2013-02-13

Rysa [2008]

Mam problem z tym filmem. Albo nawet parę problemów.
Środki masowego rażenia informacją reklamowały "Rysę" jako film o lustracji. No dobra, rzeczywiście od tego się zaczyna. Jest sobie krakowskie małżeństwo naukowe, pani domu dostaje z okazji urodzin pióro, obrusy, łyżeczki i inny okazjonalny badziew, ale wśród prezentów znajduje się także, przyniesiona nie wiadomo przez kogo, kaseta wideo z nagraniem programu jakiejś prowincjonalnej telewizji. Występujący w owym programie historyk (z ubecką przeszłością) oskarża męża jubilatki, że nie tylko całymi latami donosił na jej ojca, ale że był oficerem SB, którego służby po prostu podstawiły młodej naiwnej dziewczynie, w celach niecnych i inwigilacyjnych.

Mąż trochę jest bezradny, trochę bagatelizuje, trochę ucieka od tematu, trochę zamyka się w sobie, ale żona zaczyna drążyć - dociera do ubeka/historyka i odkrywa, że tak naprawdę nic się nie zgadza: ani nazwisko, ani imię, ani wiek oficera SB, ani fakty dotyczące życiorysu jej ojca. No, jedna wielka kicha, którą każdy sąd lustracyjny wykopałby za drzwi. A jednak... A jednak w teczce sprawy znajduje się "zapotrzebowanie TW na ileś tam metrów materiału białego w czarne groszki, na okoliczność ślubu". Dokładnie takiego, z jakiego żona miała uszytą ślubną suknię, a który podobno przed ślubem załatwił mąż...

W tym momencie rysa, która pojawiła się w małżeństwie wraz z podrzuconą taśmą, zamienia się w solidne pęknięcie. Żona izoluje się od świata, męża traktuje jak powietrze i to raczej powietrze zepsute, z dnia na dzień pogrąża się w coraz cięższej schizie, bezradny mąż miota się od jednej rozpaczliwej próby utrzymania związku do drugiej... 

Argumenty za

Czy "Rysa" jest filmem o lustracji? Chyba nie bardzo i sprowadzenie wszystkiego do teczek "upupia" film przez wklejenie go w "tam i wtedy". Jasne, kwestia teczek jest obecna w filmie od początku do końca, ale odnoszę wrażenie, że wynikało to po części z czasów, w których film powstawał, że był to jedynie pretekst do pokazania czegoś głębszego i równie dobrze zamiast teczek mógł się w roli pretekstu pojawić dowolny temat. Większość filmu to powolny rozpad małżeństwa, konsekwentny rozpad zaufania i więzi, a wreszcie rozpad psychiki człowieka. Sceny z Jadwigą Jankowską-Cieślak, sprzątającą nowohuckie mieszkanie "od linii do linii", odkażającą ręce alkoholem, rozmawiającą ze znajomą lekarką czy siedzącą na tle półek z dziesiątkami opakowań płatków, chrupków, czy co to za syfmalaria była w tych torebkach... Chyba można by to pokazywać na zajęciach pierwszego roku psychologii/psychiatrii.


Ale tu pojawia się pytanie: co było przyczyną, a co skutkiem? Czy to informacje o ewentualnej współpracy męża z SB wywołały chorobę, czy może były jedynie katalizatorem czegoś, co tak naprawdę siedziało w żonie i wystrzeliłoby pod jakimkolwiek pretekstem? Ponad połowa filmu to studium dezintegracji osobowości i związku, pozbawiona jakichkolwiek wzmianek o głównej "aferze". Celowy zabieg twórców, mający zdjąć lustracyjną "gębę"? Sugestia, że ten związek rozpadłby się tak czy owak, przy byle okazji, pod byle presją? Drugi i trzeci plan sugeruje, że i samo małżeństwo, i jego najbliższe otoczenie były mocno toksyczne także bez lustracyjnego "gie", wpadającego w wentylator.

