2013-01-31

W owe dni [1951]

Krótka etiudka opowiadająca o pierwszych kontaktach ludności Polski z wyzwolicielami ze wschodu, a kręcona w duchu przyjaźni polsko-radzieckiej (treść) i polsko-bułgarskiej (produkcja).
Rok 1945. W mieszkaniu klas posiadających ma kwaterować radziecki major, wobec czego klasa posiadająca z loczkami ordynuje ukrywanie obrazów, dywanów, rodowych sreber i żyrandola.
- A po cóż pani zdejmuje te obrazy? - pyta przedstawicielka proletariatu, mieszkająca u posiadaczki po powstaniu warszawskim - Czy ten sowiet ramy pani poobgryza?
- Już ja się o nich nasłuchałam! - odpowiada klasa posiadająca.

A Wyczółkowskiego niech Marysia schowa za szafą!

Gdyby klasa posiadająca rzeczywiście się nasłuchała, przede wszystkim schowałaby siebie, córkę, proletariat i służącą. Ówczesne wieści gminne donosiły bowiem, że kryształami i żyrandolami Armia Czerwona raczej gardzi - widział kto kiedy, żeby iść do ataku z żyrandolem na plecach? - w przeciwieństwie do konsumowalnych na miejscu niewiast nadobnych. I nienadobnych też. Ale OK - pust' wsiegda budiet sonce, drużba, mir i ogólne uraaaa!

W czasie ukrywania dóbr materialnych narasta konflikt między klasami posiadającymi a proletariatem. Klasy posiadające wypominają proletariatowi, że uciekł z Warszawy po powstaniu, proletariat nadyma się "No, tylko nie uciekł!", a proletariat młodszy, zatrudniony u klas posiadających na etacie, przesuwa tremo.

Wreszcie zjawiają się Rosjanie. Jest ich dwóch i nikogo nie gwałcą, nikomu nie odbierają zegarków. Zdziwionym przypominam, że jest etiudka kręcona była w roku 1951 przez polskich aktorów i bułgarskiego reżysera. Teoria, że Rosjanie nie gwałcą, ponieważ jednym z nich jest przebrany Sturmbannführer Hermann Brunner, zostaje odrzucona w przedbiegach, bowiem Brunner znany był z brutalności wobec kobiet, o czym może zaświadczyć duch zastrzelonej przez niego kuzynki Edyty. 

Starszyna  Hermann "Fiedia" Brunner
Dwaj Rosjanie wymieniają uśmiechy z proletariatem, instalują aparat telefoniczny, żeby ichni major był na bieżąco z wytycznymi, klasa posiadająca rozwija swoje klasowe uprzedzenia, dzieci klasy posiadającej są miłe (pewnie na przydziałową tuszonkę liczą, mali pogrobowcy sanacji), gdy wtem jeden z "bojców" próbuje wejść na fortepian.
- Panie, panie! Z nogami? Na fortepian? - drze się klasa posiadająca i nadmienia aluzyjnie, że to oryginalny Bechstein. Ponieważ weteran walk o wolność, demokrację i Stalingrad jest lekko zdezorientowany, klasa posiadająca tłumaczy mu, że dooooo-meeeeee-taaaaa-luuuu, a na fortepianie się gra. O, proszę - córeczka klas posiadających zagra, żeby dzikie hordy zobaczyły co i jak. Córeczka gra "Lulajże, Jezuniu" (element klerykalnego oporu przeciw bezbożnemu najeźdźcy), mordując kolędę straszliwie (element konformizmu).

Korzystając z zasłuchania "bojców", klasa posiadająca kontynuuje ukrywanie dóbr materialnych, gdy nagle do jej uszu docierają nie tylko dźwięki, ale wręcz muzyka. Klasa posiadająca zerka... Nie chce wierzyć... znowu zerka - a to jeden z radzieckich żołnierzy jak trup blady siadł przy klawikordzie i z wolna jął próbować akord po akordzie. Najpierw uklasycznił kolędę, potem poleciał kontrapunktowym Szopenem, w tle upchnął Czajkowskiego... Zasłuchała się klasa posiadająca i wstyd jej się zrobiło, że potraktowała bohaterską Armię Czerwoną stereotypem, zasłuchał się proletariat, dumny z sojusznika i tylko Brunner, przebrany za sierżanta Fiodora Siergiejewicza Czermakowa, nieczuły był na muzykę - kończył bowiem instalację służbowego telefonu.
- Bieriozka? Bierozka? Zdies' Fiedia! - nawołuje Brunner w słuchawkę specjalnym kodem - Kak mienia słyszysz?
Bieriozka słyszy dobrze i przekazuje najnowsze rozkazy. Armia Czerwona idzie naprzód, kwaterowanie majora zostaje odwołane, pakować się i dołączyć do oddziału.
- Jest'! - odpowiada sierżant Brunner-Czermakow i zwraca się do klas posiadających - Nu szto-ż, madam. Zwalniamy kwaterę. Znaczy, obrazki może pani powiesić z powrotem.
To ostatnie zdanie tak mocno nafaszerowane jest dialektyczną ironią, że klasa posiadająca spieka zawstydzonego raka, proletariat uśmiecha się z wyższością i satysfakcją, żołnierze gwardyjskiego pułku strzelają dziarsko obcasami, a bułgarski reżyser wrzeszczy "Cięcie! Chwala liepa, towarzysze!" i wygania wszystkich z planu.

Czarne, białe, czarne, białe, białe, czarne, białe, białe...

Varia
Na liście płac Antonina Gordon-Górecka wymieniona została jako G. Górecka. G jak Gordon? Czyżby imię "Antonina" przybrała dla odróżnienia od innych Gordonów - Gordona Benneta i Gordona Bleu?


============
W owe dni
1951
Czas: 11 minut
Reżyseria:
Jakim Jakimow
Scenariusz: Stanisław Lenartowicz, Jakim Jakimow
Obsada: Helena Skrzydłowska, Antonina Gordon-Górecka, Emil Karewicz, Kazimierz Dembicki

2013-01-29

Skrzydlate świnie [2010]

"Są trzy kategorie kibiców: pikniki, ultrasi i hoolsi" - czyta Paweł Małaszyński w pierwszej scenie. O których jest film? Miał być o wszystkich, wyszedł o żadnych.

Pierwsza połowa filmu daje się oglądać bez obrzydzeń. Historyjka o kibicach drugoligowych Czarnych Cośtam, choć naiwna i ewidentnie przeznaczona dla "pikników" i "Januszy" (albo wręcz dla tych, którzy w życiu na stadionie nie byli), jakoś się ciągnie, akcja się toczy, bohaterów przyswajamy... Jak na polski film - nie jest źle. Co prawda dwa rzędy przed nami gromada kibiców płacze ze śmiechu, a dwa rzędy za nami druga gromada kibiców pyta z osłupieniem "Co to jest, do kanędzy?", ale my jesteśmy wyluzowani jak świąteczna kaczka, bo nie przyszliśmy na film dokumentalny, tylko na polską fabułkę, którą na plakacie trzeba było reklamować gołymi pośladkami Pawła Małaszyńskiego. To niby czego można było oczekiwać? "Football Factory"?

Grodzisk Street Hooligans

Ogląda się toto na tyle miło, że nawet babole nie przeszkadzają zbytnio. Ot, kobieta klubowego "młynowego" ma pretensje, że był "nie wiadomo gdzie", choć przecież każda partnerka każdego polskiego kibica (a co dopiero funkcyjnego) doskonale wie, kiedy chłop ma mecz (głównie dlatego, że chłop dziesięć dni wcześniej musi zacząć rytuał błagalny, żeby mu wolno było pójść). Matka 12-godzinnego noworodka pozwala partnerowi na zabawę rączkami malucha tatusiowi, który przez dwie godziny ganiał się z policją po murach/płotach i mimo napomnień (partnerki, nie policji) nie umył rąk, teściowa (świetna Anna Romantowska) nie zwraca uwagi na palenie papierosów nad łóżeczkiem noworodka, będącego jej wnukiem (no, weźcie - to już lądowanie Marsjan w krakuskach z pawim piórkiem byłoby bardziej wiarygodne...) O, takie zwykłe niechlujstwa, których w każdym polskim filmie mamy na kilogramy. Ale jak mówiłem - początkowo nie rzutują.

Główny bohater otrzymuje propozycję przejścia do "młyna" sąsiada zza miedzy. Ichniemu prezesowi marzy się bowiem przyzakładowy klub-reklamówka. Stadion jest, boisko jest, drużyna jest, tylko dopingu nie ma i tym właśnie musi zająć się nasz bohater za 3500 netto. I zajmuje się, stając tym samym wbrew, w poprzek i przeciw swojemu dotychczasowemu środowisku, które uznaje go za zdrajcę. 

Wia! Wia! Wiarygo! Wiarygodność, ole!

