2013-03-13

Mała matura 1947 [2011]

"Panowie - szanujmy wspomnienia" - śpiewali dawno temu Skaldowie. No, dobra - szanujmy, czemu nie.

Dziewięć. Widzę dziewięć palców.

Rok 1945. Do Krakowa trafia rodzina Taschke - repatrianci ze Lwowa. Ludowa ojczyzna opresyjnie kwateruje ich w wielkim mieszkaniu o świetnej lokalizacji, ojciec idzie do pracy, syn idzie do gimnazjum. Młodość, miłość, muzyka. Znaczy młodość tak, miłość nie, a zamiast muzyki jest polityka. "I to by było na tyle" jak mawiał profesor mniemanologii stosowanej.
- Jak to, to wszystko?
Wszystko. Film jest przeciętny (łagodnie mówiąc) i trwa 108 minut. 108 minut, gdyby ktoś miał problemy z przeliczaniem, to godzina i czterdzieści osiem minut. Kawał czasu, w którym lepiej obejrzeć coś lepszego lub przeczytać książkę na podstawie której reżyser napisał scenariusz. Książkę napisaną przez reżysera, żeby nie było wątpliwości.

- Ale realia powojenne!...
- ...tam realia! - powiedziałby niejaki Entombet, ale ja jeszcze mam opory.
Już pierwsza scena wbija w asfalt idiotyzmem - czteroosobowa rodzina na czterech walizkach ma do dyspozycji cały repatriacyjny wagon, a ubrana jest w "nowiuśki koszulji", wyprane i wyprasowane płaszcze, spodnie w kancik i nawet kolejarz zasuwa w błyszczących butach. Dla podkreślenia grozy wypędzenia głowa rodziny Taschke pod kapelusz założyła szalik, ale i szalik i kapelusz też czyściutkie jak z pralki. Zresztą, co tam rodzina - cały dworzec w Płaszowie pełen jest repatriantów wymuskanych, wyprasowanych, czystych. Kurczę, kiedy jechałem siedem godzin do Jarocina, wysiadałem z pociągu jak psu gardła wyjęty, a tu proszę... Zresztą, co tam repatrianci - w filmie wszyscy są czyściutcy, nowiutcy, wyprasowani, białe koszule, modne płaszcze, efektowne sukienki, nikt w za dużym, nikt w przyciasnym - normalnie Sząze-Lize, a nie Polska rok po wielkiej i długiej wojnie. 

- Statyści! Proszę nie brudzić płaszczy! Będą potrzebne do trzech innych filmów!

Realia... Tak, był rok 1946 i 1947, był Kraków, w Krakowie byli komuniści, antykomuniści i Wawel. Wiadomo. Znaczy, nie wszystkim - w jednej z pierwszych scen główny bohater (lat szesnaście), przejeżdżając obok Wawelu, pyta, co to za zamek. Oj, chyba trzeba zrewidować mity o inteligenckim wychowaniu przed wojną. O trzymaniu rąk w kieszeniach w obecności profesorów - nie wspomnę, bo kto by się takimi szczegółami przejmował.

Sztampy, nie realia. Jeśli Żyd - to w UB, jeśli Żydówka - to z ruskim oficerem pod rękę, jeśli komunista - to głupi i nachalnie propagandujący, jeśli milicjant - to musi powiedzieć "niech mnie chuj zastrzeli", bo jeszcze by ktoś pomyślał, że to jakiś kolaborujący inteligent z habilitacją, jeśli osobnik w battledresie - to oczywiście z gębą pełną patriotycznych frazesów, od wysłuchiwania których zęby widza bolą, bo dęte są straszliwie. Momentami tak dęte, że aż głupie po prostu: "Jego pierś przeszyta była serią krwawych dziur". No dobra, facet był ex-wojskowym, a wszyscy wiemy, że nauczyciele PO i wykładowcy w Studium Wojskowym nie takie kwiatki potrafili tworzyć i vice versa, ale kaman, naprawdę...
Dobić Was? Matka głównego bohatera jest zdania, że w rozwiązaniu sprawy jej siostrzenicy (mniejsza o to) pomoże świadectwo bierzmowania tejże. Przy czym siostrzenica owa jest jeszcze przed pierwszą komunią. Bonus: matka/ciotka - co podkreśla jej mąż - jest siostrzenicą kanonika. Realia. Takie, jak bicie ruskiego oficera przez gruźliczego staruszka na Plantach oraz dobroć Rosjanina, który agresora nie zastrzelił, a nawet w pysk mu nie dał.  

