2013-02-27

Zwerbowana miłość [2009]

"Film oparty na wydarzeniach autentycznych" - reklamowały media i niektórzy recenzenci. Okazało się, że na dwóch wydarzeniach. Bo był Okrągły Stół i Wałęsa został prezydentem.
- Ależ proszę pana! - oburzały się przekaziory - Twórcom udało się dotrzeć do bohaterów wydarzeń, którzy podzielili się z nimi swoimi wspomnieniami.
Niejaki Alfons Cynian sprzedał przed wojną kolumnę Zygmunta za 50 złotych. Sądząc po przytoczonych tekstach promocyjnych i wyhaczeniu miliona z PISF, filmowcy byli lepsi w sprzedawaniu kitu o kilkaset długości.

"Propozycja jest ponętna / Na ile się wyceniasz?"

W skrócie: przełom 1988/89  - gromadka esbeków wyższego stopnia pije ciepłą wódkę i tłumaczy widzom, że chce skopiować teczki najważniejszych osób w państwie (władzo-opozycyjnych), wywieźć te teczki do Wiednia i przy ich pomocy rządzić Polską, hehehehe, Władziu, polej. Kopiowanie odbywa się przy użyciu maszyny, a wywożenie - przy pomocy brunetki.
- Moja agentka... - mówi ubek.
- Jaka agentka? To przecież twoja dupa - "na tajniaka tajniak mruga", a widz też mruga, bo jeszcze się film za dobrze nie zaczął, a już mu oko lata.

Brunetka wywozi zmikrofiszowane teczki do Wiednia i pakuje je do banku. Dwóch ubeków niższej rangi chciałoby je wydostać i zarobić na nich mnustfo. Ale żeby je wydostać - potrzebna jest identyczna brunetka i hasło do konta. Hasło do konta to drobiażdżek: starszy ubek niższej rangi biega po wiedeńskim banku z ukrytą kamerą i oczywiście rejestruje, ale identyczna brunetka... Tu już trudniej. Wtedy do wkracza młodszy ubek niższej rangi - znajduje odpowiednio podobną prostytutkę i przy pomocy technik operacyjnych skłania ją do współpracy. Czyli przefarbowania się na brunetkę, wyjazdu do Wiednia itede.

My jesteśmy tanie krtanie, krtanie tanie niesłychanie...

Techniki operacyjne ubecji niższej rangi dzielimy na: symulowanie wypadku drogowego (nawiązanie kontaktu z kontaktem operacyjnym), symulowanie stanu upojenia alkoholowego (podtrzymywanie kontaktu z kontaktem operacyjnym), wsypywanie kontaktowi operacyjnemu "pluszzzzza" do wódki (działanie operacyjne wobec kontaktu operacyjnego), wmawianie kontaktowi operacyjnemu, że jest chory bardzo (dezinformacja) i zabijanie lekarzy z pistoletu z tłumikiem (dezintegracja). Oraz zabijanie Tajemniczego Mściciela-Czyściciela z pistoletu bez tłumika (dezorientacja. Widza).

Działania operacyjne ubecji niższego stopnia przynoszą skutki uboczne w postaci miłości. Mówią nam o tym postaci drugiego planu czyli trzy prostytutki nad buchającym kieliszkiem (jakież to makbetowskie...). Dobrze, że nam powiedziały, bo niektórzy są staromodni i kiedy widzą dyszący seks na klatce schodowej, to myślą, że jest to dyszący seks na klatce schodowej, albowiem miłość poniosłaby dyszącą parę dwa piętra wyżej, w ciepełko pościeli, w świece i wino oraz przede wszystkim w intymność.
Bosz, ale ja jestem mieszczański.

Obywatelu, pozwólcie no na tylne siedzenie, postawię wam tezę...

Więckiewicz i Stroiński to dwa nazwiska gwarantujące poziom - poniżej tego poziomu nie zeszli, ale nie zachwycili. Joanna Orleańska (przepraszam, wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Joanna Pierzak zmieniła stan cywilny głównie dla nazwiska :-)) gra poprawnie, ale brakuje jej iskry bożej, dzięki której widz by jej uwierzył. Sonia Bohosiewicz i Leszek Piskorz grają płaską sztampą i jednie Maria Seweryn jakoś bardziej zapada w pamięć. A, i jeszcze Dariusz Juzyszyn - 17-krotny mistrz Polski w rzucie dyskiem. Gra klienta głównej bohaterki, rzęzi na niej przeraźliwie i pokazuje plecy. Taka aluzja, tak? Że niby dysk, tak?

Uwaga, uwaga!... Nie ma cycków!
Bluzgi? Bluzgi, oczywiście są i jest ich fchój.

Film teoretycznie ma wszystko, co powinien mieć: aktorów, fabułę, sensację, strzały, spisek. Niestety, nic z tego nie wynika. Oglądałem, oglądałem, oglą... chrrrr... ądałem... obudziłem się i oglądałem, oglądałem... aż tu nagle wyświetliły się napisy końcowe, z których dowiedziałem się, że w przemyśle filmowym istnieje instytucja "ostrzyciela". Przy tym filmie "ostrzyciel" chyba się nie napracował - tempo jakieś takie tępe, kulminacja nijaka, finał słabszy niż kulminacja...

Lutman ma manufakturę

Cytat z materiałów promocyjnych: "Zdaniem Juliusza Machulskiego, opiekuna artystycznego filmu, "Zwerbowana miłość" ma klimat francuskiego dzieła "Barocco" Andre Techine'a z 1976 roku". Mhm, rzeczywiście "Zwerbowana miłość" jest nieco przestarzała. 
Łopatologia i przeciętność - tak bym podsumował ten film. Ale jeśli ktoś lubi filmy o czyhająco-knujących złych ubekach i nic więcej do szczęścia mu nie trzeba, to pewnie mu się film spodoba. Reszta niech nie marnuje czasu nawet na Więckiewicza.


Varia
1. Muzyka okropna. A przecież  Agim Dżeljilji to podpora Öszibarack... I. Am. Very. Disappointed.
2. Lekarz, dający starszemu ubekowi niższej rangi tajemnicze lekarstwo, uprzedza: "Tylko nie więcej niż jedną tabletkę dziennie, bo może się skończyć zawałem". Zdaniem fachowców - to lekarstwo nie może. Może się skończyć wylewem. Niby też niemiłe, ale jednak z definicji przeciwne.
3. Jak usunąć ciało? Zamknąć je w samochodzie, samochód oblać benzyną, podpalić. Hmm, to w sumie mógłby być fajny dialog:
- Zidentyfikowaliście go?
- Są trudności: spalił się cały lakier i ogumienie.
- A próbowaliście zajrzeć do środka i sprawdzić gościa? Świeżo wygląda, włosy ma... 

- Pan porucznik to ma łeb! 
4. Scenarzysta wydał "Zwerbowaną miłość" jako książkę. Wydał także jej drugą część (podobno nawet Ameryka Południowa się w niej pojawia). Jak mówił Ryszard Filipski w "Rysie": "Ktoś to wydał. Ktoś to kupił. Ktoś to czyta."


============
Zwerbowana miłość
2009
Czas:
86 minut
Reżyseria: Tadeusz Król
Scenariusz: Tadeusz Król, Paweł Szlachetko
Obsada: Joanna Orleańska, Robert Więckiewicz, Krzysztof Stroiński, Sonia Bohosiewicz, Maria Seweryn, Leszek Piskorz, Adam Woronowicz i inni
Dofinansowanie PISF: 1 000 000 (produkcja)

2013-02-25

Piętno [1983]

Autostrada. Milicjant w hełmie. Klata milicjanta. Koń. Duży. I konik. Polny. I czapka milicjanta. I koń. I autostrada...  I autostrada... I autostrada... I autostrada... I autostrada...

Ta nawierzchnia wystąpiła w siedmiu scenach. Długich.

Mamy wczesne lata osiemdziesiąte. Młody facet w Polonezie szuka mordercy swego ojca (znaczy, szuka w Polsce, a w Polonezie mieszka). Ojca, jak dowiadujemy się z filmu, zamordowała mu tuż po wojnie "reakcyjna banda, broniąca obszarniczej własności". Zamordowała okrutnie (jak to banda) i w zemście za namawianie do korzystania z dobrodziejstw reformy rolnej (jak to reakcyjna). Ku chwale i ku pamięci co roku w jego rodzinnej wsi uroczyście obchodzona jest rocznica, na której towarzysz sekretarz wygłasza kocopalno-ideologiczne teksty, kwiaty są, orkiestra i pan z wielką blaszaną walizką z napisem "Nikon".

- Był człowiekiem walki! Pionierem reform! - wykrzykiwał  towarzysz sekretarz.
- Strzelali do niego, wystraszyć chcieli - opowiadała wnukowi babcia - A on dumny był z tych strzałów. Taki był twój ojciec!
- Ta śmierć miała być poniżeniem, a stała się wielkością, zajaśniała jasnym blaskiem! - wrzeszczał operator kroniki filmowej.
- Chcieli, by dał przykład, jak kiedyś... - opowiadała matka o przyjacielu ojca, sąsiedzie zza miedzy - By wstąpił do spółdzielni. A on odwlekał decyzję. "Komunista" - tak siebie nazywał. A jednak zwyciężył w nim posiadacz...
O-żeż, kurde Boluś na sprężynkach...

Ponury cień ponurej przeszłości ponuro przemyka między garnkami. Ponurymi.

Początek filmu miał swoje szanse - pomysł na skręcenie relacji z procesu zabójców Ojca-Parcelanta w stylu starych kronik był naprawdę ciekawy. Niestety, twórcy za bardzo poszli w realizm i połowy kwestii w ogóle nie było słychać, drugiej połowy nie widać, bo się obraz z dźwiękiem nie zgadza, a trzecia połowa wygłaszana była przez aktorów z zerowym zaangażowaniem, zerowym warsztatem i w przypadkowej kolejności (to chyba także kwestia montażu). Trzeba jednak aktorom oddać, że nie mieli czego grać: dialogi były sztywne jak Poległy Bojownik o Wolność i Trzy Hektary, a scenariusz sypał się jak piasek z worka za Grzesiem.