Niestety w tym momencie akcja siada i całkiem przyzwoity film pada ofiarą zabiegów twórców. Mecz kręcony jest w przeraźliwym bluboksie, fragmenty boiskowe ograniczają się do pokazywania nóg "piłkarzy" (jakież to nowatorskie), ale nawet wtedy widać, że sięgnięto po V ligę (zarówno w przypadku piłkarzy, jak kamerzystów), połowa rozwiązań fabularnych podawana jest widzowi w sosie z groteski na zasadzie: "Możesz się czepiać, że to kicha i może nawet będziesz miał rację, bo rzeczywiście nam się nie chciało, ale wtedy strasznie się sfrustujesz, że zapłaciłeś za bilet. Masz tu więc Jana Tomaszewskiego, masz tu Marka Jóźwiaka, ciesz się, że jesteś kumaty, bo ich rozpoznałeś i nie marudź". Cezary Pazura mówi po szwedzku i chwali się megawsiowym logo firmy, będącej podobno gigantem międzynarodowym (dlaczego w polskim kinie biznesmen musi być głąbem, a wszelkie jego działania głupie jak kilo gwoździ?), Rafał Patyra z TVP, który w prezenterskiej pracy każdą głoskę okrasza trzema jakże-aktorskimi minami, tu z tremy ma twarz jak granit, stopy Olgi Bołądź spotykają  plecy Małaszyńskiego, a potem na ekran wjeżdżają cycki, bo przecież polski film bez gołych cycków jest nieważny. Dobra scena, zła scena, dobra scena, zła scena, film się rozłazi i zaczyna wkurzać.

Finał jest zaskakujący. Widz przyzwyczajony do polskiej twórczości filmowej, oczekuje dramatycznej śmierci w obronie imponderabiliów albo chociaż trwałego kalectwa, rozkładu pożycia, rozpadu rodziny i ze trzech patologii, a tymczasem dostaje landrynkową sielankę rodem z filmów hinduskich (minus taniec). Wszystko kończy się dobrze, wszyscy się kochają, pościg za ukochaną kończy się lukrem, ptactwo kląska i nawet pan Edzio (Andrzej Grabowski) przestaje bluzgać. 

Pan Edzio w stanie spoczynku

To mógł być dobry rozrywkowy film. Może nie 7/10, ale wakacyjne 5-6 spokojnie. Niestety, wyszło jak zwykle przeciętne 4/10. Aktorzy robili, co mogli, nawet Pawła Małaszyńskiego kupowało się bez większych oporów, Olga Bołądź i Piotr Rogucki "zdanżali", Anna Romantowska, Witold Dębicki i Agata Kulesza dawali przykład młodzieży, a Eryk Lubos jak zwykle był wiarygodny. Niestety, aktorzy pewnych rzeczy nie przeskoczą - scenariusz jest scenariusz, reżyser wie swoje i uważa, że sztampy są od tego, żeby nimi widza po głowie okładać.

Zdjęcia w normie, montaż przeciętny, dźwięk tradycyjnie zły i momentami nie słychać, co mówią aktorzy. Muzyka fatalna: Cztery utwory zespołu Coma (liderem jest występujący w filmie Piotr Rogucki) to o trzy za dużo, a w kluczowych momentach filmu pojawiał się klasyczny pseudo-dramatyczny "BDRIĄĄĄĄĄG" i inne nastrojowo-plastikowe smęty. Zerk w listę płac - no tak, oczywiście, Łukasz Targosz, dziękuję uprzejmie.

Opinię na temat filmu wyrazili prawdziwi kibice, zatrudnieni w scenach zbiorowych.

Na upartego można. Dla osób znających klimaty stadionowe może to być całkiem znośna komedia z gatunku "Jak sobie mały Kazio wyobraża", osób nieznających takich klimatów film na szczęście nie odstraszy od wizyty na meczu, a jeśli jeszcze pod ręką będzie jakiś sześciopak... to lepiej połowę wypić przed seansem - ułatwi oglądanie, a co słabsze sceny będziemy mogli opuścić, biegając w ich czasie do.

Varia
1. Od pewnego czasu finansowy udział PISF-u anonsowany jest w czołówce i napisach końcowych w formie "Państwowy Instytut Sztuki Filmowej - Dyrektor: Imię Nazwisko". Żenuła. Spora.
2. Z cyklu "Romantyczność" - miłość kibica:



============
Skrzydlate świnie
[2010]
Reżyseria:
Anna Kazejak
Scenariusz: Doman Nowakowski, Anna Kazejak
Obsada: Paweł Małaszyński, Piotr Rogucki, Olga Bołądź, Witold Dębicki, Anna Romantowska, Karolina Gorczyca, Agata Kulesza, Cezary Pazura, Eryk Lubos i inni.
Dotacja PISF: 2 000 000 (produkcja), 30 000 (uroczysta premiera i promocja - twórcy wnioskowali o niemal 400 000)

2013-01-28

Kardiogram [1971]

Kino niekoniecznie moralnego spokoju czyli zmęczenie "naszą małą stabilizacją". Małe, szare, przeraźliwie nudne miasteczko i młody zdolny lekarz pracujący tamże. Amerykanie zrobiliby z tego mroczną opowieść o odnajdywanych na bagnach częściach ciała, Czesi nakręciliby sympatyczną komedyjkę o konflikcie doktora z miejscowym szewcem i zalotach do właścicielki motocykla, a współczesne kino zaangażowane zaserwowałoby nam dramat młodego nowoczesnego lekarza, własną piersią zasłaniającego matkę, podejrzewaną o zabicie dziecka, przed klerykalnymi hordami z kamieniami w rękach. My jednak jesteśmy tu (czyli w Szczebrzeszynie) i teraz (czyli na przełomie Gomułki i Gierka), więc kręcimy historię o beznadziejnej codzienności, beznadziejnej miłości, beznadziejnej architekturze i dramatach na miarę miasteczka powiatowego. 

Zagrażający mieszkańcy małych miasteczek

Moralność socjalistyczna nie dopuszcza rozkawałkowywania współobywateli, więc młody lekarz z nudów bzyka żonę dyrektora miejscowej szkoły. Czasem przejawi śladowy judymizm, ale szybko mu przechodzi, bo przecież nie będzie się kopał z koniem centralnego planowania. Podobno kupił sobie motocykl, ale go nie używa (zdrowy tryb życia? droga benzyna?) O pacjentów troszczy się w godzinach urzędowania, ale i wtedy najchętniej by ich pogonił w diabły, bo ma ambicje i prawie drugi stopień specjalizacji, a tu ciągle tylko pryszcz, wrzód, tumiędusi, tumięstrzyka i tak przez osiem godzin dziennie plus nocy dyżur, tłumacz, człowieku, sprawy oczywiste pacjentom, którzy słuchać nie chcą, leczyć się nie chcą, za złe mają i wszystko chcą załatwiać starym ludowym sposobem "Pan wie, panie doktorze, ja mam 500 złotych, więc może by się jakoś dało..." Wokół tego wszystkiego - typowe realia małego miasteczka: układy, układziki, niech żyje święty spokój, precz z trudnościami obiektywnymi. No, nuda i wspomniana beznadzieja. Oraz autobus codziennie odjeżdżający w stronę wielkiego miasta i codziennie odprowadzany niezdecydowanym spojrzeniem doktora Rawicza.

Do Moskwy, ach, do Moskwy... albo chociaż do Zamościa


Borowski gra człowieka, który niby jako główny bohater powinien wzbudzać sympatię, ale którego tak do końca polubić się nie da. Klasyczny Judym byłby idealistyczny, bujający w obłokach, nieco rozbrajający naiwnością, a tu mamy oschłego Judyma epoki środkowej cybernetyki, zniecierpliwionego oporem i uporem,  uznającego, że skoro racjonalne jest A, to robi się A, jak komuś może przyjść do głowy nieracjonalne B i w ogóle o co chodzi.

Anna Seniuk błyska biustem, Bogusz Bilewski pokazuje milicjanta z duszą i niedopasowanym mundurem, Eliasz Kuziemski jest niezłym proboszczem, a Bolesław Płotnicki swoją drugoplanową rolą przykrywa połowę aktorów. Swój moment ma Józef Nowak jako sekretarz PZPR (to jego bezradne: "Jak byłem sekretarzem na zakładach metalowych to tam wszystko było proste"...), a Halina Kowalska już przy pierwszym pojawieniu się na ekranie zapowiada dramat. Szkoda tylko, że reżyser kazał aktorce tak strasznie się szastać w cierpieniu - o wiele większe wrażenie robiła, kiedy grała skamieniałe zapadnięcie w siebie, ale dobra, nie czepiam się, bo rozważania jak zagrać matkę tracącą dziecko i oskarżoną o jego zabicie są chyba deczko niekonweniujące.

Duży plus za prowadzenie głównego wątku i zakończenie – dziś pewnie walnięto by kawę na ławę, podkreślono farbą fluorescencyjną i na wszelki wypadek powtórzono głośno i dwukrotnie, a w "Kardiogramie" widz zostaje z solidną, ale dyskretnie podaną zagwozdką i własnymi interpretacjami. 


Miejscowe elity z troską pochylają się nad lokalnymi problemami


Scenografia PRL-owska, muzyka także. W pierwszym przypadku to stwierdzenie faktu i samograj, w drugim komplement, bo muzyka Aliny Piechowskiej pasuje, uzupełnia, a w dodatku wpada w ucho i przyczepia się na parę dni.