Milicjanci strzelają seriami - babcia po prawej ani drgnie. Szósty dubel w końcu...

O skoro już jesteśmy przy głupich tekstach, to żeby nikt mi nie mówił:
- Ale dialogi!...
...bo przytoczę kilka i wszystkim zrobi się głupio. Może jeden - na dowód, że groźba jest poważna:
- Mówili, panie profesorze, że mogłem pałować milicjantów.
- Jak to 'pałować'? To ty miałeś pałę?
- pyta profesor, robiąc minę "debil numer sześć".
- On zawsze ma ze sobą pałę, hehehe - pada z tylnej ławki i cała klasa pokłada się ze śmiechu.
- Kto powiedział, że Taschke ma pałę? - wrzeszczy profesor, zrywając się z krzesła
/Cisza, przerywana chichotami/
- Kto powiedział, że Taschke ma pałę? - przeciąga scenę profesor, bo reżyser zasnął i nie ma kto krzyknąć "Cięcie!", a zresztą może widownia zaśmieje się jeszcze raz.
/Cisza jak wyżej/
- Biedna Polsko... - szepcze blady profesor, siadając.
- O, kurwa Ojejku... - szepcze blady widz z podziwem.
Chcecie jeszcze? Nie, nie chcecie, uwierzcie.

- Ale scenariusz!
Dupa, nie scenariusz. Zlepek hehdziesięciu scenek, które mówią: "Droga publiczności, poruszamy właśnie problem dojrzewania, rodziny, tego, śmego, tamtego, Bogahonoruojczyznyfutbolu...", ale które tak naprawdę niczego nie poruszają, ograniczając się do oznajmienia i  wygłoszenia przez którąś z postaci, o co tak naprawdę chodzi. Z jednej strony - męczy to strasznie, z drugiej - scenariusz jest tak toporny, że czasem rzeczywiście bez wprost-wyjaśnień się nie obejdzie.

Ahaha. Ojacie.

- Ale aktorstwo!...
Tak, czytałem: fenomenalna rola Zborowskiego, skrzący się dowcipem Opania, blablabla i Marek Kondrat, który się pojawił (bo to było już po jego rozstaniu z aktorstwem). Otóż, proszę wycieczki - dupalalahuziubobo, a nie aktorstwo. Marek Kondrat, Wiktor Zborowski i Marian Opania grają dokładnie to, co co widzieliśmy setki razy. Nic więcej, za to dużo mniej, bo nie tworzą żadnych kreacji, tylko są po prostu sobą: Wiktorem Zborowskim i Marianem Opanią, których lubimy. I których lubimy w "Małej maturze", bo lubiliśmy ich w innych filmach, a oni są dokładnie tacy jak w nich. I tyle - nic więcej. Jedynie przy Kondracie dopada nas lekki chichot, bo kiedy każe uczniowi odmienić "pedes", to nam się od razu włącza:
- Weź się, tato...
- Bo nie odmienisz!
- Tak, nie odmienię...
- No to odmień!
- Ale weź się, tato...

Olgierd Łukaszewicz jest płaski jak zwykle, Dorota Segda jest sympatyczna, a Marta Klubowicz szarżuje jak pułk ułanów jazłowieckich, przez co zaczynamy doceniać grę Bramy Floriańskiej, która umiejętnie gra pauzą. Wojciech Pszoniak... Cóż, co miał, to zagrał, choć niedosyt został spory, Artur Żmijewski był drewniany i ładny, Sonia Bohosiewicz kusząca, a jedną postacią wartą zapamiętania był lwowski kieszonkowiec, grany przez Jana Nowakowskiego (w cywilu lidera kapeli "Fidelis").

