2013-02-21

Skazany na bluesa [2005]

"Jeśli go nie znałeś"... to nie poznasz.

Jak wyjaśnić fenomen Ryszarda Riedla komuś, kto nigdy nie widział i nie słyszał go na żywo? I czy to w ogóle jest/był fenomen, czy tylko pokoleniowe wspomnienie? Tego się z filmu nie dowiemy. Bogiem a prawdą, nie dowiemy się z filmu niczego, poza tym, że dawno, dawno temu, za górami, za hałdami żył sobie Ryszard Riedel, który śpiewał, miał problemy i umarł, a w jego twórczości mieszkało nieśmiertelne piękno, które wzbudza zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić.

Nie ma zbyt wielu pomysłów na film biograficzny: można zbudować pomnik, zburzyć pomnik istniejący, pójść w relację, aluzję albo w impresje. W przypadku Ryszarda Riedla budowa pomnika jest niewykonalna - nawet jeśli zacznie się go budować na fundamentach czysto artystycznych, pomnik zawali się sam pod ciężarem wątków związanych z nałogiem. Z relacji też nici: życiorys Riedla sprowadzono w filmie do paru scen z młodości, końcowej fazy narkotycznego upadku i namolnego wciskania w co drugą scenę "Aha, i nie zapominajmy, że miał nierozwiązany problem z ojcem". Aluzje, impresje? Mhm, są w filmie trzy próby - wszystkie fatalne, a  jedna w dodatku ordynarnie zerżnięta z "Doorsów" Olivera Stone'a. Zresztą, o czym my mówimy? Jakie impresje, jakie aluzje, jakie nowe sposoby opowiadania, skoro scenarzysta i reżyser od samego początku jadą najprostszymi schematami, jakie tylko da się znaleźć w kinowym magazynie.

Od lewej:konformizm, opresja i kazalimisiedziećtosiedzę

- Co byś zrobił, gdybyś się jeszcze raz urodził? - pyta Tomasz Kot, grający umierającego Ryszarda Riedla.
- Nie brałbym tego gówna - odpowiada Indianer, grany przez następcę Riedla w Dżemie, Macieja Balcara.
Pamiętajcie drogie dzieci: narkotyki som iwil. Lepiej odrabiać lekcje i chodzić na kurs tańca. W dalszych scenach film pokażemy to dokładniej, a w pierwszą wcisnęliśmy, żeby nikt nie przegapił mesydżu.

- Czerwony jak wino?... Nie, to nie brzmi - martwią się członkowie Dżemu i grzęzną w bezradności - Czerwony jak... jak...
 - Jak burak! - podpowiada któryś, bo nie ma to jak solidnie denne tło dla nadchodzącego sprężystym krokiem bohatera.
- Jak cegła! Czerwony jak cegła! - podpowiada główny bohater, a zespołowi i publiczności kapcie spadają z podziwu wobec Takiego Talentu.

Jeśli matka - to oczywiście tylko zupy gotuje i trwałe sobie robi. Jeśli ktosik spotkany na plaży - to warszawiak, a skoro warszawiak, to nadęty i z pogardą traktujący "hanysów". Jeśli dyrektorka szkoły - to oczywiście zła i tłumiąca wolnościowe dążenia młodzieży. W przeciwieństwie do pana woźnego, który jest sympatycznie głupawy i daje się kupić za paczkę fajek. A co się robi, żeby pokazać tryumf młodościmiłościmuzyki nad sztywnym pedagogizmem? Każe się Zośce zdjąć bluzkę i machać nią nad głową, a dyrektorka niech się miota bezradnie i usiłuje krzykiem zakończyć imprezę. "Footloose" a'la Tychy. Więc Zocha wiuwa bluzką z energią pani z pocztowego okienka, dyrektorka się miota (zamiast wyjąć wtyczkę z gniazdka), żenadą wieje, a aktorzy klaszczą nie do rytmu. Bo w takich scenach aktorzy zawsze klaszczą nie do rytmu. Przy "Czerwony jak cegła" wystarczy klaskać na raz, ale nawet tego nie da się osiągnąć. Nie wiem, jakiś przepis obowiązuje w polskim kinie? Biją ich, gdy się któremuś uda klasnąć rytmicznie?

Cała sala śpiewa z nami? Nie, nie cała. Dół ma w nosie, tył ma w nosie,
a lewa strona entuzjastycznie gapi się przez okno

I tak za każdym razem. Jeśli menadżer - to wyzyskiwacz. Oczywiście z młodą atrakcyjną kobitką, bo to podkreśla jego ohydne wyzyskiwactwo. Jeśli główny bohater ma problem z ojcem -  to jakże piękne będzie wyglądała scena, gdy głos ojca w słuchawce telefonicznej wybudzi bohatera ze śpiączki, jakże głęboka będzie, prawda?... Nie, cholera - będzie drętwa i zalatująca "Modą na sukces". Jeśli główny bohater marzy o wolności (a musi marzyć o wolności, bo każdy bohater marzy o wolności - ma to wpisane w zakres bohaterskich obowiązków), to jak byśmy to zasymbolizowali, Jasiu?
- Kurde, na fregatę pod żaglami nas nie stać... Może koniem?
- O, koń! Koń jest niezły. Dawać konia!
- Może być biały?
- Musi być biały!
- Czy konie mnie słyszą?

Hej, dziewczyno, spójrz na białego misia symbola konia...

Wściekam się i wściekam, bo to jednak była historia na dobry film. Widać to po scenach drugiej części, widać to po próbach zarysowania relacji Riedla z synem, plącze się to w tle filmowych relacji Riedla z żoną, wyje to razem z Tomaszem Kotem w scenach narkotycznych, gdy głód wygląda jak głód, a odlot... odlot też wygląda jak głód. Niestety, cały ten potencjał rozmywa się, bo reżyser przypomina sobie, że, wiecie, Rysiek Riedel, Dżem, muzyka i chyba warto by pokazać jakiś koncert. I pokazuje... Wplata w archiwalne urywki "dokrętki" współczesne, w których już nie tylko Tomasz Kot, ma doczepione sztuczne włosy, ale i pozostali członkowie Dżemu także. I to nieudolnie. Nieudolnie doczepione i nieudolnie sztuczne. Nożżżżż...

W filmie mocne są tylko chwile...

Jeśli film się broni - a broni się jednak jakoś - to dzięki trzem elementom. Primo: dzięki muzyce - wyjaśniać chyba nie trzeba? Secundo: dzięki naprawdę świetnej, brawurowej roli Tomasza Kota (niech mi ktoś wytłumaczy, jak facet, który debiutuje na dużym ekranie taką grą, mógł się potem tak przeraźliwie... hmmm... jak by to określić łagodnie?...). I tertio: dzięki wątkowi żony i syna, który to wątek niby jest samograjem, ale przecież to też można było zepsuć.
Reszty mogłoby nie być, a w wielu przypadkach wręcz powinno nie być.

"...wtedy ukazała mu się Matka Boska i powiedziała: "Janie, ty mnie nie maluj na kolanach - ty mnie maluj dobrze!" 
A tak mi się jakoś przypomniało.

Raz, dwa, trzy, bez guglania: Kot czy Riedel?

Varia:
1. Reżyser Jan Kidawa-Błoński jest bliskim krewnym Ryszarda Riedla. Co wiele tłumaczy, ale co tym bardziej niczego nie usprawiedliwia.
2. Zgłaszam wniosek audio-formalny: szanowni twórcy, jeśli nie jesteście w stanie "zabezpieczyć" na potrzeby filmu ekipy płynnie "godającej" - nie silcie się i kręćcie w normalnej polszczyźnie, dobrze?
3. Przy scenie w której dzielne Wojsko Polskie napiernicza pałą złego ojca-ormowca, wymiękłem. Są, kurde, jakieś granice. Znaczy, chyba. Znaczy, powinny być.
4. W 2005 roku film widownia filmu nie przekroczyła 200 tysięcy osób. Czyli jednak kwestia pokolenia?
5. W trakcie realizacji filmu, pół roku przed premierą zginął Paweł Berger, klawiszowiec Dżemu. Nie, żadna klątwa - wypadek samochodowy. A Pawła Bergera możecie zobaczyć w scenie rozmowy w autokarze (od 01:23:15)



============
Skazany na bluesa
2005
Czas:
97 minut
Reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
Scenariusz: Przemysław Angerman, Jan Kidawa-Błoński
Obsada: Tomasz Kot, Jolanta Fraszyńska, Maciej Balcar, Adam Baumann, Anna Dymna, Joanna Bartel, Przemysław Bluszcz, Paweł Berger, Beno Otręba, Adam Otręba, Jerzy Styczyński, Zbigniew Szczerbiński i inni

2 komentarze:

  1. życiorys Riedla sprowadzono w filmie do paru scen z młodości, końcowej fazy narkotycznego upadku, i namolnego wciskania w co drugą scenę "Aha, i nie zapominajmy, że miał nierozwiązany problem z ojcem".
    Czy ten przecinek przed „i" jest zasadny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "Aha, i nie zapominajmy..." - jak najbardziej, "bo tak!" Natomiast przed "i namolnej" - jak najbardziej nie.
      Poprawiono.

      Usuń