Im dalej w las, tym było gorzej: Jaśniepanienka jeździła na koniu (oczywiście, białym), gwałcący ją Niemcy pokrzykiwali do siebie filozoficznie "Die Krieg ist eine Hure", jednemu stajennemu mowę odjęło na widok "droźniątek" Jaśniepanienki, a głównym dowodem w sprawie stał się... siedzicie? To siądźcie... Film. Film. Taki kręcony kamerą przez Niemca, który dziedziczkę gonił z kamerą, gwałcił ją z kamerą, a kiedy nadeszli Ruscy, nie uciekł z oddziałem, tylko łaził sobie po obejściu, kręcąc gry i zabawy stajennych, tańce, hulanki, picie wina i strzelanie do wyrzutków...
A dwadzieścia lat później krytyka filmowa tak się jarała "Blair Witch Project" i "[Rec]"... Z czym do gości? Myśmy, proszę ja was, takimi pomysłami faszerowali filmy za Babiucha. Ba! przed Babiuchem!

Plan krakowski - twórcze rozwinięcie planu amerykańskiego.

W końcu reżyser przestał się bawić starymi kronikami i skupił się na współczesnym bohaterze. I wtedy zaczęła się jazda na całego. Takiej mieszanki dziur scenariuszowych, żenujących dialogów, fatalnego aktorstwa nie widziałem od czasów... od czasów... Słucham? Nie, podwiedeński Turek  na koniu grał trochę lepiej. Przynajmniej przewracał oczami. A tu seans na wyrębie po prostu - wokół same drzewa umierające grając.

Główny bohater pędził po Polsce swoim rozklekotanym Polonezem, czerwony miał pas, za pasem broń (wyklepaną w kuźni kopię Mausera C96), a scenarzysta urządził sobie konkurs, kto walnie możliwie najdurniejszy tekst.
- Teraz bardziej do ciebie należę - zaczęła towarzyszka głównego bohatera - Z wdzięczności zgodziłam się wziąć udział w zbrodni. Widzisz, jaka jestem od ciebie zależna?
- Twój ojciec też był egoistą! Ale z tego wynikał pożytek dla wszystkich! - nie dawała za wygraną babcia w reminiscencjach.
- Po drodze spotkałem człowieka, którego wzrok mnie poraził. Czy nie zadrży mi ręka? - pytał bohater z ognistym wzrokiem, po czym śmiał się demonicznie i dodawał - HAHAHAHA, PALEC!
- Ta obsesja ma tendencje progresywne - kontrowała z prawego siedzenia Poloneza towarzyszka bohatera, uboga archiwariuszka.
- To jest moja rozprawa! - krzyczał bohater, wymachując Mauserem  - Nie tyle z nim, co z samym sobą.
- Tak, tak, jesteś groźny, jesteś... - uspokajała go towarzyszka - Ale zabierz mnie na kawę, błagam.
Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto wygrał - towarzyszka dorzuciła jeszcze:
- Przebaczenie może niekiedy być o wiele większą karą niż jakakolwiek zemsta. Zrozum to!
- Śmierć! Śmierć! Śmierć! Śmierć dyskotece! - darł się w tle zespół Lombard, stojąca pod ścianą blondyna o agresywnie niewydepilowanych pachach uroniła wielką kolorową łzę, a poszukiwany zabójca umarł na zawał serca.

- Nigdy nikomu tego nie mówiłem... Jestem krasnoludkiem Samotnym Mścicielem.

Widz zwisał z fotela, jęcząc i zazdroszcząc poszukiwanemu zabójcy. Wokół leżały powyrywane włosy, powyrywane oczy, podarta na strzępy wiara w wartość polskiego szkolnictwa teatralno-filmowego. Na horyzoncie majaczył koniec filmu i do tego końca pędzili "Polonezem" główni bohaterowie. Radosne uśmiechy, głębokie spojrzenia, gesty pełne intymności, romantyzm drogi...
- Po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie! - ogłuszył nas z offu Franek Kimono - Ja jestem King! Bruce! Lee! Karate! Mistrz!
- Dość, dość, proszę! - rzęzi widz - Niech go ktoś zastrzeli!
Nasz klient nasz pan - do akcji wkracza drogówka (filmoznawcy - do paralel, szagom marsz!) i zastrzela... zastrzeliwuje... zabija.
Kiedy widownia płacze z ulgi, na scenie pojawia się autobus.
- Arabów? - pyta przerażona widownia
Nie, głuchoniemych.
Poważnie.
Omdlenie. Kurtyna. Napisy.
- King! Bruce! Lee! Karate! Mistrz!
Piętno, jak mówiono na pl.pregierz. Ale i wazelina, bo humor film mi jednak poprawił.

Niech żyje nam drogówka!


Varia
1. Scenariusz powstał na podstawie powieści Juliana Kawalca "Szara aureola". Boję się po nią sięgać.
2. Na podstawie tej samej powieści w 1976 roku powstał spektakl Teatru Telewizji. Podobno lepszy.
3. W scenach sądowych o zabójcy i Ojcu-Parcelancie mówi się przy użyciu inicjałów. Be-eM zabił, Be-Em zastrzelił... A-Wu namawiał, A-Wu zginął... Jaki, kurde, A-Wu, skoro filmowy ojciec był Jot-Em? Aha, w spektaklu z 1976 był A-Wu. W książce pewnie też był. Ale kto by się w filmowych postsynchronach takimi detalami przejmował?
4. Cycki były. Dramatyczne. Znaczy, fabularnie. Też.
5. Były i dobre strony - parę naprawdę ciekawych ujęć, kątów pracy kamery. Reżyser kończył krakowską ASP na kierunku "rysunek filmowy" i był asystentem Kazimierza Urbańskiego. I momentami było to widać.Trzema momentami.
6. Film trochę wygląda  na pokłosie aktorskiego bojkotu stanu wojennego i związanej z tym konieczności stawiania na młodych-(z)dolnych, rozumiejących, wicie, powagę i wyzwania czasów. Jeśli rzeczywiście - można by rozważyć dodanie "Piętna" do aktu oskarżenia..

============
Piętno
1983
(premiera 1985)
Czas: 93 minuty
Reżyseria: Ryszard Czekała
Scenariusz i dialogi: Ryszard Czekała (na podstawie powieści Juliana Kawalca)
Obsada: Maciej Góraj, Grażyna Skorłutowska, Zdzisław Kozień, Anna Milewska, Helena Kowalczykowa, Leon Niemczyk, Elżbieta Panas, Alfred Freudenheim, Tomasz Zaliwski i inni.

2013-02-23

Legenda [2005]

Uwaga, wpis zawiera lokowanie seksizmu.

Film napisał i wyreżyserował Mariusz Pujszo, więc jeśli ktoś oczekuje dylematów moralnych, etycznych aspektów i palimpsestycznych praktyk narratywistycznych, to szef kuchni poleca udanie się do innej restauracji. Porzućcie wszelką nadzieję, kupcie zgrzewkę piwa, zaproście kolegów i nastawcie się na głębię... o, gdzieś tak do pół łydki, wyrozbierane foczki lasie niewiasty i Michała Anioła w roli kontrapunktu.

"Legenda" miała być horrorem, filmem z gatunku, który dawno, dawno temu został zamordowany przez Marka Piestraka. Młodszym wyjaśniam, że Marek Piestrak to pierwszy w historii polskiego kina seryjny morderca - mordował każdy gatunek i każdy temat, jaki dostał się w jego ręce. Wyjątkiem był serial historyczny "Przyłbice i kaptury", bo główni bohaterowie mieli miecze i bronili się zajadle, ale i on wyszedł ze starcia z Markiem Piestrakiem ciężko poraniony. Koniec dygresji.

Mały miś do lasu bał się iść... I słusznie.

Horror zatem. Sześć dziewczyn urządza sobie wieczór panieński w zamku księcia Wacława (w roli zamku - malownicza Czocha, znana z "Tajemnicy Twierdzy Szpiegów, Fryca Frycza i Fryca Szyca"). Dziwny dozorca, wykrzywiając oblicze w tajemniczych grymasach, opowiada,  że książę Wacław był człowiekiem prawym, mszczącym krzywdy swoje i kurewstwo małżonki, jednak zakurzone księgi twierdzą, że przeciwnie - to z księcia buc był nieziemski, zemstę zaś, przy użyciu naostrzonego Gerlacha XXL, uskuteczniała księżna Elżbieta. Grozę miejsca i gnozę scenariusza potęguje czarny krasnoludek,tuptający po obrazie olejnym w tę i we w tę. Na widok czarnego krasnoludka wredne skojarzenia namolnie podsuwają piosenkę: "Po cmentarzu sobie tuptam / Patrzę - trup tu, patrzę - trup tam!"

I rzeczywiście - zaczynają ginąć ludzie. Jak to w horrorze. Jak to w horrorze klasy B - ludzie giną, reszta towarzystwa boi się bardzo, ale zwłoki zostawia tam gdzie są (w tym wypadku - w jakiejś piwnicy) i idzie się bać do sali kominkowej, bo tam ciepło i piwo stoi. Oczywiście, kogoś zabić trzeba, musi zatem znaleźć się ktoś, kto odłączy się od stada. Dziewczęta po kolei się odłączają, po kolei zostają zarżnięte, jeśli pojawiają się jacyś faceci - także zostają zarżnięci i jak to mówią Nieśmiertelni: "There can be only one!"

Historia się kupy nie trzyma, foczki lasie białogłowy porażają zachowaniem i konwersacjami, ale biegle czytają starodruki (oczywiście wszystkie potrzebne informacje znajdują na pierwszej stronie), a idealnym obuwiem do biegania po lochach...
- Na ilustracji widzimy lochę - jęknął pan Henio - karmiącą małe.
...lasach i innych okolicznościach przyrody okazują się szpilki. So what? To jest horror, tu się mamy bać. I wiecie co? Boimy się. Nie, żeby od razu jakoś nastroju, klimatu, efektów specjalnych czy innego homo suspensa. Boimy się gry aktorskiej sześciu pań i striptizera. Bo, oczywiście, jest striptizer - czy ktoś widział filmowy wieczór panieński bez striptizera? 

Autor bloga nie ponosi odpowiedzialności za skojarzenia reżysera i PT Czytelników

Ów striptizer jest, moim skromnym zdaniem, przebojem filmu. Że się giba w stringach - Boże drogi, takie caszy, taka praca. Ale scena erotyczna... no, mojekuźwauszanowanie. Gość poszedł w Sylwię Kaczmarek jak dzik w żołędzie - z  iście dziczym entuzjazmem i chrumkaniem. Powiedziałbym nawet, że chrumkania było znacznie więcej. Romantyzmu za grosz, namiętności trzydzieści deko, chuci pół kilo, chrumkania 16 ton, miętoszenia drugie tyle... A w dodatku aktor nosi nazwisko Niedźwiedź. Tak, wiem, że żarty z nazwisk są bucowate, ale nie mogę odpędzić myśli, że za 15 lat jakaś filmoznawczyni zajmie się postmodernistycznymi nawiązaniami "Legendy" do filmu Janusza Majewskiego "Lokis". Też horroru. Znaczy, gatunkowo. Znaczy, gatunkowo też.

Panie grają źle. Powiedziałbym, że grają bardzo źle, ale to jest film Mariusza Pujszo, więc poprzeczka wisi... a, nie - nie wisi - poprzeczka leży. Panie potykają się o nią w co drugiej scenie, mimo że jedna miała już dyplom szkoły teatralnej (państwowej wyższej i krakowskiej), a dwie właśnie taką szkołę kończyły. Co wiele mówi o kształceniu aktorskim naszym pięknym kraju. O leżącą poprzeczkę potykał się nawet Walduś ze "Złotopolskich", przeskakiwał ją jedynie Michał Anioł, który konwencję wyczuwał, ale tylko do momentu, w którym scenarzysta i reżyser w jednym kazał mu przestać wyczuwać, a  zacząć pitolić smętnie o mamusi, którą dopadła klątwa. Od tego momentu aktorowi odwaliło interpretacyjnie i stał się nieoglądalny jak Joanna Liszowska.

Migdałki! Obejrzyj moje migdałki!

Film Mariusza Pujszo czyli żadnych ambicji, żadnych oczekiwań, żadnych państwowych dotacji (!) i trzy razy C: cycki, chrumkanie i cienizna. Idealny produkt na męską licealną gimnazjalną imprezę przy litrach piwa. Mógłby być... Bo w sieci natknąłem na wypowiedź reżysera: "Naszym marzeniem jest realizacja horroru w klasycznej narracji. Nie pastiszu, czy filmu z przymrużeniem oka, ale filmu na którym widownia naprawdę będzie się bała!" A mogło być tak pięknie... Niestety, cały urok amatorki poszedł sobie do lochu, a bezpretensjonalny kicz zmienił się jednak w pretensjonalnego gniota.
- Gra aktorska musi być specyficzna - dodał reżyser w tym samym wywiadzie. 
Oj, była...

Mięsistą kreację stworzyła szynka, której partnerowały kiełbaski

Varia
1. Są cycki. Albowiem, jak wspomniałem, jest to film Mariusza Pujszo. Polski.
2. Product placement jest fantazyjny. Że bohaterowie jeżdżą samochodami określonej marki i piją jedno konkretne piwo - to subtelna norma, na którą nawet nie zwraca się uwagi. Ale katiusza nabojów z witaminowymi tabletkami musującymi, stojąca na lodówce i wrzucanie tychże tabletek do szklanki w proporcjach sześć na jedną szklankę... Mocne. Tego jeszcze nie było.
3. W roli księżnej Elżbiety wystąpiła Consuella Tomoń.
4. Żadne zwierzę nie zostało ranne podczas, ale zamordowano jednego pluszowego misia. Bu.


============
Legenda
2005
Czas:
77 minut
Reżyseria: Mariusz Pujszo
Scenariusz: Mariusz Pujszo
Obsada: Agata Dratwa, Roksana Krzemińska, Joanna Liszowska, Magdalena Modra, Agnieszka Kawiorska, Sylwia Kaczmarek, Michał Anioł, Andrzej Nejman, Artur Niedźwiedź.

2013-02-21

Skazany na bluesa [2005]

"Jeśli go nie znałeś"... to nie poznasz.

Jak wyjaśnić fenomen Ryszarda Riedla komuś, kto nigdy nie widział i nie słyszał go na żywo? I czy to w ogóle jest/był fenomen, czy tylko pokoleniowe wspomnienie? Tego się z filmu nie dowiemy. Bogiem a prawdą, nie dowiemy się z filmu niczego, poza tym, że dawno, dawno temu, za górami, za hałdami żył sobie Ryszard Riedel, który śpiewał, miał problemy i umarł, a w jego twórczości mieszkało nieśmiertelne piękno, które wzbudza zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić.

Nie ma zbyt wielu pomysłów na film biograficzny: można zbudować pomnik, zburzyć pomnik istniejący, pójść w relację, aluzję albo w impresje. W przypadku Ryszarda Riedla budowa pomnika jest niewykonalna - nawet jeśli zacznie się go budować na fundamentach czysto artystycznych, pomnik zawali się sam pod ciężarem wątków związanych z nałogiem. Z relacji też nici: życiorys Riedla sprowadzono w filmie do paru scen z młodości, końcowej fazy narkotycznego upadku i namolnego wciskania w co drugą scenę "Aha, i nie zapominajmy, że miał nierozwiązany problem z ojcem". Aluzje, impresje? Mhm, są w filmie trzy próby - wszystkie fatalne, a  jedna w dodatku ordynarnie zerżnięta z "Doorsów" Olivera Stone'a. Zresztą, o czym my mówimy? Jakie impresje, jakie aluzje, jakie nowe sposoby opowiadania, skoro scenarzysta i reżyser od samego początku jadą najprostszymi schematami, jakie tylko da się znaleźć w kinowym magazynie.

Od lewej:konformizm, opresja i kazalimisiedziećtosiedzę

- Co byś zrobił, gdybyś się jeszcze raz urodził? - pyta Tomasz Kot, grający umierającego Ryszarda Riedla.
- Nie brałbym tego gówna - odpowiada Indianer, grany przez następcę Riedla w Dżemie, Macieja Balcara.
Pamiętajcie drogie dzieci: narkotyki som iwil. Lepiej odrabiać lekcje i chodzić na kurs tańca. W dalszych scenach film pokażemy to dokładniej, a w pierwszą wcisnęliśmy, żeby nikt nie przegapił mesydżu.

- Czerwony jak wino?... Nie, to nie brzmi - martwią się członkowie Dżemu i grzęzną w bezradności - Czerwony jak... jak...
 - Jak burak! - podpowiada któryś, bo nie ma to jak solidnie denne tło dla nadchodzącego sprężystym krokiem bohatera.
- Jak cegła! Czerwony jak cegła! - podpowiada główny bohater, a zespołowi i publiczności kapcie spadają z podziwu wobec Takiego Talentu.

Jeśli matka - to oczywiście tylko zupy gotuje i trwałe sobie robi. Jeśli ktosik spotkany na plaży - to warszawiak, a skoro warszawiak, to nadęty i z pogardą traktujący "hanysów". Jeśli dyrektorka szkoły - to oczywiście zła i tłumiąca wolnościowe dążenia młodzieży. W przeciwieństwie do pana woźnego, który jest sympatycznie głupawy i daje się kupić za paczkę fajek. A co się robi, żeby pokazać tryumf młodościmiłościmuzyki nad sztywnym pedagogizmem? Każe się Zośce zdjąć bluzkę i machać nią nad głową, a dyrektorka niech się miota bezradnie i usiłuje krzykiem zakończyć imprezę. "Footloose" a'la Tychy. Więc Zocha wiuwa bluzką z energią pani z pocztowego okienka, dyrektorka się miota (zamiast wyjąć wtyczkę z gniazdka), żenadą wieje, a aktorzy klaszczą nie do rytmu. Bo w takich scenach aktorzy zawsze klaszczą nie do rytmu. Przy "Czerwony jak cegła" wystarczy klaskać na raz, ale nawet tego nie da się osiągnąć. Nie wiem, jakiś przepis obowiązuje w polskim kinie? Biją ich, gdy się któremuś uda klasnąć rytmicznie?

Cała sala śpiewa z nami? Nie, nie cała. Dół ma w nosie, tył ma w nosie,
a lewa strona entuzjastycznie gapi się przez okno

I tak za każdym razem. Jeśli menadżer - to wyzyskiwacz. Oczywiście z młodą atrakcyjną kobitką, bo to podkreśla jego ohydne wyzyskiwactwo. Jeśli główny bohater ma problem z ojcem -  to jakże piękne będzie wyglądała scena, gdy głos ojca w słuchawce telefonicznej wybudzi bohatera ze śpiączki, jakże głęboka będzie, prawda?... Nie, cholera - będzie drętwa i zalatująca "Modą na sukces". Jeśli główny bohater marzy o wolności (a musi marzyć o wolności, bo każdy bohater marzy o wolności - ma to wpisane w zakres bohaterskich obowiązków), to jak byśmy to zasymbolizowali, Jasiu?
- Kurde, na fregatę pod żaglami nas nie stać... Może koniem?
- O, koń! Koń jest niezły. Dawać konia!
- Może być biały?
- Musi być biały!
- Czy konie mnie słyszą?