Protokoły podpisujemy w miejscach wybranych losowo

Młodzież... świętyjeżunabananie. Tragedia. Z bezbarwnego tła wybija się tylko Antoni Królikowski, ale dlatego, że jego twarz znamy z wielu innych filmów oraz ze względu na skontrastowanie go z głównym bohaterem. Niedawno czepiałem się Lesława Żurka i jego gry a'la modrzew? W porównaniu z Adamem Wróblewskim Lesław Żurek to Jim Carey w "Masce", to Cezary Pazura w "13. posterunku", to rtęć, mrowisko i wybuch bomby atomowej. Adam Wróblewski jest ładny. I nic poza tym. Absolutnie nic. To już nie jest nawet drewno, to nawet nie jest styropian, to jakaś makulatura, jakiś aktorski szmateks ponury. Jedna mina - czy klasówkę pisze, czy go Sonia Bohosiewicz w Maciupińskiego szturcha, czy je zupę, czy siedzi w areszcie, czy mu Opania "Króla Olch" czyta, czy wisielca w pokoju odkrywa, czy kolegę na podwórku UB zabija - ten sam wyraz twarzy, jak w jakimś botoksowym stuporze. Żurek przynajmniej mówić umie - Wróblewski mamrocze coś pod nosem, duka, stęka i też wszystko na jednym tonie. Jakbyś, człowieku, oglądał lodówkę (bo w pralce przynajmniej coś wiruje).
- Ale on nie jest aktorem.
I to ma być usprawiedliwienie? To trzeba było wziąć aktora, a nie paprotkę, tylko dlatego, że ładna (po mamusi - Maria Gładkowska piękną kobietą jest). Było nie było, to jednak film, nieprawdaż?

Publiczność wyraziła się jasno i dosadnie

  - Ale to są wspomnienia reżysera! Tak było!
Nawet jeśli (tu zamaszysty gest w stronę półek z książkami o pamięci, oral history i wykorzystywaniu wspomnień w badaniach), to że ktoś miał jakieś życie, może nawet ciekawe, może nawet bardzo - to jedno. Zrobienie z tego filmu - to drugie. A zrobienie z tego dobrego filmu - to trzecie. Janusz Majewski miał ciekawą młodość, żył w bardzo ciekawych czasach, ale film zrobił nader przeciętny formalnie, fabularnie i aktorsko.

Varia:
1. Muzyka Stańki - sympatyczna, ale niezbyt pasująca do filmu. Zresztą, dla muzyki iść do kina? Lepiej kupić płytę.
2. Janusz Majewski kończył liceum im. Sobieskiego. Podobnie jak Stańko.
3. Marian Opania jest sympatyczny, ale nie prościej było zatrudnić do roli germanisty kogoś, kto zna niemiecki?
4. Jest trochę Krakowa. Głównie od pierwszego piętra w górę, bo niektórzy handlowcy powiedzieli, że szyldu nie zdejmą, za to psem poszczują filmowców chętnie.
5. Wg PISF - 19 986 widzów. 3,5 miliona dofinansowania. Wychodzi 175 złotych za jednego widza. Nieźle... Obejrzałem - na jaki adres wysłać numer konta?


============
Mała matura 1947
2011
Czas:
108 minut
Reżyseria: Janusz Majewski
Scenariusz: Janusz Majewski
Obsada: Adam Wróblewski, Antoni Królikowski, Artur Żmijewski, Agnieszka Michalska, Wojciech Pszoniak, Wiktor Zborowski
Dofinansowanie PISF: 3 5000 000 zł plus kwoty na promocję. Swoje dołożył Małopolski Fundusz Filmowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz