2013-03-29

Sprawa się rypła [1984]

Albo się lubi, albo nie. Na przykład Pratchetta. Albo Monty Pythona. Albo szpinak. Nie jest łatwo wytłumaczyć, czemu się lubi. Po prostu lubi się i już. Jeśli się nie lubi - tak samo: nie i już! Z filmem Janusza Kidawy jest właśnie tak: albo widz go "łyknie" i będzie radośnie kwilił przy oglądaniu, albo nie łyknie i będzie się zżymał na zatrudnianie amatorów, irytujące dźwięki folkloru w tle i przaśne poczucie humoru, bo gdzie tu psychologiczna głębia i złożone problemy ludzkości? 
 
W skrócie: babcia Plackowa kopnęła w kalendarz, a rodzina, żeby zaoszczędzić, sprawiła jej pogrzeb metodą Adama Słodowego - wykonała go własnoręcznie, skąpiąc nawet na księdza i znaczki opłaty skarbowej na urzędowych papierkach. Minęło parę strzałów znikąd i w plackowym obejściu pojawiła się urzędniczka z gminy z okolicznościowym dyplomem, zegarkiem i dwoma tysiącami. Dla babi Plackowej, która według spisów żyje, ma się dobrze i właśnie stuknęła jej setka. "Mieć dwa tysiące i nie mieć dwóch tysięcy to razem cztery tysiące" - powiedziałby król Esterad Thyssen; gospodarz Placek myślał podobnie, więc w imieniu babci podziękował, pokwitował i zainkasował. Niestety, sprawa się rypła: o szanownej jubilatce chciała napisać prasa, potem telewizja zapragnęła zrobić specjalny program, władze gminne, powiatowe i wojewódzkie zaangażowały się na całego i jedynym wyjściem dla zapętlonych w kombinacjach Placków stało się wystawienie na widok publiczny starego Jontka, przebranego w pobabcyne ciuchy i perukę. Niestety, sprawa rypła się znowu...
Zatrudnienie "naturszczyków" okazało się strzałem w dychę. Z całą sympatią dla Franciszka Pieczki - wypadł naprawdę bardzo dobrze, ale jego filmowa żona, a zwłaszcza filmowe dzieci kładły go autentyzmem na obie łopatki. Oglądałem, śmiałem się, niektóre sceny będą do mnie wracać wciąż i wciąż ("Ucys się, synku?..."), a przy nawiązaniu do "Ziemi Obiecanej" zachichotałem sobie ekran kawą. 


Albo się lubi, albo nie. Ja polubiłem i jeśli mnie kiedyś chandra najdzie, to pewnie do tego filmu wrócę. Tak, dla muzyki (w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca "Juhas" z gminy Ujsoły i Orkiestry Dętej Odlewni Żeliwa w Węgierskiej Górce) także, bo co prawda momentami rzeczywiście może irytować, ale głównie potęguje nastrój lekkiego absurdu. 

Varia:
1. Przez moment (a właściwie dwa) pojawia się na ekranie Marian Dziędziel. Oczywiście, z wąsami. On się chyba urodził z zarostem.
2. "A u Kadeli telewizor chodzi coły dzień - nawet na 'Dziennik" nie wyłoncajo" - rok 1984, przypominam. Czasy, w których połowa narodu w czasie głównego wydania reżimowego dziennika demonstracyjnie wyłączała telewizor i udawała się na spacer. Siła protestu - umówmy się - bardzo umowna, ale nie w tym rzecz, tylko w przepuszczeniu takiego tekstu przez cenzurę.
3. Jakiej "Ziemi obiecanej" i czy ja się dobrze czuję? Bardzo dobrze się czuję i doskonale pamiętam Franciszka Pieczkę mówiącego "Wszyscy mają pałac - Müller też ma pałac. Wszyscy mają salon - Müller też ma salon. To kosztuje... ale to nie szkodzi -  niech kosztuje. I niech sobie stoi".


============
1984
Czas: 84 minuty
Reżyseria: Janusz Kidawa 
Scenariusz (na podstawie sztuki Ryszarda Latko): Janusz Kidawa
Obsada: Franciszek Pieczka, Anna Miesiączek, Roch Sygitowicz, Wawrzyn Pytlarz, Justyna Pilarz, Marian Dziędziel, Jerzy Korcz, Liliana Czarska i inni.

2013-03-27

Angelus [2001]

Dawno, dawno temu, kiedy słuchałem jeszcze Trójki, dwie mikrofonowe kobiety doprowadzały mnie do białej gorączki. Grażyna Dobroń, namawiająca do tulenia węgla, łykania drzewa i biegania po czosnku (czy może odwrotnie) oraz Barbara Marcinik, odpowiedzialna pracownica pionu kulturalnego, która potrafiła mi obrzydzić wszystko, o czym mówiła. Jej jaranie się prywatnymi znajomościami, ociekające lukrem epatowanie "naszym ukochanym..." i cotygodniowe wieści o tym, "co nasz Wybitny i Ceniony Artysta spożył, dokąd się udał i czym będziemy mieli niewymowną rozkosz zachwycać się za tydzień", spowodowało, że twórczość Leszka Mądzika, Jana A-Pe Kaczmarka, redaktora Jerzego Ilga i paru innych nieszczęśników, została "obaszkowana" i zamknięta w komórce z węglem. Długi czas w gronie artystów omijanych z powodu zachwytów redaktor Marcinik znajdował się także Lech Majewski. Koniec dygresji. 

Trzy znaki będą dane, a nie będą one drogowymi...

Jak opowiedzieć historię, która na pierwszy rzut oka wydaje się być nie bardzo opowiadalna? Ezoteryczny postróżokrzyżowiec fedrujący w śląskiej kopalni, apostołujący przy pomocy malowanych przez siebie obrazów, sekta religijno-malarska, szukająca siły w świetle i oczekująca na promień siły z Saturna, który dupnie...
- Nie pisz "dupnie", bo nie zrozumieją. Napisz "piźnie"!
...który piźnie i bydzie koniec świata. Oraz Angelus, chłopiec przeczysty, bo myjący często nogi, który ma złożyć się w ofierze, przyjąć ów promień na wątłą klatę i tym samym ocalić świat. A wszystko to rozpięte między śląską hałdą, II wojną światową, komunizmem stalinogrodzkim, familokiem w Janowie i łażącymi luzem po obejściu aniołami.
- Tyś jest, chopie, blank gupi?
A jednak.

Historię malarsko-ezoterycznej Grupy Janowskiej opisali inni, więc nie ma sensu, żebym się powtarzał. Ważne, że była, że działała od lat 30., że przewodził jej Teofil Ociepka i że rzeczywiście farby mieszała ezoteryzmem, siły szukała w świetle, a nauczała przez malowanie. A Lech Majewski podjął się ciężkiego zadania przełożenia tej historii na język filmu.

Plenerek, istota niewielka

Zrobić poważną fabułę? No, ale jak opisać przeciętnych ludzi, robiących nieprzeciętne rzeczy i wierzących - pardąsik - w nieprzeciętne kocopały? Jak wcisnąć ich w "proces dziejowy" zapierniczający po Górnym Śląsku w tę i w tamtą stronę? Jak pokazać ich wiarę, ich malarstwo, ale także normalne życie, bo przecież żyli normalnie, żony i dzieci mieli i 8 godzin dziennie zasuwali w kopalni. Albo wyjdzie nudna teozoficzna piła, albo niestrawny koktajl, w którym poszczególne elementy nie będą grały ze sobą, tylko będą się gryzły, warcząc na siebie, a widownia już po 30 minutach zacznie bluzgać i rzucać popcornem.

Lech Majewski poszedł w baśń. Nie, nie w baśń - baśnie są poważne, czasami ponure. Oglądamy bajkę - bajki zazwyczaj są pogodne (choć oczywiście trafiają się w nich elementy smutne, straszne itd.) Niektórym może brakować poważnego potraktowania elementów religijno-okultystycznych, ale sorry, to jest film, trwa półtorej godziny, jeśli kogoś ciekawi - tam jest biblioteka i można sobie doczytać. Film to nie encyklopedia, w filmie przede wszystkim liczy się "story".

Tu mówi Radio Wolny Saturn!

Opowieść Majewskiego toczy się gładko, wciąga szybko i nie nudzi ani przez moment. Gra śląskich naturszczyków jest świeża i autentyczna, a...
- Znowu Śląsk! - wrzaśnie ktoś - Znowu będą "godać".
Przepraszamy za niedogodności, ale skoro rzecz działa się na Śląsku, to po jakiemu bohaterowie mają mówić? W hindi? Jak Kaźmirz Pawlak z krużewnicki miedzy może, a?
...o czym to ja?... A, że świeża i autentyczna. I że ludowy humor doprawiany jest tragizmem w sposób nienachalny, a "patos naszych czasów" wyganiany jest przy pomocy scen z Hitlerem, moczącym nogi w misce ze swastyką na dnie i przemawiającym Stalinem, którego: "Duszy, towarzysze, nie ma!", spotyka się z szerokim poparciem Komitetu Centralnego, krzyczącego "Ja! Genau! Richtig!"
 
Halo, goda do wos Herr Gott!

Tu wojenne bombardowania, tam UB, tu śmierć Stalina, a tam anioły, ocierające czoła zmęczonym tancerzom na ZMP-owskiej zabawie. Tu wspólna praca nad zbawieniem ludzkości, ale tam zdrada ze strony najbliższego przyjaciela. Próby zjednoczenia się z kosmosem i babcia Ruta tańcząca na zabawie. Oraz Ewald wiecznie ciągnący swoją babę pod pierzynę i postękujący na niej "Królowo mojo asyryjsko, pieronie..."

Lubicie Janoscha i jego "Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny"? No to "Angelus" jest filmem dla Was. Nie lubicie, a Śląsk wywraca Wam wątrobę i przy każdej okazji zaczynacie pomstować na "darmozjadów, na których cała Polska harowała, a oni żyli jak paniska, kupowali telewizory na kartki G i mówili po niemiecku i co to w ogóle za pomysły, żeby kręcić filmy o jakichś prymitywnych pacykarzach, gdy Żołnierze Wyklęci czekają blablabla"? Cóż, wtedy omijajcie film dużym łukiem. 

Sięgaj, gdzie wzrok sięga, a palec wskazuje

I najważniejsze - film jest przepięknie nakręcony. Co kadr - to obraz, co scena - to poczucie estetyki piszczy ze szczęścia i głośno bije brawo. Część ujęć wzorowania jest na malarstwie członków Grupy Janowskiej, część na malarstwie zachodnim, a wszystkie dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Ulga dla oczu zmęczonych polską twórczością kinową, w której kamerę się stawia, aktorzy wychodzą, mamroczą, wychodzą... Tu widać, że reżyser wiedział, co chce nakręcić, a Adam Sikora wiedział, jak to nakręcić - efekty są niesamowite i już choćby dla samych ujęć, zdjęć, kolorów i światła warto "Angelusa" obejrzeć. A każdy, kto obejrzy, będzie wiedział, że "Młyn i krzyż" to nie jednorazowy wystrzał estetyczny, pomysł, który teoretycznie mógł się trafić każdemu, tylko kolejny krok na konsekwentnej estetycznie drodze Lecha Majewskiego, ba-dum-tsss!

Warto. Może nawet trzeba. Bo klimat, bo humor, bo historia, bo plastyka. W mojej filmotece na półce z etykietą "jazda obowiązkowa".
- To skoro redaktor Marcinik miała rację, jarając się Majewskim, może jej darujesz? 
- HELL NO!


Varia:
1. Poza biblioteką, do której warto się udać w poszukiwaniu książek na temat Grupy Janowskiej i albumów z obrazami jej członków, warto się także wybrać do Szopienic, gdzie w Miejskim Domu Kultury przy ul. Hallera, w każdy wtorek spotykają się obecni członkowie Grupy Janowskiej, w tym Erwin Sówka, członek "pierwszego składu". Czy wciąż czekają na promień światła z Saturna - nie wiem. Wiem, że wciąż malują.
2. Muzyka - Józef Skrzek. Słychać. A na ekranie widać Jana Skrzeka. Sami poszukajcie ;-)
3. Plenery klimatyczne: Nikiszowiec, dawna huta Silesia, chorzowska huta Kościuszko, Hałda w Rydułtowach, stary dworzec w Murckach, etc.
4. W filmie grają głównie naturszczycy - w głównej siódemce jest tylko dwóch zawodowców (Jacenty Jędrusik i Andrzej Mastalerz), paru pojawia się w trzecim planie, a wśród pół-zawodowców - profesor Akademii Muzycznej w Katowicach Kazimierz Misiurkiewicz (zmarł w 2010 r.) i Jacek Borusiński z kabaretu Mumio.
5. "Angelus" to także nazwa dwóch nagród: lubelskiej (społeczno-medialnej) i wrocławskiej (literackiej). Związek z filmem w przypadku nagrody lubelskiej jest raczej przypadkowy, ale wrocławskiej już chyba niekoniecznie.
Aktualizacja: związek filmu z wrocławską nagrodą też jest raczej przypadkowy (patrz: komentarze).


============
Angelus
2001
Czas:
103 minuty
Reżyseria: Lech Majewski
Scenariusz: Lech Majewski, Bronisław Maj, Ireneusz Siwiński
Obsada: Jan Siodlaczek, Paweł Steinert, Grzegorz Stasiak, Małgorzata Madejowska, Marian Makula, Jacenty Jędrusik, Andrzej Skupiński, Barbara Święs, Andrzej Mastalerz i inni.

2013-03-25

Niedziela Barabasza [1972]

Małe podobno jest piękne. Krótkie też może być.

On jest bramkarzem lokalnej drużyny... hm, sądząc po warunkach w jakich drużyna gra - dość nisko-ligowej. Na tyle jednak dobrym bramkarzem i z na tyle długim stażem, że miejscowa ludność śpiewa o nim piosenki. Ona jest jego żoną - niezbyt zadowoloną, że tego, że taki stary, a taki głupi, żeby ciągle się ciarać w błocie, gdy w domu remont czeka i inne obowiązki rodzinne. Zjawa się więc na meczu swojego chłopa, staje za jego bramką i podejmuje działania perswazyjno-rozpraszające. 

O co mi chodzi? Ja ci generalnie powiem, o co mi chodzi!

Oczywiście, wszystko kończy się źle. Na wierzch wyłażą wszystkie małżeńskie pretensje i żale. "Bo ja bym chciała, żebyśmy jak ludzie i żeby w niedzielę na telewizję popatrzeć" zderza się z "Miałbym harować jak wół, a potem wskakiwać w ciepłe bambosze i twoją rodzinkę zabawiać? Niedoczekanie!", a "Na remont nie masz czasu, nie masz czasu dziecka wyjąć  balkonu, które od rana tam utknięte siedzi!" spotyka się z "Jestem wolnym człowiekiem i mam prawo żyć!" Na dodatek zajęty kłótnią Barabasz puszcza dwie bramki, z czego jednej nawet nie zauważył, obrócony tyłem do boiska. Trener ściąga bramkarza z murawy, małżeństwo leży w gruzach, kariera leży w gruzach, ale na wielki dramat nie ma na razie czasu, bo trzeba syna wyjąć z balkonowej barierki. A propos, kto z Was utknął kiedyś w ten sposób między szczeblami balustrady - ręka w górę.
- Pierwszy!

W dłoni pana Barabasza piłka. Doooo meeeetaaaaaluuuuu

Koncercik aktorski Anny Seniuk i Zdzisława Kuźniara. On jednym grymasem przechodzi między dumą sportowca i dramatem starszego łysego pana, taplającego się błocie, a ona za bramką śmiga od histerii do groteski, od krzyku do szeptu. A widz siedzi i raz rechocze, raz się wzrusza, raz myśli, że to żona ma rację, innym razem, że mąż, a na koniec dociera do niego, że tak naprawdę to nie tylko film i nie tylko o piłce nożnej, i smutnieje obserwując, jak pan Barabasz wypiłowuje syna z balustrady, mamrocząc pod nosem: "Zobaczysz, jeszcze im pokażesz. Pokażesz im na co cię stać", nie wiadomo, czy bardziej do siebie, czy do syna...

Tło naturszczykowskie - piłkarze naprawdę potrafią w piłkę grać, a publiczność naprawdę z gatunku tych chodzących na mecze. Choć momentami wieje trochę sztucznością: reżyser każe szaleć, publika szaleje wprost propocjonalnie do dniówki, ale nieadekwatnie do sceny, a doping w tle puszczany jest w trybie losowym i zdarza się, że stuprocentowej sytuacji jest cisza, a przy wykopie bramkarza - aplauz.

"...jak najlepszy bramkarz w kraju.
Jego tu wszyscy dobrze znają!"

Warto? Ba! - trzeba. Tym bardziej, że krótkie.


Varia:
1. "Na takich nierobów jak ty, to i nawet Gierek nie pomoże!" - krzyczy w pewnym momencie żona, ale ponieważ czasy niepewne, dodaje asekuracyjnie: "Albo i pomoże".  
2. Nie udało mi się znaleźć informacji, gdzie kręcono mecz, czy brały w nim udział prawdziwe drużyny piłkarskie (a jeśli - to jakie) i kto grał trenera. Ale jeszcze będę szukał. Ktokolwiek wiedziałby...

A to na zachętę:




============
Niedziela Barabasza
1972
Czas:
25 minut
Reżyseria: Janusz Kondratiuk
Scenariusz: Janusz Kondratiuk, Leszek Płażewski (na podstawie opowiadania Leszka Płażewskiego)
Obsada: Zdzisław Kuźniar, Anna Seniuk

2013-03-23

Gorąca linia [1965]

Założenia, towarzysze, były słuszne. Niestety w nasze szeregi wkradł się brak czujności, przez co nieodpowiedzialne jednostki doprowadziły do błędów.
- I wypaczeń!
- I nadużyć!
- I musztardy!


