2013-03-05

Sara [1997]

- Ale to miała być zabawa konwencją i pastisz - tłumaczą się reżyserzy, gdy zamiast filmu, wychodzi im parodia. Nie parodia konwencji, tylko parodia jako taka. Żenułka, znaczy.

Fabuła nieskomplikowana - misiowaty, ale groźny mafioso wynajmuje podupadłego alkoholowo oficera Bardzo Specjalnych Jednostek Wojskowych do ochrony nastoletniej córki. Albowiem prowadzi rozliczne interesy i w zagrożeniu przebywa przeciągle. Nastolatka początkowo się buntuje (jak to nastolatka), podupadły (ale już zaszyty) ochroniarz ratuje jej życie, więc nastolatka zakochuje się w ochroniarzu, ochroniarz zakochuje się w nastolatce, mafioso robi im wbrew (ochroniarzowi robi wbrew w nerki i w żebra oraz w ojca), więc ochroniarz robi wbrew mafiozowi... mafioso... i jego gorylom (gorylom robi bardziej i na wylot). Wszystko kończy się dobrze, miłość zwycięża Glocki i kochankowie odchodzą w stronę napisów końcowych.

Polski gangster -  "boją się go dzieci i koledzy straszni inaczej"

Bzdecik? A ino. Ale 3/4 kina to historie równie lub bardziej bzdetowate, a jakoś daje się z nich skleić film. W przypadku "Sary" nie daje się skleić, bo reżyser zamiast pójść w konwencyjną rozrywkę usiłuje wyrobić sobie alibi. W ramach demonstrowania widzowi, że jest jak Tarantino i łobosiu, ile filmów obejrzał, reżyser rzuca nawiązaniami do "Ojca chrzestnego", "Leona zawodowca", "Pulp Fiction", "Bodyguarda", "Zapachu kobiety". Ponieważ jednak jest klasycznym polskim reżyserem - nie ufa widzowi i każde nawiązanie spłaszcza, każdy cytat prezentuje z wrzaskiem, z podkreśleniem i tak długo, że nawet przystanek tramwajowy by załapał. Agresywność - 10, wdzięk - 0.  Linda tańczący tango - 1. 

Zupa na plecach w hołdzie... yyy... "Czterem pancernym"?

Dialogi... dialogi poza punktacją, za to na pokładzie Idy, ewentualnie Joanny.
- Miłość to tak, jakby budować dom i palić wszystko wokół. [Ryli, kurde? Miks murarza i wypalacza traw to miłość?] I wtedy, kiedy stoicie pod drzewem, a ty marzysz o tym, aby się przewróciło, bo wtedy będziesz mógł Ją ochronić [Albo lokomotywa! Jedzie lokomotywa, a ty z miłości marzysz, żeby wziąć ten parowóz na gołą klatę!]
- Jezuuu, zniszczyliście samochód - tekst goryla-debila w sytuacji, w której nastolatce, którą ma chronić, a w której jest zakochany, o mało nie odstrzelili głowy i to z jego winy, co powoduje, że może stracić swoją własną głowę.
- Otwórz oczy! Widziałem nie takie rany i chłopaki z tego wychodzili [mówimy o szesnastolatce, która właśnie oberwała cztery razy w klatkę piersiową, a jakie ma rany - nie wiemy, bo ochroniarz, oczywiście, kurtki dziewczynie nie rozpiął i nie ratuje, nie opatruje, tylko nawija dalej] Nie możesz umrzeć! Nie umieraj słyszysz? Nie rób mi tego! Pojedziemy do Afryki, będziemy odławiać ryby! [Aaaa, jak ryby, to nie będę umierała, albowiem bardzo lubię flądry i rolmopsy] Wiesz, ile Niemcy płacą za jedną rybkę? 40 marek! [No to tym bardziej wstanę! Co prawda przed chwilą chwaliłam się, że mam w worku 400 tysięcy dolarów, a tak w ogóle to mam cztery kule w biuście, ale 40 dojczmarek za śledzia piechotą nie chodzi] Dziecko! Będziemy mieli dziecko, masz żyć rozumiesz? [Nie, nie rozumiem. Z kim dziecko? Ze śledziem? A ile Niemcy płacą za dziecko?]

