kim był Janek Wiśniewski, dlaczego nie podkreślono zaszłości między studentami a robotnikami, spowodowanymi Marcem '68, dlaczego... itd. itp? Bo tak czyli bo nie! Bo to jest film, a nie krótki kurs historii dla tych, którym się nie chce sięgnąć po książki i żądają, by to kino podtykało im wiedzę pod nos i jeszcze żeby ślicznie pachniała. Anglicy mają tu ładne rozróżnienie między "story" a "history", polskie "opowieść" i "historia" już nie mają tej zgrabnej dwuznaczności. Otóż, kino jest od "story", która musi być ciekawa, a "history", która powinna być dokładna (choć przecież i tak nigdy nie jest), macie w literaturze, której do tego tematu jest naprawdę sporo.

Coraz bardziej niewytłumaczalne

Aktorsko bardzo nierówno - "znane gęby" robią swoje, nie schodzą poniżej poziomu, zresztą tak krótko są na ekranie, że nawet by nie zdążyły. Aktorzy mniej znani... niezbyt imponująco, ale głównie z winy reżysera, który zostawiał ich z niedomkniętymi scenami i z winy scenarzystów, którym nie bardzo wychodziły dialogi. Tam, gdzie materiał do grania był dopracowany i pod kontrolą, wszystko było OK, a nawet bardziej - Michał Kowalski był bardzo dobrym "Polakiem-szarakiem", a scenę śmierci Brunona Drywy zagrał oszczędnie i przejmująco (może dlatego przejmująco, że oszczędnie). Marta Honzatko też wypadła bardzo przyzwoicie, choć jej typ "uśmiechniętej" urody powodował, że nawet gdy miała grać powagę, troskę czy gniew, to ten naturalny wyraz twarzy trochę przeszkadzał. Wojciech Tremiszewski... cóż, jest przesympatycznym człowiekiem, ale warsztatowo szału nie ma - czy gra sierżanta w offowym thrillerze, czy Mojżesza - kozaka w sandałach, czy wuja Warrena, czy sublokatora w Gdyni, wciąż jest tym samym Wojciechem Tremiszewskim, raz bardziej uchachanym, raz bardziej poważnym, ale wciąż tym samym. Kojarzącym się z poprzednimi wcieleniami nie dlatego, że były takie silne, tylko dlatego, że zagrane były tak samo. W "Czarnym czwartku" nie miał co grać i nie wyszedł poza przeciętność, podobnie jak grający Leona Drywę Cezary Rybiński. Bardzo poprawnie wypadł natomiast Grzegorz Gzyl w roli przewodniczącego Mariańskiego.

Warto? Warto. Przy wszystkich brakach, uproszczeniach, sztampach i niedoskonałościach to całkiem przyzwoity (jak na polskie warunki, oczywiście) film i jednak warto. Choćby tylko po to, żeby sobie przypomnieć pewne rzeczy i ludzi, którzy pierdzielą, że "władza męczy, dręczy, prześladuje, dziś jest tak samo jak za komuny albo i gorzej", określać odpowiednio dobranymi wyrazami i wyrzucać za drzwi.