Rok 1956. Skompromitowaną ekipę wymienia się na nową. Sekretarzy wymienia się na sekretarzy, a dyrektorów wymienia się na dyrektorów. Nowy dyrektor kopalni "Edward" (w budowie) ma wątpliwości:
- Nie powinienem iść do komitetu powiatowego przedstawić się?
- Na razie zmieniają komitet wojewódzki, potem zmienią powiatowy
- uspokaja go wiceminister - Kłaniaj im się na razie, bądź dla nich grzeczny, ale traktuj ich jak ludzi, których wkrótce zmienią.
Kierowca Wacuś jest bardziej wyczulony na niuanse:
- Jeśli chłop wpadł do szybu, a mnie nikt nie mówi: 'Jedź po dyrektora i przywieź go z urlopu', to znaczy, że on już nie jest dyrektorem i albo już poszedł, albo pójdzie na wyższe stanowisko.
Ale najbardziej wyczulony jest prosty łaziebny:
- Możemy czasem źle ocenić sytuację międzynarodową, ale nigdy lokalną!

Szlak orurowania oceniono fatalnie

Nowy dyrektor przystępuje do pracy. Jest wszędzie, robi wszystko, wysłucha każdego, każdemu położy rękę na ramieniu, popatrzy głęboko w oczy i wyjaśni konieczność dziejową. A gdy zawiedzie dialektyka, dyrektor nie będzie rura i nie pęknie - przeciwnie: ujmie rurę mocarną dłonią i da robotnikom przykład, układając rurociąg na poziomie 500. Poradzi, pomoże, nieślubne dziecko jednym rzutem oka przypisze do właściwego ojca (poważnie), uratuje życie, wypłaci zgubiona wypłatę po raz drugi i wykryje złodzieja żerującego na wspólnej mące. A gdy już wydźwignie kopalnię z błota, brudu, trudu i łubudu, gdy stworzy wzorcowy zakład pracy socjalistycznej - rzeczywistość w osobie wiceministra postawi przed nim nowe wyzwania, wyznaczy mu nowy front robót i rzuci go na nowy odcinek.

Scenariusz - koszmarek. Uproszczenia, toporności, skróty i kuchwale, (ku chwale, towarzyszu wiceministrze). Produkcyjniak. A raczej post-produkcyjniak, bo założenia zostały te same, wykonanie planu, wspólny wysiłek klasy robotniczej, tylko zamiast pogrobowców administracji sanacyjnej mamy "byłych sekretarzy", których obecnie wymieniono na słusznych, lepszych i bardziej ludzkich. Przepraszam: bardziej pochylonych nad problemami dnia codziennego i klasy robotniczej. 

Towarzysz towarzyszowi towarzyszem.

Dialogi... napisałbym, że też koszmarek, ale nie mogę, bo wprawiły mnie w nastrój uduchowiony i rozrechotany. Kwintesencja socjalizmu lat... Cóż, film nakręcono w roku 1965 na podstawie powieści wydanej rok wcześniej, a autor powieści i autor scenariusza to ta sama osoba. Klasyka: nie znasz książki, nie jarzysz skrótów filmowych, ale autorowi to powiewa, bo on wie wszystko i wszystko rozumie. W końcu sam to napisał. Dialogi, które autor książki wrzucił do scenariusza są naprawdę nieprzeciętne:
- Nigdy nie skończymy tej kopalni - mówi dyrektor do wybranki serca i łoża swego - Powylewają nas wszystkich na mordy. Skończymy pod kluczem, niedługo tu zacznie szaleć prokurator.
- Porozmawiaj o tych sprawach z kim innym, nie po to tu przyszłam.
- W ogóle niepotrzebnie przychodzisz. Jesteś córką mojego podwładnego, jak to wygląda?
- W dodatku nie jestem pełnoletnia.
- Ja nie wchodzę w to, jaka jesteś.
O, dżizas... 

Jeszcze nie igła - zaledwie wacik.

- Towarzyszu były sekretarzu, ty nic ni wiesz i w nic nie wierzysz, oprócz pewnych rzeczy, które były bardzo złe i już minęły.
- Tak się mówi do legalnej władzy?
- Człowieku, miej w sobie trochę czegoś!

Widzu, miej w sobie trochę alkoholu, bo na trzeźwo mogą być problemy z przyswojeniem.

- Nas tu, towarzyszu sekretarzu, jest trzy tysiące. Jak będzie trzeba, to przyjdziemy - ze sztandarami, ze śpiewem...
- Na razie nie przychodźcie, tylko pomagajcie mi z tego miejsca. Poradzę sobie, jak wiem, że wy mi pomagacie.

- Dzieci to największa loteria. Jeszcze ich nie ma, a tu same zmartwienia. Co to będzie, jak się urodzą?
- Taaaak, nasze czasy są niezwykle trudne. Głównie przez to, że wszystko trzeba z góry przewidzieć.

- Pisze pani na maszynie i stenografuje?
- Jestem osobistą sekretarka dyrektora! Nie piszę na maszynie i nie... nie robię tego drugiego. Ja informuję.
No, to akurat jest ponadczasowe. Zwłaszcza w dziekanatach. Pomijając informowanie, oczywiście.

Partia docenia wasze rycie, towarzysze.

Dobra, stop - mógłbym tu przeklepać połowę listy dialogowej i wszyscy popłakalibyśmy się ze śmiechu, ale nie chcę Wam odbierać przyjemności oglądania filmu. Umownej przyjemności, bo oglądanie "Gorącej linii" to momentami poważne wyzwanie, przede wszystkim z powodu Lecha Skolimowskiego, który gra, jakby na główną rolę skazało go Kolegium do Spraw Wykroczeń. Dwie drewniane miny na krzyż, ogólny foch, beznamiętne mruczenie pod nosem. Reszta aktorów też gra nędznie, a że na ekranie widzimy Bolesława Płotnickiego, Andrzeja Kopiczyńskiego, Jerzego Przybylskiego, można chyba zaryzykować tezę, że jeśli kilku niezłych aktorów gra fatalnie, to wina leży po stronie reżysera.
W jednej z pierwszych ról filmowych pokazała się młodziutka Joanna Szczerbic, mignęła na ekranie Marta Lipińska, zagrać obie nie miały za bardzo co, wystarczyło, że się ładnie uśmiechały.

Reżyserowała Wanda Jakubowska w Zespole Realizatorów Filmowych, którego kierownikiem literackim był Jerzy Putrament. Ktoś się spodziewał nowoczesnego kina? No to się rozczarował. Dostał przestarzałą robotę reżyserską na fatalnym scenariuszu i nieaktualnym materiale ideologicznym. Gdyby ten film powstał w roku 1956/57, mógłby być ciekawym świadectwem czasów. W 1965 to była już tylko zdezaktualizowana i drętwa ramota, interesująca jedynie jako studium psychologii działacza partyjnego. Nie, nie tego pokazanego na ekranie, ale tego kręcącego film.

Sequel? Jak to sequel?

Z filmu, poza miażdżącymi dialogami, zostaje właściwie tylko jedna dobra scena - wizyta inżyniera Snapa w przedpaździernikowej prokuraturze i zderzenie furii górnika z małym człowieczkiem, który zza wielkiego biurka beznamiętnie pyta: "Imię?... nazwisko?... urodzony?...", a widz czeka, aż wejdzie dwóch smutnych i pan inżynier swój życiorys będzie podawał przez następne dwa miesiące w kółko i z lampą w oczy.


============
Gorąca linia
1965
Czas:
107 minut
Reżyseria: Wanda Jakubowska
Scenariusz: Jan Pierzchała (na podstawie własnej powieści: "Dzień z nocą na trzy podzielony")
Obsada: Lech Skolimowski, Joanna Szczerbic, Jerzy Przybylski, Bolesław Płotnicki, Andrzej Kopiczyński, Kazimierz Fabisiak

2013-03-21

Mąż swojej żony [1961]

Komedia nie musi być na rechot - komedia może być na uśmiech.

On jest uznanym kompozytorem muzyki "atonalnej, dodekafonicnej...", ona - uznaną lekkoatletką. Jego zna sześć osób na krzyż, ona jest "królową naszą lekkoatletyczną", rozpoznawaną na ulicach i w restauracjach. Ona ma trenera, a on ma z tym problem. W dodatku w ich domu zagnieżdża się apodyktyczna gospodyni-kibic, przez co odtąd na śniadanie owsianka, na obiad szpinak, wieczorem zamiast komponowania - odgłosy sportowe płynące z telewizora, a przed zawodami przymusowy celibat, bo "pani musi być jutro wypoczęta!" Sytuacji nie ratuje wygranie przez niego prestiżowego konkursu kompozytorskiego w Edynburgu. On się buntuje, ona odchodzi, on popada w rozpacz, ona traci formę, ale oczywiście wszystko kończy się dobrze, wszyscy rzucają się sobie w ramiona, a gospodyni skacze wokół kompozytora i robi mu kawusię z pianką.

Od lewej: Fołtasiówna, mąż Fołtasiówny, kotlet schabowy, trener Fołtasiówny.
W tle: kanoniczny kredens polski

Fabułka nie powala jakimś szczególnym skomplikowaniem - jest prosta, zrozumiała dla każdego i gdyby ktoś wpadł na pomysł wyeksportowania tego filmu na wschód, zachód czy południe, tam także widzowie nie mieliby większego problemu z przyswojeniem (no, może długie oczekiwanie na paszport trochę by niektórych dziwiło). Scenariusz praktycznie do użycia wszędzie i zawsze, nawet dziś - wystarczyłyby drobne kosmetyczne zmiany, nie wpływające na treść i humor. I o to chodzi - proste jest piękne. A Jerzy Jurandot to porządna przedwojenna szkoła pisania teatralno-kabaretowego.

Aktorsko - koncercik. Aleksandra Zawieruszanka jest pełna wdzięku, ładnie się uśmiecha, a w scenie masażu świeci wdzięczną i także uśmiechniętą odwrotną stroną medalu, więc darujemy jej, że biega w sposób wybitnie nielekkoatletyczny, Bronisław Pawlik, wtedy bijący rekordy popularności po filmie "Orzeł", to samograj, na drugim planie Mieczysław Czechowicz w roli sympatycznego trenera, Wiesław Gołas z przeraźliwą fryzurą i Elżbieta Czyżewska (trochę zgrzytająca w roli maturzystki).

Mówię ci to, Fołtasiówno, ja, Ignacy Rzecki...

Największą gwiazdą "Męża swojej żony" jest Wanda Łuczycka w roli pani Kowalskiej - masażystki, dietetyczki, kucharki, gosposi i cerbera. Rola do pokazywania w szkołach teatralnych i filmowych oraz straszenia wszystkich mężów, że znowu zapomną o wyrzuceniu śmieci czy naprawieniu kranu to, kochanie, może trzeba pomyśleć o kimś do pomocy na stałe. Musiała reżyserom zapaść w pamięć, bo cztery lata później równie charakterną, choć wcale nie komediową masażystkę zagrała w "Późnym popołudniu" (wtedy masowała Barbarę Brylską).

W epizodach masa twarzy znanych i lubianych - zawody lekkoatletyczne komentuje Bohdan Tomaszewski, bokserowi Ciapule w narożniku sekunduje twórca polskiej szkoły boksu Feliks Stamm, a wśród sąsiadów oglądających telewizję w mieszkaniu głównych bohaterów pojawia się późniejszy profesor mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski.

Z prawej - Feliks Stamm, najlepszy polski trener XX wieku (a może i wszechczasów)

Realia - filmowe. Sportowe dresy, oczywiście, bawełniane z tendencją do barchanowienia się, ale trampki już funkiel-nówki, a poza tym ę-ą i reklama ówczesnej współczesności: restauracje są pełne, kelnerzy uprzejmi, salony mody - ogromne, wszyscy są piękni, mieszkania przestronne, a profesora muzyki z Włocławka stać na nocleg w apartamencie warszawskiego hotelu.
- I te tłumy na stadionie na meczu lekkoatletycznym...
A nie - to akurat nie reklama. Podobnie jak okrzyk "Jesteśmy w końcu mocarstwem lekkoatletycznym, czy nie jesteśmy?" Tłumy na Stadionie Dziesięciolecia rzeczywiście bywały, a my rzeczywiście byliśmy mocarstwem lekkoatletycznym - to w końcu epoka Wunderteamu Jana Mulaka, epoka Sidły, Krzesińskiej, Krzyszkowiaka, Chromika i wielu innych. Wtedy nie trzeba było wielkich mitingów - wystarczył mecz lekkoatletyczny Polska kontra ktoś (USA/Wielka Brytania/ZSRR), by walka była zacięta, wyrównana, a trybuny pełne.

Także w ramach realiów - kolejka sąsiadów pukających do drzwi z hasłem: "My byśmy chcieli obejrzeć telewizję" i dziesiąt osób w pokoju kibicujących Polakom. I tłumacz tu młodzieży, że to nie zwyczaj towarzyski, zwany instynktem stadnym, ale skutek 1-2 telewizorów przypadających na klatkę schodową lub nawet cały blok. I nie, na SopCastcie nie dało się tego obejrzeć. Komuna zagłuszała sygnał ;-)

Socjalizacja w czasach socjalizmu

"Arką Noego między dawnymi a nowymi czasy" jest wypowiedź trenera Mamczyka do kompozytora: "Pański wyjazd załatwiony! Leci specjalnym samolotem do Edynburga nasza drużyna piłkarska - jedenastu zawodników i dwudziestu działaczy sportowych. Więc ja im pokazałem, to wszystko, co o panu napisali dzisiaj i ustaliliśmy, że działaczy może polecieć dwudziestu jeden. Pan poleci jako dwudziesty pierwszy. A kiedy już pan będzie na miejscu, to może pan sobie podyrygować, przecież to nikomu nie przeszkadza" Proporcja działaczy do zawodników - niemal 2:1. Pewne rzeczy są w Polsce niezmienne :-)

Warto? Warto. Żeby się uśmiechnąć, żeby przekonać się, że komedia nie musi zawierać sześciu "kurwów" na minutę, by bawić, żeby zobaczyć aktorską śmietankę w zgrabnie uszytym utworze i żeby przekonać się, że w komediach Barei to jednak nie tyle PRL był samograjem, co reżyser miał warsztat. Nawet wtedy, gdy kręcił zaledwie lekkie-łatwe-i-przyjemne.

Typowa impreza z lat 50/60: dostawiane krzesła (czasem pożyczane od sąsiadów),
niezbyt wygodny stół w niewygodnym miejscu, odjechane skarpetki (pierwszy plan)...

Varia
1. Jeśli mnie wzrok nie myli, państwo Karczowie zamieszkali w bloku na rogu Okrąg i Wilanowskiej.
2. W scenach z meczu lekkoatletycznego pojawiają się gwiazdy polskiego sportu, trybuny pełne... Być może w filmie wykorzystano nagrania zarejestrowanie w trakcie słynnego meczu Polska - USA z 1958 roku, w czasie którego największą sensacją było zwycięstwo Zbigniewa Makomaskiego w biegu na 800 metrów czyli na dystansie, na którym w filmie sensacyjnie wygrała Fołtasiówna. Choć, gdy sportowcy wchodzą na stadion - widać, że chorąży niesie flagę Wielkiej Brytanii... Cóż, pewnie z Anglikami też walczyliśmy na Stadionie Dziesięciolecia.
3. W scenie z koncertu komentator czyta: "Najgłośniej biją brawo polscy piłkarze", a siedzący na widowni panowie z orłem na marynarkach wstają i kłaniają się grzecznie. Za cienki w uszach jestem, żeby rozpoznać, czy to naprawdę piłkarze, ale zakładam, że tak - w fabułę i wylot głównego bohatera do Edynburga wpleciono bowiem autentyczny mecz reprezentacji Polski z maja 1960, w którym Polacy w Glasgow wygrali ze Szkocją 3:2, więc co za problem zaprosić paru piłkarzy do sceny zbiorowej w filharmonii? Gdyby się komuś nudziło - może próbować rozpoznać, proszę uprzejmie:




============
Mąż swojej żony
1961
Czas:
94 minuty
Reżyseria: Stanisław Bareja
Scenariusz: Jerzy Jurandot i Stanisław Bareja (na podstawie sztuki J. Jurandota "Mąż Fołtasiówny")
Obsada: Aleksandra Zawieruszanka, Bronisław Pawlik, Wanda Łuczycka, Mieczysław Czechowicz, Wiesław Gołas, Elżbieta Czyżewska, Jan Koecher

2013-03-19

Poranek kojota [2001]

"Dawno temu ja też zaufałem pewnej kobiecie, wtedy dałbym sobie za nią rękę uciąć. I wiesz, co?... I bym teraz, kurwa, nie miał ręki."

A ja zaufałem Olafowi Lubaszenko po "Chłopaki nie płaczą". I bym teraz, kurwa, chętnie mu coś uciął, bo "Poranek kojota" to niemożebna kupa.

Ubogi rysownik komiksów zakochuje się w słynnej piosenkarce, pasierbicy złego gangstera. Do pasierbicy startuje też pewien dupek, który jest winny pieniądze innemu gangsterowi i liczy na posag, którym mógłby te długi spłacić. Spłacić musi, bo jeździ za nim pan Jędrula z niedowidzącym łamignatem i grożą, ze mu zrobią kęsim. Chaos, pomyłki, zdrady, takie tam komedyjno-sensacyjne pizdryki. Ale umówmy się - to nie von Trier, taki film ma bawić, "Chłopaki nie płaczą" też nie powalały fabułą, a dawały radę. W przeciwieństwie.

