2013-03-03

Wraki [1956]

Czytaliście książkę Janusza Meissnera? Jeśli tak, to odpuście sobie oglądanie filmu. Jeśli nie czytaliście książki, to tym bardziej odpuście sobie oglądanie filmu.

W skrócie: Antoni Barnat, legenda nurkowania, zakończywszy tournée po okupacji, spekulacji i zakładach karnych, powraca do pracy. Bierze udział w podnoszeniu z morskiego dna statku, który sam w czasie wojny zatopił. W przerwach między pobytami pod wodą próbuje odzyskać swoją dawną miłość, obecnie narzeczoną kolegi z pracy i z kajuty. 

Prosimy o przyjemny wyraz hełmu

Książka Meissnera miała urok. Zwłaszcza dla nastolatka, zaczytującego się w literaturze morskiej. Pewnie gdybym sięgnął po nią dziś, zgrzytałaby mi lekko staroświecka polszczyzna, pewnie śmieszyłyby mnie socrealistyczne teksty padające z ust bohaterów (choć, o ile pamiętam, nie było ich w sumie tak wiele). Ale ileś tam lat temu, przeczytałem "Wraki" jednym tchem, powtórzyłem na szybko i chyba jeszcze ze dwa razy wróciłem.

Film jest tylko nędzną kopią książki. W oryginale Antoni Barnat był prawdziwym "pistoletem", działającym z fantazją, a czasem wręcz z brawurą. W konspiracji znany jako "Szaleniec", po wojnie biznesmen/spekulant na wielką skalę, po wyjściu z więzienia - twardy nurek pełną gębą pełnym hełmem. W filmie oglądamy rozmemłaną figurę, labidzącą "Ech, głupie życie...", "Jestem do niczego..." i walącą smętnie kielonek za kielonkiem. Nawet książkowe megadolarowe spekulacje zakończone więzieniem, zamieniono mu w filmie na wybieranie z wody jakiegoś złomu plus nieszczęśliwy wypadek, będący skutkiem nieprzestrzegania BHP. Co chwilę ktoś musi filmowego Barnata holować, wyławiać, ciągnąć, pocieszać, karmić, przewijać. Ożywia się tylko przy swojej dawnej dziewczynie, ale niestety ożywia się w stylu małomiasteczkowego maczo.
- Przemokliśmy - mówi dziewczyna
- Kiedyś wiedzieliśmy, jak temu zaradzić - rzuca filmowy Barnat, aluzyjnie łypiąc w stronę alkowy. Brakuje tylko "hehehe" i salcesonu na gazecie.
Energię filmowy Barnat przejawia także w scenie kłótni ze swoim rummejtem. Oczywiście o wspomnianą dziewczynę. W książce są to rozmowy dwóch facetów z klasą, nerwowe, gniewne, ale na poziomie. W filmie...
- Paszoł won, kryminalisto! - wrzeszczy rummejt Rafał
- Nie ścierpiałbym, gdyby Teresa dostała takiego łachudrę, jak ty! - rewanżuje mu się Barnat.
Poziom leży na dnie obok zatopionego" Adlerhorsta" i bulgocze rozpaczliwie.

"Polska sobotnia alternatywa" czyli (po)nurek

Atut książki czyli cała operacja podnoszenia statku, wszystkie trudności z nią związane, zmagania załogi z żywiołem, żelastwem i sobą - załatwione dwoma diagramami i scenami z Mieczysławem Gajdą, który momentami był bardziej irytujący od głównego bohatera. Wypadek Rafała - w książce dramatyczny i mający poważne konsekwencje dla wszystkich - ograniczono do minimum: spadło, odwieźli do szpitala, śledztwo trwało dwie minuty, bo potem Rafał wyzdrowiał...
- Żecoproszękuźwahę? - zdębiała publiczność
Wyzdrowiał. I to nawet nie cudem. A kiedy wyzdrowiał, potwierdził wersję Barnata, w nagrodę dostał Teresę (no, dobra, sama wybrała), co Barnat przyjął mężnie na wątłą klatę, a w końcowej scenie panowie w strojach nurków przybili sobie piątkę, stuknęli garnkami i ruszyli do dalszej wytężonej pracy.
Rzyg. Przepraszam, to pewnie choroba morska od filmowego bujania.

