2013-03-07

Dawno temu w Iłży [2010]

- A co to za gęba wystaje z tej zbroi?
- To ja, rycerz Bolko z Sierocińca!

Film jest... Hm, jakby to ująć? Twórcy na początku umieszczają planszę z informacją "Film ten jest produkcją całkowicie amatorską". Jest. Całkowicie. I to bardzo nie w porządku, że plansza jest już na początku, bo głupio jakoś czepiać się kogoś, że nie umie, skoro on na dzień dobry sam mówi, że nie umie. Na szczęście reżyser zaczął udzielać wywiadów, używać słów "profesjonalizm", "casting" i mogłem się pozbyć się wyrzutów sumienia
.
Bedgaj. Albo absolwent filmoznawstwa. Nie, chyba jednak bedgaj.

Mamy połowę wieku XIII. W Iłży kwateruje Pannazamku, pokazujący dyplomatycznego wała biskupowi. Biskup czuje się dotknięty w autorytet i podejmuje kroki. Rycerz też podejmuje kroki. Różnica polega na tym, że biskup podejmuje kroki w kierunki Iłży, a Pannazamku podejmuje kroki w kierunku Rusi, skąd każe sobie przywieźć narzeczoną. Wiecie, typowe małżeństwo z rozsądku: ja cię, kniaziu, uwolnię od córki, a ty nie dasz mnie wziąć w niewolę.
W kierunku Iłży rusza biskupi bedgaj Łodełyk z wojskiem i Matą Hari, na Ruś po kniaziównę rusza rycerz Maćkopani, a narrator ma dykcję gorszą niż Andrzeja Gołota po walce.

Kącik "poznajmy się": rycerz Maćkopani jest honorowy, tępawy i ma kompleks ojca, kniaziówna, gdy tylko wydostaje się z tatusiowej drewutni, przelatuje rycerza Maćkopani ze świstem i ciumkaniem, Mata Hari jest inteligentna i wredna, więc ją lubimy (tym bardziej, że jako jedyna rzuca przyzwoitym bon-motem), biskup krakowski wygląda jakby się rozkładał za życia, a Łodełyk to straszny trep.

Kniaziówna w łapskach piastowskiego Nazgula

Rycerz Maćkopani to zaprzeczenie bohatera w zbroi. Łeb miał wystarczająco zakuty, ale zdolności jego umysłu za chińskiego boga nie nazwalibyśmy analitycznymi, a za co się brał - partaczył. Kiedy złe biskupowe zbiry ukradły mu kniaziównę - odbił ją tylko po to, żeby po chwili stracić ją po raz drugi. Kiedy, uparciuch, odbił ją ponownie - po chwili stracił ją po raz trzeci, a na deser dał się zabić przed końcem filmu, co niezgodne jest z etosem, eposem i zasadami. Co gorsze, śmierć Maćkopani mogła skończyć się czwartą stratą kniaziówny, bo gdyby nie zjawił się zwycięski Pannazamku, zięciem ruskiego kniazia zostałby biskupi woj. Na krótko, ale jednak.

Maćkopani w scenie typowej: nie wie, gdzie jest, nie wie, gdzie jest kniaziówna,
wie tylko, że strasznie go boli głowa

Mata Hari jest sprytna, potrafi przyciąć słownie, potrafi poderżnąć gardło mieczem, potrafi w zwarciu wbić miecz w brzuch (praca nadgarstka jak u Federera). Potrafi też uwieść więziennego strażnika przy użyciu praw człowieka i słowa "nieprawdaż". Niestety, nie zawsze słowa napisane dla niej przez scenarzystę, mają sens. Scena, w której na oczach całego biskupiego wojska (sztuk 15), wali Łodełyka z liścia i nazywa go "nędzną namiastką mężczyzny" jest... dziwna jest. Nie, żebym wymagał, aby aktorzy posługiwali się czystym Gołubiewiem, ale uprawianie XX-wiecznego sufrażyzmu w sosie z Freuda, to chyba jednak lekka przesada.
- Ta zniewaga krwi wymaga - myśli Łodełyk i zraniony na honorze przebija Matę Hari mieczem (symboliczny tryumf fallizmu na feminizmem), chwilę potem sam ginie od sprawnego manewru Heimlicha von Jungingena czyli ciosu rohatyną w miękkie. Wygrywa sprawiedliwość, miłość płacze, a honor umiera plując krwią i to tak nieszczęśliwie, że trafia we własne oko (ale w następnym ujęciu już honorowi oko wytarto).