Varia
1. W jednej ze scen Tadeusz Borowski czyta książkę pt. "Zaraza". Zerk w Google... No, jasne: "Zaraza" Jerzego Ambroziewicza, opowiadająca o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu (1963). Tak się składa, że rok po premierze "Kardiogramu" do kin wejdzie kolejny film Romana Załuskiego, zatytułowany "Zaraza" i poświęcony właśnie wydarzeniom wrocławskim, a głównym bohaterem będzie... doktor Adam Rawicz, grany przez Tadeusza Borowskiego.
14 lat później Roman Załuski nakręci  "Och, Karol"... Też z Tadeuszem Borowskim, ale w roli trzecioplanowej, nienoszącej nazwiska Adam Rawicz ;-)

2. Scena spotkania doktora Rawicza z kolegą ze studiów. 
- Gdzie pracujesz? - pyta doktor.
- Skrobię - odpowiada kolega.
- "Aha, znaczy literat" - pomyślałem.
- Ten samochód też wyskrobałeś?
- Nie, prezent od teścia. Badylarz. Chciał mieć za zięcia lekarza, to ma.
 Facepalm.


============
1971
Reżyseria: Roman Załuski 
Scenariusz: Ireneusz Iredyński (na motywach powieści Aleksandra Minkowskiego "Nigdy na świecie")
Obsada: Tadeusz Borowski, Anna Seniuk, Halina Kowalska, Józef Nowak, Bogusz Bilewski, Bolesław Płotnicki, Eliasz Kuziemski i inni

2013-01-27

Róża [2011]

Myśl przed seansem: "Film Smarzowskiego - nie będzie miło". No i nie było miło.

Czas powojenny, AK-owiec Tadeusz drepcze do Prus, by oddać Róży pamiątki po mężu, którego śmierci był świadkiem. Trafia w miejsce, w które weszła wojna - weszła, została, zniszczyła co się dało, "czas pogardy" w pełnym paletażu. Tu Polacy, tam Rosjanie, ówdzie Niemcy, a pomiędzy nimi Mazurzy, o których jeden z bohaterów filmu mówi: "Nigdy nie czuli się Polakami. Jeszcze osiemdziesiąt lat temu nie czuli się też Niemcami, ale my, Niemcy, zniszczyliśmy ich tożsamość, ich odrębność etniczną... A teraz Polacy dokończą dzieła".
Kto jest kim?  Cholera wie, zależy od kontekstu, chwili, wymagań stawianych przez konieczność dziejową, whatever. Mazur dla Polaka jest Niemcem, Polak dla Mazura - Rosjaninem, Niemiec może okazać się Mazurem, Mazur Polakiem, a kiedy wypije się wystarczająco dużo, to nawet przesiedleniec spod Wilna może być wzięty za Niemca. Jedni biją drugich, drudzy okradają pierwszych, trzeci gwałcą, inni mordują, kolejni starają się przetrwać... Tylko główny bohater w każdym widzi człowieka: w jednym dobrego, w drugim złego, ale przede wszystkim człowieka. Za co, oczywiście, dostaje od losu i od "człowieków" po grzbiecie.

Branie po grzbiecie - wersja z siekierką

W "Weselu" czy "Domu złym" widz cieszył się, gdy z ekranu choć na chwilę znikał "dół" i siedząca w tym dole depresja, a w "Róży" zdarzają się momenty, w których uśmiechamy się, widząc, jak pięknie układa się głównym bohaterom wspólne życie. Ale Smarzowski to Smarzowski... Układa się? No to zaraz przestanie, a w dodatku im bardziej się układa, tym bardziej przestanie. Niestety, w pewnym momencie zamienia się to w niestrawną groteskę: Uśmiech - pobicie, dwa uśmiechy - gwałt, przyjaźń - drugi gwałt, sielanka - poronienie...  I tak to leci przez cały film, a w charakterze wisienki na torcie dostajemy scenę gwałtu zbiorowego w wykonaniu zespołu pieśni i tańca Armii Czerwonej i agresywnego raka mózgu. Dobra, to wszystko się działo i zdarzało, ale zrzucanie wszystkich plag egipsko-wojennych na jedną Różę Kwiatkowską to chyba lekka nadgorliwość scenarzysty.

 Kwestie narodowościowe i tłumaczenie ich zawisłości nie bardzo twórcom wyszły. Jeśli ktoś oglądał film z bagażem wiedzy ponadszkolnej, łapie o co chodzi (czy raczej, o co ewentualnie może chodzić), jeśli nie - sądząc po reakcjach na filmowych forach - wychodzi z seansu z mętlikiem, w którym "Mazurzy byli i są OCZYWIŚCIE Polakami (ale za to Kaszubów trzeba by zlustrować)" albo "Jacy to Polacy, skoro głosowali na Hitlera, a ci z Wilna to też ziółka" i nagle okazuje się, że najbardziej przekonującą "politycznie" postacią staje się ubek grany przez Szymona Bobrowskiego, głoszący  konieczność powstania Polski jednolitej narodowo, bez jakichkolwiek podejrzanych mniejszości i piątych kolumn. Mam nadzieję, że nie o to chodziło scenarzyście. Z drugiej strony, Michał Szczerbic pisał przecież scenariusz do "Wiedźmina" - kto wie, o co mu mogło tak naprawdę chodzić (wtedy i obecnie).

- Wiecie, towarzysze... kolega trochę się pogubił w zawiłościach etnicznych, ale zaraz mu przejdzie.

Aktorsko świetnie - Dorocińskiemu i Kuleszy wierzy się w każdym momencie filmu, co jest o tyle ważne, że rola Dorocińskiego napisana jest jak "żywot świętego", a tacy zazwyczaj irytują i w połowie filmu, po entym nadętym tekście przestajemy ich lubić. Drugi plan trzyma poziom, trzeci także, a wszelkie "ale" zapisujemy nie na konto aktorów, tylko autora scenariusza; aktorzy grali to, co mieli grać. Wyjątkiem aktorskim jest Malwina Buss, grająca córkę Róży. Niby wiele do grania nie miała, ale i tak raziła niedopasowaniem.
Świetne zdjęcia, rewelacyjny montaż. W sieci można spotkać wiele głosów narzekających na "cięcia" w kluczowych, najbardziej napakowanych emocjami scenach, ale moim zdaniem...
- Skromnym?
...oczywiście, że skromnym... cięcia tylko dodają nerwu scenom, a czasem wręcz je budują (długa scena przesłuchania Tadeusza na UB). Z drugiej strony świetnie skręcona jest statyczna scena rozmowy ubeka z Tadeuszem, w zaśnieżonym polu, na którym kruki i wrony tylko czekają, żeby rozdziobać wroga klasowego. Pastor też czeka, bo łowi ryby.
Finał okropny i nakręcony chyba tylko po to, by publiczność wychodząca z kina w ciężkiej depresji, nie wieszała się na okolicznych latarniach i nie rzucała się pod tramwaje.

Coś optymistycznego na koniec.

Warto? Warto. Jednak.

Varia:
1. Pierwsza scena: powstanie warszawskie, Niemcy gwałcą i zabijają żonę głównego bohatera, a on ciężko ranny czołga się i wtula w jej zwłoki. Na forach i w recenzjach oklaski, "O, jakie to brutalne, prawdziwe, serceszarpiące". Kurczę, naprawdę nikt już nie pamięta finału "Kolumbów"?
2. Niestety, w ostatecznej wersji wycięto dwie sceny: wyjaśnienie, jakim cudem Tadeusz mógł być przy śmierci niemieckiego żołnierza i wysłuchać jego prośby o oddanie żonie pamiątek oraz scenę tłumaczącą zachowanie Wasyla i stosunek kobiet mazurskich do Róży. Szkoda, bo obie sceny były istotne dla filmu, a ile by zajęły? Minutę? Dwie?
3. Znając powierzchnię i liczbę ludności powojennej Polski oblicz prawdopodobieństwo spotkania aż dwóch znajomych osób na kompletnym mazurskim zadupiu.
4. Krasnoarmiejcy używający pepeszy jak amerykańscy gangsterzy "tommygunów". Dobre. Mocne. Postmodernistyczne,


============
Róża
2011
Reżyseria:
Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Michał Szczerbic
Obsada: Marcin Dorociński, Agata Kulesza, Edward Linde-Lubaszenko, Marian Dziędziel, Szymon Bobrowski, Lech Dyblik, Jacek Braciak, Kinga Preis, Malwina Buss
Dotacja PISF: 3 400 000 (produkcja) plus ciężko policzalne (bo rozrzucone po różnych transzach) kwoty na promocję

2013-01-26

Mniejsze zło [2009]

W jednej ze scen bohater pali w ognisku stos papierów. Bujający się opodal w łódce Bene Rychter wznosi w górę flaszkę czystej i rechocze z sympatią: "Poezja, kurwa, nie?"
Otóż nie - proza, niestety.  


