2013-02-17

Wojna żeńsko-męska [2011]

"Wojnę żeńsko-męską" Hanny Samson przeczytałem parę lat temu, momentami szczerze chichocząc. Zostało we mnie wspomnienie całkiem zgrabnie skonstruowanej groteski i zdziwienie, że ktokolwiek mógł uznać tę książkę za skandaliczną. Autorki nie liczę: reklama dźwignią i tak dalej. Ale książka to książka - że tak truizmem rzucę - a film to film i nie wszystko, co nieźle napisane, da się równie nieźle pokazać na ekranie.

Ojejku, jaki pan mąąąądry...

Publicystka-psycholog Bardzo Eleganckiego Magazynu dla Pań, by uniknąć bolesnego dla kobiety 50-letniej bezrobocia, zaczyna pisać felietony dla Magazynu Wyuzdanego (też dla pań). Pierwszy tekst pisze na ostatni gwizdek i kompletnie od czapy: "O kluczowej roli penisa w osobowości mężczyzny". W skrócie - jak na podstawie wyglądu narządu ocenić cechy męskiego charakteru, przydatność społeczną, perspektywy rozwoju i parę innych istotnych cech. O dziwo, tekst trafia w gusta publiczności, autorka staje się sławna, rozpoczyna badania naukowe w prowadzonej przez się Klinice Prącia oraz badania prywatne w zaciszu sypialni, cała Polska szaleje, gazety piszą, telewizja produkuje wielki talk (and-touch) show, daszki w tył, spodnie w dół i jedziemy bez trzymanki. Znaczy, tego... z trzymanką właśnie.

Scenariusz wystukała sama Hanna Samson, za i przed kamerą stanęła ekipa, która kręciła "Rezerwat", wzmocniona o Zjednoczone Siły Popularności w osobach Grażyn: Szapołowskiej i Wolszczak, Tomaszów: Kota i Karolaka, Wojciecha Mecwaldowskiego. Stanęła, nakręciła i... I nic.

Pustka. Oraz mina. Oraz groszek. But mostly pustka.

Mogła to być szalona komedia w odlotowych klimatach, bawiąca się konwencją i montażem, zostawiająca daleko z tyłu seryjną produkcję "komedii romantycznych", a dostaliśmy strasznie długie... kurczę, nie wiem. Coś. Groteski nie było - była za to typowa dla polskich filmów przesada. Tempa nie było, bo scenarzystce Hannie Samson żal było każdej sceny z książki autorki Hanny Samson. Reżyser nie mógł się zdecydować, czy chce nakręcić "Wojnę polsko-ruską" dla pań po pięćdziesiątce czy może "Nigdy w życiu" dla siedemnastolatek po setce, dwóch jointach i buteleczce "Tusipectu". Ile razy coś się zaczynało kluć (zabawna scena na korytarzu Bardzo Ważnej Telewizji), tyle razy ekipa dawała po hamulcach i wracała w wyślizgane koleiny polskiego kina. Czyli dłużyzny, płaskie dowcipasy, monologi z offu i rzucanie "panienkami".

Satyra na współczesne media? Książka tak, film nie. Poza wspomnianą sceną na korytarzu telewizji, było tylko parę delikatnych żartów, wyhamowanych w porę, by nikogo nie urazić. Jeśli Krzysztof Ibisz gra parodię samego siebie i świetnie się przy tym bawi (widz mniej - oj, mniej...), to to nie jest żadna satyra, tylko witz środowiskowy w stylu politycznej szopki w krakowskim Teatrze Groteska.
O, taki, na przykład, żarcik: tablica ku czci producenta filmu. Hilarjus.

Aktorsko film jest nędzny. Sonia Bohosiewicz miotała się od słodkości do szarży, ale jedno i drugie było kompletnie nieprzekonujące i o ile do bohaterki książki czułem sympatię, to bohaterka filmu nie budziła we mnie żadnych uczuć - nawet nie lubić jej mi się nie chciało. Siostra swojej siostry, czyli Maja Bohosiewicz, wyróżniała się na planie dziwnymi minami i makijażem oczu, sugerującym, że zaraz wyjdzie z niej Zły, powie brzydko, zeżre psa i nasika do doniczek. Tomasz Kot i Tomasz Karolak wywiązali się z umowy zagrania Tomasza Kota i Tomasza Karolaka, Wojciech Mecwaldowski gejował sztampą, Anna Prus pokazywała nogi, obie Grażyny nie pokazały absolutnie nic, a film na plus może sobie zapisać jedynie Violetta Arlak, której więcej było niż product placementu (sześć postaci? siedem?), ale za to była zabawniejsza. Niż product placement i niż reszta aktorów.
Z lewej - tył głowy. Z prawej - wzrok, który zaraz przewierci się na wylot...

Efekty specjalne - niespecjalne, muzyka z puszki "komedie romantyczne plus parę efektów dźwiękowych, bo to kul", żałosne sceny zbiorowe (szanowni twórcy - 25 osób to nie tłum) i zmarnowane 107 minut. Godzina czterdzieści siedem... Czyżby polscy filmowy wynagradzani byli od minutażu? I wiecie co? Gdyby film trwał godzinę, gdyby pozbyto się całej "waty"... to może miałby szansę się obronić. Niestety, nie trwał i się nie obronił. Szansę obrony mają za to widzowie - wystarczy, że zrezygnują z oglądania.


Varia:
1. W konkurencji product placement Samsung przegrywa z Telepizzą, która, co prawda, powtarzała niektóre ujęcia, ale za to były to ujęcia wyjątkowo głupie.
2. Pionierski podmiot badań prącialnych zagrał znany skądinąd Wojciech Krzyżaniak. "Co skłoniło Podstolinę..." - wolę nie wnikać, ale teza o środowiskowych żarcikach ukłoniła się nóżką.
3. Hasło "Liga Polskich Rozwodników stoi na straży polskiej rodziny!" może być, bo jest zabawne. Swastyk na koszulkach manifestantów być nie powinno, bo nie są zabawne. Nawet w żartach. Nawet w żartach rodem z polskich komedii, które nie są zabawne same w sobie, więc nie warto ich dobijać.


============
Wojna żeńsko-męska
[2011]
Czas:
107 minut
Reżyseria: Łukasz Palkowski
Scenariusz: Hanna Samson (na podstawie własnej powieści)
Obsada: Sonia Bohosiewicz, Maja Bohosiewicz, Violetta Arlak, Wojciech Mecwaldowski, Grażyna Szapołowska, Tomasz Karolak, Krzysztof Stelmaszyk, Anna Prus
Dofinansowanie PISF: twórcy wnioskowali o półtorej bańki, ale nie znalazłem informacji, czy dostali. Czy to znaczy, że nie dostali?

4 komentarze:

  1. Pani Violetta ma na nazwisko Arlak, nie Arłak, że się tak wtrącę. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie dzięki. Poprawione. Na razie tutaj, a teraz lecę sprawdzać pozostałe notki :-)

      Usuń
  2. a film na plus może sobie zapisać jedynie Violetta Arłak
    Ekhem. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale 2 na 3 to i tak nieźle ;-)
      Już jest 3 na 3.

      Usuń