2013-01-29

Skrzydlate świnie [2010]

"Są trzy kategorie kibiców: pikniki, ultrasi i hoolsi" - czyta Paweł Małaszyński w pierwszej scenie. O których jest film? Miał być o wszystkich, wyszedł o żadnych.

Pierwsza połowa filmu daje się oglądać bez obrzydzeń. Historyjka o kibicach drugoligowych Czarnych Cośtam, choć naiwna i ewidentnie przeznaczona dla "pikników" i "Januszy" (albo wręcz dla tych, którzy w życiu na stadionie nie byli), jakoś się ciągnie, akcja się toczy, bohaterów przyswajamy... Jak na polski film - nie jest źle. Co prawda dwa rzędy przed nami gromada kibiców płacze ze śmiechu, a dwa rzędy za nami druga gromada kibiców pyta z osłupieniem "Co to jest, do kanędzy?", ale my jesteśmy wyluzowani jak świąteczna kaczka, bo nie przyszliśmy na film dokumentalny, tylko na polską fabułkę, którą na plakacie trzeba było reklamować gołymi pośladkami Pawła Małaszyńskiego. To niby czego można było oczekiwać? "Football Factory"?

Grodzisk Street Hooligans

Ogląda się toto na tyle miło, że nawet babole nie przeszkadzają zbytnio. Ot, kobieta klubowego "młynowego" ma pretensje, że był "nie wiadomo gdzie", choć przecież każda partnerka każdego polskiego kibica (a co dopiero funkcyjnego) doskonale wie, kiedy chłop ma mecz (głównie dlatego, że chłop dziesięć dni wcześniej musi zacząć rytuał błagalny, żeby mu wolno było pójść). Matka 12-godzinnego noworodka pozwala partnerowi na zabawę rączkami malucha tatusiowi, który przez dwie godziny ganiał się z policją po murach/płotach i mimo napomnień (partnerki, nie policji) nie umył rąk, teściowa (świetna Anna Romantowska) nie zwraca uwagi na palenie papierosów nad łóżeczkiem noworodka, będącego jej wnukiem (no, weźcie - to już lądowanie Marsjan w krakuskach z pawim piórkiem byłoby bardziej wiarygodne...) O, takie zwykłe niechlujstwa, których w każdym polskim filmie mamy na kilogramy. Ale jak mówiłem - początkowo nie rzutują.

Główny bohater otrzymuje propozycję przejścia do "młyna" sąsiada zza miedzy. Ichniemu prezesowi marzy się bowiem przyzakładowy klub-reklamówka. Stadion jest, boisko jest, drużyna jest, tylko dopingu nie ma i tym właśnie musi zająć się nasz bohater za 3500 netto. I zajmuje się, stając tym samym wbrew, w poprzek i przeciw swojemu dotychczasowemu środowisku, które uznaje go za zdrajcę. 

Wia! Wia! Wiarygo! Wiarygodność, ole!

Niestety w tym momencie akcja siada i całkiem przyzwoity film pada ofiarą zabiegów twórców. Mecz kręcony jest w przeraźliwym bluboksie, fragmenty boiskowe ograniczają się do pokazywania nóg "piłkarzy" (jakież to nowatorskie), ale nawet wtedy widać, że sięgnięto po V ligę (zarówno w przypadku piłkarzy, jak kamerzystów), połowa rozwiązań fabularnych podawana jest widzowi w sosie z groteski na zasadzie: "Możesz się czepiać, że to kicha i może nawet będziesz miał rację, bo rzeczywiście nam się nie chciało, ale wtedy strasznie się sfrustujesz, że zapłaciłeś za bilet. Masz tu więc Jana Tomaszewskiego, masz tu Marka Jóźwiaka, ciesz się, że jesteś kumaty, bo ich rozpoznałeś i nie marudź". Cezary Pazura mówi po szwedzku i chwali się megawsiowym logo firmy, będącej podobno gigantem międzynarodowym (dlaczego w polskim kinie biznesmen musi być głąbem, a wszelkie jego działania głupie jak kilo gwoździ?), Rafał Patyra z TVP, który w prezenterskiej pracy każdą głoskę okrasza trzema jakże-aktorskimi minami, tu z tremy ma twarz jak granit, stopy Olgi Bołądź spotykają  plecy Małaszyńskiego, a potem na ekran wjeżdżają cycki, bo przecież polski film bez gołych cycków jest nieważny. Dobra scena, zła scena, dobra scena, zła scena, film się rozłazi i zaczyna wkurzać.