Hej, dziewczyno, spójrz na białego misia symbola konia...

Wściekam się i wściekam, bo to jednak była historia na dobry film. Widać to po scenach drugiej części, widać to po próbach zarysowania relacji Riedla z synem, plącze się to w tle filmowych relacji Riedla z żoną, wyje to razem z Tomaszem Kotem w scenach narkotycznych, gdy głód wygląda jak głód, a odlot... odlot też wygląda jak głód. Niestety, cały ten potencjał rozmywa się, bo reżyser przypomina sobie, że, wiecie, Rysiek Riedel, Dżem, muzyka i chyba warto by pokazać jakiś koncert. I pokazuje... Wplata w archiwalne urywki "dokrętki" współczesne, w których już nie tylko Tomasz Kot, ma doczepione sztuczne włosy, ale i pozostali członkowie Dżemu także. I to nieudolnie. Nieudolnie doczepione i nieudolnie sztuczne. Nożżżżż...

W filmie mocne są tylko chwile...

Jeśli film się broni - a broni się jednak jakoś - to dzięki trzem elementom. Primo: dzięki muzyce - wyjaśniać chyba nie trzeba? Secundo: dzięki naprawdę świetnej, brawurowej roli Tomasza Kota (niech mi ktoś wytłumaczy, jak facet, który debiutuje na dużym ekranie taką grą, mógł się potem tak przeraźliwie... hmmm... jak by to określić łagodnie?...). I tertio: dzięki wątkowi żony i syna, który to wątek niby jest samograjem, ale przecież to też można było zepsuć.
Reszty mogłoby nie być, a w wielu przypadkach wręcz powinno nie być.

"...wtedy ukazała mu się Matka Boska i powiedziała: "Janie, ty mnie nie maluj na kolanach - ty mnie maluj dobrze!" 
A tak mi się jakoś przypomniało.

Raz, dwa, trzy, bez guglania: Kot czy Riedel?

Varia:
1. Reżyser Jan Kidawa-Błoński jest bliskim krewnym Ryszarda Riedla. Co wiele tłumaczy, ale co tym bardziej niczego nie usprawiedliwia.
2. Zgłaszam wniosek audio-formalny: szanowni twórcy, jeśli nie jesteście w stanie "zabezpieczyć" na potrzeby filmu ekipy płynnie "godającej" - nie silcie się i kręćcie w normalnej polszczyźnie, dobrze?
3. Przy scenie w której dzielne Wojsko Polskie napiernicza pałą złego ojca-ormowca, wymiękłem. Są, kurde, jakieś granice. Znaczy, chyba. Znaczy, powinny być.
4. W 2005 roku film widownia filmu nie przekroczyła 200 tysięcy osób. Czyli jednak kwestia pokolenia?
5. W trakcie realizacji filmu, pół roku przed premierą zginął Paweł Berger, klawiszowiec Dżemu. Nie, żadna klątwa - wypadek samochodowy. A Pawła Bergera możecie zobaczyć w scenie rozmowy w autokarze (od 01:23:15)



============
Skazany na bluesa
2005
Czas:
97 minut
Reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
Scenariusz: Przemysław Angerman, Jan Kidawa-Błoński
Obsada: Tomasz Kot, Jolanta Fraszyńska, Maciej Balcar, Adam Baumann, Anna Dymna, Joanna Bartel, Przemysław Bluszcz, Paweł Berger, Beno Otręba, Adam Otręba, Jerzy Styczyński, Zbigniew Szczerbiński i inni

2013-02-19

Hipoteza [1972]

Załóżmy, że jesteśmy w Toruniu latem 1913 roku. Załóżmy, że bohaterem jest matematyczny geniusz wykładający na tamtejszym uniwersytecie. Załóżmy, że przez Toruń płynie rzeka. Załóżmy, że nad tą rzeką jest most. Załóżmy, że do rzeki wpada kobieta, a stojący na moście profesor lampi się bezradnie... 

Załóżmy binokle... i peruczkę też załóżmy.

Krzysztof Zanussi zakłada, zakłada i zakłada, Jerzy Zelnik smęci z offu założenia Zanussiego, a znudzony widz myśli sobie, że w ten sposób zakładał i rozważał w szkole podstawowej, gdy po raz pierwszy dorwał się do "Dzienników gwiazdowych"  i zastanawiał się, co by było, gdyby Czwartkowy zadusił Wtorkowego na śmierć - czy Czwartkowy zniknąłby wtedy, a jeśli tak, to kto dusiłby Wtorkowego? W filmie Zanussiego rozważania są prostsze, bo w ogóle nie ma, co by było gdyby. Jest tylko założenie, że założenie, że założenie. 

Tonącą kobietę ratuje przejeżdżający woźnica. Profesor ma wyrzuty sumienia, więc parę dni później skacze z mostu, żeby udowodnić sobie, że potrafi skakać z mostu. Ponieważ udaje mu się - jest dumny, blady, mokry i szczęśliwy, a głos offu mówi: "Tak więc problem sumienia został szczęśliwie rozwiązany". Ołryli? Co prawda na studiach zamiast logiki wybrałem teorię literatury, ale i tak uważam, że skok z mostu bez holowania kobiety =/= skok z mostu z holowaniem kobiety. Z rozgrzeszenia zatem nici, a fabułka pruje się na szwach.

Z nurtem Wisły mkną galary. I Jerzy Zelnik.

Autor chyba też to czuje, bo dokłada filozoficzną pointę, w której wybucha wojna, a profesor w charakterze prostego sołdata siorbie zupę na łączce i ginie od przypadkowej kuli.
- Och, jakże przypadkowe i nieważne jest ludzkie życie w starciu z historią i Kismetem - mówi nam Krzysztof Zanussi.
- E tam - stwierdza widz, mając świadomość, że geniusz matematyczny z pruskiego uniwersytetu siedziałby na wojnie w zaciszu sztabu i kryptografił cyferkami.
- Ale przecież załóżmy, że... - stęka pointa filmu.
Cóż, możemy także założyć, że profesor jest Matą Hari i pod mundurem ukrywa wytatuowane na plecach plany twierdzy Przemyśl, możemy założyć, że kobieta, która się topiła, była maszyną liczącą Trurla, możemy założyć, że księgowy Telewizji Polskiej policzył, ile film będzie kosztował, ale ponieważ spieszył się na żaglówkę, nie poszedł do szefa, mówiąc "Szefie, no bez jaj, tyle kapuchy? Kostiumy, dekoracje i jeszcze most trzeba będzie zamknąć?" Wszystko można założyć. Są nawet tacy, którzy zakładają kalesony na głowę i używają sześciu wykrzykników po "AHAHAHAHAHA"

Czy jest na sali jakiś techniczny, który rozjaśniłby mroki?

Do obejrzenia przez fanatycznych wyznawców Zanussiego (choć oni chyba rozczarują się jeszcze bardziej) i wielbicielki Jerzego Zelnika, które jednak nie mają co liczyć na scenę "Fitzwilliam Darcy w jeziorku", bo Jerzy Zelnik nie Colin Firth, a poza tym Jerzy Zelnik był kudłaty i pływał w kamizelce.

Varia.
1. Muzyka - Wojciech Kilar.
2. Jak wspomniałem, tonącą babkę ratuje przejeżdżający woźnica. Widzimy go potem w gospodzie, a z offu słyszymy: "Możemy jednak być pewni, że jego dalsze losy nie wpłyną na losy ludzkości". Ot, arogancja inteligenta - przy profesorze nazakładał tyle kocopałów, że dałoby się z nich zbudować Zakłady Założeń Żeliwnych, półtora Einsteina z niego zrobił, ale kiedy przychodzi do woźnicy, to fi donc i niech Ignacy wyjdzie przez kuchnię, tak? A cholera wie, może ów aktywny woźnica uratuje niedługo życie Hindenburgowi albo nie strzeli pod Tannenbergiem do rosyjskiego żołnierza, który za parę lat stanie w plutonie egzekucyjnym w piwnicy domu kupca Ipatiewa, a może wynajdzie globulkę, a może zgłosi ustawę... Albo cokolwiek. Bo przecież załóżmy.
3. Filmpolski.pl podaje, że woźnicę grał Tomasz Witt. Ja tam się nie znam, ale kiedy patrzę na facjatę woźnicy to widzę Macieja Jankowskiego, w tamtych czasach m.in. judokę wagi ciężkiej (mistrza Polski nawet), a później działacza "Solidarności" i polityka.
4. Czemu Krzysztof Zanussi do tej powiastki założeniowej wpakował teksty typu "Europa naszych dziadów i pradziadów, nabrzmiała od przeciwieństw, targana falami strajków, pełna niesprawiedliwości i ostrych konfliktów społecznych" - nie wiem. Wątpię, żeby w 1972 roku musiał, nie wierzę, żeby chciał. A jednak.
5. Stanisława Celińska miała przynajmniej parę ról i kilka zbliżeń. Za to Danuta Rinn dłużej zakładała kostium niż jej było na ekranie. Bo było jej 20 sekund, z czego przez 10 sekund zasłaniał ją Jerzy Zelnik.


============
Hipoteza
1972
czas:
27 minut
Reżyseria: Krzysztof Zanussi
Scenariusz: Krzysztof Zanussi
Obsada: Jerzy Zelnik, Stanisława Celińska, Danuta Rinn, Wanda Rucińska, Jerzy Kozłowski i inni.

