2013-02-02

Wymyk [2011]

Podmiejską szosą pędzi samochód. Prowadzi Fred, starszy z braci - pruje jak nieprzytomny, chcąc wyprzedzić pociąg na przejeździe. Pisk kół, skręt kierownicy, adrenalina wali w sufit - udało się. Na fotelu pasażera młodszy z braci, Jerzy, jest na granicy zawału serca ze strachu.
- Debil! Kurwa, ja dzieci mam! - krzyczy do brata.
Fred dzieci nie ma - ma żonę, ma apodyktycznych rodziców, ma przejętą po ojcu firmę, którą prowadzi wraz z bratem. Szybkie samochody, kolekcja pistoletów, napięcie, natężenie - no, podręcznikowy "prawdziwy mężczyzna" po prostu. 

Brat bratu bratem. I wiceprezesem.

A jednak kilka dni później w pociągu to Jerzy staje w obronie dziewczyny napastowanej przez, jak to się dawniej mówiło, "rozwydrzonych wyrostków". Fred stoi sparaliżowany i bezradnie patrzy jak jego brat zostaje wyrzucony z pociągu. Jerzy w śpiączce trafia do szpitala, a Fred zaczyna zmagać się z wyrzutami sumienia. Początkowo wypiera winę, przykrywa ją tłumaczeniami, że "było ich pięciu, to byli zawodowcy, gotowi na wszystko, nie mogłem nic zrobić", ale wkrótce okazuje się, że do internetu trafił film pokazujący całe zajście, w tym także brak reakcji Freda. I każdy może go obejrzeć...
Fred zaczyna się sypać, nic nie zostaje z "macho" w czerwonym samochodzie, na ekranie widzimy tylko coraz bardziej zmiętego człowieka, któremu wydaje się, że wszyscy na niego patrzą, wszyscy oceniają, wszyscy potępiają. I rzeczywiście patrzą - przede wszystkim z widowni.

Łatwe oceny, które jeszcze parę minut wcześniej cisnęły się widzom na usta, teraz zamieniają się w pytania. Co ja bym zrobił na miejscu braci? Czy będąc na miejscu Jerzego próbowałbym pomóc napadniętej dziewczynie, czy może odwróciłbym wzrok? Czy będąc na miejscu Freda zdobyłbym się na działanie, czy może też stałbym bezradny i przestraszony? Jak tłumaczyłbym innym działanie lub jego brak, a jak tłumaczyłbym się sam przed sobą?

Jeśli oceny zamieniają się w pytania, a pytania w wątpliwości - cała w tym zasługa Roberta Więckiewicza. Myślę, że gdyby postać Freda zagrał ktokolwiek inny, film nie miałby takiej siły, a widz zatrzymałby się na ocenach albo po prostu wzruszyłby ramionami, dochodząc do wniosku, że film to film i o co w ogóle kaman. Nie wiem, jak Więckiewicz to robi, ale tą swoją przaśno-polską, kartoflaną facjatą (no offence), jest w stanie oddać emocje tak, że widz zaczyna czuć je również i to chyba bardziej niż by chciał.

Jest w "Wymyku" scena, w której szukający zemsty (czy może zadośćuczynienia za wcześniejszą niemoc) Fred dopada jednego z bandytów, odpowiedzialnych za stan jego brata, ot, jakiegoś małolata z okolicznej szkoły średniej. Żeby przekonać stających w obronie małolata uczniów i nauczycieli, pokazuje im film krążący w sieci. Musi przestać oszukiwać siebie i innych, zmierzyć się z własną winą, stając przed tłumem obcych osób w całej bezradności i spojrzeć w oczy sobie samemu, temu przerażonemu człowiekowi z pociągu, wyświetlonemu na stopklatce na wielkiej ścianie. A ciary chodzą, proszę Szanownej Wycieczki...


Aktorsko - pierwsza liga. Film trzyma się na Więckiewiczu, ale reszta głównych postaci solidnie gra swoje: Gabriela Muskała jako żona Freda, dawno niewidziana (przeze mnie, bo podobno w serialach się pojawia) Anna Tomaszewska w roli teściowej, Marian Dziędziel, któremu reżyser nie wiadomo po jaką cholerę kazał grać chorego po wylewie (jedyne wyjaśnienie - taki charakternik, gdyby był zdrowy, w życiu nie oddałby firmy synom, orałby nimi równo 28 godzin na dobę, dziesięć dni w tygodniu i w rezultacie nie byłoby żadnego pociągu, żadnego wypadku), Łukasz Simlat, który na ekranie jest krótko, ale soczyście. Nawet dzieci nie straszą, choć ostatnio dzieci w polskim filmie... takie niedomówienie - kto pamięta "robocika" w roli Ciri, ten wie, o czym mówię.

Film kameralny - nienachalne wnętrza, pozbawione jakichś szczególnych luksusów, parę prowincjonalnych plenerów, samochody też niekoniecznie Ę-Ą - widać, że liczy się treść, a nie epatowanie formą materialną. Fabularnie i reżysersko także na duży plus. Żadnych łopatologii, żadnego wymachiwania kłonicą, ogłaszania morałów przez megafon i to dwukrotnie. Piórko, cienka kreska, półcień (zwłaszcza w końcówce)... Jak nie w polskim filmie po prostu. W dodatku widz zostaje z otwartym zakończeniem, każdy może sam sobie dopowiedzieć własne albo przedyskutować z kimś przy butelce "argumentówki".


Oczywiście jest w filmie parę momentów trochę słabszych. Nie bardzo wiem, jak funkcjonują lokalni liderzy w dostarczaniu internetu, ale sytuacja, w której w firmie siedzi jeden chudy flanels, a reszta pracowników, w liczbie sztuk dwóch, robi za ekipę burząco-remontową w domu szefa, prezes nie wie, że wice zamówił mu TIR-a pełnego nowych zabawek technicznych za grube setki sztuka itd., jakoś mi zgrzyta. Ale tym razem się nie czepiam. W dniu w którym powstanie polski film bez wpadek, otworzą się niebiosa i gruby głos powie: "Ludzie na Ziemi, proszę o uwagę. Mówi Prostetnik Vogon Jeltz. Przystępujemy do wyburzania". W "Wymyku" jednak wpadki i wtopki są małe i nie przeszkadzają.

Zdecydowanie warto. Jeśli nie po, to by stawiać sobie trudne pytania - bo może lepiej ich sobie bez potrzeby nie stawiać (tu odpukujemy w niemalowane...) - to choćby po to, żeby nabrać wiary w polskie kino.


============
Wymyk
2011
Czas: 83 minuty
Reżyseria: Grzegorz Zgliński
Scenariusz: Janusz Margański, Grzegorz Zgliński
Obsada: Robert Więckiewicz, Łukasz Simlat, Gabriela Muskała, Anna Tomaszewska, Marian Dziędziel
Dotacja PISF: 3 000 000 (produkcja)

2 komentarze:

  1. Cos mi tu nie gra w pierwszych paru zdaniach.
    Ma ten Jerzy dzieci czy nie? Ktory z nich jest w koncu taki macho?

    Ale najwazniejsze, co chcialbym wiedziec, to kto to jest "flanels"?
    No i idac za ciosem, jak poprzednio, skad to sie wzielo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszny point - Jerzy ma dzieci, ale nie ma żony, Fred ma żonę, ale nie ma dzieci. Wielkie dzięki za wyłapanie - już poprawiłem.
      "Flanels" pochodzi z czasów, gdy do internetu trzeba się było wdzwaniać przy pomocy telefonu stacjonarnego, a informatycy grepowali gzipy i kompilowali kernele w piwnicach i garażach. Jedli pizzę, mieli brody i ubrani byli we flanelowe koszule - ulubiony strój komputerowców (od tych programujących po tych skręcających) epoki Linuxa łupanego. Do mnie określenie "flanels" przyplątało się z usenetu - głowy nie dam, ale albo z pl.pregierz albo p.r.f.sf-f (kolejne "tajne nazwy kodowe" :-))

      Usuń