Finał jest zaskakujący. Widz przyzwyczajony do polskiej twórczości filmowej, oczekuje dramatycznej śmierci w obronie imponderabiliów albo chociaż trwałego kalectwa, rozkładu pożycia, rozpadu rodziny i ze trzech patologii, a tymczasem dostaje landrynkową sielankę rodem z filmów hinduskich (minus taniec). Wszystko kończy się dobrze, wszyscy się kochają, pościg za ukochaną kończy się lukrem, ptactwo kląska i nawet pan Edzio (Andrzej Grabowski) przestaje bluzgać. 

Pan Edzio w stanie spoczynku

To mógł być dobry rozrywkowy film. Może nie 7/10, ale wakacyjne 5-6 spokojnie. Niestety, wyszło jak zwykle przeciętne 4/10. Aktorzy robili, co mogli, nawet Pawła Małaszyńskiego kupowało się bez większych oporów, Olga Bołądź i Piotr Rogucki "zdanżali", Anna Romantowska, Witold Dębicki i Agata Kulesza dawali przykład młodzieży, a Eryk Lubos jak zwykle był wiarygodny. Niestety, aktorzy pewnych rzeczy nie przeskoczą - scenariusz jest scenariusz, reżyser wie swoje i uważa, że sztampy są od tego, żeby nimi widza po głowie okładać.

Zdjęcia w normie, montaż przeciętny, dźwięk tradycyjnie zły i momentami nie słychać, co mówią aktorzy. Muzyka fatalna: Cztery utwory zespołu Coma (liderem jest występujący w filmie Piotr Rogucki) to o trzy za dużo, a w kluczowych momentach filmu pojawiał się klasyczny pseudo-dramatyczny "BDRIĄĄĄĄĄG" i inne nastrojowo-plastikowe smęty. Zerk w listę płac - no tak, oczywiście, Łukasz Targosz, dziękuję uprzejmie.

Opinię na temat filmu wyrazili prawdziwi kibice, zatrudnieni w scenach zbiorowych.

Na upartego można. Dla osób znających klimaty stadionowe może to być całkiem znośna komedia z gatunku "Jak sobie mały Kazio wyobraża", osób nieznających takich klimatów film na szczęście nie odstraszy od wizyty na meczu, a jeśli jeszcze pod ręką będzie jakiś sześciopak... to lepiej połowę wypić przed seansem - ułatwi oglądanie, a co słabsze sceny będziemy mogli opuścić, biegając w ich czasie do.

Varia
1. Od pewnego czasu finansowy udział PISF-u anonsowany jest w czołówce i napisach końcowych w formie "Państwowy Instytut Sztuki Filmowej - Dyrektor: Imię Nazwisko". Żenuła. Spora.
2. Z cyklu "Romantyczność" - miłość kibica:



============
Skrzydlate świnie
[2010]
Reżyseria:
Anna Kazejak
Scenariusz: Doman Nowakowski, Anna Kazejak
Obsada: Paweł Małaszyński, Piotr Rogucki, Olga Bołądź, Witold Dębicki, Anna Romantowska, Karolina Gorczyca, Agata Kulesza, Cezary Pazura, Eryk Lubos i inni.
Dotacja PISF: 2 000 000 (produkcja), 30 000 (uroczysta premiera i promocja - twórcy wnioskowali o niemal 400 000)

4 komentarze:

  1. Pamiętam, że jak to oglądałam, to zgrzytało mi mocno założenie, że da się wyhodować z przypadkowo zagonionych na stadion pracowników korpo grupę takich oddanych, fanatycznych kibiców, wykrzykujących obraźliwe hasła i nawet wdających się w bójki. No ale nie wiem, może jest jakiś mechanizm psychologiczny, który za to odpowiada...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mhm, mechanizm znany w psychologii społecznej jako mieszanka "kapuchy" i eksperymentu stanfordzkiego. Znaczy, przepraszam - nieznany. Ale nie szkodzi, bo i tak nie działa :-)

      Usuń
  2. Matka 12-godzinnego noworodka pozwala partnerowi na zabawę rączkami malucha tatusiowi, przez dwie godziny ganiał się z policją po murach i płotach i mimo napomnień (partnerki, nie policji) nie umył rąk
    Troszku urwało od sensu temu zdaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodano wypadnięte "który", które nadało. Wielkie dzięki.

      Usuń