Kniaziównę też rozbawiła ta scena

"Dawno temu w Iłży" ma wszystkie wady filmów amatorsko-koleżeńskich - dziury w scenariuszu, koszmarny dźwięk, aktorstwo drewniane jak gród w Biskupinie, dykcję na urlopie, załamujące dialogi...
- To dobry pan jest. Zamożny - reklamuje służka Pananazamku
- A miłość? - pyta kniaziówna (jeszcze przed bzyknięciem Maćkopani)
- Czymże jest miłość w dzisiejszych czasach? - pyta filozoficznie służka, a konie wstydliwie odwracają głowy.
Miny i ukłony - kolejny znak szczególny filmów amatorskich. Wejście nowej postaci wiąże się z jej ukłonem, odkłonieniem się pozostałych, oraz co najmniej dwiema minami w scenie. Liczba min jest zmienna, zdarzają się i takie momenty, że gdzie standardowe zestawy "ukłon-mina", "mina-kwestia" zostają zastąpione megaburgerem "ukłon-mina-ważnakwestia-mina-mina-ukłon". Ukłonów i min jest tyle, że w połowie filmu doceniamy grę aktorską niekłaniających się koni.
A propos koni - ze 25% filmu zajmuje jeżdżenie na nich, bo skoro już je wypożyczyliśmy, to niech się zamortyzują. I amortyzują się bidne chabety w lewo i w prawo, przez las, przez rzekę i po łące. Czasem dla urozmaicenia ktoś idzie, a czasem nawet stosowane są najnowsze rozwiązania formalne i ktoś idzie, prowadząc konia za uzdę.

Zaraz cię, głowo gumowa ręko, utnę - głowo gumowa ręko Holofernesa!

 - Do kitu, znaczy? - zapyta ktoś?
Niekoniecznie. Widziałem wiele gorszych filmów, z większym budżetem, robionych przez większe i bardziej doświadczone ekipy (nie amatorskie, ale już offowe :-)) "Dawno temu w Iłży" ma parę dobrych stron. 
Po pierwsze - sam fakt, że udało się ten film nakręcić, zasługuje na szacunek, bo to nie produkcja z gatunku "Cztery pokoje, grupa kolegów, parę wiców i seicento szwagra", tylko poważne przedsięwzięcie logistyczne: trzeba było znaleźć pieniądze (w większości własne - zero grosza publicznego), plenery, konie, znaleźć terminy zsynchronizować bractwo rycerskie, znaleźć statystów, skręcić, zmontować... Udało się i za to oklaski.
Po drugie - sceny batalistyczne. Jak na dzieło wybitnie amatorskie - są bardziej niż przyzwoite. Nawet bitwa na polach Pellenoru czyli na polanach pod Iłżą - piętnastu na piętnastu plus dwanaście koni (orły nie nadleciały, beacuse of budżet). Całkiem fajnie wypadła także scena nocnego fajczenia wsi - skręcona minimalnym nakładem kosztów, ale z pomysłem, dzięki czemu kupuje się ją bez bólu. 
Po trzecie - Mata Hari. Za pomysł na postać, za parę kwestii i wykonanie tychże przez Joannę Bocheńską. Co prawda namiastkowanie męskości Łodełyka durne było potwornie, ale za to scena śmierci odegrana na pięć.
I jeszcze efekty komputerowe - kopia, udostępniana przez twórców na stronie www, nędznej była jakości, ale komputerowe "dokrętki", pomnażanie wojsk i inne takie "myki" nie raziły specjalnie. Oczywiście, było je widać (zabawne: najbardziej było widać w teoretycznie najprostszej do zrobienia scenie: duszek Casper nad zamkiem) ale - toutes proportions gardées - u Hoffmana też nie było dobrze. W "Iłży" - jak na amatorską produkcję - całkiem nieźle.

Noc długich mieczy

Docenić trzeba, obejrzeć można, ale ostrzegam - film dla osób bardzo odpornych na wady kina amatorskiego lub dla zakutych miłośników czynnej rycerskości. Pozostałym polecam "Królestwo niebieskie". Albo "Gniewka, syna rybaka". Albo "Robin Hooda - czwartą strzałę".


Varia
1. "Dawno temu w Iłży" zdobyło na New York International Independent Film and Video Festival (nie wiem, co za jeden) nagrodę dla najlepszego zagranicznego filmu o tematyce przygodowej.
2. Film powstawał ponad cztery lata, jeden z członków ekipy zdążył w trakcie produkcji odsłużyć wojsko, jedna z aktorek - urodzić dziecko...
3. Prasa pisała, że twórcy mieli do dyspozycji tylko małą kamerę cyfrową. Mieli dwie lub trzy. Ale i tak gdyby przeliczać finanse i problemy na efekty, zasłużyli na Złote Lwy pod Złotą Plamą.
4. W czasie realizacji filmu został ranny jeden koń. Ale lekko,
5. "A mogliśmy, kurwa, znaczki zbierać" - jęknął reżyser w połowie zdjęć. Chyba jednak dobrze, że nie zbierali.



============
Dawno temu w Iłży
2010
Czas:

Reżyseria: Michał Drzewiecki
Scenariusz: Michał Drzewiecki
Obsada: Maciej Zapaśnik, Paula Piechowska, Marcin Bąk, Joanna Bocheńska, Piotr Wasek, Bractwo Rycerskie "Smocza Kompania", konie i inni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz