2013-03-23

Gorąca linia [1965]

Założenia, towarzysze, były słuszne. Niestety w nasze szeregi wkradł się brak czujności, przez co nieodpowiedzialne jednostki doprowadziły do błędów.
- I wypaczeń!
- I nadużyć!
- I musztardy!


Rok 1956. Skompromitowaną ekipę wymienia się na nową. Sekretarzy wymienia się na sekretarzy, a dyrektorów wymienia się na dyrektorów. Nowy dyrektor kopalni "Edward" (w budowie) ma wątpliwości:
- Nie powinienem iść do komitetu powiatowego przedstawić się?
- Na razie zmieniają komitet wojewódzki, potem zmienią powiatowy
- uspokaja go wiceminister - Kłaniaj im się na razie, bądź dla nich grzeczny, ale traktuj ich jak ludzi, których wkrótce zmienią.
Kierowca Wacuś jest bardziej wyczulony na niuanse:
- Jeśli chłop wpadł do szybu, a mnie nikt nie mówi: 'Jedź po dyrektora i przywieź go z urlopu', to znaczy, że on już nie jest dyrektorem i albo już poszedł, albo pójdzie na wyższe stanowisko.
Ale najbardziej wyczulony jest prosty łaziebny:
- Możemy czasem źle ocenić sytuację międzynarodową, ale nigdy lokalną!

Szlak orurowania oceniono fatalnie

Nowy dyrektor przystępuje do pracy. Jest wszędzie, robi wszystko, wysłucha każdego, każdemu położy rękę na ramieniu, popatrzy głęboko w oczy i wyjaśni konieczność dziejową. A gdy zawiedzie dialektyka, dyrektor nie będzie rura i nie pęknie - przeciwnie: ujmie rurę mocarną dłonią i da robotnikom przykład, układając rurociąg na poziomie 500. Poradzi, pomoże, nieślubne dziecko jednym rzutem oka przypisze do właściwego ojca (poważnie), uratuje życie, wypłaci zgubiona wypłatę po raz drugi i wykryje złodzieja żerującego na wspólnej mące. A gdy już wydźwignie kopalnię z błota, brudu, trudu i łubudu, gdy stworzy wzorcowy zakład pracy socjalistycznej - rzeczywistość w osobie wiceministra postawi przed nim nowe wyzwania, wyznaczy mu nowy front robót i rzuci go na nowy odcinek.

Scenariusz - koszmarek. Uproszczenia, toporności, skróty i kuchwale, (ku chwale, towarzyszu wiceministrze). Produkcyjniak. A raczej post-produkcyjniak, bo założenia zostały te same, wykonanie planu, wspólny wysiłek klasy robotniczej, tylko zamiast pogrobowców administracji sanacyjnej mamy "byłych sekretarzy", których obecnie wymieniono na słusznych, lepszych i bardziej ludzkich. Przepraszam: bardziej pochylonych nad problemami dnia codziennego i klasy robotniczej. 

Towarzysz towarzyszowi towarzyszem.

Dialogi... napisałbym, że też koszmarek, ale nie mogę, bo wprawiły mnie w nastrój uduchowiony i rozrechotany. Kwintesencja socjalizmu lat... Cóż, film nakręcono w roku 1965 na podstawie powieści wydanej rok wcześniej, a autor powieści i autor scenariusza to ta sama osoba. Klasyka: nie znasz książki, nie jarzysz skrótów filmowych, ale autorowi to powiewa, bo on wie wszystko i wszystko rozumie. W końcu sam to napisał. Dialogi, które autor książki wrzucił do scenariusza są naprawdę nieprzeciętne:
- Nigdy nie skończymy tej kopalni - mówi dyrektor do wybranki serca i łoża swego - Powylewają nas wszystkich na mordy. Skończymy pod kluczem, niedługo tu zacznie szaleć prokurator.
- Porozmawiaj o tych sprawach z kim innym, nie po to tu przyszłam.
- W ogóle niepotrzebnie przychodzisz. Jesteś córką mojego podwładnego, jak to wygląda?
- W dodatku nie jestem pełnoletnia.
- Ja nie wchodzę w to, jaka jesteś.
O, dżizas... 

Jeszcze nie igła - zaledwie wacik.