Pan Jędrula ogląda film w najlepszy jedyny bezpieczny sposób

Forma... Hm, jakby delikatnie ująć? Zaraz, zaraz, a niby dlaczego mam ujmować delikatnie? Duet Lubaszenko (reżyseria) & Korzyński (scenariusz) się nie przejmuje i leci po bandzie, a ja mam w bawełnę owijać? Forma jest, proszę wycieczki, bucowata do kwadratu. Scenarzysta zebrał wszystkie "suchary", zalegające w szufladach biurka od czasów późnego Gierka, do każdego dołożył po dwie "kurwy", trzy "pierdolnięcia", pół "chuja", wymieszał, zagotował i wszedł mu scenariusz. Reżyser dodał od siebie porady w stylu: "Tadziu, ale ja cię proszę, zaakcentuj tę 'kurwę' odpowiednio, bo publiczność może nie zrozumieć, a najlepiej dodaj jeszcze: 'I zamknij ryj!' - będziemy mieli śmiech na trzy w pięciostopniowej skali. I minę zrób! Koniecznie zrób minę! Taką, kurwa, wiesz...", a aktorzy mu to wszystko zagrali, licząc, że po pół roku nikt o tej kupie nie będzie pamiętał.

Niestety, przeliczyli się. Okazuje się bowiem, że w internecie żyje gatunek widzów uwielbiających ten film i twierdzących, że jest on A) genialny, B) kultowy, C) mega, a aktorzy w nim grający "dają z siebie wszystko i wynoszą film na wyżyny". Oby aktorom ktoś to na jubileuszach i benefisach czytał, niech się boją, że przy nieodpowiednim zbiegu okoliczności tylko to po nich zostanie i ktoś im na nagrobku wypisze "Grał w 'Poranku kojota'"

Reżyser: Głośniej, Michał, głośniej! To jest komedia! Ryczysz!

Opisywanie akcji, dziur, prymitywizmów i całej tej popeliny przekracza granice mojej wydolności. Starczy, że obejrzałem tę kichę od początku do końca. Zamiast - garść cytatów, uwielbianych przez internetowych widzów.

- A skąd ty masz tyle jogurtów?
- Pracowałem w rozlewni jogurtów, jak mnie wywalili to powiedzieli, żebym sobie je zabrał
- Ty po prostu byłeś za dobry do tej roboty.
- To nie to. Waliłem gruchę do głównego zbiornika.


- Przepraszam, w czym mogę pomóc?
- W spuszczeniu sobie wpierdolu!
(i tu następuje cios z bańki)

- To jest guziec, taka świnia z Afryki!
- Ty sam, kurwa, jesteś guziec!

- Gardziołko pana boli?
- Nie twój zasrany interes
- Jakby co, mam panadol...
- Na to, co mi dolega, panadol nie pomoże, więc zamknij, kurwa, ryj!
Dobić Was? Gardziołko bolało, ponieważ obolały został wcześniej zmuszony przez złych ludzi do "innej czynności seksualnej" z udziałem dużego i groźnego gangstera. Finezja, nie?

Nawiązanie do Starszych Panów. Masztalskich.

Poza tym scenarzysta Korzyński opisał szczegółowo proces analnego wykorzystania szczoteczek do zębów przez trzech rosłych Afro-Afrykanów (i proszę, nie każcie mi opisywać dalszych pomysłów scenarzysty związanych z tymi szczoteczkami, bo nie, to nie był koniec opowieści), dołożył siadanie na twarzy, tampony w nosie, oddawanie moczu do frytek, zator w mosznie i drzazgę w fiucie. Te trzy ostatnie dowcipy na szczęście tylko w wersji słownej. Any questions jeszcze?

Aktorzy... Maciej Stuhr gra taką samą rolę, jak w "Chłopaki nie płaczą", ale mocno ciąży w stronę tła, Tadeusz Huk żenuje głównie udziałem, bo na żenowanie grą jest za dobry, aczkolwiek teksty które wygłasza powinny mu się śnić po nocach, Janusz Józefowicz sprawia wrażenie solidnie nawalonego, Michał Milowicz ma wdzięk płynu do mycia naczyń, a na szczególną uwagę zasługuje Karolina Rosińska. Że dykcji nie ma, że tekst podaje jak kelnerka jajecznicę w dworcowym barze, że grać nie umie i z każdą ekranową emocją mija się w sporej odległości... Cóż, nie każdemu Bozia dała talent, a kiedy przychodzi reżyser, wciska główą rolę i dużą kasę, mało kto by odmówił. Ale te oczy... Kurczę, człowiek zazwyczaj ma coś w oczach - jakiś wyraz, jakąś emocję, jakąś reakcję, jakąś myśl, cokolwiek. Karolina Rosińska jest jedynym znanym mi przypadkiem kompletnej pustki w oczach. Bez względu na to, co gra, jej oczy są dokładnie takie same i tak samo puste. Zero, null. Dwie szklane kulki na śrubkach wprost z ixiańskiej manufaktury. Choć nie, Ixianie nawet w imadle i pilnikiem zrobiliby oczy pełne wyrazu. Jakiegokolwiek. A ponieważ Karolina Rosińska oczy ma wielkie - pustka w nich robi wrażenie nieco upiorne. Gra aktorki - także.

Skoro tak, to właśnie, że oczu nie pokażę!

Omijać bardzo szerokim łukiem. Jeśli oglądaliście - wyprzeć, jeśli nie oglądaliście - bronić się rękami i nogami, a znajomych, którzy będą Wam to podsuwać, zapraszać tylko na imprezy, na które wejście związane jest z przyniesieniem prezentu. Albo może nie? Jeszcze przyniosą paczkę DVD z komediami Olafa Lubaszenki...


Varia:

1. W jednej ze scen ulicą idzie sobie czwórka panów, ustalających plan bliżej nieokreślonego działania, na które "Zdzisław przygotuje pieniądze". Wyglądają na kombinatorów z gatunku "polski nizinny powiatowy", ale nic bardziej mylnego. Powiatowy? Aaaależ! Ta czwórka to ówczesna wierchuszka PZPN: Listkiewicz, Kręcina, Apostel i Strejlau. Prawie jak Wehrnitz, Ohlers, Lübow i Fahrenwirst.
2. W konkurencji product placement Dojlidy otrzymują nagrodę za najgłupsze ujęcie, a producent samochodowych zapachówek - za tupet.
3. W epizodzie pojawia się Jarosław Jakimowicz ("Młode wilki"). Zapada w pamięć jako Ten, Który Gra Gorzej Niż Karolina Rosińska.
4. Jednym z producentów jest Janusz Morgenstern. A to podobno młodzi wstydu nie mają.
5. Film zrealizowano "przy wsparciu Komitetu Kinematografii". Takiego ówczesnego PISF-u. Noż, kurrr...


============
Poranek kojota
2001
Czas:
91 minut
Reżyseria: Olaf Lubaszenko
Scenariusz: Mikołaj Korzyński
Obsada: Maciej Stuhr, Karolina Rosińska, Tadeusz Huk, Janusz Józefowicz, Michał Milowicz, Magdalena Kumorek, Tomasz Dedek i inni

2013-03-17

Antyki [1977]

Grupka ohydnych wykolejeńców moralnych, wiedzionych złudną wizją łatwego zysku, ogołaca kraj z bezcennych zabytków, wydając je na żer odwetowców z Bonn. Zyski ze zbrodniczego procederu przeznaczają na hulaszczą konsumpcję w lokalach kategorii "S" z wyszynkiem i striptizem, godzącym w wartości katolickie (cycki jako takie) oraz patriotyczne (striptiz wykonuje kobieta w stroju szlachcianki do dźwięków poloneza a-moll "Pożegnanie Ojczyzny"). Na drodze szajki zaprzańców-rabuśników staje dzielny wicedyrektor przedsiębiorstwa muzealnego, którego w patriotycznym dziele wspomagają czujni oficerowie Milicji Obywatelskiej.

Striptiz narodowy

Film zrealizowany przez Studio Filmowe Profil, kierowane w latach 1975-98 przez Bogdana Porębę. Tak, tego Bogdana Porębę od Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald. Autorem scenariusza jest Ryszard Gontarz. Tak, ten Ryszard Gontarz - w latach 40. ubek, w latach 50. TW, w latach 60. tuba "moczarystów" i pogromca syjonistyczno-bananowych spisków. Co można nakręcić pod takim nadzorem? Okazuje się, że jednak można nakręcić naprawdę ciekawy film. Ciekawy formalnie, ale nie tylko

Co jakiś czas świat jara się nowym paradokumentem, płodzi określania "mockumentary", nagradza "Rok Diabła", zachwyca się grą naturszczyków... A tu proszę - przaśna Polska czasów późnego Gierka, a reżyser Krzysztof Wojciechowski kręci sensację utrzymaną w konwencji tak mocno, że gdyby dziś pokazać film dwudziesto-trzydziestolatkom, to pewnie połowa uznałaby to za dokument, wykorzystujący zdjęcia operacyjne MO, ukrytą kamerę i te rzeczy. W rolach kolekcjonerów - autentyczni kolekcjonerzy i to tacy z górnej półki, w pozostałych rolach naturszczycy i pół-naturszczycy, kamera skacze, dźwięk jest "zabrudzony", kwestie aktorów ledwie przebijają się przez muzykę czy hałasy tła, co momentami daje świetny efekt - zwłaszcza gdy przebijają się umiejętnie wybrane przez reżysera kwestie.

Co najważniejsze - Wojciechowskiemu udało się upchać "ideolo" na kompletny margines. Gontarz dostał właściwie jedną wstawkę w środku filmu, końcówkę, zwieńczoną przecudną w swej zaangażowanej betonowości planszą informacyjną...