Varia
1. "Ruchy! Ruchy!" - tak, kuźwa: Ruch Chorzów i Ruch Radzionków. Mało co mnie tak wkurza w dzisiejszym polskim kinie jak ta bezdennie durna kalka z angielskiego i mało jest wulgaryzmów, których nie rzucałbym pod adresem twórców/aktorów/statystów używających jej w filmach. Nie, nie dlatego, że z angielskiego - dlatego, że bezdennie durna, bezmyślna i niepasująca do niczego. Równie dobrze milicjanci za Gomułki mogliby krzyczeć do przesłuchiwanych "Szadafakap!" i grozić "formatowaniem twardych dysków".
2. Scenarzyści Michał Pruski i Mieczysław Piepka w 1970 roku mieli 16 lat i uczyli się w II LO w Sopocie. Oczywiście, urwali sie z lekcji i popędzili obejrzeć to, co działo się w Gdański i Gdyni. I nie tylko napisali scenariusz, ale chyba także pojawili się na ekranie - jeśli mnie wzrok nie myli, to oni chyba stoją na balkonie MRN w Gdyni, gdy delegacja robotników odczytuje strajkowe postulaty. Dwukrotnie migają po prawej stronie czy mi się zdaje? Nie byłoby to znowu takie dziwne: w napisanym przez siebie "Układzie zamkniętym" także pojawili się na ekranie.
3. Początkowo "Czarny czwartek" miał być filmem dokumentalnym. Dopiero, gdy scenarzyści opowiedzieli o pomyśle dyrektorce PISF Agnieszce Odorowicz, ta rzuciła: "Szkoda tego na dokument. Kręćcie fabułę". Duży plus dla pani dyrektor (napisałem to! napisałem to!)
4. Muzyka Michała Lorenca dostała od Polskiej Akademii filmowej Orła czyli "polskiego Oscara". Da-shiang bao-tza shr duh lah doo-tze! czyli "ojejku, chyba ktoś się źle poczuł". Muzyka Lorenca była kiczowata do bólu, oparta na chwytach dobrych w czasach "Polskich dróg", zgranych w kinie ze szczętem, a ostatecznie zużytych w "Psach II". Długie smętne nuty na "zaostrzonym" dźwięku, jękliwe wokalizy, tani patos, dramatyczny kicz. Nędza.
5. Spojrzenie genderowe - widać, że film napisali i nakręcili mężczyźni. Scena w mięsnym przypomina podwórkową zabawę kilkulatków w sklep: pani prosi o kawałek czegoś, dostaje jakiś pierwszy lepszy kamyczek, bierze, płaci pierwszym lepszym listkiem, jakieś drętwe teksty dyżurne... Był któryś z panów w sklepie kiedyś? Stał w kolejce i kupował? Zwłaszcza w czasach "niedoborów rynkowych"? Albo scena z praniem - mąż wychodzi do pracy, żona ma pretensje, że obiecał zanieść pranie do suszarni, mąż zwraca uwagę, że właśnie wychodzi do pracy, żona strzela focha, że "wszystko zawsze na mojej głowie" (dosłownie), więc biedny facet łapie za miednicę, w której leżą jakieś dwie koszule i niesie. Really? O piątej rano? Przed wyjściem do pracy takie drętwe teksty, idiotyczne zachowania i ryzyko niezdążenia na pociąg? Dwie koszule na krzyż? Góra ciuchów i ręczników, fochy, wymówki i pretensje wieczorem, po powrocie - OK, ale o piątej rano i to jeszcze taką sztampą? Brakowało tylko teściowej i "gdzie ja miałam oczy". I tak dalej, i tak dalej, bo sporo tego było. O guziki na mundurach dbano wręcz przesadnie, a realia codzienno-domowe - nieważne, bo kogoto?  
6. Obywatel z plakatu, podrasowany mocno w stosunku do swojego półminutowego filmowego wyglądu, to prywatnie mąż Marty Honzatko.
7. Wreszcie prawidłowa wersja "Ballady o Janku Wiśniewskim". W "Człowieku z żelaza" Krystyna Janda śpiewała, że "władza strzela do robotników" zamiast "Partia strzela". OK, cenzura, te rzeczy, można zrozumieć. Ale że w tamtej wersji był "sztandar z czerwoną kokardą" zamiast z "z czarną"... Fuj. Naprawdę. Teraz na szczęście wróciła "czarna kokarda".
8. Następny film, w którym nazwiska postaci, daty i miejsca wydarzeń będą wystukiwane na ekranie czcionką maszynową, z miejsca zostanie uznany za hiper-wiochę i uprzedzam, że podchodzić do niego będę z maksimum złośliwości. Ileż, kurde, można?

Wiocha light - chmury złowieszczo przesłaniające księżyc. W tym filmie parę razy.



============
Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł
2011
Czas:
105 minut
Reżyseria: Antoni Krauze
Scenariusz: Mirosław Piepka, Michał S. Pruski
Obsada: Marta Honzatko, Michał Kowalski, Marta Kalmus-Jankowska, Cezary Rybiński, Wojciech Pszoniak, Piotr Fronczewski, Wojciech Tremiszewski, Witold Dębicki, Piotr Garlicki, Grzegorz Gzyl i inni
Dofinansowanie PISF: 4 000 000 (produkcja)