2013-02-17

Wojna żeńsko-męska [2011]

"Wojnę żeńsko-męską" Hanny Samson przeczytałem parę lat temu, momentami szczerze chichocząc. Zostało we mnie wspomnienie całkiem zgrabnie skonstruowanej groteski i zdziwienie, że ktokolwiek mógł uznać tę książkę za skandaliczną. Autorki nie liczę: reklama dźwignią i tak dalej. Ale książka to książka - że tak truizmem rzucę - a film to film i nie wszystko, co nieźle napisane, da się równie nieźle pokazać na ekranie.

Ojejku, jaki pan mąąąądry...

Publicystka-psycholog Bardzo Eleganckiego Magazynu dla Pań, by uniknąć bolesnego dla kobiety 50-letniej bezrobocia, zaczyna pisać felietony dla Magazynu Wyuzdanego (też dla pań). Pierwszy tekst pisze na ostatni gwizdek i kompletnie od czapy: "O kluczowej roli penisa w osobowości mężczyzny". W skrócie - jak na podstawie wyglądu narządu ocenić cechy męskiego charakteru, przydatność społeczną, perspektywy rozwoju i parę innych istotnych cech. O dziwo, tekst trafia w gusta publiczności, autorka staje się sławna, rozpoczyna badania naukowe w prowadzonej przez się Klinice Prącia oraz badania prywatne w zaciszu sypialni, cała Polska szaleje, gazety piszą, telewizja produkuje wielki talk (and-touch) show, daszki w tył, spodnie w dół i jedziemy bez trzymanki. Znaczy, tego... z trzymanką właśnie.

Scenariusz wystukała sama Hanna Samson, za i przed kamerą stanęła ekipa, która kręciła "Rezerwat", wzmocniona o Zjednoczone Siły Popularności w osobach Grażyn: Szapołowskiej i Wolszczak, Tomaszów: Kota i Karolaka, Wojciecha Mecwaldowskiego. Stanęła, nakręciła i... I nic.

Pustka. Oraz mina. Oraz groszek. But mostly pustka.

Mogła to być szalona komedia w odlotowych klimatach, bawiąca się konwencją i montażem, zostawiająca daleko z tyłu seryjną produkcję "komedii romantycznych", a dostaliśmy strasznie długie... kurczę, nie wiem. Coś. Groteski nie było - była za to typowa dla polskich filmów przesada. Tempa nie było, bo scenarzystce Hannie Samson żal było każdej sceny z książki autorki Hanny Samson. Reżyser nie mógł się zdecydować, czy chce nakręcić "Wojnę polsko-ruską" dla pań po pięćdziesiątce czy może "Nigdy w życiu" dla siedemnastolatek po setce, dwóch jointach i buteleczce "Tusipectu". Ile razy coś się zaczynało kluć (zabawna scena na korytarzu Bardzo Ważnej Telewizji), tyle razy ekipa dawała po hamulcach i wracała w wyślizgane koleiny polskiego kina. Czyli dłużyzny, płaskie dowcipasy, monologi z offu i rzucanie "panienkami".

Satyra na współczesne media? Książka tak, film nie. Poza wspomnianą sceną na korytarzu telewizji, było tylko parę delikatnych żartów, wyhamowanych w porę, by nikogo nie urazić. Jeśli Krzysztof Ibisz gra parodię samego siebie i świetnie się przy tym bawi (widz mniej - oj, mniej...), to to nie jest żadna satyra, tylko witz środowiskowy w stylu politycznej szopki w krakowskim Teatrze Groteska.
O, taki, na przykład, żarcik: tablica ku czci producenta filmu. Hilarjus.

Aktorsko film jest nędzny. Sonia Bohosiewicz miotała się od słodkości do szarży, ale jedno i drugie było kompletnie nieprzekonujące i o ile do bohaterki książki czułem sympatię, to bohaterka filmu nie budziła we mnie żadnych uczuć - nawet nie lubić jej mi się nie chciało. Siostra swojej siostry, czyli Maja Bohosiewicz, wyróżniała się na planie dziwnymi minami i makijażem oczu, sugerującym, że zaraz wyjdzie z niej Zły, powie brzydko, zeżre psa i nasika do doniczek. Tomasz Kot i Tomasz Karolak wywiązali się z umowy zagrania Tomasza Kota i Tomasza Karolaka, Wojciech Mecwaldowski gejował sztampą, Anna Prus pokazywała nogi, obie Grażyny nie pokazały absolutnie nic, a film na plus może sobie zapisać jedynie Violetta Arlak, której więcej było niż product placementu (sześć postaci? siedem?), ale za to była zabawniejsza. Niż product placement i niż reszta aktorów.
Z lewej - tył głowy. Z prawej - wzrok, który zaraz przewierci się na wylot...

Efekty specjalne - niespecjalne, muzyka z puszki "komedie romantyczne plus parę efektów dźwiękowych, bo to kul", żałosne sceny zbiorowe (szanowni twórcy - 25 osób to nie tłum) i zmarnowane 107 minut. Godzina czterdzieści siedem... Czyżby polscy filmowy wynagradzani byli od minutażu? I wiecie co? Gdyby film trwał godzinę, gdyby pozbyto się całej "waty"... to może miałby szansę się obronić. Niestety, nie trwał i się nie obronił. Szansę obrony mają za to widzowie - wystarczy, że zrezygnują z oglądania.


Varia:
1. W konkurencji product placement Samsung przegrywa z Telepizzą, która, co prawda, powtarzała niektóre ujęcia, ale za to były to ujęcia wyjątkowo głupie.
2. Pionierski podmiot badań prącialnych zagrał znany skądinąd Wojciech Krzyżaniak. "Co skłoniło Podstolinę..." - wolę nie wnikać, ale teza o środowiskowych żarcikach ukłoniła się nóżką.
3. Hasło "Liga Polskich Rozwodników stoi na straży polskiej rodziny!" może być, bo jest zabawne. Swastyk na koszulkach manifestantów być nie powinno, bo nie są zabawne. Nawet w żartach. Nawet w żartach rodem z polskich komedii, które nie są zabawne same w sobie, więc nie warto ich dobijać.


============
Wojna żeńsko-męska
[2011]
Czas:
107 minut
Reżyseria: Łukasz Palkowski
Scenariusz: Hanna Samson (na podstawie własnej powieści)
Obsada: Sonia Bohosiewicz, Maja Bohosiewicz, Violetta Arlak, Wojciech Mecwaldowski, Grażyna Szapołowska, Tomasz Karolak, Krzysztof Stelmaszyk, Anna Prus
Dofinansowanie PISF: twórcy wnioskowali o półtorej bańki, ale nie znalazłem informacji, czy dostali. Czy to znaczy, że nie dostali?

2013-02-15

Gdzie jest trzeci król [1966]

Pułkownik Wala był tego dnia bardzo poważny.
- W Europie grasuje gang złodziei dzieł sztuki, zwany potocznie Syndykatem.
- Oui - potwierdził inspektor Didot z Interpolu - Le Syndicate.
- Kieruje nim niejaki Gruber z Monachium.
- Oui - inspektor pokiwał dukającym z dubbingu głosem - Err Gruber.

Towarzyszka porucznik Rogalska i pan kapitan Berent

Gang chce ukraść bohomaz pod tytułem "Król Sibeiry", znajdujący się w prowincjonalnym polskim muzeum, a Interpol i MO szykują małą prowokację: na ratunek wyrusza ekspedycja, kierowana przez nie mniej słynnego podróżnika, Wawelskiego Smo... kierowana przez kapitana Berenta. W roli Bartłomieja Bartoliniego, czyli w tym przypadku służbowej żony na jedną akcję, wystąpiła towarzyszka porucznik Rogalska. Para udaje się do położonego na odludziu muzeum pod przykrywką (kapitan) i pod płaszczykiem (porucznik).
- Pojedziecie tam jako literat, zbierający materiały do poematu historycznego - poleca pułkownik.
Aha, że niby jak Berent, to od razu literat? Ale na miejscu towarzyszki porucznik Rogalskiej ja bym się obraził śmiertelnie. Było nie było, Berent napisał "Próchno". Choć z drugiej strony, debiutował "Fachowcem"...
 Milicyjna para ma dokonać podmiany oryginalnego bohomazu na kopię, kopię ma ukraść gang, gang ma zostać schwytany przez Interpol. Proste, niefinezyjne, skuteczne.

Służbowa krótkofalówka z długoantenką

Muzeum jest bardzo dobrze chronione. Kiedy tylko nasi bohaterowie stają przy drzwiach - ogłusza ich przeraźliwy alarm. Wyrazy współczucia dla listonosza. Nawet jeśli ewentualnemu włamywaczowi uda się sforsować zabezpieczenia - czeka go zetknięcie z obsadą muzeum (sztuk 6 +1), uzbrojoną w kusze i dowodzoną przez dziarskiego kustosza Panajanasa.
- Ja Nas - przedstawił się kustosz.
Pananasa. Pana Nasa.
- Ja Janas - sprostował kustosz.
Pana Jajanasa.
Whatever.

Początkowo wszystko idzie gładko - milicyjna para podmienia oryginał bohomazu na kopię. Ale już chwilę potem bohaterowie widzą, jak Panajananasa... yyy... pan Jajanas... kustosz!... podmienia ich kopię na coś innego. Pół godziny później kustosz nie żyje because of walające się wszędzie kusze, na ścianie wisi bohomaz, o którym kapitan Berent jest przekonany, że to kopia oryginału, bo przecież oryginał ma w walizce, ale rychło się okazuje, że w walizce nie ma oryginału, tylko jeszcze straszniejszy bohomaz z uśmiechniętą drwiąco trupią czachą. 

Nie, to nie czacha króla - to malarz Marczak (po latach zostanie szefem Pana Samochodzika)

Ciemno, zimno, leje, a do najbliższego posterunku jest 14 kilometrów.
- Samochodem!
Na stanie muzeum samochodu nie ma. A milicyjny ściga złoczyńców Grubera.
- Zadzwonić!
- To niemożliwe - mówi malarz Zientara - Wiejski urząd pocztowy, do którego należymy, jest czynny od szóstej rano do ósmej wieczorem.
Albowiem jak pisał w swojej książce pułkownik Wałach z UB - "Był w Polsce czas..."

Długo by mówić, a nie chciałbym zdradzać, kto zabił pana Ja... kustosza. Niech Wam wystarczy, że intensywne czynności dochodzeniowe doprowadziły do zdemaskowania sprawcy i wyjaśnienia, że w grę wchodziły oryginał, trzy kopie plus podróba z czachą, zdejmowane, wymieniane, zawieszane, zdejmowane, wymieniane, zawieszane, zdejmowane...  A wszystko po nocy i w ciągu 35 minut. Jakim cudem nie doszło do kolizji i wzajemnego zadeptania, pozostanie tajemnicą autora. Oczywiście, wszystko kończy się dobrze, sprawiedliwość tryumfuje, chciwość zostaje ukarana, przesąd - zwyciężony, a złoczyńca - ujęty przed szóstą rano.

- Sprawca wymienił króla na króla, którego my zamieniliśmy na króla,
a tego z kolei zamienił na króla Panjajanas.

Andrzej Łapicki gra Andrzeja Łapickiego, mówi siedem słów po francusku i bez pudła rozpoznaje w muzealnym "bifeju" "bardzo ładny początek XVII wieku, południowa Francja, wpływy ludowe". Towarzyszkę porucznik Rogalską gra Alicja Wyszyńska w peruce (drogie panie nie uprawiajcie sprintów w peruce, bo może się zsunąć), Kalina Jędrusik albo ubiera się w apetycznie obcisłe, albo w jeszcze bardziej apetyczne prześcieradło (jedynie). Wojciech Pokora, Franciszek Pieczka i Wieńczysław Gliński o prostu są, ale daj Boże każdemu aktorowi tak być, Tadeusz Kondrat gra bardzo milusie zwłoki kustosza Panajajanasa, a Marię Wachowiak z uprzejmości pominiemy.

Lekkie, łatwe, przyjemne, choć trochę mamoniowate: tradycyjny pomysł ("morderca jest wśród nas"), wykonanie bez większych wpadek, aktorzy na których wyrastaliśmy jako widzowie, których znamy i lubimy...

Kapitanie, pan rozbroi towarzyszkę porucznik, dobrze?

Varia
1. Świetna muzyka. Nic dziwnego, kompozytorem jest Adam Walaciński, autor muzyki do... Rany, za dużo wyliczania. Sami se sprawdźta TU.
2. Autorem scenariusza według książki Kazimierza Kwaśniewskiego jest Joe Alex. Do pełni szczęścia brakuje tylko recenzji Maciej Słomczyńskiego.
2. Grający inspektora Didot Adam Pawlikowski dubbingowany jest przez jakiegoś strasznego dukacza.  Nie wiem, czemu - przecież Pawlikowski znał francuski i widać, że mówi sam.
3. Muzeum w Borach zagrał pałac w Kórniku.
4. Pułkownik Wala, prezentując podwładnym kopię bohomazu, mówi: "Trzeci król z tryptyku". Jaki trzeci, skoro wtedy wiadomo tylko o dwóch (oryginał i pierwsza kopia), a potem królów jest czterech i pół (wliczając czachę)?
5. Na wieść, że ma udawać literata kapitan Berent wygłasza zdanie "Literatów jest w Polsce niewielu". Ciekawe, kogo miał na myśli? Albo kogo nie miał?
6. Pankustoszjajanas: "Od 10 lat nikt nie napisał poematu historycznego. Myślę o dobrej poezji". Pytanie: jakaś aluzja do zakazanego wtedy Ważyka (ale "historyczny"?) czy po prostu przypadek? Pytanie dodatkowe: ile znasz poematów historycznych napisanych w PRL?

============
Gdzie jest trzeci król?

1966
Czas: 79 minut
Reżyseria: Ryszard Ber
Scenariusz: Joe Alex wg powieści Kazimierza Kwaśniewskiego
Obsada: Andrzej Łapicki, Alicja Wyszyńska, Wieńczysław Gliński, Kalina Jędrusik, Ryszard Pietruski Wojciech Pokora, Franciszek Pieczka i inni.

2013-02-13

Rysa [2008]

Mam problem z tym filmem. Albo nawet parę problemów.
Środki masowego rażenia informacją reklamowały "Rysę" jako film o lustracji. No dobra, rzeczywiście od tego się zaczyna. Jest sobie krakowskie małżeństwo naukowe, pani domu dostaje z okazji urodzin pióro, obrusy, łyżeczki i inny okazjonalny badziew, ale wśród prezentów znajduje się także, przyniesiona nie wiadomo przez kogo, kaseta wideo z nagraniem programu jakiejś prowincjonalnej telewizji. Występujący w owym programie historyk (z ubecką przeszłością) oskarża męża jubilatki, że nie tylko całymi latami donosił na jej ojca, ale że był oficerem SB, którego służby po prostu podstawiły młodej naiwnej dziewczynie, w celach niecnych i inwigilacyjnych.

Mąż trochę jest bezradny, trochę bagatelizuje, trochę ucieka od tematu, trochę zamyka się w sobie, ale żona zaczyna drążyć - dociera do ubeka/historyka i odkrywa, że tak naprawdę nic się nie zgadza: ani nazwisko, ani imię, ani wiek oficera SB, ani fakty dotyczące życiorysu jej ojca. No, jedna wielka kicha, którą każdy sąd lustracyjny wykopałby za drzwi. A jednak... A jednak w teczce sprawy znajduje się "zapotrzebowanie TW na ileś tam metrów materiału białego w czarne groszki, na okoliczność ślubu". Dokładnie takiego, z jakiego żona miała uszytą ślubną suknię, a który podobno przed ślubem załatwił mąż...

W tym momencie rysa, która pojawiła się w małżeństwie wraz z podrzuconą taśmą, zamienia się w solidne pęknięcie. Żona izoluje się od świata, męża traktuje jak powietrze i to raczej powietrze zepsute, z dnia na dzień pogrąża się w coraz cięższej schizie, bezradny mąż miota się od jednej rozpaczliwej próby utrzymania związku do drugiej... 

Argumenty za

Czy "Rysa" jest filmem o lustracji? Chyba nie bardzo i sprowadzenie wszystkiego do teczek "upupia" film przez wklejenie go w "tam i wtedy". Jasne, kwestia teczek jest obecna w filmie od początku do końca, ale odnoszę wrażenie, że wynikało to po części z czasów, w których film powstawał, że był to jedynie pretekst do pokazania czegoś głębszego i równie dobrze zamiast teczek mógł się w roli pretekstu pojawić dowolny temat. Większość filmu to powolny rozpad małżeństwa, konsekwentny rozpad zaufania i więzi, a wreszcie rozpad psychiki człowieka. Sceny z Jadwigą Jankowską-Cieślak, sprzątającą nowohuckie mieszkanie "od linii do linii", odkażającą ręce alkoholem, rozmawiającą ze znajomą lekarką czy siedzącą na tle półek z dziesiątkami opakowań płatków, chrupków, czy co to za syfmalaria była w tych torebkach... Chyba można by to pokazywać na zajęciach pierwszego roku psychologii/psychiatrii.


Ale tu pojawia się pytanie: co było przyczyną, a co skutkiem? Czy to informacje o ewentualnej współpracy męża z SB wywołały chorobę, czy może były jedynie katalizatorem czegoś, co tak naprawdę siedziało w żonie i wystrzeliłoby pod jakimkolwiek pretekstem? Ponad połowa filmu to studium dezintegracji osobowości i związku, pozbawiona jakichkolwiek wzmianek o głównej "aferze". Celowy zabieg twórców, mający zdjąć lustracyjną "gębę"? Sugestia, że ten związek rozpadłby się tak czy owak, przy byle okazji, pod byle presją? Drugi i trzeci plan sugeruje, że i samo małżeństwo, i jego najbliższe otoczenie były mocno toksyczne także bez lustracyjnego "gie", wpadającego w wentylator.

Przy pierwszym kontakcie z filmem reagowałem pewnie tak, jak wszyscy: "Mąż był czy nie był ubekiem? Faites vos jeux! Ta scena sugeruje, że był. Ta - że nie był. Ta - że był. O, a ta to już zupełnie, no, popatrz na te małe, wredne oczka!..." Tylko, o czym my tu rozmawiamy, skoro sam reżyser przyznawał, że jeszcze w czasie kręcenia nie wiedział, jak zakończy film. On nie wiedział, to ja mam wiedzieć? Mogę sobie wybrać według uznania, według nastroju lub według poglądów polityczno-historycznych (przebój internetu forumowego: "Ch...wy film i nuda straszna, ale mówi ważną prawdę o ubeckim układzie, wciąż rządzącym Polską, dlatego polecam" :-))

Drugie podejście to już zupełnie inna pieśń, inny nastrój i inne interpretacje pchające się na tapetę (o, tam są... tam wyżej). I tak sobie myślę, że jeśli film daje do myślenia i analizowania, jeśli nie wynika to ze scenariuszowych wpadek, niekonsekwencji, tylko z przestrzeni, którą reżyser celowo zostawia widzowi (a wygląda, że celowo zostawia)... to chyba dobrze, prawda? O to chyba chodzi w sztuce, prawda?
Ale gdyby ktoś mnie dziś zapytał "o czym jest ten film?", to chyba nie umiałbym jednoznacznie odpowiedzieć.

Był? Nie był? Był? Nie był? I czy to ma znaczenie, czy nie?

Krzysztof Stroiński zagrał kolejną świetną rolę, pełną dramatyzmu w drobiazgach: gestach, spojrzeniach, delikatnych grymasach. Jadwiga Jankowska-Cieślak... Kurczę, nie wiem. Tu wyróżnienie, tam nagroda ("Orzeł" za najlepszą rolę kobiecą), ówdzie pean, a ja przez pół filmu nie mogłem się do niej przekonać. Dialogi podawała drętwo, sztucznie i nieprzekonująco, momentami wręcz irytowała. Mam nadzieję, że było to celowe zagranie Rosy-reżysera, by na takim tle Krzysztof Stroiński wypadł jeszcze biedniej i sympatyczniej lub Rosy-scenarzysty, by zostawić pole do interpretacji kwestii choroby. Enyłej, Jadwiga Jankowska-Cieślak była dla mnie jak Słowacki dla Gałkiewicza: nie wzruszała i nie zachwycała. W przeciwieństwie, na przykład, do Jerzego Nowaka, który swój epizod zagrał przejmująco.

Drugi plan nierówny: Ryszard Filipski krótko, ale treściwie - charakter ma koszmarny, ale kamera go jednak kochalubiszanuje. Kinga Preiss drewniana, choć nie mogła być inna, bo kwestie, które jej napisano, to jakiś koszmar: "Pani Kingo, pani wejdzie i wygłosi z namaszczeniem, tu pani ma zbiór prasowych nagłówków, to się pani nauczy w przerwie". Sławomir Pacek, posłuszny zaleceniom scenarzysty, robił z siebie smutną ciapę, a w finale pokazał się Zdzisław Wardejn - krótko, ale mocno (aktorsko i fabularnie). 

Marzenie każdego akademika - własna dziupla na poddaszu.

Naprawdę niezła muzyka (Stanisław Radwan - firma), znakomite zdjęcia Marcina Koszałki, który nawet przystanek autobusowy potrafił nakręcić pięknie i intrygująco.

Namawiam. Nie, żeby już-zaraz-natychmiast, ale jeśli ktoś ma wolny wieczór, weltschmerz i ochotę do rozmyślań, to namawiam.

Varia
1. Pierwsze sceny rozgrywają się w... Hmm, to chyba nie jest salon. W salonie zazwyczaj bywają okna.
2. Kto w nowohuckich scenach z Jankowską-Cieślak miał skojarzenia z "Lokatorem" Polańskiego - ręka do góry. 
Oczom jego ukazał się las...
... rąk
3. Preclarka, która stałaby na Plantach w miejscu wskazanym przez reżysera, zbankrutowałaby (z głodu by nie umarła - miała w końcu obwarzanki).
4. Scena podlewania ogródka trwała minutę. Mierzyłem.



============
Rysa
2008
Czas:
84 minuty
Reżyseria i scenariusz: Michał Rosa
Obsada: Jadwiga Jankowska-Cieślak, Krzysztof Stroiński, Jerzy Nowak, Ryszard Filipski, Teresa Marczyńska, Ewa Telega, Mirosława Marcheluk, Kinga Preiss i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 (produkcja),  23 788  (refinansowanie promocji)

2013-02-11

Bitwa pod Wiedniem [2012]

Stare przysłowie pszczół mówi: "Ostrzeżony - uzbrojony". Ostrzeżeń przed seansem miałem aż nadto ze strony recenzentów i widzów niezrzeszonych, wiedziałem więc, że  nie ma się co nastawiać na arcydzieło. Zero oczekiwań, zero uprzedzeń, w charakterze uzbrojenia - butla wina, przekąski i miękka poduszka.
Wciskam "start".
...
Hmmm...
No, dobra, ale tu podobno miała być wielka polityka, ekspansja Turków, bitwy, oblężenia... Tymczasem razie na ekranie stoi jakiś opuchnięty mnich o imieniu Marek i tłumaczy zgromadzonym prostaczkom, że trzeba się modlić. Daru przekonywania nie miał za grosz, bo ledwo skończył - tłum miast się modlić, rzucił się na niego z radosnymi okrzykami i zaczął kroić mu habit. Ślepi widzieli, chromi już nie chromali, głusi zaczynali słyszeć, a nasz opuchnięty Marek wściekał się, że mu dziury w odzieży robią. 

Nowiuśki koszulji, Domine... Gdzie ja teraz taki habit dostanę?

Turcy, którzy pojawili się na ekranie, dzielili się na siedzących i stojących, przy czym Turcy stojący dzielili się na Turków stojących na baczność i Turków stojących na baczność, a Turcy siedzący dzielili się na Turków siedzących na tronie, siedzących na schodach i siedzących na koniach. Turek siedzący na tronie przewrócił oczami i kazał Turkowi siedzącemu na koniu "ponieść zieloną chorągiew Proroka aż do serca Europy". Turek na koniu (dla niewtajemniczonych - Kara Mustafa, w skrócie - Penstock, dla przyjaciół - Dudu) ukłonił się Turkowi siedzącemu na tronie i przewracając oczami obiecał, że "poniesie zieloną chorągiew Proroka do samego serca Europy", po czym odjechał w stronę zachodzącego słońca czyli do domu.

W domu Kara Mustafa pochwalił  się swojej squaw, że dostał odpowiedzialne zadanie, ma bowiem "ponieść zieloną chorągiew Proroka do samego serca Europy", wobec czego "poniesie zieloną chorągiew Prokoka do samego serca Europy". Po czym przewrócił oczami.
Ręce zaczęły mi się trząść i rozlałem trochę wina.
- Ależ mężu... - przewróciła oczami squaw Kara Mustafy - nie wypełnisz tego zadania bez swego amuletu.
Dżizas, czemu nie wypełni bez amuletu? Dlaczego amuletu? Jakiego amuletu? Jeśli pokażą Pierścień, to się popłaczę...
Pokazali wisiorek.
Okazało się, że magiczny wisiorek Kara Mustafa dostał dawno, dawno temu od chłopca imieniem Marek, któremu uratował życie. Bo akurat przypadkiem przechodził. Z tragarzami.
- Witamy w świecie Niesamowitych Zbiegów Okoliczności - jęknąłem.
Żeby nie było wątpliwości, co i jak, scenarzysta dołożył Kara Mustafie spicz o tajemniczym mnichu Marku, który żyje za górami, leczy cuda, czyni chorych i umie być w dwóch miejscach równocześnie. Co nie jest w sumie takie znowu trudne - znam jednego profesora który w tym samym czasie ma wykłady na trzech różnych uczelniach. O czym to ja?... A, że chłopiec, amulet, mnich Marek. I że już wiemy, iż to TEN Marek, dał TEMU Mustafie TEN amulet, który zapewne wystrzeli w III akcie i Zmieni! Losy! Świata!

Cosik. Chyba ważne, bo na ekranie częściej niż wisiorek, sułtan, Wenecja, Jan III Sobieski razem wzięci.

Łopatologia lała się z ekranu, a Turek na koniu jeździł na koniu.
- Patrz, to Wielki Wezyr! - mówili tureccy autochtoni, grani przez rumuńskich statystów.
- Tak, to Kara Mustafa! - potwierdzali tureccy autochtoni, grani przez włoskich statystów.
W obawie, że zaraz ktoś powie: "Kara Mustafa jedzie na koniu. To jest koń Kara Mustafy. To jest Kara Mustafa i jego koń", wlałem w siebie kolejny kieliszek.
- Nie słuchałeś ojca - narzekał ojciec mnicha Marka.
- On teraz ma ważniejszego ojca - tłumaczyła mężowi matka mnicha Marka, a ponieważ ktoś mógł nie zrozumieć, dodawała - W jego życiu pojawił się inny ojciec, o wiele ważniejszy.
- Aluzju paniał - prosiłem klęcząc i znieczulając się z gwinta - Wsje paniali. Nie wyjaśniajcie, proszę.
- To nasz ojciec niebieski! - matka mnicha Marka i scenarzysta nie znali litości. Wino się kończyło, a przekąski  powiedziały, że czniają to pryncypialnie i oddaliły się w nieznanym kierunku.

Wszystko powtarzano po 2-3 razy, każda Ważna Kwestia ozdobiona była Znaczącą Pauzą przed  i Znaczącym Stęknięciem po (przy czym na razie każda kwestia była Ważna), każdy oddech mnicha Marka przesycony był dobrocią, mądrością i zapachem goździków, każde jego spojrzenie zwiastowało, każde słowo niosło, każda głuchoniema dziewczyna padała przed mnichem Markiem na kolana i kazała się błogosławić, a każda scena ciągnęła się jak posiedzenie sejmu i kazała się przeklinać
Ale za to pojawił się husarz. Husarz składał się z płaskiego, animowanego profilu i czarnych oparów. I dyszał. Krótko dyszał, bo na scenę znowu wylazł mnich Marek i smęcił Znacząco.
- Allah Akbar! - wrzasnęli Turcy, a Kara Mustafa znowu przewrócił oczami i znowu obiecał, że poniesie zieloną chorąblablabla i tak dalej.
Zerknąłem na zegarek - minęło 27 minut filmu. Filmu, przypomnijmy, o oblężeniu, odsieczy, polityce, walce z islamem, husarii szarżującej ze wzgórz Kahlenbergu i takich tam... Dobra, dam filmowi jeszcze parę minut.

...i potem aleją Van Gogha prosto do Trochimbrodu gdzie czekają Dżonfen i Sammi Dejwis Dżunior Dżunior

- Wezwał cię cesarz, Marku - powiedział włoski Sam Gamgee do włoskiego Frodo, gdy szli wolno (o, kurde, jak oni wolno szli...) przez komputerową łaczkę - Jak myślisz, czego chce od ciebie?
Kurrr...
- Nie wiem - odparł mnich Marek, troską przepełnion - Ale wiem, o co go poproszę.
- O co go poprosisz, Marku?
Kurrrrrr...
- Żeby zawierał sojusze militarne i przygotowywał się.
Kurrrrr... double.
- A dlaczego cesarz miałby zawierać sojusze militarne? - drążył tępawy nieco towarzysz podróży.
O, święty Chlodwaldzie, patronie producentów gwoździ...
Mnich Marek wyjaśnił, dlaczego. Długo. Wyjaśniwszy - zaczął się modlić. Też długo.

Sssszfak! Dość. Dość! Tego się nie da oglądać. Efekty specjalne? Polskie gwiazdy? Wielka polityka, bitwy, królowie, Wiedeń i spektakularne Niewiadomoco? Nie dożyję tego - minęły dopiero 32 minuty (więcej niż 1/4 filmu), a już jestem poza granicą wytrzymałości i zaczynam bić głową w ścianę. Odmawiam. Dawać mi film o facecie w łódce i Stirlitza pod brzózką, dawać rolniczy kwadrans księcia Bołkońskiego pod dębem albo sceny z życia nieobranych dziemniagów. Poddaję się. Po raz pierwszy od lat nie dotrwałem do końca filmu. Rispekt dla twórców.


============
The Day od the Siege - September Eleven 1683 (Bitwa pod Wiedniem)

2012
Czas: 120 minut
Reżyseria: Renzo Martinelli
Scenariusz: Renzo Martinelli, Valerio Manfredi
Obsada: F. Murray Abraham, Enrico Lo Verso, Jerzy Skolimowski, Piotr Adamczyk, Antonio Cupo, Marius Chivu, Giorgio Lupano, Alicja Bachleda-Curuś, Borys Szyc i inni
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 (produkcja)

2013-02-09

Pułapka [1970]

Rok 1945 - Ziemie Odzyskane czyli zachodnie pogranicze. Skoro pogranicze i skoro w 1945 roku - powinno być to pogranicze w ogniu. I jest - już w pierwszej scenie ognia daje obywatel w kapeluszu. Z karabinu snajperskiego zabija żołnierza, wieszającego na kopalnianym szybie polską flagę do góry nogami.
- O, kurczę, zapluty karzeł reakcji - pomyślałem - Rząd londyński i jego dolarowi poplecznicy, pod pozorem obrony patriotyzmu, rzucają kłody pod nogi i sypią piasek w tryby.
Po chwili okazało się jednak, że to nie akowskie podziemie, tylko zwykły Werwolf, ukrywający się po krzakach i czekający na trzecią wojnę światową. Co może nie jest zbyt charakterystycznym wyróżnikiem, zważywszy, że wtedy połowa Polski i jedna trzecia Niemiec czekała na WWIII. 

Nazywam się major Rajner, a to są moje zęby!

W małym miasteczku w Sudetach stacjonuje polski garnizon, mający uruchomić tutejszą kopalnię wolframu. Garnizonem dowodzi major Jan Rajner, pochodzący stąd, tu mający swoje korzenie i brata stryjecznego imieniem Willy Reiner (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, przydział służbowy: SS), siedzącego w obozie jenieckim. Zastępcą majora Rajnera jest porucznik Walczuk, podejrzliwy, gorliwy i chudy, żoną majora jest Wanda, która nie chciała Niemca i nie chciała porucznika, ale chciała majora Rajnera, choć głównie ze względów genderowych ("Zima była, a mnie znudziło w wojsku to zaczepianie kobiet, to podszczypywanie, to poklepywanie po tyłku, świńskie dowcipy. A on był inny..."). Jakby stosunki na pograniczu były mało skomplikowane - scenarzyści kazali żonie majora i porucznikowi mieć się ku sobie z powodów wspominkowych (się znali od lat), patriotycznych (oboje nie chcieli Niemca) i fabularnych (A + B = spiskowanie przeciwko majorowi).

Niemcy są, oczywiście, źli, biją wszystkich, straszą, szantażują, zabijają oraz mówią po niemiecku. Jedynym dobrym Niemcem okazuje się Gerhard, który jednak po pierwsze szybko ginie od ciosu siekierą, a po drugie wcale nie jest Niemcem, tylko Polakiem o nazwisku Dudek. Zakochana w majorze autochtonka Helga nie jest dobrym Niemcem, bo primo - jest zakochana, a secundo - obiektywnie rzecz biorąc, kolaboruje z Werwolfem. Poza tym film kręcono, gdy generał Moczar trzymał się jeszcze mocno jak Chińczyki, więc Niemcy są źli defaultowo, tup!

Nazywam się Hauptsturmführer Kunf, a to są zęby Helgi

Polacy chcą uruchomić kopalnię, Niemcy chcą ją wysadzić, a Wirgiliusz Gryń prowadzi szeroko zakrojoną akcję wywiadowczo-inwigilacyjną. Niestety, widz szybko przestaje mu ufać: kiedy germańscykurwaoprawcy wysadzają w powietrze okoliczny most, Wirgiliusz Gryń orzeka: "Fachowa robota, bardzo fachowa", choć widać wyraźnie, że na skutek wybuchu ucierpiały jedynie cztery deski na krzyż i naprawa potrwa góra kwadrans. W końcu jednak Wirgiliusz Gryń dopina mundur i dopina swego, major Rajner udowadnia lojalność wobec ludowej ojczyzny, ukatrupiając brata stryjecznego i paru jego kolegów oraz udaremniając ich niecne plany, Wanda nadal nie chce Niemca, za to znowu chce majora, porucznik Walczuk odgraża się, że on jeszcze pokaże majorowi, pułkownikowi i w ogóle! I znający historię widz zdaje sobie sprawę, że porucznik nie rzuca słów na wiatr: jeszcze dwa-trzy lata, a major zostanie oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, Wirgiliusz Gryń - o szpiegostwo na rzecz białocarskich ośrodków emigracyjnych i obaj trafią do ciemnego pokoju, w którym pewien człowiek włączy lampę i powie:
- Nazywam się major Światło i mam stopień majora...

Film nieźle oddaje realia powojennego chaosu na pograniczu. majora Rajnera gra Andrzej Kopiczyński swoją własną twarzą, ale cudzym, płynnie mówiącym po niemiecku głosem. Oberhajhitla gra niedawno zmarły Jack Recknitz, w trakcie kręcenia filmu aktor warszawskiego Teatru Żydowskiego, Niemca z Estonii gra Bruno O'Ya, ktory naprawdę był Estończykiem, ale nam bardziej jest znany jako Żmudzin Józwa Butrym Beznogi (w "Pułapce" nogę ma, drugą też.), a Witia Pawlak z Krużewnik gra niemieckiego ferfluchtera, ale takiego fałszywego, bo naprawdę nazywa się Wiśniowski i z miasta Łodzi pochodzi, a SS-mani czytają Heinego i korzystają z Puszkina... Pogubiłem się w tym po kwadransie.

Film, niestety, jest drętwy jak filary wysadzonego mostu. Spora w tym wina aż trzech scenarzystów: Bohdana Czeszko (tak, tego), Tadeusza Pietrzaka oraz Jerzego Bednarczyka. Ten tercet egzotyczny spłodził politgramotę w sosie sensacyjno-moczarowskim (knujący porucznik nazywa się co prawda Walczuk, ale jakiś taki szczupły, podejrzanie czarniawy...), w której aktorzy snują się po lasach i z namaszczeniem wygłaszają deklaracje programowe: "To nie jest twój dom! To jest dom niemiecki. A kiedy ja tu jestem - jest naszą placówką!", "Pułkownik go osłania, Ale znajdą się jeszcze tacy, którzy nie dadzą się zaślepić", "Zbyt wiele kosztowało mnie ocalenie mojej godności, żebym jej teraz nie cenił"... Kurczę, może zamiast Czeszki trzeba było zatrudnić Bratnego? Major bzyknąłby Helgę, porucznik bzyknąłby Wandę, a oberhajhitel upiłby się z Józwą Butrymem i śpiewaliby na dwa głosy "Mein kleiner grüner Kaktus, holla-ri, holla-ro!"

Mówił pan prawdę, majorze - rzeczywiście nie jest pan kobietą

Niby sensacja, niby wojna, strzelanina i wybuchy granatów, niby prawie 20 trupów (w tym trzy zaoczne), a człowiek siedzi i się nudzi.

Varia
1. W scenie przesłuchania Witii Pawlaka, major Rajner oddaje przesłuchiwanego w ręce niejakiego Wionczka. "Nie, proszę!" - krzyczy Witia - "Powiem! Wszystko powiem!" 
Widziałem parę filmów Romana Wionczka i wcale się Witii nie dziwię. 
2. Muzykę do filmu napisał Jerzy Masymiuk. Ponieważ raczej trudno uznać, że nie czuje muzyki, wniosek jest prosty - nie czuł filmu "Pułapka". W scenie dramatycznej lekki dżezik, w scenie lekkiej - dramatyczne smyczki...
3. Tadeusz Pietrzak, wymieniony jako współautor scenariusza, to w pozafilmowym cywilu postać nieco złowroga: generał brygady, dawny GL-owiec, komendant MO w Poznaniu, zastępca Szefa Głównego Zarządu Informacji Wojskowej. Trzecim scenarzystą był Jerzy Bednarczyk - autor scenariusza "Podróży sołtysa Kierdziołka" i "Powrotu doktora von Kniprode" (poważnie). Plus Bohdan Czeszko... Ten film po prostu nie mógł być dobry.


============
Pułapka
1970
Czas:
98 minut
Reżyseria: Andrzej Jerzy Piotrowski
Scenariusz: Bohdan Czeszko, Tadeusz Pietrzak, Jerzy Bednarczyk
Obsada: Andrzej Kopiczyński (dubbingowany) Holger Mahlich, Aleksander Iwaniec, Karin Beewen, Paul Berndt, Joanna Jędryka-Chamiec, Wirgiliusz Gryń, Zygmunt Maciejewski, Bruno O'Ya Jerzy Janeczek