W skrócie (dużym): młody, uznany za zdolnego, zaczyna robić karierę w późno PRL-owskiej poezji. Strasznie mu się to podoba, więc chce robić tę karierę nadal i wszystkie chwyty dozwolone, z plagiatem i kradzieżą włącznie. Ponieważ to polska literatura - kariera rozwija się i rozkwita nad podziw. W końcu bohater przeżywa oświecenie, odrodzenie i barok równocześnie, poświęca się dla Ojczyzny, daje się zamknąć do więzienia, skąd wychodzi uśmiechnięty, odmieniony, z grubym odkupieniem pod pachą. Morał. Kurtyna.

"Kamil to niebanalna postać, złożona osobowość" - przeczytałem w wywiadzie, którego udzielił reżyser. I ręce mi opadły. Gdyby Janusz Morgenstern powiedział: "Kamil to emocjonalny miś-patyś, unoszący się na powierzchni życia i z obrażoną miną płynący tam, gdzie go nurt historii poniesie" to mógłbym uznać, że film mu wyszedł niezły, a obsadzenie w roli głównej Lesława Żurka to strzał w dychę. Ale reżyser powiedział "niebanalna postać i złożona osobowość", więc muszę uznać, że film po prostu mu się nie udał i to nie udał tak bardzo, że nie mam nawet ochoty sięgać po książkę Janusza Andermana, na motywach której powstał scenariusz. 
Może gdyby zagrał inny aktor... Niestety, główną rolę zagrał Lesław Żurek. W "Małej Moskwie" nawet dało się go oglądać (kiedy się gra amanta, nie trzeba grać dobrze, wystarczy wyglądać), w "It's a free world" cieszył oko i pompował narodową dumę ("...działeeeś? Polak gra u Kena Loacha!"), a u Janusza Morgensterna wychodzi przed kamerę, staje i tyle. Wszystkie sceny gra jedną drewnianą miną, jednym drewnianym tonem, jednym drewnianym spojrzeniem. Sukces literacki? Kłótnia z ojcem? Radość z podpisania porozumień sierpniowych? Rozpacz po stracie matki? Mina numer jeden - The Larch... The Larch.... Odejście od modrzewiowego wyrazu twarzy następuje tylko wtedy, gdy grany przez Olafa Lubaszenkę ubek kopie głównego bohatera w odwrotną stronę medalu. Widocznie Olaf Lubaszenko za bardzo wczuł się w rolę i Lesława Żurka naprawdę zabolało.

Człowiek o stu emocjach

"Mniejsze zło" ożywa tylko na drugim planie i tylko czasem: Janusz Gajos po raz kolejny błyszczy, Anna Romantowska tyleż irytuje, co budzi współczucie, w epizodzie i w zabawnej fryzurze pokazuje się Edyta Olszówka, Krzysztof Kowalewski bawi w rólce doktora - i to właściwie wszystko. No, wyróżnia się też Wojciech Pszoniak, ale on ma łatwiej, bo gra wariata. Reszta dopasowała się do głównego bohatera: była drewniana, sztuczna i miało  się ochotę rzucić w nią kapciem.

Nuda, schematy, niewiarygodność postaci, drętwe dialogi drętwo recytowane, niepotrzebnie rozebrane Tamara Arciuch i Julia Kamińska, Magdalena Cielecka nadrabiająca nierozebranie fryzurą przeraźliwą, patetyczno-patheticzne zakończenie i wyskakujące co chwilę wpadki w scenografii, świadczące o tym, że ekipie po prostu się nie chciało i "odwalała partaninę, oglądając się na walec".

Jedno w filmie wyszło całkiem nieźle: przypadkowość karier w... Tu przerwał, lecz róg trzymał. Wszystkim się zdawało, że chciał napisać "...w PRL", podczas gdy przecież takich płaskich i drewnianych jak deska bez sęka twórców, polityków i kogo tam jeszcze spotkać można było i wcześniej, i później, spotyka się ich dziś i będzie się spotykać wiecznie. Twórcom filmu należałoby więc pogratulować ponadczasowego "mesydżu", jest tylko jeden mały problem - za chińskiego boga nie wiem, czy pokazali to, bo chcieli, czy może jednak wyszło im to przypadkiem, by nie powiedzieć - wbrew intencjom. Gdy brać pod uwagę to, co twórcy opowiadali w wywiadach i to, co z tych wypowiedzi zostało na ekranie - bardziej prawdopodobna jest chyba ta druga interpretacja.

W porównaniu z takim np. "Ciachem" może rzeczywiście "Mniejsze zło" jest mniejszym złem, ale primo: "drożdże też są", a secundo - za kwoty, które PISF przeznaczył na "Mniejsze zło", dałoby się nakręcić ze dwa filmy, mogące być "większym dobrem"


============
2009
Reżyseria: Janusz Morgenstern
Scenariusz (na podstawie powieści Janusza Andremana): Janusz Anderman, Janusz Morgenstern
Obsada: Lesław Żurek, Janusz Gajos, Anna Romantowska, Tamara Arciuch, Wojciech Pszoniak, Magdalena Cielecka, Borys Szyc i inni.
Dotacja PISF:  3 000 000 (na realizację), 100 000 (na kampanię promocyjną - twórcy wnioskowali o... uwaga... 600 000!), 80 000 (wykonanie kopii)

2013-01-23

Mała sprawa [1975]

Partyjny dygnitarz ma zamiar odwiedzić fabrykę. Ponieważ wizyta jest - jak to zwykle w PRL bywało - wybitnie niezapowiedziana, "na zakładzie" wszyscy dwoją się i troją, żeby wszystko odbyło jak należy. Się mury pną do góry, dłonie chętne są, a polecenia służbowe sypią się jak z rękawa: robotników przebrać w nowe i czyste stroje, prysznice naprawić, do powitania dostojnego gościa na ochotnika zostaje skierowany towarzysz... o, może towarzysz, towarzyszu... Pasy i trawę pomalować, pierwszy szereg baczność, drugi śpiewa, trzeci tańczy. 
Oczywiście, wizyta "drogiego szanownego gościa" jest okazją do załatwienia paru spraw: kontrahentów można by zdyscyplinować, przydziały surowców załatwić, uzyskać zapewnienie i obietnicę dołożenia wszelkich starań... Tylko kto się odważy zwrócić z tym do dygnitarza? Może wy, towarzyszu? Ja, dlaczego ja? Ja nic nie wiem, ja tu tylko pracuję! A może wy? A co ja się będę wychylał, lepiej żeby towarzysz przewodniczący... i tak w koło Macieju. Przepraszam: w koło towarzyszu Macieju.
Znajduje się jeden odważny. Niestety, odważny jest znany z tego, że jest pyskaty i od razu wiadomo - jeśli zacznie mówić, może powiedzieć za dużo. Zdrowy aktyw apeluje więc do rozwagi odważnego, do jego myślenia dialektycznego i do humanistycznych wartości, a ponieważ apele nie odnoszą skutku - aktyw zamyka delikwenta w składziku. Tylko że on, cholera, kontra biała, wylazł z tego składu i sunie w stronę towarzysza gościa... sunie i zaraz mu coś powie... O, już mówi. I zaczyna się chryja, a film w tym momencie się kończy.  


Mała rzecz, a cieszy. Znaczy, widza cieszy, bo dobrze pomyślana, sprawnie skręcona, a mniej znani aktorzy plamy nie dali, zagrali z wyczuciem i spokojnie można fragmenty filmu wykorzystywać jako materiał prawie-dokumentalny (i to dotyczący nie tylko "wówczas" - do tematu "dziś" też by się parę scen nadało). Władzę film cieszył mniej i pewnie dlatego aż na pięć lat zapuszkowała go na półkach. No i czas - film trwa zaledwie czterdzieści dwie minuty. Kurczę, kiedyś potrafiono nakręcić krótko, a jednak treściwie...  


============
1975 (premiera: wrzesień 1980)
Reżyseria: Janusz Kondratiuk
Scenariusz: Jerzy Grzymkowski
Obsada: Stanisław Michalik, Andrzej Szaciłło, Czesław Przybyła, Wojciech Alaborski, Zbigniew Buczkowski, Anna Jaraczówna, Jerzy Łapiński, Włodzimierz Saar, Jan Stawarz i inni. 

2013-01-22

Spotkanie ze szpiegiem [1964]

Zaczyna się od tego, że reżyser pokazuje nam morze. Długo.
- Rany boskie, jeszcze jeden film o facecie w łódce?
Nic z tych rzeczy. Choć łódka rzeczywiście jest. Podwodna.

Ubogi głuchoniemy pastuszek w wieku przedemerytalnym szedł sobie przez las. Nagle zobaczył na niebie balon, do którego przyczepiony był człowiek - balon ów leciał, leciał, leciał, a potem nagle wypuścił z siebie powietrze i wylądował. Pastuszek podążył śladem balonu, przedzierał się mozolnie przez krzaki, a gdy wreszcie dotarł na miejsce lądowania i rozsunął gałęzie, zobaczył zakopującego balon... Lenina.
Po krótkiej wymianie gestów i papierosów, Lenin ogłuszył pastuszka ciosem karate i wykończył trującym długopisem.
- Jakże to? - ostatnia myśl migotała pastuszkowi pod czapką - Lenin? Zabił?
Ech, biedny pastuszku, gdybyś oglądał film "Cień" wiedziałbyś, że Ignacy Machowski grywał nie tylko Lenina, ale także ohydnych imperialistycznych szpiegów.