Alegoria. Trudne słowo. Trudna scena. Dratewka nie czuł.

Nie ma takiej głupoty, której Maciej Ślesicki nie wcisnąłby w dialogi. Moim ulubionym idiotyzmem jest scena na schodach, gdy nastolatka opuszcza ochroniarza dramatycznie i na zawsze:
- Nie bądź taka dorosła!
- Nie jestem dorosła. I dlatego teraz będę sama.
- Mój ojciec w twoim wieku spalił Niemcom czołg!

Dżizashonorkonsekwencja...

Dialogi dialogami, ale reszta filmu też nie jest lepsza: główny bohater wydłubuje sobie esperal, który lekarz wszył mu w okolice kręgosłupa. Sam. Widelcem. Ten sam lekarz, przygotowując się do wykonania na nastolatce aborcji (zleconej przez ojca nastolatki zresztą), czyta nad przywiązaną dziewczyną "Lekarza domowego", gangster strzelający z pistoletu, trzyma ów pistolet lufą do siebie (naprawdę!) mafiozo zakopuje dziesiątki trupów w przydomowym ogródku, palenie ogniska na środku pokoju nie zadymia pomieszczenia wcale, ale dym z komina napiernicza jak na potrójnym konklawe, a rekord świata bije scena, w której główny bohater, ostrzeliwany przez Okrutnych Zbirów, wyciąga pistolet i..
[dwanaście pełnych niedowierzania wulgaryzmów]
...i wysuwa z niego magazynek na podłogę, sięga po nowy, pakuje, repetuje, aaaaaa! niech mnie ktoś uszczypnie.
[wyjaśnienie dla niemilitarnych - ta scena oznacza, że nasz ochroniarz, choć zło czai się wszędzie, a bedgaje co chwilę próbują zabić jego, nastolatkę, ojca, rybki, psa i prawdziwą miłość, łazi z pustym magazynkiem. Pełny ma w kieszeni. Pewnie, żeby rzucać nim w bedgajów]

Pan łysy zaraz niechcący zastrzeli kolegę w niebieskim.

Aktorzy... Robią, co mogą. Niewiele mogą, bo zagrajcie coś, kiedy reżyser wkłada wam w usta kawałki dialogowego drewna i każe grać wg scenariusza dla niedorozwiniętych. Linda ubrany jest w za duże lniane gacie, prążkowany podkoszulek, najbardziej wsiowe buty polskiego kina ever i gra Franza Maurera, Cezary Pazura ma grać debila w mokasynach i białych skarpetkach, więc gra debila w mokasynach i białych skarpetkach, Marek Perepeczko uprzejmie gra co mu kazali, ale ponieważ był świetnym aktorem - przebija się z dyskretną ironią nawet przez scenariuszowe i filmowe gie.

Odkryciem filmu była dla mnie Agnieszka Włodarczyk - nie, nie dlatego, że była śliczna, a w połowie scen grała w częściowym lub kompletnym dezabilu i hehehe, kto by zwracał uwagę na grę. A jednak na grę też zwracałem - i muszę Wam powiedzieć, że dawno nie widziałem kogoś, kto tekst podaje tak naturalnie, z odpowiednią intonacją, "żywym okiem", bez teatralnych manier i grymasów. OK, teksty były durne jak wypowiedzi polityków o ACTA, ale to nie rzutuje - Agnieszka Włodarczyk to, co miała zagrać, grała dobrze, naturalnie, nieźle balansowała postać (między jeszcze-dzieckiem a już-kobietą) i w rankingu aktorskim tego filmu zajmuje miejsce tuż za Markiem Perepeczko. Reszta jest żenadą milczeniem. A sama Agnieszka Włodarczyk zaczęła się później kształcić aktorsko i cały urok jej gry diabli wzięli.

Sara w Zarze. Albo Zara na Sarze.

