2013-01-28

Kardiogram [1971]

Kino niekoniecznie moralnego spokoju czyli zmęczenie "naszą małą stabilizacją". Małe, szare, przeraźliwie nudne miasteczko i młody zdolny lekarz pracujący tamże. Amerykanie zrobiliby z tego mroczną opowieść o odnajdywanych na bagnach częściach ciała, Czesi nakręciliby sympatyczną komedyjkę o konflikcie doktora z miejscowym szewcem i zalotach do właścicielki motocykla, a współczesne kino zaangażowane zaserwowałoby nam dramat młodego nowoczesnego lekarza, własną piersią zasłaniającego matkę, podejrzewaną o zabicie dziecka, przed klerykalnymi hordami z kamieniami w rękach. My jednak jesteśmy tu (czyli w Szczebrzeszynie) i teraz (czyli na przełomie Gomułki i Gierka), więc kręcimy historię o beznadziejnej codzienności, beznadziejnej miłości, beznadziejnej architekturze i dramatach na miarę miasteczka powiatowego. 

Zagrażający mieszkańcy małych miasteczek

Moralność socjalistyczna nie dopuszcza rozkawałkowywania współobywateli, więc młody lekarz z nudów bzyka żonę dyrektora miejscowej szkoły. Czasem przejawi śladowy judymizm, ale szybko mu przechodzi, bo przecież nie będzie się kopał z koniem centralnego planowania. Podobno kupił sobie motocykl, ale go nie używa (zdrowy tryb życia? droga benzyna?) O pacjentów troszczy się w godzinach urzędowania, ale i wtedy najchętniej by ich pogonił w diabły, bo ma ambicje i prawie drugi stopień specjalizacji, a tu ciągle tylko pryszcz, wrzód, tumiędusi, tumięstrzyka i tak przez osiem godzin dziennie plus nocy dyżur, tłumacz, człowieku, sprawy oczywiste pacjentom, którzy słuchać nie chcą, leczyć się nie chcą, za złe mają i wszystko chcą załatwiać starym ludowym sposobem "Pan wie, panie doktorze, ja mam 500 złotych, więc może by się jakoś dało..." Wokół tego wszystkiego - typowe realia małego miasteczka: układy, układziki, niech żyje święty spokój, precz z trudnościami obiektywnymi. No, nuda i wspomniana beznadzieja. Oraz autobus codziennie odjeżdżający w stronę wielkiego miasta i codziennie odprowadzany niezdecydowanym spojrzeniem doktora Rawicza.

Do Moskwy, ach, do Moskwy... albo chociaż do Zamościa


Borowski gra człowieka, który niby jako główny bohater powinien wzbudzać sympatię, ale którego tak do końca polubić się nie da. Klasyczny Judym byłby idealistyczny, bujający w obłokach, nieco rozbrajający naiwnością, a tu mamy oschłego Judyma epoki środkowej cybernetyki, zniecierpliwionego oporem i uporem,  uznającego, że skoro racjonalne jest A, to robi się A, jak komuś może przyjść do głowy nieracjonalne B i w ogóle o co chodzi.

Anna Seniuk błyska biustem, Bogusz Bilewski pokazuje milicjanta z duszą i niedopasowanym mundurem, Eliasz Kuziemski jest niezłym proboszczem, a Bolesław Płotnicki swoją drugoplanową rolą przykrywa połowę aktorów. Swój moment ma Józef Nowak jako sekretarz PZPR (to jego bezradne: "Jak byłem sekretarzem na zakładach metalowych to tam wszystko było proste"...), a Halina Kowalska już przy pierwszym pojawieniu się na ekranie zapowiada dramat. Szkoda tylko, że reżyser kazał aktorce tak strasznie się szastać w cierpieniu - o wiele większe wrażenie robiła, kiedy grała skamieniałe zapadnięcie w siebie, ale dobra, nie czepiam się, bo rozważania jak zagrać matkę tracącą dziecko i oskarżoną o jego zabicie są chyba deczko niekonweniujące.

Duży plus za prowadzenie głównego wątku i zakończenie – dziś pewnie walnięto by kawę na ławę, podkreślono farbą fluorescencyjną i na wszelki wypadek powtórzono głośno i dwukrotnie, a w "Kardiogramie" widz zostaje z solidną, ale dyskretnie podaną zagwozdką i własnymi interpretacjami. 


Miejscowe elity z troską pochylają się nad lokalnymi problemami


Scenografia PRL-owska, muzyka także. W pierwszym przypadku to stwierdzenie faktu i samograj, w drugim komplement, bo muzyka Aliny Piechowskiej pasuje, uzupełnia, a w dodatku wpada w ucho i przyczepia się na parę dni.

Varia
1. W jednej ze scen Tadeusz Borowski czyta książkę pt. "Zaraza". Zerk w Google... No, jasne: "Zaraza" Jerzego Ambroziewicza, opowiadająca o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu (1963). Tak się składa, że rok po premierze "Kardiogramu" do kin wejdzie kolejny film Romana Załuskiego, zatytułowany "Zaraza" i poświęcony właśnie wydarzeniom wrocławskim, a głównym bohaterem będzie... doktor Adam Rawicz, grany przez Tadeusza Borowskiego.
14 lat później Roman Załuski nakręci  "Och, Karol"... Też z Tadeuszem Borowskim, ale w roli trzecioplanowej, nienoszącej nazwiska Adam Rawicz ;-)

2. Scena spotkania doktora Rawicza z kolegą ze studiów. 
- Gdzie pracujesz? - pyta doktor.
- Skrobię - odpowiada kolega.
- "Aha, znaczy literat" - pomyślałem.
- Ten samochód też wyskrobałeś?
- Nie, prezent od teścia. Badylarz. Chciał mieć za zięcia lekarza, to ma.
 Facepalm.


============
1971
Reżyseria: Roman Załuski 
Scenariusz: Ireneusz Iredyński (na motywach powieści Aleksandra Minkowskiego "Nigdy na świecie")
Obsada: Tadeusz Borowski, Anna Seniuk, Halina Kowalska, Józef Nowak, Bogusz Bilewski, Bolesław Płotnicki, Eliasz Kuziemski i inni

6 komentarzy:

  1. Kino niekoniecznie moralnego spokoju czyli zmęczenie "naszą małą stabilizacją".
    Przecinek przed „czyli".

    bo rozważania jak zagrać matkę tracącą dziecko i oskarżoną o jego zabicie, są chyba deczko niekonweniujące.
    A ten chyba niepotrzebny, ale nie jestem pewna. ;__;

    W jednej ze scen Tadeusz Borowski, czyta książkę pt. "Zaraza".
    Tego przecinka na 100% być tu nie powinno.

    Scena spotkania doktora Rawicza z kolega ze studiów.
    Kolegą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Poprawione. Z wyjątkiem przecinka przed "czyli", bo tu nigdy na przecinek się nie godziłem, uznając że jest to proste zestawienie - i skoro "X i Y" oraz "X albo Y", to także "X czyli Y" i może mi się profesor Miodek śnić po nocach, mękami piekielnymi straszyć - przy zwykłym, krótkim zestawieniu przecinka nie stawiam i już. Tup!

      Usuń
  2. „Czyli" należy do innej grupy spójników niż „i" i „albo", zwanych synonimicznymi, o ile dobrze pamiętam, takich jak np. „to znaczy", „innymi słowy", a przed nimi stawia się przecinek.
    *głośniejsze tupnięcie* ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja to doskonale wiem. Po prostu odmawiam stosowania tej zasady w przypadkach krótkich (takich jak tam wyżej). Ze świadomością, że będzie mi to wytykane i z każdym razem będę musiał wyjaśniać/odpierać/tupać.

      "Antygona: Ale obyczaj nakazuje grzebać!
      Kreon: To moja ziemia i nie będzie mi w niej grzebał żadna obyczaj!"

      Usuń
  3. *szeptem* Żaden.

    *głośniej* A jak się komu nie podoba to ajlowiu! ;)

    OdpowiedzUsuń