Przy pierwszym kontakcie z filmem reagowałem pewnie tak, jak wszyscy: "Mąż był czy nie był ubekiem? Faites vos jeux! Ta scena sugeruje, że był. Ta - że nie był. Ta - że był. O, a ta to już zupełnie, no, popatrz na te małe, wredne oczka!..." Tylko, o czym my tu rozmawiamy, skoro sam reżyser przyznawał, że jeszcze w czasie kręcenia nie wiedział, jak zakończy film. On nie wiedział, to ja mam wiedzieć? Mogę sobie wybrać według uznania, według nastroju lub według poglądów polityczno-historycznych (przebój internetu forumowego: "Ch...wy film i nuda straszna, ale mówi ważną prawdę o ubeckim układzie, wciąż rządzącym Polską, dlatego polecam" :-))

Drugie podejście to już zupełnie inna pieśń, inny nastrój i inne interpretacje pchające się na tapetę (o, tam są... tam wyżej). I tak sobie myślę, że jeśli film daje do myślenia i analizowania, jeśli nie wynika to ze scenariuszowych wpadek, niekonsekwencji, tylko z przestrzeni, którą reżyser celowo zostawia widzowi (a wygląda, że celowo zostawia)... to chyba dobrze, prawda? O to chyba chodzi w sztuce, prawda?
Ale gdyby ktoś mnie dziś zapytał "o czym jest ten film?", to chyba nie umiałbym jednoznacznie odpowiedzieć.

Był? Nie był? Był? Nie był? I czy to ma znaczenie, czy nie?

Krzysztof Stroiński zagrał kolejną świetną rolę, pełną dramatyzmu w drobiazgach: gestach, spojrzeniach, delikatnych grymasach. Jadwiga Jankowska-Cieślak... Kurczę, nie wiem. Tu wyróżnienie, tam nagroda ("Orzeł" za najlepszą rolę kobiecą), ówdzie pean, a ja przez pół filmu nie mogłem się do niej przekonać. Dialogi podawała drętwo, sztucznie i nieprzekonująco, momentami wręcz irytowała. Mam nadzieję, że było to celowe zagranie Rosy-reżysera, by na takim tle Krzysztof Stroiński wypadł jeszcze biedniej i sympatyczniej lub Rosy-scenarzysty, by zostawić pole do interpretacji kwestii choroby. Enyłej, Jadwiga Jankowska-Cieślak była dla mnie jak Słowacki dla Gałkiewicza: nie wzruszała i nie zachwycała. W przeciwieństwie, na przykład, do Jerzego Nowaka, który swój epizod zagrał przejmująco.

Drugi plan nierówny: Ryszard Filipski krótko, ale treściwie - charakter ma koszmarny, ale kamera go jednak kochalubiszanuje. Kinga Preiss drewniana, choć nie mogła być inna, bo kwestie, które jej napisano, to jakiś koszmar: "Pani Kingo, pani wejdzie i wygłosi z namaszczeniem, tu pani ma zbiór prasowych nagłówków, to się pani nauczy w przerwie". Sławomir Pacek, posłuszny zaleceniom scenarzysty, robił z siebie smutną ciapę, a w finale pokazał się Zdzisław Wardejn - krótko, ale mocno (aktorsko i fabularnie). 

Marzenie każdego akademika - własna dziupla na poddaszu.

Naprawdę niezła muzyka (Stanisław Radwan - firma), znakomite zdjęcia Marcina Koszałki, który nawet przystanek autobusowy potrafił nakręcić pięknie i intrygująco.

Namawiam. Nie, żeby już-zaraz-natychmiast, ale jeśli ktoś ma wolny wieczór, weltschmerz i ochotę do rozmyślań, to namawiam.

Varia
1. Pierwsze sceny rozgrywają się w... Hmm, to chyba nie jest salon. W salonie zazwyczaj bywają okna.
2. Kto w nowohuckich scenach z Jankowską-Cieślak miał skojarzenia z "Lokatorem" Polańskiego - ręka do góry. 
Oczom jego ukazał się las...
... rąk
3. Preclarka, która stałaby na Plantach w miejscu wskazanym przez reżysera, zbankrutowałaby (z głodu by nie umarła - miała w końcu obwarzanki).
4. Scena podlewania ogródka trwała minutę. Mierzyłem.



============
Rysa
2008
Czas:
84 minuty
Reżyseria i scenariusz: Michał Rosa
Obsada: Jadwiga Jankowska-Cieślak, Krzysztof Stroiński, Jerzy Nowak, Ryszard Filipski, Teresa Marczyńska, Ewa Telega, Mirosława Marcheluk, Kinga Preiss i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 (produkcja),  23 788  (refinansowanie promocji)

2 komentarze:

  1. Mąż trochę jest bezradny trochę bagatelizuje
    Przecinek przed drugim „trochę".

    Czy "Rysa" jest filmem o lustracji.
    Tu chyba powinien być znak zapytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnotowano, wykonano, podziękowano.

      Usuń