Część widzów obruszała się, na wykorzystywanie nastolatki w scenach rozbieranych i erotycznych. No, fakt - w dniu premiery Agnieszka Włodarczyk miała 16,5 roku, co znaczy, że we wspomnianych scenach Bogusław Linda miętosił szesnastolatkę. Dwuznaczne i absolutnie nie komilfo, tym bardziej, że nie było to wielkie dzieło kinematografii światowej, tylko Rozrywkowe Boże Odpuść Kino Polskie. Mało kto za to oburzył się na buraczano-uśmiechnięty tekst ojca głównego bohatera: "A co złego jest w związku sześćdziesięciolatka z dwunastolatką?" Na szczęście na miejscu byli filmowi bedgaje i wymierzyli oblechowi sprawiedliwość ołowiem z Beretty.

Czy warto? Nie, nie warto. Chyba, że są na sali panie, lubiące jak cierpiący Linda mówi o miłości, nieważne, co mówi i jak mówi, ważne, że Linda i że o miłości. Ewentualnie można ze względu na Agnieszkę Włodarczyk i nieodżałowanego Marka Perepeczko. Ale też raczej tradycyjnie - karton browca, grono inteligentnych przyjaciół i oglądamy jak turecki thriller.

Życie stawia przed laryngologami coraz to nowe zadania

Varia:
1. Chwilę później Ślesicki, Pazura, Perepeczko, Włodarczyk i Burczyk spotkali się na planie "13 posterunku", a Linda i Penksyk wpadli tam, by odegrać jedną scenę z "Sary". Łokuźwahilarjus. Ale dziwnym jednak nie jest. Raczej smutno konsekwentnym.
2. Postać grana przez Marka Perepeczko mówi w jednej ze scen (dosłownie, nie poprawiam): Lekarze zabronili mi pić wódki, jeść tłustych rzeczy, ale pozwolili pić wino. Czy wiesz, że wśród Francuzów jest najmniejszy odsetek zawałów na świecie?
- Zawał ci nie grozi - opowiedziała postać grana przez Lindę.
A jednak. 
3. W końcówce goryle rzucają na pobitego Lindę "Trybunę" z artykułem "Dlaczego odwołano Buchacza?" Chudefakis, prawda? Tak tylko... w stronę tych, którzy od bieżących wiadomości politycznych oderwać się nie mogą. Minęło parę lat i cała afera okazała się gie warta, znaczenia nie miała, nikt jej nie pamięta, klasyczna polityczna "jętka jednodniówka". Jak te dzisiejsze, moi drodzy, jak te dzisiejsze...
4. Widzów, którzy nie spieszyli się z wyjściem z kina, wygonił Bogusław Linda, śpiewający Cohena. /facepalm/


============
Sara
1997
Czas:
107 minut
Reżyseria: Maciej Ślesicki
Scenariusz: Maciej Ślesicki
Obsada: Agnieszka Włodarczyk, Bogusław Linda, Marek Perepeczko, Cezary Pazura, Sławomir Sulej

7 komentarzy:

  1. Dialogi... dialogi poza punktacją, za to na na pokładzie Idy, ewentualnie Joanny.
    Hmm?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się bić w piersi za błędy i literówki, ale odmawiam tłumaczenia żartów (nawet tych słabych :-))

      Usuń
  2. O "na na" mi właściwie chodziło, ale nie przejmuj się, za rok pęknę z niewiadomych przyczyn. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odżizas... /wali się z plaskacza w czoło, a następnie gwałtownie wyciąga rękę w górę, pokazując coś w oddali i krzycząc "O, ptaszek! Tam ptaszek!" w nadziei, że czytający odwrócą głowy i nie zauważą jego kompromitacji

      No i, oczywiście, poprawia :-)

      Usuń
  3. Idealnie wypunktowałeś wady tego filmu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyłączam się do oceny całości, chociaż w obronie tego szwarccharaktera z pm dodam, że facet trzyma go prawidłowo. To polski PM-63. A ta niby lufa to odsunięty w tylną pozycję zamek. Rak strzelał z otwartego zamka.

    OdpowiedzUsuń