2013-02-11

Bitwa pod Wiedniem [2012]

Stare przysłowie pszczół mówi: "Ostrzeżony - uzbrojony". Ostrzeżeń przed seansem miałem aż nadto ze strony recenzentów i widzów niezrzeszonych, wiedziałem więc, że  nie ma się co nastawiać na arcydzieło. Zero oczekiwań, zero uprzedzeń, w charakterze uzbrojenia - butla wina, przekąski i miękka poduszka.
Wciskam "start".
...
Hmmm...
No, dobra, ale tu podobno miała być wielka polityka, ekspansja Turków, bitwy, oblężenia... Tymczasem razie na ekranie stoi jakiś opuchnięty mnich o imieniu Marek i tłumaczy zgromadzonym prostaczkom, że trzeba się modlić. Daru przekonywania nie miał za grosz, bo ledwo skończył - tłum miast się modlić, rzucił się na niego z radosnymi okrzykami i zaczął kroić mu habit. Ślepi widzieli, chromi już nie chromali, głusi zaczynali słyszeć, a nasz opuchnięty Marek wściekał się, że mu dziury w odzieży robią. 

Nowiuśki koszulji, Domine... Gdzie ja teraz taki habit dostanę?

Turcy, którzy pojawili się na ekranie, dzielili się na siedzących i stojących, przy czym Turcy stojący dzielili się na Turków stojących na baczność i Turków stojących na baczność, a Turcy siedzący dzielili się na Turków siedzących na tronie, siedzących na schodach i siedzących na koniach. Turek siedzący na tronie przewrócił oczami i kazał Turkowi siedzącemu na koniu "ponieść zieloną chorągiew Proroka aż do serca Europy". Turek na koniu (dla niewtajemniczonych - Kara Mustafa, w skrócie - Penstock, dla przyjaciół - Dudu) ukłonił się Turkowi siedzącemu na tronie i przewracając oczami obiecał, że "poniesie zieloną chorągiew Proroka do samego serca Europy", po czym odjechał w stronę zachodzącego słońca czyli do domu.

W domu Kara Mustafa pochwalił  się swojej squaw, że dostał odpowiedzialne zadanie, ma bowiem "ponieść zieloną chorągiew Proroka do samego serca Europy", wobec czego "poniesie zieloną chorągiew Prokoka do samego serca Europy". Po czym przewrócił oczami.
Ręce zaczęły mi się trząść i rozlałem trochę wina.
- Ależ mężu... - przewróciła oczami squaw Kara Mustafy - nie wypełnisz tego zadania bez swego amuletu.
Dżizas, czemu nie wypełni bez amuletu? Dlaczego amuletu? Jakiego amuletu? Jeśli pokażą Pierścień, to się popłaczę...
Pokazali wisiorek.
Okazało się, że magiczny wisiorek Kara Mustafa dostał dawno, dawno temu od chłopca imieniem Marek, któremu uratował życie. Bo akurat przypadkiem przechodził. Z tragarzami.
- Witamy w świecie Niesamowitych Zbiegów Okoliczności - jęknąłem.
Żeby nie było wątpliwości, co i jak, scenarzysta dołożył Kara Mustafie spicz o tajemniczym mnichu Marku, który żyje za górami, leczy cuda, czyni chorych i umie być w dwóch miejscach równocześnie. Co nie jest w sumie takie znowu trudne - znam jednego profesora który w tym samym czasie ma wykłady na trzech różnych uczelniach. O czym to ja?... A, że chłopiec, amulet, mnich Marek. I że już wiemy, iż to TEN Marek, dał TEMU Mustafie TEN amulet, który zapewne wystrzeli w III akcie i Zmieni! Losy! Świata!

Cosik. Chyba ważne, bo na ekranie częściej niż wisiorek, sułtan, Wenecja, Jan III Sobieski razem wzięci.

Łopatologia lała się z ekranu, a Turek na koniu jeździł na koniu.
- Patrz, to Wielki Wezyr! - mówili tureccy autochtoni, grani przez rumuńskich statystów.
- Tak, to Kara Mustafa! - potwierdzali tureccy autochtoni, grani przez włoskich statystów.
W obawie, że zaraz ktoś powie: "Kara Mustafa jedzie na koniu. To jest koń Kara Mustafy. To jest Kara Mustafa i jego koń", wlałem w siebie kolejny kieliszek.
- Nie słuchałeś ojca - narzekał ojciec mnicha Marka.
- On teraz ma ważniejszego ojca - tłumaczyła mężowi matka mnicha Marka, a ponieważ ktoś mógł nie zrozumieć, dodawała - W jego życiu pojawił się inny ojciec, o wiele ważniejszy.
- Aluzju paniał - prosiłem klęcząc i znieczulając się z gwinta - Wsje paniali. Nie wyjaśniajcie, proszę.
- To nasz ojciec niebieski! - matka mnicha Marka i scenarzysta nie znali litości. Wino się kończyło, a przekąski  powiedziały, że czniają to pryncypialnie i oddaliły się w nieznanym kierunku.

Wszystko powtarzano po 2-3 razy, każda Ważna Kwestia ozdobiona była Znaczącą Pauzą przed  i Znaczącym Stęknięciem po (przy czym na razie każda kwestia była Ważna), każdy oddech mnicha Marka przesycony był dobrocią, mądrością i zapachem goździków, każde jego spojrzenie zwiastowało, każde słowo niosło, każda głuchoniema dziewczyna padała przed mnichem Markiem na kolana i kazała się błogosławić, a każda scena ciągnęła się jak posiedzenie sejmu i kazała się przeklinać
Ale za to pojawił się husarz. Husarz składał się z płaskiego, animowanego profilu i czarnych oparów. I dyszał. Krótko dyszał, bo na scenę znowu wylazł mnich Marek i smęcił Znacząco.
- Allah Akbar! - wrzasnęli Turcy, a Kara Mustafa znowu przewrócił oczami i znowu obiecał, że poniesie zieloną chorąblablabla i tak dalej.
Zerknąłem na zegarek - minęło 27 minut filmu. Filmu, przypomnijmy, o oblężeniu, odsieczy, polityce, walce z islamem, husarii szarżującej ze wzgórz Kahlenbergu i takich tam... Dobra, dam filmowi jeszcze parę minut.

...i potem aleją Van Gogha prosto do Trochimbrodu gdzie czekają Dżonfen i Sammi Dejwis Dżunior Dżunior

- Wezwał cię cesarz, Marku - powiedział włoski Sam Gamgee do włoskiego Frodo, gdy szli wolno (o, kurde, jak oni wolno szli...) przez komputerową łaczkę - Jak myślisz, czego chce od ciebie?
Kurrr...
- Nie wiem - odparł mnich Marek, troską przepełnion - Ale wiem, o co go poproszę.
- O co go poprosisz, Marku?
Kurrrrrr...
- Żeby zawierał sojusze militarne i przygotowywał się.
Kurrrrr... double.
- A dlaczego cesarz miałby zawierać sojusze militarne? - drążył tępawy nieco towarzysz podróży.
O, święty Chlodwaldzie, patronie producentów gwoździ...
Mnich Marek wyjaśnił, dlaczego. Długo. Wyjaśniwszy - zaczął się modlić. Też długo.

Sssszfak! Dość. Dość! Tego się nie da oglądać. Efekty specjalne? Polskie gwiazdy? Wielka polityka, bitwy, królowie, Wiedeń i spektakularne Niewiadomoco? Nie dożyję tego - minęły dopiero 32 minuty (więcej niż 1/4 filmu), a już jestem poza granicą wytrzymałości i zaczynam bić głową w ścianę. Odmawiam. Dawać mi film o facecie w łódce i Stirlitza pod brzózką, dawać rolniczy kwadrans księcia Bołkońskiego pod dębem albo sceny z życia nieobranych dziemniagów. Poddaję się. Po raz pierwszy od lat nie dotrwałem do końca filmu. Rispekt dla twórców.


============
The Day od the Siege - September Eleven 1683 (Bitwa pod Wiedniem)

2012
Czas: 120 minut
Reżyseria: Renzo Martinelli
Scenariusz: Renzo Martinelli, Valerio Manfredi
Obsada: F. Murray Abraham, Enrico Lo Verso, Jerzy Skolimowski, Piotr Adamczyk, Antonio Cupo, Marius Chivu, Giorgio Lupano, Alicja Bachleda-Curuś, Borys Szyc i inni
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 (produkcja)

13 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. http://www.youtube.com/watch?v=pV3zlk4AoWs
      :-)

      Usuń
  2. Aż się chce obejrzeć - w odpowiednim towarzystwie i z odpowiednią ilością nośnika metafizycznego pod ręką, bo coś mi się zdaje, że samotnie i na sucho tego nie razbieriosz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie poddam się! - wrzasnąłem, przerywając oglądanie - I'll be back!
      - Spadaj! - jęknęła wątroba - Ja tego nie przeżyję.
      - No to jak, towaysze? - zapytał towaysz Edward - Pomożecie?
      - Pomożemy! - wrzasnęły wątroby kolegów.

      Usuń
  3. Obejrzałam. Generalnie: Kara Mustafa i jego squaw, Jakiś Inny Turek i jego (głuchoniema) squaw, ojciec Marek (bez squaw). Ślepy turecki prorok, mieszkający w Komnacie z Ogromnym Żyrandolem. Oraz Adamczyk w peruce, który gra mimiką, tj. w pewnym momencie szczęka mu opada i tak zostaje. Dużo plenerów wyglądających jak gotowe tapety na pulpit (ach, te cudne zachody słońca) oraz w końcowej scenie wygenerowany komputerowo śnieg. A także okazuje się, że nie tylko ojciec Marek miał zdolność bilokacji, Sobieski najwyraźniej też: przybył pod oblężony, odcięty Wiedeń, aż tu wtem! znalazł się na zamku cesarskim i uradzał z Leopoldem, jakby tu podejść tych Turków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, amulet nie zmienił losów świata. Kara Mustafa otrzymał przepowiednię od ślepego proroka, że jego krew nie zostanie przelana, w związku z czym, pewien, że przeżyje, oddał amulet synowi. Bitwę faktycznie przeżył, po czym z rozkazu sułtana został uduszony (na oczach squaw i synka z amuletem).

      Usuń
    2. Numer z nieprzelewaniem znałem z opowieści starych brodatych wykładowców na studiach historycznych, ale bilokacja, Adamczyk ze zwisem szczęki i głuchoniema squaw rozbudziły u mnie niezdrową ciekawość, więc nie jest wykluczone, że wrócę do filmu. Kurczę, "Sandsharks" obejrzałem do końca, "Piraniokondę" obejrzałem i "Jurrasick attack", to "Bitwie pod Wiedniem" nie dam rady?!

      Usuń
    3. O, przepraszam, ale "Sandsharks" i "Piranhaconda" niosą ze sobą jakąś wartość. Wątpliwej jakości to rozrywka, ale jednak - rozrywka.

      Usuń
    4. Kto wie, może wąsy Karola, który został Adamczykiem i scena batali-military-styczne też niosą... Sprawdzę. Znaczy, kiedyś może.

      Usuń
  4. Spłakałam się ze śmiechu przy tej notce. Dosłownie. <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Padłam i biję pokłony za nawiązanie do "Wszystko jest iluminacją" :) Dzięki, Twój wpis mnie rozbroił, leżę i kwiczę ze śmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Leżę i płaczę. Ze śmiechu. Przez chwilę myślałem, że fraza "september eleven" w tytule to żart recenzenta. Jeśli na to poszło 2.000.000 z budżetu to była to chyba najdroższa polska komedia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety, nawet tak tolerancyjny widz jak ja musi przyznać, że ten film to porażka, chociaż do mocniejszych stron zaliczyłbym wątek z Karą Mustafą...

    OdpowiedzUsuń