... ale poza tym film ucieka od ideologizowania, skupiając się na wątkach kryminalnym i społecznym.

Aktorsko... mój ty smutku, jak może być, skoro grają amatorzy i to w dodatku zapominający tekstu, więc improwizujący? Przez większość filmu jest tak drętwo, że aż śmiesznie. "Podczas powstania ja już leżałem ranny i miałem głowę przeszytą kulą gestapowską. Tak, że mimo najszczerszych chęci nie mogłem brać udziału. Cierpiałem przez to bardzo" - duka dzielny wicedyrektor.
- Powiem krótko: zatraciliśmy czujność.  - mówi kolega sekretarz przędsiębiorstwa - W osobie Kowalskiego wyhodowaliśmy, można powiedzieć, żmiję na własnej piersi. Musimy wyciągnąć jak najdalej idące wnioski. Pryncypialnie i konsekwentnie.
- Proponuję uchwalenie rezolucji potępiającej Kowalskiego - zgłasza się uczestnik zebrania.
Dać to aktorowi - zagra. Zagra może nawet dobrze. Ale kiedy amatorzy wygłaszają to zaangażowanym tonem naturszczyka... Niech się Bareja chowa. 

Karabela - pani barska... Niejednego ona posła wykrzesała z kandydata

Jest jednak w "Antykach" aktor-amator, na którego warto zwrócić uwagę. Bogiem a prawdą, na nim trzyma się cały film. Pamiętacie "Wesołego Romka" z "Misia"?
Dobra, głupie pytanie, wycofuję.
Zbigniew Bartosiewicz (debiut na ekranie) gra koncert: jego złoczyńca jest naturalny, ale wieloznaczny, skomplikowany, a scena, w której wyłudza od wiejskiego gospodarza stary obraz w zamian za orleodruk opakowany mosiądzem, powinna przejść do historii polskiego kina, trafić do annałów, dostać dwa Orły i dwa Oscary. Czemu dwa? Bo w pewnym momencie Antoni Jakubowski (kolejny naturszczyk) dołącza i zaczyna się pojedynek. <Edward Dziewoński mode on> Luuuuudzie!...<mode off> to trzeba zobaczyć na własne oczy. Po 30 sekundach przestajecie pamiętać, że to film, po minucie dajecie sobie uciąć rękę, że to dokument kręcony ukrytą kamerą, a po 90 sekundach szlochacie z chłopem, jęczącym: "Płakać się chce. Moi dziadkowie byli przy tym obrazie, nie godzi się" i klęczycie z "Wesołym Romkiem" kontrującym opory małorolnego litanią do Matki Boskiej.

Jestem refleksyjny Romek, mam cel, ale i dylematy

Film kończą sceny "zaangażowane" - w pierwszej zachodnioniemiecki antykwariusz odmawia kupna obrazu Januarego Suchodolskiego, antykwariusz-zaprzaniec wyjaśnia, że śmierć księcia Józefa w nurtach Elstery ma może znaczenie dla Polaków, ale dla Niemców - żadnej, a poza tym obraz jest kompletnie worthless, zaś przemytnik-zaprzaniec wywala obraz Suchodolskiego w nurty... yyy... co tam płynie przez Berlin Zachodni?... w nurty Sprewy. W drugiej scenie śledzący postfaszystowskich wyzyskiwaczy dziennikarz ginie śmiercią gwałtowną, a zdjęcia obrazów Matejki i Grottgera zestawione zostają ze zgniłozachodnimi sex-shopami i inną golizną. Precz z kapitalizmem! Niech żyje patriotyczna romantyczność!
W trzeciej finałowej scenie dyrektor przedsiębiorstwa, uważny obserwator i sojusznik prawomyślnego wice, oprowadza gościa po swojej wiejskiej chałupie - z zewnątrz niemal-rozpadającej się, a w środku będącej prawdziwym muzeum, pełnym antyków, zabytków i innych Ludwików Szesnastych. Dobre. Mocne. Polityczne. Naprawdę. Tego się chyba dyrektor Poręba i obywatel Gontarz nie spodziewali.

Wytężone działania organów ścigania doprowadziły przestępców do "nyski"

Film bardzo ciężki do przebrnięcia. Konwencja, "gra" amatorów i wymowa ideolo wielu widzów zmęczą, wielu odstraszą. Ale dla amatorów - kina lub odbicia PRL-owskiej rzeczywistości w sztuce - perełka.


Varia:
1. Zbigniew Bartosiewicz (czyli "Wesoły Romek") w jednej ze scen: "Całe życie mówiłem, że jestem pilotem, a byłem tylko mechanikiem lotniczym". W 1951 roku naprawdę ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Sił Powietrznych w Dęblinie ("Szkołę Orląt") i przez pewien czas pracował jako pilot.
2. Właściciela karabeli, powalającego "jezdeśmy" i "konzulem", gra Władysław Łoziński. Z "tych" Łozińskich.
3. W scenach kabaretowych występują autentyczne postacie ówczesnego świata estradowego: Józef Prutkowski jako konferansjer, Józefina Pellegrini jako monologistka i piosenkarka oraz Liliana Urbańska jako piosenkarka masakrująca przebój Mireille Mathieu "Ave Maria".
4. Scena, w której na widok striptizu do dźwięków poloneza Ogińskiego starsza pani dostaje spazmów i krzyczy: "Nieeee! Nieeee! Nie wolno! Obrażają nas! Jak możecie pozwalać?" nie straciła na aktualności do dziś. Kto wie, może nawet dziś właśnie zyskała na :-)
5. Afera Mętlewicza, wspominana na planszy końcowej i pojawiająca się w wypowiedzi "Kolekcjonera" (W. Łoziński), opowiadającego o wizycie "księdza i konzula", miała miejsce naprawdę. Więcej o niej TU. Także wspominana w filmie postać Pietera Mentena jest autentyczna.


============
Antyki
1977
Czas:
79 minut
Reżyseria: Krzysztof Wojciechowski
Scenariusz: Ryszard Gontarz
Obsada: Januariusz Gościmski jr, Januariusz Gościmski sr, Zbigniew Bartosiewicz, Bronisław Frankowski, Józef Prutkowski, Antoni Jakubowski

2013-03-15

Romans Teresy Hennert [1978]

Porucznik spotyka pułkownika i zaprasza go na obiad. Pułkownik sprawia wrażenie jakby był na butaprenie, a porucznik chichocze, gnie się, miny strzela, śpiewa - ewidentnie już zdążył spożyć jakieś grzybki. W dodatku mówi głosem Glusia i Fikandra, przez co widz też ma wrażenie bycia na haju, bo kto widział Glusia w mundurze?
A w brzozowym lasku jeżdżą sobie ułani.

W czasie obiadu oficerowie narzekają na bidę z nędzą, przegryzając fikuśne potrawy i popijając alkohole mucho dinero za butelkę. To zresztą stały motyw filmu - lanserska restauracja, drogie trunki w kieliszkach, micha raków na stole, a biesiadnicy jadą żeromszczyzną, że źle, że kryzys, że nie otake Polske walczyli, że patriotyzm, że generał Chwościk i że idea urzeczywistniona to idea sfałszowana, ciamk, mlask, beeeek...
A w brzozowym lasku ułani sobie jeżdżą.

Tomaszek,Tomaszek! Nie pal! Teraz tyle raków, tyle raków...

Porucznik i pułkownik poznają państwa Hennertów i dzielą się nimi równo: porucznik wdaje się z prezesem w machinacje i spekulacje, a pułkownik wdaje się z żoną prezesa w tańce, hulanki i swawole.
A lasku ułani ujeżdżają konie...
A pani prezesowa ujeżdża pana pułkownika.
A jeden porucznik zdejmuje mundur, zakłada mundur, zdejmuje mundur, zakłada mundur, płacze i poci się strasznie.
- Powiedz ty mię, czemuż, ach, tak się zachowujesz? - pyta spoconego porucznika nadobna niewiasta
- Jestem człowiekiem niezdolnym do czynu.
- Do jakiego czynu?
 - No, na przykład powinienem czegoś dokonać. Czasem odnoszę zwycięstwa nad sobą. Ale w ogóle nie mogę odnaleźć tego czynu.
- Jakiego czynu?
- Nie mogę ci powiedzieć.
Trzy różowe kuleczki, szlag by trafił!
A ułani wyjechali z lasku i wjechali do rzeki...

Pułkownik czyni pani Hennertowej wyrzuty:
- Dlaczego przyjmuje pani dawnego kochanka? Pani nie powinna przyjmować dawnego kochanka!
Bogiem a prawdą, nie powinna przyjmować żadnego kochanka, ale skoro już jesteśmy przy temacie, to żałuj pan, pułkowniku, że to film i że reżyser wyciął drugiego byłego kochanka, którego pani Hennertowa przyjmowała w książce, bo byłoby was w sumie czterech (z prezesem) i moglibyście w brydża pograć
A ułani jadą i jadą.

