2013-03-29

Sprawa się rypła [1984]

Albo się lubi, albo nie. Na przykład Pratchetta. Albo Monty Pythona. Albo szpinak. Nie jest łatwo wytłumaczyć, czemu się lubi. Po prostu lubi się i już. Jeśli się nie lubi - tak samo: nie i już! Z filmem Janusza Kidawy jest właśnie tak: albo widz go "łyknie" i będzie radośnie kwilił przy oglądaniu, albo nie łyknie i będzie się zżymał na zatrudnianie amatorów, irytujące dźwięki folkloru w tle i przaśne poczucie humoru, bo gdzie tu psychologiczna głębia i złożone problemy ludzkości? 
 
W skrócie: babcia Plackowa kopnęła w kalendarz, a rodzina, żeby zaoszczędzić, sprawiła jej pogrzeb metodą Adama Słodowego - wykonała go własnoręcznie, skąpiąc nawet na księdza i znaczki opłaty skarbowej na urzędowych papierkach. Minęło parę strzałów znikąd i w plackowym obejściu pojawiła się urzędniczka z gminy z okolicznościowym dyplomem, zegarkiem i dwoma tysiącami. Dla babi Plackowej, która według spisów żyje, ma się dobrze i właśnie stuknęła jej setka. "Mieć dwa tysiące i nie mieć dwóch tysięcy to razem cztery tysiące" - powiedziałby król Esterad Thyssen; gospodarz Placek myślał podobnie, więc w imieniu babci podziękował, pokwitował i zainkasował. Niestety, sprawa się rypła: o szanownej jubilatce chciała napisać prasa, potem telewizja zapragnęła zrobić specjalny program, władze gminne, powiatowe i wojewódzkie zaangażowały się na całego i jedynym wyjściem dla zapętlonych w kombinacjach Placków stało się wystawienie na widok publiczny starego Jontka, przebranego w pobabcyne ciuchy i perukę. Niestety, sprawa rypła się znowu...
Zatrudnienie "naturszczyków" okazało się strzałem w dychę. Z całą sympatią dla Franciszka Pieczki - wypadł naprawdę bardzo dobrze, ale jego filmowa żona, a zwłaszcza filmowe dzieci kładły go autentyzmem na obie łopatki. Oglądałem, śmiałem się, niektóre sceny będą do mnie wracać wciąż i wciąż ("Ucys się, synku?..."), a przy nawiązaniu do "Ziemi Obiecanej" zachichotałem sobie ekran kawą. 


Albo się lubi, albo nie. Ja polubiłem i jeśli mnie kiedyś chandra najdzie, to pewnie do tego filmu wrócę. Tak, dla muzyki (w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca "Juhas" z gminy Ujsoły i Orkiestry Dętej Odlewni Żeliwa w Węgierskiej Górce) także, bo co prawda momentami rzeczywiście może irytować, ale głównie potęguje nastrój lekkiego absurdu. 

Varia:
1. Przez moment (a właściwie dwa) pojawia się na ekranie Marian Dziędziel. Oczywiście, z wąsami. On się chyba urodził z zarostem.
2. "A u Kadeli telewizor chodzi coły dzień - nawet na 'Dziennik" nie wyłoncajo" - rok 1984, przypominam. Czasy, w których połowa narodu w czasie głównego wydania reżimowego dziennika demonstracyjnie wyłączała telewizor i udawała się na spacer. Siła protestu - umówmy się - bardzo umowna, ale nie w tym rzecz, tylko w przepuszczeniu takiego tekstu przez cenzurę.
3. Jakiej "Ziemi obiecanej" i czy ja się dobrze czuję? Bardzo dobrze się czuję i doskonale pamiętam Franciszka Pieczkę mówiącego "Wszyscy mają pałac - Müller też ma pałac. Wszyscy mają salon - Müller też ma salon. To kosztuje... ale to nie szkodzi -  niech kosztuje. I niech sobie stoi".


============
1984
Czas: 84 minuty
Reżyseria: Janusz Kidawa 
Scenariusz (na podstawie sztuki Ryszarda Latko): Janusz Kidawa
Obsada: Franciszek Pieczka, Anna Miesiączek, Roch Sygitowicz, Wawrzyn Pytlarz, Justyna Pilarz, Marian Dziędziel, Jerzy Korcz, Liliana Czarska i inni.

3 komentarze:

  1. Kocham ten film! (Szpinak też:)
    A Franciszek Pieczka, aczkolwiek aktor znakomity, rzeczywiście wypadł tu bladziuchno przy tych naturszczykach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziś wiem, że film ma się nijak do sztuki. Poplątanie z pomieszaniem.

    OdpowiedzUsuń