2013-01-27

Róża [2011]

Myśl przed seansem: "Film Smarzowskiego - nie będzie miło". No i nie było miło.

Czas powojenny, AK-owiec Tadeusz drepcze do Prus, by oddać Róży pamiątki po mężu, którego śmierci był świadkiem. Trafia w miejsce, w które weszła wojna - weszła, została, zniszczyła co się dało, "czas pogardy" w pełnym paletażu. Tu Polacy, tam Rosjanie, ówdzie Niemcy, a pomiędzy nimi Mazurzy, o których jeden z bohaterów filmu mówi: "Nigdy nie czuli się Polakami. Jeszcze osiemdziesiąt lat temu nie czuli się też Niemcami, ale my, Niemcy, zniszczyliśmy ich tożsamość, ich odrębność etniczną... A teraz Polacy dokończą dzieła".
Kto jest kim?  Cholera wie, zależy od kontekstu, chwili, wymagań stawianych przez konieczność dziejową, whatever. Mazur dla Polaka jest Niemcem, Polak dla Mazura - Rosjaninem, Niemiec może okazać się Mazurem, Mazur Polakiem, a kiedy wypije się wystarczająco dużo, to nawet przesiedleniec spod Wilna może być wzięty za Niemca. Jedni biją drugich, drudzy okradają pierwszych, trzeci gwałcą, inni mordują, kolejni starają się przetrwać... Tylko główny bohater w każdym widzi człowieka: w jednym dobrego, w drugim złego, ale przede wszystkim człowieka. Za co, oczywiście, dostaje od losu i od "człowieków" po grzbiecie.

Branie po grzbiecie - wersja z siekierką

W "Weselu" czy "Domu złym" widz cieszył się, gdy z ekranu choć na chwilę znikał "dół" i siedząca w tym dole depresja, a w "Róży" zdarzają się momenty, w których uśmiechamy się, widząc, jak pięknie układa się głównym bohaterom wspólne życie. Ale Smarzowski to Smarzowski... Układa się? No to zaraz przestanie, a w dodatku im bardziej się układa, tym bardziej przestanie. Niestety, w pewnym momencie zamienia się to w niestrawną groteskę: Uśmiech - pobicie, dwa uśmiechy - gwałt, przyjaźń - drugi gwałt, sielanka - poronienie...  I tak to leci przez cały film, a w charakterze wisienki na torcie dostajemy scenę gwałtu zbiorowego w wykonaniu zespołu pieśni i tańca Armii Czerwonej i agresywnego raka mózgu. Dobra, to wszystko się działo i zdarzało, ale zrzucanie wszystkich plag egipsko-wojennych na jedną Różę Kwiatkowską to chyba lekka nadgorliwość scenarzysty.

 Kwestie narodowościowe i tłumaczenie ich zawisłości nie bardzo twórcom wyszły. Jeśli ktoś oglądał film z bagażem wiedzy ponadszkolnej, łapie o co chodzi (czy raczej, o co ewentualnie może chodzić), jeśli nie - sądząc po reakcjach na filmowych forach - wychodzi z seansu z mętlikiem, w którym "Mazurzy byli i są OCZYWIŚCIE Polakami (ale za to Kaszubów trzeba by zlustrować)" albo "Jacy to Polacy, skoro głosowali na Hitlera, a ci z Wilna to też ziółka" i nagle okazuje się, że najbardziej przekonującą "politycznie" postacią staje się ubek grany przez Szymona Bobrowskiego, głoszący  konieczność powstania Polski jednolitej narodowo, bez jakichkolwiek podejrzanych mniejszości i piątych kolumn. Mam nadzieję, że nie o to chodziło scenarzyście. Z drugiej strony, Michał Szczerbic pisał przecież scenariusz do "Wiedźmina" - kto wie, o co mu mogło tak naprawdę chodzić (wtedy i obecnie).

- Wiecie, towarzysze... kolega trochę się pogubił w zawiłościach etnicznych, ale zaraz mu przejdzie.

Aktorsko świetnie - Dorocińskiemu i Kuleszy wierzy się w każdym momencie filmu, co jest o tyle ważne, że rola Dorocińskiego napisana jest jak "żywot świętego", a tacy zazwyczaj irytują i w połowie filmu, po entym nadętym tekście przestajemy ich lubić. Drugi plan trzyma poziom, trzeci także, a wszelkie "ale" zapisujemy nie na konto aktorów, tylko autora scenariusza; aktorzy grali to, co mieli grać. Wyjątkiem aktorskim jest Malwina Buss, grająca córkę Róży. Niby wiele do grania nie miała, ale i tak raziła niedopasowaniem.
Świetne zdjęcia, rewelacyjny montaż. W sieci można spotkać wiele głosów narzekających na "cięcia" w kluczowych, najbardziej napakowanych emocjami scenach, ale moim zdaniem...
- Skromnym?
...oczywiście, że skromnym... cięcia tylko dodają nerwu scenom, a czasem wręcz je budują (długa scena przesłuchania Tadeusza na UB). Z drugiej strony świetnie skręcona jest statyczna scena rozmowy ubeka z Tadeuszem, w zaśnieżonym polu, na którym kruki i wrony tylko czekają, żeby rozdziobać wroga klasowego. Pastor też czeka, bo łowi ryby.
Finał okropny i nakręcony chyba tylko po to, by publiczność wychodząca z kina w ciężkiej depresji, nie wieszała się na okolicznych latarniach i nie rzucała się pod tramwaje.

Coś optymistycznego na koniec.

Warto? Warto. Jednak.

Varia:
1. Pierwsza scena: powstanie warszawskie, Niemcy gwałcą i zabijają żonę głównego bohatera, a on ciężko ranny czołga się i wtula w jej zwłoki. Na forach i w recenzjach oklaski, "O, jakie to brutalne, prawdziwe, serceszarpiące". Kurczę, naprawdę nikt już nie pamięta finału "Kolumbów"?
2. Niestety, w ostatecznej wersji wycięto dwie sceny: wyjaśnienie, jakim cudem Tadeusz mógł być przy śmierci niemieckiego żołnierza i wysłuchać jego prośby o oddanie żonie pamiątek oraz scenę tłumaczącą zachowanie Wasyla i stosunek kobiet mazurskich do Róży. Szkoda, bo obie sceny były istotne dla filmu, a ile by zajęły? Minutę? Dwie?
3. Znając powierzchnię i liczbę ludności powojennej Polski oblicz prawdopodobieństwo spotkania aż dwóch znajomych osób na kompletnym mazurskim zadupiu.
4. Krasnoarmiejcy używający pepeszy jak amerykańscy gangsterzy "tommygunów". Dobre. Mocne. Postmodernistyczne,


============
Róża
2011
Reżyseria:
Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Michał Szczerbic
Obsada: Marcin Dorociński, Agata Kulesza, Edward Linde-Lubaszenko, Marian Dziędziel, Szymon Bobrowski, Lech Dyblik, Jacek Braciak, Kinga Preis, Malwina Buss
Dotacja PISF: 3 400 000 (produkcja) plus ciężko policzalne (bo rozrzucone po różnych transzach) kwoty na promocję

3 komentarze:

  1. Obejrzałam ten film ponad dwa lata temu i do tej pory nie mam odwagi obejrzeć go po raz drugi. Badzo poruszający.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
  2. dzięki za informacje o tych brakujących scenach - w końcu zrozumiałem, że czegoś w filmie brakuje a nie że ja niestarannie film oglądałem;)
    dla mnie największe rozczarowanie tego filmu to NIEMCY. mieszkam i pochodzę z "ziem odzyskanych" i sprawa wypędzonych jakoś mnie uwiera od zawsze. myślałem, ze ktoś po raz pierwszy odważy się ruszyć tego trupa w szafie - nie ruszył. okazuje się po raz kolejny, ze Niemców nie było, byli owszem niewinni Mazurzy, ewentualnie mogliby być Ślązacy albo Kaszubi, tylko oni mieli prawo mieszkać na NASZYCH ziemiach odzyskanych, Niemiec okupantem tylko zawsze był i basta. a mi się marzy, ze kiedyś nakręci ktoś coś po prostu o tym jak było, bez wartościowania/rozliczania itd, bo tego się zrobić nigdy nie da, ale po prostu po to aby opowiadać. byłem nie tak dawno na przedstawieniu "Miedzianka" wg jakimś cudem popularnej książki Filipa Springera - żeby nie było wątpliwości wydaje mi się, ze ten pomysł z wystawianiem na scenie był chyba jednak aż nazbyt odważny, ale podobała mi się myśl kończąca, że ta historia nie była przedstawiana w jakimś rozliczeniowym celu ale po prostu dlatego, ze historie trzeba opowiadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, na taki film to sobie jeszcze długo poczekamy, a może nawet jeszcze dłużej. W międzyczasie taki film nakręca Niemcy, a my wtedy będziemy drzeć szaty, twarze i deputowanych
      Ale z drugiej strony, nie jest to temat pierwszej kategorii odśnieżania i niech najpierw książki spokojnie przygotują grunt - bez niego to będzie rozmowa jak po "Sąsiadach": czyste emocje, boks i historia jako pała do walenia po głowie.Oczywiście, każdy walący będzie miał swoją pałę/historię, a będzie tych walących mrowie a mrowie...

      Usuń