Szpieg w masce. Znaczy, w krzakach.

Szpieg szpieguje, posługując się adapterem Bambino, małym aparatem, przekupstwem, szantażem, zbrodnią i taśmą klejącą. Kolaboruje z nim Beata Tyszkiewicz w kostiumiku i Jerzy Walczak z podkrążonymi oczami, a tropem szpiega rusza major Łuba, którego prawą ręką jest kapitan Kres, a lewą ręką (albo nawet dwiema lewymi rękami) - porucznik Baczny.

Prawa ręka dedukuje nawet po godzinach.

Funkcjonariusze organów są sprytni, uważni, dociekliwi i palą papierosy. Szpieg też jest sprytny, uważny, dociekliwy i też pali papierosy. Pojedynek byłby może emocjonujący, gdyby film był o 40 minut krótszy, ale ponieważ nie jest krótszy, a coś z czasem trzeba zrobić, widz może pooglądać sobie Warszawę wczesnych lat 60., mury pnące się do góry, kawiarnię "Kaprys" i autobus "ogórek" o rejestracji "EC 2011". Oraz berety z antenką.
Berety z antenką noszą w tym filmie prawie wszyscy. W berecie z antenką paradują funkcjonariusze służb specjalnych, beret z antenką ma kierowca-kolaborant, beret z antenką króluje na warszawskich ulicach, a nawet na kapitalistycznej łodzi podwodnej, z której wypuszczono balon ze szpiegiem. To się nazywa krzyk mody... Szpieg, oczywiście, zwraca uwagę na tę prawidłowość i gdy w końcówce usiłuje umknąć karzącemu ramieniu sprawiedliwości, zmienia szpiegowski kaszkiet właśnie na beret z antenką. Tylko Beata Tyszkiewicz występuje w chustce, ale Beata Tyszkiewicz w berecie z antenką?... Fi donc!

Bezpieczniackie berety mają przewagę liczebną

Jak na rok 1964 w PRL poziom sensacyjności jest przyzwoity, mimowolna wartość dokumentalna również nie do pogardzenia (krajobrazy warszawskie, scenki w barze z "Daniami gorącymi", targ w scenie pościgu), dialogi próbują być zabawne i czasem im to wychodzi, ale zazwyczaj nie w tych miejscach, w których zakładał to scenarzysta.
Scena pościgu. Warszawa garbus, pęd powietrza, umykający szpieg i dzielni bezpieczniacy na galopującym tropie:
- "Dwójka" do "jedynki", "dwójka" do "jedynki", co u was? Bo u mnie na razie nic. Odbiór.
- "Jedynka" do "dwójki", "jedynka" do "dwójki". U mnie też nic. Odbiór.
Na szczęście potem zaczęło się dziać - "trójka" złapała gumę.

Major Łuba rozczula socjalistyczną troską ("Słuchajcie, towarzyszu, co możecie mi o nim powiedzieć? Jako kierowca dobry? A jako człowiek?.. Aha, za granicą bywał, oczywiście"), porucznik Baczny wcale nie jest baczny i nie tylko przegapia poszlaki, ale jeszcze daje się zabić. Czyli przychodzi na niego kres. Kres nie przychodzi natomiast na kapitana Kresa, który jest baczny i chwyta szpiega na gorącym plecaku z balonem.


Kloss gra Klossa i jest nieco drewniany, Henryk Bąk wzbudza zaufanie, Zbigniew Zapasiewicz w roli łapacza szpiegów trochę bawi, ale sprawdza się całkiem nieźle, Ignacy Machowski jest odpowiednio wredny, Beata Tyszkiewicz jest efektowna, więc nie musi dobrze grać, ale i tak gra lepiej od Stanisława Niwińskiego, a Jerzy Walczak "oddaje rozterki człowieka dramatycznie uwikłanego".

PS 1
Major Łuba - Słuchajcie, polecicie do Koszalina.
Porucznik Baczny - Samolotem?
Coś mi się zdaje, że gdyby szpieg nie zabił porucznika Bacznego, wcześniej czy później zrobiłby to sam major Łuba.

PS 2
W jednej ze scen, szpieg kryje się na klatce schodowej, na ścianie której ktoś wyrył napis "Zorro". Wot, siła popkultury...

============
Spotkanie ze szpiegiem
1964
Reżyseria:
Jan Batory
Scenariusz: Jan Litan (Anatol Leszczyński)
Obsada: Ignacy Machowski, Beata Tyszkiewicz, Henryk Bąk, Stanisław Mikulski, Zbigniew Zapasiewicz, Stanisław Niwiński, Jerzy Walczak

2013-01-21

Zgorszenie publiczne [2009]


- A to, co to jest?
- To? To je taki... taki Fytel.
- A po co on jest?

Zaczyna się sympatycznie. Nikt niczego nie wyjaśnia łopatą - domyśl się, widzu, sam. Tukej som familoki, to jest ciocia Luca, to jest Romanek, to Halinka, figlująca ze "zgorszyńcem", to mąż Halinki, a to "zgorszyniec" - o, ten śmigający przez okno w kompletnym dezabilu i ganiający po Fytlu z ciulikiem na widoku. Jest miło, ciepło i wszyscy godają. Przy czym jednym wychodzi godanie lepiej, drugim gorzej, a innym nie wychodzi wcale.

"Rezerwat" widzieliście? No to tu zamiast Pragi mamy Bytom (oficjalnie, bo nieoficjalnie pół filmu dzieje się na terenie Huty Kościuszko czyli raczej w Chorzowie), ale nostalgia  i sympatia do miejsca ta sama, miękkie, ciepłe zdjęcia, bohaterowie, których lubi się od pierwszego wejrzenia. Niestety, po pierwszych pięciu minutach akcja siada i widz zaczyna się nudzić. Ale kiedy widz znudził się już na tyle, by sięgnąć po pilota i zmienić repertuar, pojawia się naprawdę niezła scena, widz więc chichocze, odkłada pilota... i znowu zaczyna się nudzić. I kolejna dobra scena, kolejny kwadrans nudy dezorientacji i tak dookoła Ewald.

Od lewej: ciocia Luca, "Anna Karenina" (wyd. PIW, oprawa miękka), Motylek

Film trwa prawie półtorej godziny, ale z powodzeniem można by go zamknąć 50 minutach (góra!) - oszczędzono by nam dłużyzn, zawieszeń, paru płaskich żartów, za to "gorole" mogliby obejrzeć uśmiechnięty, rozmarzony  film o Górnym Śląsku, o Romanku podrywającym wielokilowego Motylka, o Marianie Dziędzielu, rwącym Dorotę Pomykałę przy dźwiękach "Daddy Cool", w tle przemykałby jakiś chwiejny złomiarz, jakaś typiczna uma, jakiś onkel, jakieś bajtle z balą... Niestety scenarzysta i reżyser nie potrafią się zdecydować, czy to ma być "śląski realizm magiczny", czy może groteska, szkice piórkiem, czy grube krechy mazakiem, a ponieważ dotacji z PISF i innych instytucji dostali tyle, że łobosiu, nawet nie próbują się decydować. Pełen komfort twórcy AD 2009, czyli mamy  betonowo pewne 100% kosztów, luzik, pięnasty dubel, pliz, podwójny koniaczek i od czasu do czasu dajcie tu jakiś stereotyp. O, ten pan z flaszką może być albo wychudzone dzieci na tle ceglanej ściany w charakterze społecznych kosztów transformacji ustrojowej. Albo dowcip znany z paru innych filmów, ale jeśli w tamtych się sprawdził, to może i w naszym wypali? Bierzemy więc dwie dziarskie staruszki, dokładamy wielkie ognisko z krzaków marychy...

Stereotyp numer3

Akcja się kładzie, scenariusz się rwie, reżyser momentami przysypia z dobrobytu, a aktorzy robią co mogą. Młodsza para, czyli Krzysztof Czeczot i Elżbieta Romanowska, jest sympatyczna i ładna (znaczy, on jest sympatyczny, a ona ładna), starsza para, czyli Dorota Pomykała i Marian Dziędziel, to samograj, który może siedzieć i czytać "Przegląd Sportowy", a i tak będzie wywoływał uśmiech. Co prawda, nawet u nich słychać, że ze swojego Świerklańca i Gołkowic wyjechali lata świetlne temu, ale to nie jest film dla hanysów, ino dla goroli, a co oni tam wiedzą i kto by się nimi przejmował?
Na drugim planie broni się tylko Andrzej Mastalerz, który nie walczy z akcentem tylko gra swoje siedem minut plus napisy końcowe, za to Barbara Horawianka z akcentem walczy, bo przypomniała sobie, że jest z Katowic. Niestety, przegrała na punkty w trzeciej rundzie, ale i tak miło było sobie przypomnieć dawno niewidzianą Sturmführer Annę Marię Elken. 