Wystawiono dwie sztuki

Bąbel Leśniewski recytuje "Kto ty jesteś? Polak mały", pielęgniarka opowiada, że gdy wyciągnęła pacjentce rurkę, to skrzep wyskoczył na środek sali, a ordynans porucznika długo, barwnie i brutalnie opowiada, jak najlepiej ukatrupić kota. Ułani jeżdżą w kółko, porucznik zostaje aresztowany, profesor umiera na ławce, porucznik strzela sobie w łeb, generał Chwościk jest dumny, że "oficerowie, owszem, jeżdżą tu i tam wszędzie. Lud i pociągi. Europa", a pułkownikowi na butaprenie zaczyna odbijać - staje przed drzewem i zaczyna jęczeć "Tereso, Tereso". No, gratulacje - żeby pomylić Barbarę Brylską z kasztanowcem...
Widz też zaczyna jęczeć, bo na ekranie znowu pokazują się ułani i znowu galopują po lesie, nie wiadomo, dokąd i po co.

Pułkownik i Teresa Hennert też galopują: po lesie - ciemno, zimno, do domu daleko, a oni przez te chaszcze, przez te wykroty, przez uczucia...
– Dwa wilki drogę przeszły! – rzekła nagle Helena.
– Widzę – oparł Wołodyjowski. – A ot, trzeci!
– Ot, czwarty! – zawołała kniaziówna.
– Nie, to sarna; patrz waćpanna: dwie, trzy!

Wreszcie dobiegli na przystań. Pułkownik zadyszał, zarzęził, okiem półprzytomnym potoczył i jak nie gruchnie z małej FN-ki.
Aż się ułani zatrzymali.
I serce Teresy Hennert się zatrzymało.
A pułkownik denatkę na łódkę i na jezioro.
A kiedy już dopłynął na środek jeziora, wyciągnął znowu FN-kę, wycelował i wystrzelił.
I drugi raz, i trzeci...
Rozumiem, że wiarołomną babę, ale co ci łódka zrobiła, morderco?
Bul, bul, bul, bul, bul... tonęła nieszczęsna łódka, z ciałem Teresy Hennert i pułkownikiem Omskim na pokładzie. Słucham?... Żywym, żywym. Znaczy, jeszcze. Przecież wiadomo, że gdy przedwojenny oficer chciał popełnić samobójstwo, to strzelał sobie w łódkę i tonął. Jak piniondz. 

Wężykiem, wężykiem... ale chyba nie w tę stronę

Bardzo słaby film. Kręcony według średnio filmowej książki, ale i tak słaby. Ignacy Gogolewski bał się wycinać postacie, ale powycinał wszelkie niuanse i tłumaczenia, więc po ekranie przewalają się tłumy ludzi nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Andrzej Laterna jest po to, by dokuczać porucznikowi Linowi, porucznik Lin jest po to, by się pocić, Tarnawa-Nutka jest po to, by Hennert miał na kogo krzyczeć, narzeczona Omskiego jest po to, by ją porzucić, a ciotka z rurką w tchawicy jest... nie wiem, dla rozrywki? I nieważne, że wycięte niuanse wiele tłumaczą, nieważne, że pułkownik Omski bez swojej przeszłości to tylko nieszczęśliwie zakochany tuman. Czasu nie ma, więc scenarzysta tnie jak ułan szablą. W efekcie jedna trzecia scen jest zbędna, jedna czwarta niezrozumiała, a resztę załatwia się albo oznajmizmem (wchodzi postać i oznajmia o co chodzi) albo fatalną muzyką Waledmara Kazaneckiego, która łopatologicznie sygnalizuje widzowi: "O, a teraz wątek miłosny. A teraz dramat. A teraz muzyczna wata, bo bohaterowie idą. A teraz patriotyzm".
Bo akurat na ekran wjechali ułani. 

I walcuje, szurając odwinięta podeszwą...

Czytałeś, widzu, książkę - wiesz, co, kto i jak, ale szlag cię trafia. Nie czytałeś? No to masz problem, nudny romans przymulonego oficera z plastikową lalą oraz ułanów jeżdżących w kółko.

Aktorstwo, niestety, nie pomaga - Józef Duriasz jest mroczny, ale teatralnie drętwy jak kij od szczotki, Barbara Brylska w roli Teresy Hennert jest idealna, ale dla kogoś, kto zna książkę. Dla widza, który nie czytał, jest tylko puszczalska. Wieńczysław Gliński, jeden z najsympatyczniejszych aktorów, jakich miałem okazję oglądać, tu jest pomyłką od początku do końca. Znaczy, gra dobrze, ale kogoś zupełnie innego niż powinien. Tadeusz Jastrzębowski strzela miny a'la Samborski w "Gehennie", żeby nikt nie miał wątpliwości, że jest kapitalistycznym eskasynem, Tadeusz Janczar snuje się i wygłasza, Anna Nehrebecka gra Annę Nehrebecką, a Andrzej Precigs się poci.
Na plus - Stanisław Zaczyk w roli Hennerta i  Wojciech Wysocki w strzępkach roli Andrzeja Laterny. Ech, w takim filmie niewiele mi trzeba.

"Ślepy lotnik-żebrak" - o, to byłby temat, a nie jacyś kochliwi ułani


Varia:
1. Film zatrudnił specjalnego konsultanta ds. militariów. Niestety, konsultant czasem przysypiał i ułańskie otoki często nie zgadzały się z proporczykiem na lancy, proporczyk na lancy nie zgadzał się z proporczykiem na kurtce, a najpopularniejszą jednostką w Warszawie był 7. pułk ułanów.  Lubelskich. Słucham?... Tak, gapiłem się na oznaczenia. Z nudów.
2. Imponująco  prezentował się pamiętnik pułkownika. Był wielkości Litwy Środkowej.
3. Pożyczanie sobie ciuchów ma długą tradycję: Wanda Hennert zasuwa po mieście w eleganckim szalu z inicjałami "TH". I tak dobrze, że nie "3. Pułk Ułanów Śląskich".
4. Film był debiutem filmowym Ignacego Gogolewskiego. "Chodziło mi nie tyle o fabułę, co o ukazanie klimatu pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości(...)" - powiedział po premierze. Cóż, to też mu się nie udało.
5. Najlepsze ujęcie filmu - galopujące nieostre końskie klaty i jeden kawaleryjski but. Wymiękłem. Alegorie vs. ja  - 1:0.


============
Romans Teresy Hennert
1979
Czas:
83 minuty
Reżyseria: Ignacy Gogolewski
Scenariusz: Ignacy Gogolewski
Obsada: Józef Duriasz, Barbara Brylska, Wieńczysław Gliński, Stanisław Zaczyk, Tadeusz Janczar, Elżbieta Kępińska, Anna Nehrebecka

2013-03-13

Mała matura 1947 [2011]

"Panowie - szanujmy wspomnienia" - śpiewali dawno temu Skaldowie. No, dobra - szanujmy, czemu nie.

Dziewięć. Widzę dziewięć palców.

Rok 1945. Do Krakowa trafia rodzina Taschke - repatrianci ze Lwowa. Ludowa ojczyzna opresyjnie kwateruje ich w wielkim mieszkaniu o świetnej lokalizacji, ojciec idzie do pracy, syn idzie do gimnazjum. Młodość, miłość, muzyka. Znaczy młodość tak, miłość nie, a zamiast muzyki jest polityka. "I to by było na tyle" jak mawiał profesor mniemanologii stosowanej.
- Jak to, to wszystko?
Wszystko. Film jest przeciętny (łagodnie mówiąc) i trwa 108 minut. 108 minut, gdyby ktoś miał problemy z przeliczaniem, to godzina i czterdzieści osiem minut. Kawał czasu, w którym lepiej obejrzeć coś lepszego lub przeczytać książkę na podstawie której reżyser napisał scenariusz. Książkę napisaną przez reżysera, żeby nie było wątpliwości.

- Ale realia powojenne!...
- ...tam realia! - powiedziałby niejaki Entombet, ale ja jeszcze mam opory.
Już pierwsza scena wbija w asfalt idiotyzmem - czteroosobowa rodzina na czterech walizkach ma do dyspozycji cały repatriacyjny wagon, a ubrana jest w "nowiuśki koszulji", wyprane i wyprasowane płaszcze, spodnie w kancik i nawet kolejarz zasuwa w błyszczących butach. Dla podkreślenia grozy wypędzenia głowa rodziny Taschke pod kapelusz założyła szalik, ale i szalik i kapelusz też czyściutkie jak z pralki. Zresztą, co tam rodzina - cały dworzec w Płaszowie pełen jest repatriantów wymuskanych, wyprasowanych, czystych. Kurczę, kiedy jechałem siedem godzin do Jarocina, wysiadałem z pociągu jak psu gardła wyjęty, a tu proszę... Zresztą, co tam repatrianci - w filmie wszyscy są czyściutcy, nowiutcy, wyprasowani, białe koszule, modne płaszcze, efektowne sukienki, nikt w za dużym, nikt w przyciasnym - normalnie Sząze-Lize, a nie Polska rok po wielkiej i długiej wojnie. 

- Statyści! Proszę nie brudzić płaszczy! Będą potrzebne do trzech innych filmów!

Realia... Tak, był rok 1946 i 1947, był Kraków, w Krakowie byli komuniści, antykomuniści i Wawel. Wiadomo. Znaczy, nie wszystkim - w jednej z pierwszych scen główny bohater (lat szesnaście), przejeżdżając obok Wawelu, pyta, co to za zamek. Oj, chyba trzeba zrewidować mity o inteligenckim wychowaniu przed wojną. O trzymaniu rąk w kieszeniach w obecności profesorów - nie wspomnę, bo kto by się takimi szczegółami przejmował.

Sztampy, nie realia. Jeśli Żyd - to w UB, jeśli Żydówka - to z ruskim oficerem pod rękę, jeśli komunista - to głupi i nachalnie propagandujący, jeśli milicjant - to musi powiedzieć "niech mnie chuj zastrzeli", bo jeszcze by ktoś pomyślał, że to jakiś kolaborujący inteligent z habilitacją, jeśli osobnik w battledresie - to oczywiście z gębą pełną patriotycznych frazesów, od wysłuchiwania których zęby widza bolą, bo dęte są straszliwie. Momentami tak dęte, że aż głupie po prostu: "Jego pierś przeszyta była serią krwawych dziur". No dobra, facet był ex-wojskowym, a wszyscy wiemy, że nauczyciele PO i wykładowcy w Studium Wojskowym nie takie kwiatki potrafili tworzyć i vice versa, ale kaman, naprawdę...
Dobić Was? Matka głównego bohatera jest zdania, że w rozwiązaniu sprawy jej siostrzenicy (mniejsza o to) pomoże świadectwo bierzmowania tejże. Przy czym siostrzenica owa jest jeszcze przed pierwszą komunią. Bonus: matka/ciotka - co podkreśla jej mąż - jest siostrzenicą kanonika. Realia. Takie, jak bicie ruskiego oficera przez gruźliczego staruszka na Plantach oraz dobroć Rosjanina, który agresora nie zastrzelił, a nawet w pysk mu nie dał.  

Milicjanci strzelają seriami - babcia po prawej ani drgnie. Szósty dubel w końcu...

O skoro już jesteśmy przy głupich tekstach, to żeby nikt mi nie mówił:
- Ale dialogi!...
...bo przytoczę kilka i wszystkim zrobi się głupio. Może jeden - na dowód, że groźba jest poważna:
- Mówili, panie profesorze, że mogłem pałować milicjantów.
- Jak to 'pałować'? To ty miałeś pałę?
- pyta profesor, robiąc minę "debil numer sześć".
- On zawsze ma ze sobą pałę, hehehe - pada z tylnej ławki i cała klasa pokłada się ze śmiechu.
- Kto powiedział, że Taschke ma pałę? - wrzeszczy profesor, zrywając się z krzesła
/Cisza, przerywana chichotami/
- Kto powiedział, że Taschke ma pałę? - przeciąga scenę profesor, bo reżyser zasnął i nie ma kto krzyknąć "Cięcie!", a zresztą może widownia zaśmieje się jeszcze raz.
/Cisza jak wyżej/
- Biedna Polsko... - szepcze blady profesor, siadając.
- O, kurwa Ojejku... - szepcze blady widz z podziwem.
Chcecie jeszcze? Nie, nie chcecie, uwierzcie.

- Ale scenariusz!
Dupa, nie scenariusz. Zlepek hehdziesięciu scenek, które mówią: "Droga publiczności, poruszamy właśnie problem dojrzewania, rodziny, tego, śmego, tamtego, Bogahonoruojczyznyfutbolu...", ale które tak naprawdę niczego nie poruszają, ograniczając się do oznajmienia i  wygłoszenia przez którąś z postaci, o co tak naprawdę chodzi. Z jednej strony - męczy to strasznie, z drugiej - scenariusz jest tak toporny, że czasem rzeczywiście bez wprost-wyjaśnień się nie obejdzie.

Ahaha. Ojacie.

- Ale aktorstwo!...
Tak, czytałem: fenomenalna rola Zborowskiego, skrzący się dowcipem Opania, blablabla i Marek Kondrat, który się pojawił (bo to było już po jego rozstaniu z aktorstwem). Otóż, proszę wycieczki - dupalalahuziubobo, a nie aktorstwo. Marek Kondrat, Wiktor Zborowski i Marian Opania grają dokładnie to, co co widzieliśmy setki razy. Nic więcej, za to dużo mniej, bo nie tworzą żadnych kreacji, tylko są po prostu sobą: Wiktorem Zborowskim i Marianem Opanią, których lubimy. I których lubimy w "Małej maturze", bo lubiliśmy ich w innych filmach, a oni są dokładnie tacy jak w nich. I tyle - nic więcej. Jedynie przy Kondracie dopada nas lekki chichot, bo kiedy każe uczniowi odmienić "pedes", to nam się od razu włącza:
- Weź się, tato...
- Bo nie odmienisz!
- Tak, nie odmienię...
- No to odmień!
- Ale weź się, tato...

Olgierd Łukaszewicz jest płaski jak zwykle, Dorota Segda jest sympatyczna, a Marta Klubowicz szarżuje jak pułk ułanów jazłowieckich, przez co zaczynamy doceniać grę Bramy Floriańskiej, która umiejętnie gra pauzą. Wojciech Pszoniak... Cóż, co miał, to zagrał, choć niedosyt został spory, Artur Żmijewski był drewniany i ładny, Sonia Bohosiewicz kusząca, a jedną postacią wartą zapamiętania był lwowski kieszonkowiec, grany przez Jana Nowakowskiego (w cywilu lidera kapeli "Fidelis").

Protokoły podpisujemy w miejscach wybranych losowo

Młodzież... świętyjeżunabananie. Tragedia. Z bezbarwnego tła wybija się tylko Antoni Królikowski, ale dlatego, że jego twarz znamy z wielu innych filmów oraz ze względu na skontrastowanie go z głównym bohaterem. Niedawno czepiałem się Lesława Żurka i jego gry a'la modrzew? W porównaniu z Adamem Wróblewskim Lesław Żurek to Jim Carey w "Masce", to Cezary Pazura w "13. posterunku", to rtęć, mrowisko i wybuch bomby atomowej. Adam Wróblewski jest ładny. I nic poza tym. Absolutnie nic. To już nie jest nawet drewno, to nawet nie jest styropian, to jakaś makulatura, jakiś aktorski szmateks ponury. Jedna mina - czy klasówkę pisze, czy go Sonia Bohosiewicz w Maciupińskiego szturcha, czy je zupę, czy siedzi w areszcie, czy mu Opania "Króla Olch" czyta, czy wisielca w pokoju odkrywa, czy kolegę na podwórku UB zabija - ten sam wyraz twarzy, jak w jakimś botoksowym stuporze. Żurek przynajmniej mówić umie - Wróblewski mamrocze coś pod nosem, duka, stęka i też wszystko na jednym tonie. Jakbyś, człowieku, oglądał lodówkę (bo w pralce przynajmniej coś wiruje).
- Ale on nie jest aktorem.
I to ma być usprawiedliwienie? To trzeba było wziąć aktora, a nie paprotkę, tylko dlatego, że ładna (po mamusi - Maria Gładkowska piękną kobietą jest). Było nie było, to jednak film, nieprawdaż?

Publiczność wyraziła się jasno i dosadnie

  - Ale to są wspomnienia reżysera! Tak było!
Nawet jeśli (tu zamaszysty gest w stronę półek z książkami o pamięci, oral history i wykorzystywaniu wspomnień w badaniach), to że ktoś miał jakieś życie, może nawet ciekawe, może nawet bardzo - to jedno. Zrobienie z tego filmu - to drugie. A zrobienie z tego dobrego filmu - to trzecie. Janusz Majewski miał ciekawą młodość, żył w bardzo ciekawych czasach, ale film zrobił nader przeciętny formalnie, fabularnie i aktorsko.

Varia:
1. Muzyka Stańki - sympatyczna, ale niezbyt pasująca do filmu. Zresztą, dla muzyki iść do kina? Lepiej kupić płytę.
2. Janusz Majewski kończył liceum im. Sobieskiego. Podobnie jak Stańko.
3. Marian Opania jest sympatyczny, ale nie prościej było zatrudnić do roli germanisty kogoś, kto zna niemiecki?
4. Jest trochę Krakowa. Głównie od pierwszego piętra w górę, bo niektórzy handlowcy powiedzieli, że szyldu nie zdejmą, za to psem poszczują filmowców chętnie.
5. Wg PISF - 19 986 widzów. 3,5 miliona dofinansowania. Wychodzi 175 złotych za jednego widza. Nieźle... Obejrzałem - na jaki adres wysłać numer konta?


============
Mała matura 1947
2011
Czas:
108 minut
Reżyseria: Janusz Majewski
Scenariusz: Janusz Majewski
Obsada: Adam Wróblewski, Antoni Królikowski, Artur Żmijewski, Agnieszka Michalska, Wojciech Pszoniak, Wiktor Zborowski
Dofinansowanie PISF: 3 5000 000 zł plus kwoty na promocję. Swoje dołożył Małopolski Fundusz Filmowy.