2013-03-15

Romans Teresy Hennert [1978]

Porucznik spotyka pułkownika i zaprasza go na obiad. Pułkownik sprawia wrażenie jakby był na butaprenie, a porucznik chichocze, gnie się, miny strzela, śpiewa - ewidentnie już zdążył spożyć jakieś grzybki. W dodatku mówi głosem Glusia i Fikandra, przez co widz też ma wrażenie bycia na haju, bo kto widział Glusia w mundurze?
A w brzozowym lasku jeżdżą sobie ułani.

W czasie obiadu oficerowie narzekają na bidę z nędzą, przegryzając fikuśne potrawy i popijając alkohole mucho dinero za butelkę. To zresztą stały motyw filmu - lanserska restauracja, drogie trunki w kieliszkach, micha raków na stole, a biesiadnicy jadą żeromszczyzną, że źle, że kryzys, że nie otake Polske walczyli, że patriotyzm, że generał Chwościk i że idea urzeczywistniona to idea sfałszowana, ciamk, mlask, beeeek...
A w brzozowym lasku ułani sobie jeżdżą.

Tomaszek,Tomaszek! Nie pal! Teraz tyle raków, tyle raków...

Porucznik i pułkownik poznają państwa Hennertów i dzielą się nimi równo: porucznik wdaje się z prezesem w machinacje i spekulacje, a pułkownik wdaje się z żoną prezesa w tańce, hulanki i swawole.
A lasku ułani ujeżdżają konie...
A pani prezesowa ujeżdża pana pułkownika.
A jeden porucznik zdejmuje mundur, zakłada mundur, zdejmuje mundur, zakłada mundur, płacze i poci się strasznie.
- Powiedz ty mię, czemuż, ach, tak się zachowujesz? - pyta spoconego porucznika nadobna niewiasta
- Jestem człowiekiem niezdolnym do czynu.
- Do jakiego czynu?
 - No, na przykład powinienem czegoś dokonać. Czasem odnoszę zwycięstwa nad sobą. Ale w ogóle nie mogę odnaleźć tego czynu.
- Jakiego czynu?
- Nie mogę ci powiedzieć.
Trzy różowe kuleczki, szlag by trafił!
A ułani wyjechali z lasku i wjechali do rzeki...

Pułkownik czyni pani Hennertowej wyrzuty:
- Dlaczego przyjmuje pani dawnego kochanka? Pani nie powinna przyjmować dawnego kochanka!
Bogiem a prawdą, nie powinna przyjmować żadnego kochanka, ale skoro już jesteśmy przy temacie, to żałuj pan, pułkowniku, że to film i że reżyser wyciął drugiego byłego kochanka, którego pani Hennertowa przyjmowała w książce, bo byłoby was w sumie czterech (z prezesem) i moglibyście w brydża pograć
A ułani jadą i jadą.

Wystawiono dwie sztuki

Bąbel Leśniewski recytuje "Kto ty jesteś? Polak mały", pielęgniarka opowiada, że gdy wyciągnęła pacjentce rurkę, to skrzep wyskoczył na środek sali, a ordynans porucznika długo, barwnie i brutalnie opowiada, jak najlepiej ukatrupić kota. Ułani jeżdżą w kółko, porucznik zostaje aresztowany, profesor umiera na ławce, porucznik strzela sobie w łeb, generał Chwościk jest dumny, że "oficerowie, owszem, jeżdżą tu i tam wszędzie. Lud i pociągi. Europa", a pułkownikowi na butaprenie zaczyna odbijać - staje przed drzewem i zaczyna jęczeć "Tereso, Tereso". No, gratulacje - żeby pomylić Barbarę Brylską z kasztanowcem...
Widz też zaczyna jęczeć, bo na ekranie znowu pokazują się ułani i znowu galopują po lesie, nie wiadomo, dokąd i po co.

Pułkownik i Teresa Hennert też galopują: po lesie - ciemno, zimno, do domu daleko, a oni przez te chaszcze, przez te wykroty, przez uczucia...
– Dwa wilki drogę przeszły! – rzekła nagle Helena.
– Widzę – oparł Wołodyjowski. – A ot, trzeci!
– Ot, czwarty! – zawołała kniaziówna.
– Nie, to sarna; patrz waćpanna: dwie, trzy!

Wreszcie dobiegli na przystań. Pułkownik zadyszał, zarzęził, okiem półprzytomnym potoczył i jak nie gruchnie z małej FN-ki.
Aż się ułani zatrzymali.
I serce Teresy Hennert się zatrzymało.
A pułkownik denatkę na łódkę i na jezioro.
A kiedy już dopłynął na środek jeziora, wyciągnął znowu FN-kę, wycelował i wystrzelił.
I drugi raz, i trzeci...
Rozumiem, że wiarołomną babę, ale co ci łódka zrobiła, morderco?
Bul, bul, bul, bul, bul... tonęła nieszczęsna łódka, z ciałem Teresy Hennert i pułkownikiem Omskim na pokładzie. Słucham?... Żywym, żywym. Znaczy, jeszcze. Przecież wiadomo, że gdy przedwojenny oficer chciał popełnić samobójstwo, to strzelał sobie w łódkę i tonął. Jak piniondz. 

Wężykiem, wężykiem... ale chyba nie w tę stronę

Bardzo słaby film. Kręcony według średnio filmowej książki, ale i tak słaby. Ignacy Gogolewski bał się wycinać postacie, ale powycinał wszelkie niuanse i tłumaczenia, więc po ekranie przewalają się tłumy ludzi nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Andrzej Laterna jest po to, by dokuczać porucznikowi Linowi, porucznik Lin jest po to, by się pocić, Tarnawa-Nutka jest po to, by Hennert miał na kogo krzyczeć, narzeczona Omskiego jest po to, by ją porzucić, a ciotka z rurką w tchawicy jest... nie wiem, dla rozrywki? I nieważne, że wycięte niuanse wiele tłumaczą, nieważne, że pułkownik Omski bez swojej przeszłości to tylko nieszczęśliwie zakochany tuman. Czasu nie ma, więc scenarzysta tnie jak ułan szablą. W efekcie jedna trzecia scen jest zbędna, jedna czwarta niezrozumiała, a resztę załatwia się albo oznajmizmem (wchodzi postać i oznajmia o co chodzi) albo fatalną muzyką Waledmara Kazaneckiego, która łopatologicznie sygnalizuje widzowi: "O, a teraz wątek miłosny. A teraz dramat. A teraz muzyczna wata, bo bohaterowie idą. A teraz patriotyzm".
Bo akurat na ekran wjechali ułani. 

I walcuje, szurając odwinięta podeszwą...

Czytałeś, widzu, książkę - wiesz, co, kto i jak, ale szlag cię trafia. Nie czytałeś? No to masz problem, nudny romans przymulonego oficera z plastikową lalą oraz ułanów jeżdżących w kółko.

Aktorstwo, niestety, nie pomaga - Józef Duriasz jest mroczny, ale teatralnie drętwy jak kij od szczotki, Barbara Brylska w roli Teresy Hennert jest idealna, ale dla kogoś, kto zna książkę. Dla widza, który nie czytał, jest tylko puszczalska. Wieńczysław Gliński, jeden z najsympatyczniejszych aktorów, jakich miałem okazję oglądać, tu jest pomyłką od początku do końca. Znaczy, gra dobrze, ale kogoś zupełnie innego niż powinien. Tadeusz Jastrzębowski strzela miny a'la Samborski w "Gehennie", żeby nikt nie miał wątpliwości, że jest kapitalistycznym eskasynem, Tadeusz Janczar snuje się i wygłasza, Anna Nehrebecka gra Annę Nehrebecką, a Andrzej Precigs się poci.
Na plus - Stanisław Zaczyk w roli Hennerta i  Wojciech Wysocki w strzępkach roli Andrzeja Laterny. Ech, w takim filmie niewiele mi trzeba.

"Ślepy lotnik-żebrak" - o, to byłby temat, a nie jacyś kochliwi ułani


Varia:
1. Film zatrudnił specjalnego konsultanta ds. militariów. Niestety, konsultant czasem przysypiał i ułańskie otoki często nie zgadzały się z proporczykiem na lancy, proporczyk na lancy nie zgadzał się z proporczykiem na kurtce, a najpopularniejszą jednostką w Warszawie był 7. pułk ułanów.  Lubelskich. Słucham?... Tak, gapiłem się na oznaczenia. Z nudów.
2. Imponująco  prezentował się pamiętnik pułkownika. Był wielkości Litwy Środkowej.
3. Pożyczanie sobie ciuchów ma długą tradycję: Wanda Hennert zasuwa po mieście w eleganckim szalu z inicjałami "TH". I tak dobrze, że nie "3. Pułk Ułanów Śląskich".
4. Film był debiutem filmowym Ignacego Gogolewskiego. "Chodziło mi nie tyle o fabułę, co o ukazanie klimatu pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości(...)" - powiedział po premierze. Cóż, to też mu się nie udało.
5. Najlepsze ujęcie filmu - galopujące nieostre końskie klaty i jeden kawaleryjski but. Wymiękłem. Alegorie vs. ja  - 1:0.


============
Romans Teresy Hennert
1979
Czas:
83 minuty
Reżyseria: Ignacy Gogolewski
Scenariusz: Ignacy Gogolewski
Obsada: Józef Duriasz, Barbara Brylska, Wieńczysław Gliński, Stanisław Zaczyk, Tadeusz Janczar, Elżbieta Kępińska, Anna Nehrebecka

2 komentarze:

  1. zakłada mundur, płacze się i poci się strasznie.
    To tak specjalnie? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, przez nieuwagę - znaczy na początku było specjalnie, bo zdanie brzmiało inaczej i to "się" było tutaj uzasadnione (była cała seria "się"), ale potem zmieniłem zdanie, tego nie wyciąłem. I jak to zwykle bywa przy czytaniu własnych tekstów - własne błędy przegapia się mimo wielokrotnej lektury. Na szczęście, na oko czytelników można liczyć. Dzięki, zaraz poprawię.

      Usuń