To nie jest zły film, naprawdę. Ale dobry też nie jest. Ot, taki przeciętny filmik do oglądania przy robieniu rolad z modrą kapustą. Zerknąć, zająć się roladami, zerknąć znowu, przygotować kapustę, zerknąć, podsmażyć... Bez szkody dla śledzenia akcji, bez szkody dla rolad i bez szkody dla kapusty. Wilk syty, owca cała, a reżyser-debiutant nie musi mieć większych kompleksów wobec wielu starszych kolegów po czterech debiutach i dwóch serialach.Co nie świadczy najlepiej...
- O debiutancie czy o starszych kolegach?
- Hmmm...

Można. Nie trzeba, nawet niekoniecznie warto, ale ewentualnie można. W upalne leniwe popołudnie, po czwartej halbie i w kompatybilnym towarzystwie wejdzie łagodnie i bez skutków ubocznych.

============
Zgorszenie publiczne
2009
Reżyseria:
Maciej Prykowski
Scenariusz: Adrian Katroshi
Obsada: Krzysztof Czeczot, Dorota Pomykała, Marian Dziędziel, Elżbieta Romanowska, Barbara Horawianka, Krystyna Jankowska, Andrzej Mastalerz
Dostacje PISF: 1 300 000 plus dofinansowanie Sejmiku Województwa Śląskiego w ramach Śląskiego Funduszu Filmowego.

2013-01-19

Operacja Dunaj [2009]

Osoby o słabych nerwach i nieletnie proszone są o opuszczenie sali, albowiem będą latać wyrazy.

"Polsko-czeska superprodukcja z gwiazdorską obsadą" - zachwalał dystrybutor. "Zasługuje na życzliwą uwagę" - namawiała "Polityka", "Duch Haszka z pewnością unosi się nad książką" - puszył się scenarzysta, zaś "Gazeta Wyborcza" recenzowała: "Film udał się jako sprawnie zrealizowana komedia". Zerk w fabułę - polski czołg gubi się na czeskiej prowincji w czasie bratniego najazdu AD 1968, kontrasty, te rzeczy... Pomysł fajny, może być wesoło. Zerk, w obsadę - jest Jiří Menzel, jest brawurowy tercet z "Pupendo": Eva Holubová, Bolek Polivka, Jaroslav Dušek, mają być klimaty z Hrabala... Dobra, oglądamy.

Po pięciu minutach robię pierwszą pauzę. Komedia, tak? To dlaczego jeszcze ani razu się nie uśmiechnąłem, za to zażenowany czuję się po kolana? Czy dlatego, że żarty typu: "Nie ma chuja we wsi, Romuś, kutasie złamany" jakoś mnie nie bawią, a manekina-kosyniera w masce przeciwgazowej (ohahaha, ojacie, normalnie) nie było widać, bo sceny kręcono w ciemnościach?
Oglądam dalej. Zamachowski spada z pierwszego piętra z okrzykiem "Ja pierdolęęęęęę!", żona prosi go, żeby "nie był wałem", na co on prosi żołnierzy: "Dobijcież mnie, kurwa wasza wydymana!"
Komedia. Hrabalowska. Duch Haszka się unosi.... 

Na ekran wjeżdża ekipa czeska. Siedzą w knajpie, piją piwo, lecą miłym stereotypem, ale przynajmniej nie bluzgają. Jiří Menzel robi za zawiadowcę stacji, co poraża finezją postmodernistycznego nawiązania.
Niestety, szybko znowu wracamy Polski.
- "No jedź! Czemu nie jedziesz, jak masz jechać" - skrzy się dowcipem Zamachowski - "No, jedź, kurwa, bo nie dojedziemy!"
- "Do kurwy nędzy, kto tu zostawił zasraną pasztetówkę?" - finezyjnie puentuje dowódca czołgu.

...ndobry. Jestem niepełnosprawnym intelektualnie polskim żołnierzem i umiem mówić 'Kurwa'
  ...
I tak jest przez cały film. Akcja snuje się jak smród po koszarach, Czesi, przy dźwiękach hudby snują jakieś neutralne opowiastki i rzucają sucharami "Życie jest ledwie chwilą - cieszmy się piwem", a Polacy uprawiają "humor" przy pomocy bluzgu, wobec którego nawet ekstraklasowe trybuny stanęłyby z bezradnym szacunkiem.
- Stary, ale to jest wojsko. Wojsko tak mówi - podsuwał Głos Wewnętrzny
- W realu być może. Ale to nie jest film dokumentalny o fali, tylko "sprawnie zrealizowana komedia, zasługująca na uwagę, w której z pewnością unosi się duch Haszka". Wyliczyć ci genialne komedie wojskowe, w których nie pada ani jedna "kurwa", ani jeden "fuck", a widownia płacze ze śmiechu?
- Nie trzeba. Też oglądałem.

Ciekawe i wiele mówiące są pojawiające się w filmie werbalizacje wzajemnych stereotypów. Czesi o Polakach: "Polacy lubią walczyć. To nerwowy naród. Ale nie wszyscy są źli, tylko ten łysy, co krzyczy. Gomułka?". Polacy o Czechach: "A bo tu pełno pierdolonych Czechów! (...) Jakaś czeska menda rzuci ogryzkiem (...) czeska pinda", itede. Oczywiście, kiedy Polacy mówią o sobie, pojawia się HONOR przez duże "H" (i wszystkie inne litery także) i aktorzy prawie kłaniają się sobie z namaszczeniem.

- "Scenariusz zaakceptował Jiří Menzel" - broni się scenarzysta a każdy recenzent prasowy kopiuje to zdanie z materiałów dystrybutora.
Jakby to tak delikatnie?... Przychodzi do czeskiego reżysera ekipa z ofertą. Oferta opiewa na duże pieniądze za film, w którym wspomniany Jiří Menzel nic właściwie nie musi robić, a ekipa już sama postara się nie tylko zagrać tak, żeby nic-nierobiący Jiří Menzel wyszedł na aktora większego niż Anthony Hopkins, ale także nakręci film, którym Czesi okażą się mądrzejsi, kulturalniejsi, zdolniejsi od Polaków o lata świetlne. W skrócie: "Panie Jiří, tu są duże pieniądze, proszę wziąć i pozwolić nam zrobić z samych siebie durnych ćwoków, plooosiem".
- Toć na strasznego wyszedłbym ciula, gdybym nie wziął - zarechotał proboszcz z "Narrenturm".

- Brawo, domyślił się pan. I przeżył pan seans.

Na "polskie gwiazdy" nie da się tym filmie patrzeć. Zamachowski wyłącznie kurwuje, Maciej Stuhr nosi wielkie okulary ("bo to wicie, Pietrzyk, śmiszne i od razu będzie widać, że inteligent"), Tomasz Kot udaje pijanego (ahahahaha, ale jaja), reszta albo bluzga albo jest bezbarwna jak kocie siki. Czescy aktorzy z niesmakiem i zdziwieniem na obliczu odwalają dniówkę, ciesząc się, że Polacy dobrze płacą i robią za żenujące tło. Zresztą - myślą - filmu i tak nikt w Czechach nie obejrzy, a nawet jeśli - zrozumie kontekst i pogratuluje interesu.
"Superprodukcja" ograniczyła się do dwóch czołgów i czterech kałachów, "gwiazdorska obsada" ograniczyła się do plakatu, "sprawnie zrealizowane komedia" ograniczyła się do hehehe-witza, że jeden z bohaterów zna Czechów od podszewki, bo bzykał krawcową. Poważnie. Reszta "żartów" jest o wiele gorsza i też nie śmieszą.

Taki pomysł zamordować, takiego samograja - to naprawdę trzeba mieć wielki talent filmowy...
Ciekawe też, kim trzeba być, żeby w lekkiej komedii, odwołującej się do Hrabala i Haszka, kazać żonie i mężowi rozmawiać tekstami:
"- Tobie się poprzesrywało ważne z gównianym!
- Ty jesteś kompletny obesraniec!"

Omijać. Omijać dużym łukiem, zrywać znajomości z tymi, którym się podobało (na pewno niedługo otrują was, zadźgają we śnie albo namówią do podżyrowania dużego kredytu i uciekną na Hawaje), przed Czechami nie przyznawać, że się oglądało i wmawiać, że to produkcja bułgarska. Albo węgierska.

============
Operacja Dunaj
2009
Reżyseria:
Jacek Głomb
Scenariusz: Jacek Kondracki, Robert Urbański
Obsada: Maciej Stuhr, Maciej Nawrocki, Przemysław Bluszcz, Bogdan Grzeszczak, Jiří Menzel, Eva Holubova, Bolek Polivka, Zbigniew Zamachowski.   
Dotacja PISF: 2 000 000, 420 000 w ramach II Dolnośląskiego konkursu Filmowego, 8208,75 złotych na "promocję na zagranicznych festiwalach",  1500 na "dalszą promocję" i kto wie, ile jeszcze.

2013-01-17

Wyspy szczęśliwe [1972]

Jest on i jest ona. Onego gra Holoubek, a oną gra Śląska. Holoubek gra Holoubkiem, więc da się go oglądać bez bólu, a Śląska gra Śląską i jej tym razem się nie da, przy czym istnieje podejrzenie, że Śląska gra Śląską celowo i właśnie po to, żeby się nie dało (czytaj: żeby widz jej nie lubił i współczuł Holoubkowi). Jest jeszcze matka (chyba matka onej). 

On już nie kocha onej, ona jeszcze kocha jego, a matka siedzi z tyłu... przepraszam... matka leży na leżance i czyta. On jest nieszczęśliwy i chce wyjechać do ciepłych krajów, a ona jest nieszczęśliwa, bo on chce wyjechać. Ona pije, bo siedzi w domu, a on nie pije, bo jeździ samochodem. Bardzo dużo jeździ - jeżdżenie zajmuje połowę filmu i ciekawe, co by na to powiedział Umberto Eco ze swoją definicją pornograficznego. On - poza jeżdżeniem - także chodzi. Najczęściej chodzi w kożuchu i idzie w kierunku samochodu, żeby pojechać.

Dlaczego on chce wyjechać? Do końca nie wiadomo, ale podejrzewam, że coś wspólnego ma z tym widok z okna. Ów widok z okna pojawia się w filmie kilkakrotnie i jest rzygliwy strasznie. Gdybym ja miał taki widok z okna, byłbym gotów wyjechać nie tylko na kontrakt do Ghany, ale nawet na rok do Włocławka.  

Tyle miejsca się marnuje - a mógłby tu być parking... w przyszłości...

Film ma swoje dobre strony. Po pierwsze - trwa tylko 45 minut, co jak na półtoragodzinny standard polskiego filmu ranyboskiepsychologicznego jest wynikiem radującym duszę oraz to, na czym się siedzi w czasie oglądania filmów. Po drugie - film zmusza do myślenia. Głównie o tym, czemu scenarzysta wprowadził postać Sikha i czego symbolem są górne jedynki uparcie demonstrowane przez Sikha? Po trzecie - film posiada morał, wyrażony przy pomocy metafory. Śląska mówi, że zepsuł się jej zegarek, Holoubek potrząsa nim przez chwilę i oddaje Śląskiej ze słowami "Już chodzi". Głębokie, wielowymiarowe i oddające całą złożoność wszechświata. 
Niestety to tylko kino - w realu większością rzeczy można potrząsać do ukichania, a i tak nie zadziałają.

=========== 
1972
Reżyseria: Stanisław Brejdygant
Scenariusz: Edward Żebrowski
Obsada: Gustaw Holoubek, Aleksandra Śląska, Zbigniew Zapasiewicz, Irena Malkiewicz, Agnieszka Fitkau-Perepeczko i inni. 

2013-01-16

Listy do M. [2011]

Hasło "polska komedia romantyczna" od paru lat wywołuje u mnie dziwne odruchy. Włos mi rzednie, twarz mi blednie, za krucyfiksem błądzi mimowolnie ręka, ale potem i tak zawsze w końcu chwyta za tasak.
- Ale, stary, ten film jest inny - przekonywała Opinia Publiczna - Na zagrahohohonicznej licencji. I nie gra w nim Frycz, nie gra Szyc...
- A Karolak gra?
- Karolak gra, ale zasłonięty brodą z waty, więc liczymy go jako pół.

Broda mu się odlepiła. Temu Mikołaju.

Rzecz dzieje się w Wigilię, cztery historie zapętlają i przeplatają się ze sobą: Roma Gąsiorowska dzwoni do młodego Stuhra, który pracuje w rozgłośni, kierowanej przez Agnieszkę Wagner, młody Stuhr mieszka obok Piotra Który Został Adamczykiem, żonę Adamczyka bzyka Karolak w stroju świętego Mikołaja (i czarnych skarpetkach!), który to z kolei Karolak pracuje z Romą Gąsiorowską w mikołajowej firmie Pawła Małaszyńskiego, w przeciwieństwie do Wojciecha Malajkata, który nie pracuje w firmie Małaszyńskiego, ale jest za to nieszczęśliwym mężem Agnieszki Wagner, filmowej siostry Katarzyny Zielińskiej, owocnie bzykniętej dziewięć miesięcy wcześniej przez Tomasza Karolaka (wtedy chyba nie w stroju Mikołaja, bo kto by nosił strój Mikołaja w marcu?) i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Wszyscy mieszkają w pięknych, przestronnych mieszkaniach z widokiem (bo to jest komedia romantyczna), wszyscy pracują w pięknych, przestronnych firmach (bo to jest komedia romantyczna), wszyscy szukają uczucia (bo to jest komedia romantyczna) i wszyscy mają bumboksy (bo to jest... yyy... to jest nieco dziwne).
- No tak, amerykański plastik, product placement, wszyscy śliczni, bogaci! - zżymnął się Głos Węwnętrzny.
A, przepraszam, czego się spodziewałeś w takim filmie? Pijanego Dziabasa z siekierą? Lindy z kałachem, "a-zabijającego-ich-wszystkich" w imię zasad? Taka konwencja, ma być ślicznie, ma być romantycznie, a czy jest? Bo ja wiem?... Tu dziewczątko ucieka z bidula i błąka się po bezdrożach, tam chłopiec kradnie żarcie dla pasa, bo matka w Wigilię narąbana jak szpadel, ówdzie z sympatycznego DJ-a, żeby nie cieszył się za bardzo, zrobiono wdowca, na marginesie toksyczny ojciec kryptogeja, żona puszczalska tak bardzo, że barłoży się pozamałżeńsko, gdy teść drzemie za ścianą. Lekko sklerotyczny, co prawda, ale zawsze to jednak teść...
- Dżizas, to jest komedia romantyczna czy motel Normana Batesa? - przeraził się Głos Wewnętrzny.
Nie, sielanka albo SF - zauważ, że Empik w Arkadii jest w Wigilię pusty, przestronny...

Product placement w oparach absurdu

Oczywiście, jak na komedię romantyczną przystało, wszystko kończy się dobrze - wszyscy znajdują miłość, szczęście, sukcesy w życiu zawodowym i radość w życiu osobistym, a pan Koracz śpiewa piosenkę o zdrowiu.
A, właśnie - muzyka. Muzyka fatalna. Bo nachalna.

Przeplatanie się czterech historii nie boli oglądającego zbytnio, zachowane są prawa fizyki, choć Roma Gąsiorowska mogłaby rozpoznać Stuhra po głosie, skoro codziennie słucha go w radio, Maciej Stuhr mógłby rozpoznać w facecie, który ma zamiar śmignąć z dachu, sąsiada zza ściany, a filmowa rodzina mogłaby poświęcić trochę więcej czasu na przejście od  "Może ci ta japa zamarznie! Ty pieprzony dupku! Zamknij japę! Ty nieczuły palancie! Nienawidzę was!" do śmiechów, uścisków i radosnej, świątecznej zgody. 20 sekund to jednak lekkie przegięcie, nawet jak na komedię romantyczną. 

Aktorskim odkryciem filmu jest dla mnie Katarzyna Zielińska, której wcześniej chyba nigdzie nie widziałem, a piszę "chyba", bo pani Z. jest wyrazista jak zgrzewka wody mineralnej z Lidla. Nie wiadomo, kim jest, po co jest, kogo gra, co gra, dlaczego gra i dlaczego cierpiąc, krzycząc, ciesząc się, dumając i wzruszając wygląda zawsze tak samo. Po trzeciej scenie odnosi się wrażenie, że obecność tej aktorki w "Listach do M." (i w każdym innym filmie) to product placement per se oraz ipso facto.

W sumie cienki film gatunkowy: jakoś tam trzymający się "założeń taktycznych", o pół godziny za długi, opakowany reklamami sponsorów i naszpikowany "gwiazdami". Ale jak na polską komedię romantyczną - więcej niż przyzwoity i Guinness przeciw śmietanie homogenizowanej, że TVN (ich to bowiem produkcja) będzie puszczać "Listy do M.") w każde święta przez następne 25 lat. Ciekawe, jak wiele w tym "jak na polską..." zasługi zagranicznej licencji i faktu, że reżyser jest fabularnym świeżakiem, nieskażonym jeszcze polską szkołą filmową?

Varia:
Agnieszka Wagner powinna udusić osoby odpowiedzialne za kostiumy
Konsultantów ds policyjnych było dwóch, a konsultant ds. samochodów był jeden, choć w filmie gra tyle samo samochodów, co policjantów.
Papierosy palą dwie osoby i obie z tej samej rodziny. Patologicznej mocno - trzecia sztuka nie pali, ale bzyka się z Mikołajem.
Pytanie: gdzie w Warszawie można w Wigilię o 22:00 zamówić pizzę z dostawą?
Wartość dokumentalna: 0:55:50 - obsługa Empiku ukłaaaaadaaaa książkiiii naaaaa póóóóółkaaach....


W dziale "Postmodernizm": Alfred Hitchcock, "Ptaki".


============ 
Listy do M. 
2011
Reżyseria: Mitja Okorn  
Scenariusz: Karolina Szablewska, Marcin Baczyński  
Obsada: Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska-Żuławska, Piotr Adamczyk, Tomasz Karolak, Julia Wróblewska, Wojciech Malajkat, Agnieszka Wagner, Agnieszka Dygant, Lech Ordon, dwóch konsultantów. ds policyjnych, Beata Tyszkiewicz i inni.

2013-01-15

V.I.P. [1991]

Po kilku wyśmienitych komediach Juliusz Machulski postanowił nakręcić film poważny. No, poważniejszy...

Miała być mieszanka sensacji i romantyczności, ale niestety reżysera dopadła choroba zwana wszystkoizmem i zapragnął swoim filmem załatwić wszystkie zagrożenia cywilizacyjne i złożone problemy ludzkości. Z filmu mogliśmy się dowiedzieć, że reżyser ma żonę, że kapitalizm jest dziki, że reżyser ma żonę, że politycy są skorumpowani, że reżyser ma żonę, że Tomasz Mędrzak jest koszmarnym aktorem, że reżyser ma żonę, że prawdziwym artystom jest zawsze ciężko i że Jan Peszek jest jednym z niewielu polskich aktorów, którzy potrafią kląć na ekranie. I że reżyser ma żonę.  

Symbol. Czegoś.

Intryga taka sobie nawet na tamte czasy. Biedny Muzyk zakochuje się w Nieszczęśliwej Kobiecie. Zły Mąż Nieszczęśliwej Kobiety, oczywiście, staje im na drodze (to ulubione zajęcie Złych Mężów, zwłaszcza jeśli są bogaci), Nieszczęśliwa  Kobieta, staje w obronie Biednego Muzyka, a Biedny Muzyk wchodzi w posiadanie taśmy, która Złego Męża usunie z drogi prawdziwej miłości. Kulminacja. Muzyka. Sztampa numer sześć.
Na upartego dałoby się coś z tego wykrzesać. Niestety, kiedy tylko akcja zaczęła wciągać, a dialogi rozwijać się jak rozmaryn, Juliusz Machulski kierował kamerę na Lizę Machulską i było po zabawie, bo Liza Machulska grała gorzej niż Tomasz Mędrzak. W dodatku czasem reżyser wpadał w amok twórczy i przebierał swoją żonę za królewnę na ziarnku grochu, na głowę zakładał jej rogate symbolizmy i wypuszczał na plan krasnoludki na koniach. Fragmenty z królewną i konnymi krasnoludkami zajęły dobre pół godziny filmu i skutecznie załatwiły nastrój sensacji. Który i tak ledwie dyszał po scenach, w których Wojciech Malajkat i Liza Machulska grali uczucie (jedno grało Jadwigą Smosarską, drugie grało Karolem Świerczewskim, przy czym Malajkat bardziej Jadwigą  Smosarską).
Bogusław Sobczuk po raz kolejny pokazał, że aktorstwo to talent, a nie wykształcenie, Maciej Stuhr cherubinkował śliczną falką nad czołem, zaś kim jest Paul Barge – nie wiedziałem przed obejrzeniem "V.I.P."-a, a po obejrzeniu zupełnie nie czułem ochoty, żeby się dowiadywać.To ma być szwarccharakter? Takie mydło lawendowe?
Film miał potencjał i zdecydowanie zyskałby, gdyby reżyser był kawalerem albo chociaż w seperacji. Niestety reżyser nie był, więc w pamięci zostanie mi tylko Alina Janowska z paczuszką, Ryszard Rynkowski jako bedgaj, poczucie zażenowania w momentach, w których widać ówczesne "cfeterki" i słychać ówczesną muzykę, a przede wszystkim scena z Markiem Kondratem w roli księcia Poniatowskiego i rechoczącą Elżbietą Zającówną w butach. 
Niewiele? Ano niewiele.




========== 
1991 
Reżyseria: Juliusz Machulski
Scenariusz: Juliusz Machulski
Obsada: Wojciech Malajkat, Paul Barge, Liza Machulska, Jan Peszek, Bogusław Sobczuk, Ryszard Rynkowski, Piotr Machalica, Wojciech Wysocki i inni.


2013-01-14

Kierowca [2008]

Jadą goście, jadą...
Jeżdżą przez 8/10 filmu, przy czym nie jest to jakaś tam sobie symulowana jazda na lawecie - kamera pokazuje na kręcące się koła. "Patrz" - mówi - "To nasze, przez nas kierowane i to nie jest nasze ostatnie słowo". I rzeczywiście nie jest.

Agnieszka Grochowska gra kierowcę wypasionego Merca i wozi po Warszawie kapitalistycznych krwiopijców. Tym razem zdarza jej się wozić Christophera Lamberta, znanego z serii filmów "Nieśmiertelny". W "Kierowcy" Lambert rzeczywiście wygląda jak swego rodzaju nieśmiertelny - mówiąc brutalnie, wygląda jak zombie. Zombie Lambert wsiada do Merca wieczorową porą i każe się wozić w tę, potem każe się wozić we w tę, następnie każe się wieźć tu, aż wreszcie wpada na pomysł, żeby jechać tam. I tak sobie jeździmy po nocnej Warszawie... 

"Tak, właśnie tak wygląda moje miasto nocą..."

Jak wygląda Warszawa nocą? Warszawa nocą nie wygląda, bo jest ciemno. Tu wpis z Filmwebu z działu "Ciekawostki": "Wszystkie zdjęcia do filmu powstawały po zmroku". To jest logiczne i to logiczne w obie strony: jest ciemno, bo kręcą po zmroku, a kręcą po zmroku, bo akcja rozgrywa się po ciemku.
Czemu Agnieszka Grochowska wozi zombie po Warszawie? Nie do końca wiadomo - dopiero w połowie filmu (film trwa godzinę czterdzieści) okazuje się, że zombie szuka dziewczyny.
- Hyyyyy.. - dyszy namiętnie Głos Wewnętrzny, czekając na rzeź, obnażone zęby, furię w przekrwionych oczach i chlusty krwi.
Nie, nie, nie - nic z tych rzeczy. Zombie szuka dziewczyny w celach romantycznych, jest nieszczęśliwie zakochany, płacze i każe jechać na Chłodną. Potem przestaje płakać i każe jechać na Karową. Z Karowej każe jechać pod "Bristol". Spod "Bristolu" - na Chłodną. I tak w kółko... A dziewczyna cały czas przed nim ucieka. Klasyka: "Rólnik kócha dziwczęcie, dziwczęcie ni kócha rólnika".
W końcu zombie dogania dziewczynę, rozmawia z nią dwie minuty i dziewczyna zaczyna kochać go bardzo, a nawet bardziej. Tyle tylko, że zombie przestaje kochać dziewczynę. Zapachniało braćmi Marx i "Nie chciałbym należeć do klubu, który zgodziłby się przyjąć mnie w swoje szeregi".
A na dodatek cały czas w bagażniku Merca siedzi Rosjanin w samym szlafroku.
Poważnie.
Q.E.D.
I ten Rosjanin w szlafroku ma uczulenie na aspirynę.
Poważnie.
Ale kiedy Agnieszka Grochowska daje mu polopirynę - łyka bez słowa i wstrząs anacośtam nie następuje. Nawet wysypki, skubany, nie dostaje.
Poważnie.

Dialogi w 80% po angielsku. Zazwyczaj polski aktor mówiący po angielsku jest straszny jak Szwajcarzy chórem. O dziwo, w "Kierowcy" Agnieszka Grochowska daje radę (angielską dykcję ma lepszą niż polską), Piotr Adamczyk daje radę, Anna Przybylska daje radę... Pomijam akcent, nie każdy nazywa się Hugo Artemis Solon Saturnicus Reginald Arthur Rune i włada płynnie czternastoma językami. Grunt, że wymowa nie parzy, akcenty w zdaniach padają tam, gdzie powinny i po paru minutach na przywyknięcie daje się to oglądać. Jedyny wyjątek stanowi Magdalena Mielcarz, grająca dziewczynę, za którą goni zombie - jej angielski jest klasycznie polsko-aktorski, akcent w zdaniu pada zawsze trzy wyrazy obok najważniejszego, treść i znaczenie mijają się w odległości kilometra, a największe napięcie aktorskie towarzyszy "Dobrze" albo "Tak".

W pierwszej scenie filmu Adam Ferency pokazuje Agnieszce Grochowskiej zdechłą mysz (kochamy polskie kino i jego filozoficzną wymowę). Niestety, "Kierowca" różni się od sztuk Czechowa i w trzecim akcie mysz nie strzela. To dobrze, bo mogłaby obudzić śpiącą publiczność.

PS
W napisach końcowych czytamy: "Agregaty - No Problem". Dobrze, że chociaż agregaty.

PPS
Co za geniusz wymyślił tytuł "Kierowca", skoro nawet w dialogach pada "- Jesteś kierowcą? - Nie, szoferem!"

============
Kierowca ("Limousine") 
2008
Reżyseria: Jérôme Dassier
Scenariusz: Jérôme Dassier
Obsada: Agnieszka Grochowska, Christopher Lambert, Andriej Czadow, Adam Ferency, Andrzej Grabowski, Anna Przybylska, Lesław Żurek, Magdalena Mielcarz.
Dotacja PISF - 1.000.000 zł