- Towarzyszu były sekretarzu, ty nic ni wiesz i w nic nie wierzysz, oprócz pewnych rzeczy, które były bardzo złe i już minęły.
- Tak się mówi do legalnej władzy?
- Człowieku, miej w sobie trochę czegoś!

Widzu, miej w sobie trochę alkoholu, bo na trzeźwo mogą być problemy z przyswojeniem.

- Nas tu, towarzyszu sekretarzu, jest trzy tysiące. Jak będzie trzeba, to przyjdziemy - ze sztandarami, ze śpiewem...
- Na razie nie przychodźcie, tylko pomagajcie mi z tego miejsca. Poradzę sobie, jak wiem, że wy mi pomagacie.

- Dzieci to największa loteria. Jeszcze ich nie ma, a tu same zmartwienia. Co to będzie, jak się urodzą?
- Taaaak, nasze czasy są niezwykle trudne. Głównie przez to, że wszystko trzeba z góry przewidzieć.

- Pisze pani na maszynie i stenografuje?
- Jestem osobistą sekretarka dyrektora! Nie piszę na maszynie i nie... nie robię tego drugiego. Ja informuję.
No, to akurat jest ponadczasowe. Zwłaszcza w dziekanatach. Pomijając informowanie, oczywiście.

Partia docenia wasze rycie, towarzysze.

Dobra, stop - mógłbym tu przeklepać połowę listy dialogowej i wszyscy popłakalibyśmy się ze śmiechu, ale nie chcę Wam odbierać przyjemności oglądania filmu. Umownej przyjemności, bo oglądanie "Gorącej linii" to momentami poważne wyzwanie, przede wszystkim z powodu Lecha Skolimowskiego, który gra, jakby na główną rolę skazało go Kolegium do Spraw Wykroczeń. Dwie drewniane miny na krzyż, ogólny foch, beznamiętne mruczenie pod nosem. Reszta aktorów też gra nędznie, a że na ekranie widzimy Bolesława Płotnickiego, Andrzeja Kopiczyńskiego, Jerzego Przybylskiego, można chyba zaryzykować tezę, że jeśli kilku niezłych aktorów gra fatalnie, to wina leży po stronie reżysera.
W jednej z pierwszych ról filmowych pokazała się młodziutka Joanna Szczerbic, mignęła na ekranie Marta Lipińska, zagrać obie nie miały za bardzo co, wystarczyło, że się ładnie uśmiechały.

Reżyserowała Wanda Jakubowska w Zespole Realizatorów Filmowych, którego kierownikiem literackim był Jerzy Putrament. Ktoś się spodziewał nowoczesnego kina? No to się rozczarował. Dostał przestarzałą robotę reżyserską na fatalnym scenariuszu i nieaktualnym materiale ideologicznym. Gdyby ten film powstał w roku 1956/57, mógłby być ciekawym świadectwem czasów. W 1965 to była już tylko zdezaktualizowana i drętwa ramota, interesująca jedynie jako studium psychologii działacza partyjnego. Nie, nie tego pokazanego na ekranie, ale tego kręcącego film.

Sequel? Jak to sequel?

Z filmu, poza miażdżącymi dialogami, zostaje właściwie tylko jedna dobra scena - wizyta inżyniera Snapa w przedpaździernikowej prokuraturze i zderzenie furii górnika z małym człowieczkiem, który zza wielkiego biurka beznamiętnie pyta: "Imię?... nazwisko?... urodzony?...", a widz czeka, aż wejdzie dwóch smutnych i pan inżynier swój życiorys będzie podawał przez następne dwa miesiące w kółko i z lampą w oczy.


============
Gorąca linia
1965
Czas:
107 minut
Reżyseria: Wanda Jakubowska
Scenariusz: Jan Pierzchała (na podstawie własnej powieści: "Dzień z nocą na trzy podzielony")
Obsada: Lech Skolimowski, Joanna Szczerbic, Jerzy Przybylski, Bolesław Płotnicki, Andrzej Kopiczyński, Kazimierz Fabisiak

3 komentarze:

  1. wypłaci zgubiona wypłatę po aż drugi
    Raz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, w powyższym cytacie jeszcze „zagubioną".

    A poza tym:

    Nowy dyrektor kopalny "Edward" (w budowie)
    Kopalny dyrektor czy dyrektor kopalni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dyrektor w budowie :-)
      Poprawione. Obie rzeczy

      Usuń