Z lewej Barnat, z prawej Rafał, w środku rąsia braterska.

Na plus - sceny pracy nurków. Oczywiście, sceny podwodne kręcone były w studio i niekoniecznie pod wodą, ale jak na rok 1956 - naprawdę niezłe (gdyby jeszcze kopia filmu nie była taka zniszczona...) Na minus - sceny ewakuacji Gdyni, gdy spanikowani Niemcy najpierw w panice tratują się wzajemnie w drodze na pokład "Adlerhorsta", a potem rach-ciach-siedem, zaczynają ryczeć wesołą pieśń i ostrzeliwać port z okrętowych dział. Po kiego? Nie wiadomo. Może sobie przypomnieli, że są germańskimikurwaoprawcami i powinni się odpowiednio do tego miana zachowywać. 

Aktorstwo - jak to w połowie lat 50. Nieco przestarzałe dla dzisiejszego widza, momentami sztuczne. Zygmunt Józefowicz gra tak, jak mu scenarzyści rolę napisali i wypada fatalnie, Zbigniew Cybulski jest młody i nie nosi okularów, Urszula Modrzyńska gra swoje, jak w każdym innym filmie, a reszta też jakoś szczególnie nie razi. Fajnie się ogląda młodziutkiego Romana Kłosowskiego, sympatycznie gra Kazimierz Wichniarz, w pamięć zapadają Adam Kwiatkowski w roli Pałamarza i Stanisław Jankowski jako lekarz.
Muzyka klasycznie filmowa: orkiestra, smyczki i dramatyzm nawet w scenach obojętnych. Oddech przyniosła chwila swingu na molo i śpiewająca o miłości Janina Prolińska (która kiedyś chodziła na Stare Miasto, bo nie była tam od wczoraj).

"Wraki" mają wartość jedynie muzealno-ciekawostkową. Poza tym nie warto - lepiej sięgnąć po książkę.

Pogadajmy jak kryminalista z łachudrą

Varia:
1. W epizodach pojawiają się przyszłe gwiazdy naszego kina: Roman Polański zasuwa z tornistrem, Jarema Stępowski pokazuje się zaledwie na 15 komediowych sekund i wywołuje zdrowy chichot, a Gustaw Lutkiewicz śpiewa w niemieckim mundurze. Rolę mechanika Hertinga gra Andrzej Szalawski - to jego pierwszy występ w filmie po II wojnie światowej.
2. W powstawaniu udział wziął Janusz Meissner, autor literackiego pierwowzoru - był współautorem scenariusza i współautorem dialogów. Tym większe zdumienie, bo nie tylko pozwolił wykastrować książkę, ale sam trzymał nożyce. Drugim "dialogowcem" był Bohdan Czeszko i tu już zdziwienia łachudrami i paszołwonami nie ma.
3. W scenie ratowania dryfującego Barnata Zbigniew Cybulski wykonuje piękny skok do wody - to już nie było "na deskę", to było "na europaletę".
4. Film kolorowy. Nie kolorowany, tylko kolorowy - jeden z dwóch kolorowych filmów, w których zagrał Cybulski.


============
Wraki
1956
Czas: 74 minuty
Reżyseria: Ewa Petelska, Czesław Petelski
Scenariusz: Janusz Meissner, Ewa Petelska, Czesław Petelski
Obsada: Zbigniew Józefowicz, Zbigniew Cybulski, Urszula Modrzyńska, Kazimierz Wichniarz, Janusz Kłosiński, Roman Kłosowski, Stanisław Jaworski i inni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz