2013-04-30

Jesteś bogiem [2012]

"Powiem ci, że to fakt. Powiesz mi, że to obciach.
Pierdolę cię - i tak rozejdziesz się po łokciach"
Historię Magika i Paktofoniki zna każdy, a jeśli nie zna - niech sobie przeczyta reportaż Lidii Ostałowskiej, opublikowany w "Dużym Formacie" rok po śmierci Magika.
- No, jasne! - odezwie się naburmuszony gimnazjalista - Będę czytał tekst w "Wyborczej", o której koledzy mówią, że kłamie, a poza tym, co taka "Wyborcza" może wiedzieć o Magiku i nieśmiertelnym pięknie, które mieszka w jego hip-hopie! 

"Chwile ulotne chwytam jak sygnał satelita"

Reportaż był na tyle dobry, że po jego lekturze pewien brodacz postanowił napisać scenariusz o Paktofonice, pojechał na Śląsk, napisał, nakręcił... Może gdyby postawił Lidii Ostałowskiej dobre wino i napisał scenariusz na podstawie jej reportażu, wyszedłby z tego niezły film, na którym młodsi widzowie szlochaliby jak bobry i rymowaliby nocami do poduszki, a starsi wracaliby do domu, przytulaliby dzieci i mówili: "Synu... bądź sobą, masz tu mikrofon, któren właśnie zakupiłem w Saturnie i przepraszam, że zmuszałem cię do wkuwania o mitochondriach. Rapuj, maluj i twórz, ja zaś zniosę wszystko do późnych godzin nocnych, a rano zrobię jajecznicę". Niestety, autor scenariusza postanowił własnoręcznie napisać wszystko od nowa.

"Bez pobytu w Katowicach nie mógłbym napisać tego scenariusza. Przez dwa lata każdą wolną chwilę spędzałem na Śląsku (...) Kręciłem się po ścieżkach, którymi chodzili Fokus, Rahim i Magik, robiłem zakupy w sklepie, w którym robił je Magik, jadałem w tamtejszych barach. (...) Wreszcie dotarłem do szkoły, rozmawiałem z nauczycielami, zobaczyłem ubikację w technikum, w której poznali się Magik i Fokus"...  Cóż, magiczne fluidy sztuki w szkolnym klopie już chyba dawno padły ofiarą ściery pani woźnej, bo choć kibel ostatecznie zagrał w filmie, to jego artystycznej atmosfery na ekranie oddać się nie udało. Jakże ulotna jest sztuka...

Symboliczną samotność artysty symbolizujemy za pomocą symboli.

Dygresja: kiedy Dustin Hoffman kręcił "Maratończyka" i miał zagrać człowieka, który nie śpi od iluś tam godzin - nie spał od iluś tam godzin. Grający z z nim Lawrence Olivier zapytał kpiąco: "Panie kolego, a nie mógłby pan tego po prostu zagrać"? Kogo pamiętamy z "Maratończyka": niewyspanego Hoffmana czy Oliviera, pytającego "Is it safe"?
...
No właśnie.
Koniec dygresji. 

Scenarzysta chciał zbudować Magikowi pomnik, aktorzy w wywiadach wciskali głodne kawałki o "walce o człowieczeństwo" i że "znaki z zewnątrz jakby powodują to, że jest to film o szerokim zastosowaniu", reżyser, unikając patrzenia w kamerę, truł o "jakiejś takiej wewnętrznej tajemnicy", media pompowały atmosferę...

"Przygniatani problemami ciągle na podeście"


Na ekranie widzimy do bólu przeciętnego gościa z problemami, który wygłasza przeciętne, sztuczne kwestie, a ożywa tak naprawdę, kiedy przychodzi mu rapować teksty Magika. Te najbardziej "kultowe", bo innych szeroka publiczność mogłaby nie rozpoznać.
Marcin Kowalczyk próbuje coś zagrać (hip-hopowo jest najsłabszy z trójki głównych bohaterów,  momentami wyraźnie rusza się "obok" rytmu), ale nie bardzo ma co - dostaje styropianową figurkę z tabliczką "Magik. Zachwyca", dostaje teksty typu "Jestem artystą, to jest dla mnie ważne", "Zabiję się. Mówię ci, zabiję się" i garba w postaci legendy. Zmaga się z postacią, próbuje coś z nią zrobić, ale co może zrobić, jeśli scenariusz okleja jego postać komunikatami, ogłoszeniami i oznajmizmem? Spore pole do aktorskiego popisu dałby wątek z ucieczką Magika przed wojskiem przez symulowanie choroby psychicznej, ale z niewiadomych przyczyn twórcy zrezygnowali z niego, zostawiając tylko same objawy choroby, przez co niezorientowany widz nabiera przekonania, że Magik miał po prostu nierówno pod kopułą, kropka. Nie wiem, czysta choroba jest jakoś nobilitująca tragizmem, a ucieczka przed wojskiem jest wstydliwa, czy jak? Chyba nie bardzo, bo i objawy, i ewentualna choroba wciśnięte są półgębkiem i w kąt.
I jeszcze ta łopatologia, gdy Magik w 1/3 filmu stoi na dachu i spogląda w dół, a kamera w ten dół zjeżdża. No darujcie, naprawdę...

"Obrazy przed oczami zawieszone jak na ścianie..."

Nieźle aktorsko i świetnie hip-hopowo wypadają Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik, choć i oni muszą recytować drętwe dialogi (niektóre po parę razy, bo się scenarzyście tak spodobały, że nie kontroluje powtórek), a w połowie filmu twórcy tracą na nich pomysł i chowają ich postacie do szafy. Arkadiusz Jakubik swoje gra (takiego Środonia, tylko bez wódki i w optymistycznych cyrkumstacjach), wiarygodności ma za sześciu, niuanse wygrywa znakomicie i przykrywa wszystkie niedoskonałości scenariusza oraz kolegów-aktorów. Przemysław Bluszcz, grający ojca Magika, miga tylko w tle, a potem twórcy każą mu zagrać żenującą (naprawdę, żenującą) scenę po samobójstwie Magika.

Pozostali "dorośli" są albo wredni i sztampowi (pierwszy menago), albo tylko sztampowi (rodzice Justyny i nauczyciele). Wyróżnia się jedynie Marcin Dorociński - bo to Marcin Dorociński: zagrałby słuchawki albo kaloryfer i też by się go zapamiętało. Dla mnie odkryciem filmu jest Katarzyna Wajda w roli Justyny - żadnych szarż, żadnego szastania, wycofanie, szkic piórkiem, a nie łopatą i jeśli ktoś chce zobaczyć portret współczesnej, przeciętnej do bólu dwudziestolatki, to proszę uprzejmie. Przeciętność postaci przekształcona w sztukę. W przeciwieństwie do roli głównej, przekształcającej sztukę w przeciętność.

"Tylko uświadom to sobie, sobie..."


Sztukę? No właśnie, czy sztukę? Bo tu dochodzimy do sedna - autorzy chcieli filmu o nadwrażliwym artyście, a wyszedł im film o chłopaku z bloków z ponadprzeciętną może zdolnością do rymów, ale poza tym zwyczajnym do bólu i z kłopotami życiowymi jak u każdego. Oraz ze sporą porcją trawy po kieszeniach, ale to też w filmie przycięto. I kto wie, może to właśnie jest prawda o Magiku i o całej Paktofonice - o trójce ludzi, których legenda urosła na czterech utworach i tragicznej śmierci jednego z nich. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby ci sami aktorzy zagrali te same postacie, z tymi samymi kwestiami, ale nazywające się inaczej i występujące w jakimś fikcyjnym zespole, w jakimś EloZią czy innym Nagłym Wzwodzie Drwala, zostaliby przez publiczność i środowisko zjechani i wdeptani w asfalt za bezczeszczenie czystości polskiego hip-hopu, spłycanie, prymitywizowanie i warszawską pogardę wobec Śląska. Choć chyba wtedy byliby o wiele bardziej wiarygodni, a film można by przyswoić bez oporów. No, ale to przecież Magik, Rahim, Fikus, "Jesteś bogiem" i "Nowiny", prawda czasu, prawda ekranu, prawda... i stado zachwyconych wyznawców, klęczących u stóp prasłowiańskiej gruszy hiphopowej.

Warto? Jednak tak: choćby po to, żeby być na bieżąco. "Jesteś bogiem" zrobił sporo szumu, publiczność zagłosowała nogami, fora internetowe uznały go za prawdę objawioną, a sam film nie boli przy oglądaniu, co w przypadku polskiej produkcji jest sporym osiągnięciem. Nie jest wybitny, jest poprawny z tendencją do "niezły" i gdyby tylko zdjąć mu z grzbietu garb paktofonicznej legendy, mogłoby się go oglądać dużo lepiej. A Paktofoniki i Kalibru 44 (Czy "Kalibra"?) lepiej po prostu posłuchać. Choć szczerze mówiąc i to wymaga sporej wytrwałości, bo niewiele utworów wytrzymało próbę czasu.
- Zgrzzzzzyt... Zgrzzzzzyt... - wyznawcy hip-hopu zaczęli ostrzyć kosy, siekiery i piki.

"Widzę szczyt, a za szczytem zaszczyt za zaszczytem..."



Varia
1. Na potrzeby filmu "odtworzono" pożegnalny koncert Paktofoniki w Spodku. 
2. Zeszyt z notatkami, który Rahim i Fokus przeglądają po śmierci Magika to autentyczny zeszyt Magika, udostępniony na potrzeby filmy przez rodzinę.
3. Filmowi towarzyszył mały skandal - były producent Paktofoniki Krzysztof "Koza" Kozak poczuł się obrażony wykorzystaniem w filmie jego wizerunku, uznał, że owo wykorzystanie godzi w jego dobre imię oraz interesy i poszedł do sądu. "Ale to tylko fabuła, a nie dokument" - bronili się twórcy, który postać bucowatego producenta, okradającego zespół, zakamuflowali pod jakże nierozpoznawalnym mianem "Krzysztof Koza, ale możecie mi mówić Kozak" i wyposażyli w autentyczną wizytówkę oryginału. W każdym normalnym kraju Krzysztof Kozak dostałby odszkodowanie, za które jeszcze jego wnuki żyłyby dostatnio na Hawajach, u nas za satysfakcję musiało mu wystarczyć zdanie rapera Peji: "Szacun za ton oświadczenia, bo myślałem, że ich po prostu napierdoli, jak ich spotka".
4. Rolę marketowego ochroniarza, przyłapującego Magika i Gustawa na kradzieży orzeszków gra Paweł Sito. Tak, ten Paweł Sito z Rozgłośni Harcerskiej i parunastu innych mediów. To się nazywa public relations.
5. Rahim: "Teraz hip hop zrobił się modny i na chama pakują go ludziom do głów. Gdzie tajemnica i fenomen, tam media chcą biegać. (...) Po co robić z tego biznes? Hip hop to bycie na przekór." A jednak...
6. Tak, wiem, że  tekst o zaszczytach za szczytem to nie partia Magika, tylko Fokusa. To na wypadek, gdyby jakiś ortodoks chciał mnie zastrzelić za "rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji, mogących wyrządzić szkodę Polskiemu Hip-hopowi Ludowemu" :-)




============
Jesteś bogiem
2012
Czas:
110 minut
Reżyseria: Leszek Dawid
Scenariusz: Maciej Pisuk
Obsada: Marcin Kowalczyk, Tomasz Schuchardt, Dawid Ogrodnik, Arkadiusz Jakubik, Katarzyna Wajda, Ernest Lorek, Przemysław Bluszcz i inni.
Dofinansowanie PISF: 79 608 (development, cokolwiek to znaczy), 500 000 (produkcja) + dofinansowanie ze Ślaskiego Funduszu Filmowego

2013-04-27

Wataha [2011]

Miała być polska "Noc żywych trupów". Dostaliśmy wieczór rechoczących widzów i malinowych zombiaków.

Reakcja alergiczna

Borem lasem idzie sobie czteroosobowy oddział. Idzie, bo mu się nyska zepsuła. Skąd idzie - nie wiadomo. Dokąd idzie - nie wiadomo. Co robi? Też nie bardzo wiadomo, choć zaczyna się ciekawie, bo jeden z żołnierzy rozwala z pe-emu księdza przywiązanego do drzewa.
- Ohydny, lewacki antyklerykalizm, postubeckie metody ataku na Kościół!
Tak po prawdzie to ksiądz zaczął. Szczerzył się, charczał, wybałuszał i ewidentnie miał ochotę kogoś ugryźć.
- A ty byś nie miał, gdyby cię ktoś przywiązał do drzewa?
Szczerze? Gdyby facet przede mną dzierżył w ręku odbezpieczonego kałacha, to chyba bym nie próbował go gryźć, postawiłbym raczej na negocjacje. Enyłej, sołdat rozwalił księdza długą serią, a czteroosobowy oddział rozwinął szyk zwiadowczy (trzech idzie, czwarta siedzi w krzakach).
- Nie. Możemy. Zwracać. Na. Siebie. Uwagi. - powiedział Pułkownik.
Nie zwracali. Zupełnie. Leźli środkiem ornego pola, hektar pustego z lewej, z prawej las (ale lasem nie pójdą, bo kamerzysta wybiłby sobie zęby), zbici w przerażoną gromadkę i widoczni gołym okiem z odległości dwóch kilometrów, a kiedy zobaczyli przed sobą zabudowania, pułkownik odwrócił się i rozdarł na pół województwa:
- MARINAAAAAAA!
Nie, kurde, nie zwracamy na siebie uwagi, skąd?
Kochamy oddziały specjalne.

- A ja nazywam się Jan Nowak, jestem leśniczym i robię tutaj k...kamuflaż robię

Kiedy Marina ruszyła w stronę oddziału z krzaków za jej plecami wybiegło Zagrożenie. Kilkanaście ponurych zombiaków, wyciągających ponuro ręce, ponuro upaćkanych różową farbą, ponuro rzężących i ponuro przewracających oczami. Oraz jeden szczęśliwy zombuś blond, uśmiechnięty od ucha do ucha i szczęśliwy, że gra w filmie. Muszę przyznać, że ten rozrecholony zombuś robił najbardziej upiorne wrażenie: do ponurości i charczenia człowiek przywykł po szóstym filmie z gatunku, a zombi w stanie blond-euforii to Prawdziwe Nieznane i cholera wie, co mu do łba strzeli.
Oddział schował się w domku zamieszkanym przez Ojca i dwie córki, Gospodarze podjęli wojaków kolacją, podali jajecznicę, wino i drętwe teksty...
- Wypijmy za nadzieję, bo bez niej nie da się żyć!
- Aaaależ! - obruszył się doktor Sheldon Cooper BS, MS, MA, PhD, ScD i OMG - Nie da się żyć bez tlenu, wody i po pewnym czasie bez żywności, cała reszta jest opcjonalna.
...a Pułkownik załapał się jeszcze na prywatną whisky z zapasów Ojca.
- To jedyna rzecz, która została mi ze starych dobrych czasów.
No, oprócz chałupy, mebli, wina i dwóch córek, niekoniecznie w tej kolejności.

Z rozmów dowiadujemy się, że zombiaki to skutek jakiejś zarazy, że w Petersburgu są całe osiedla wolne od nich (no, jasne - na wschodzie zawsze jest jakaś cywilizacja) oraz, że żołnierz powinien na wojnę zabrać dwie rzeczy: karabin i worek z nałogami. Palaczom łatwo, kokainiści też mają luzik, ale pomyślcie, ile musiałby się nadźwigać taki na przykład seksoholik...

Zombiaka trafił szlag...ier. Nie wiadomo, co trafiło nogę.

Żołnierze stali na warcie i na tarasie, palili szlugi, pili pieniący się bimber i robili sobie psikusy, wyskakując nagle z ciemności z okrzykiem: "BU!" Nikt nie zginął, ale za to zombiaki zaatakowały znienacka.
- Wyczuły nas! - wrzasnęli żołnierze.
Dziwnym nie jest - darliście się przeraźliwie na tarasie, paliliście jakąś machorę i chlaliście berbeluchę. Wyczuły was, usłyszały i zobaczyły wszystkie żywe organizmy w promieniu sześciu kilometrów.
Zombiaki dostały się do domu, gryzły wszystko, co podeszło im pod szczęki, zaczynając od jednego z żołnierzy, a kończąc na drzwiach i rurach.
- Ojciec kazał nam pójść na górę - powiedziała jedna z córek - Nie wiem, czemu.
Ja wiem. Bo na dole było już całe stado charczących ponuro stworów i jeden blond zombuś, nadal uchachany po szyję, z uśmiechem okręconym dwukrotnie dookoła głowy. Na dole został także pogryziony żołnierz.
- Ja myślę, że on już stracił wiarę w cokolwiek - poinformowała nas córka.
Myślę, że przede wszystkim po pogryzieniu stracił dużo krwi i sił, ale ja się nie znam.

Drugi z żołnierzy był bardzo monotematyczny: najpierw chciał przelecieć jedną córkę, potem zaproponował zombiakom, że przeleci je wszystkie...
- Jaja sobie robisz?
- Pierdolę to wszystko! Pierdolę  was!
- ryczał wojak - Pierdolę te wszystkie zombi jeden za drugim!
...ale ponieważ zombiaki nie były chętne do seksualnych igraszek, ograniczając się do gastronomicznych, wojak zabrał się za drugą z córek, wolną ręką załatwiając koleżankę Marinę przy pomocy maczety (co było trochę bez sensu, bo z Mariny też był apetyczny kawałek kobiety i szkoda było ją marnować). Na szczęście dla córki, stosunki bilateralne z wojakiem nie zostały skonsumowane, bo w sprawę wtrącił się Pułkownik, zabijając podwładnego. Krew lała się ciurkiem, zombiaki rzęziły, a Pułkownik kazał drugiej córce uciekać przez okno.

"Przyszli o zmroku..." (na drugim planie po lewej - zombuś-śmieszek)

- Biegłam... - opowiadała córka przesłuchującemu ją później Tajemniczemu Osobnikowi - Słychać było dużo strzałów. I śmiech.
- Jaki śmiech?
- Przeraźliwy.
Dziwnym nie jest again.  Słucham? Tak, ja też, Od piątej minuty, a od dwunastej to już non stop.
Ale najlepsze było dopiero przede mną.
Bo przede mną był finał.
Reżyser czytał z offu głosem pełnym namaszczenia:
"Świat stanął na krawędzi zagłady, został pochłonięty w mrokach chaosu, w których tylko nieliczny byli w stanie oprzeć się natarciu tych demonów. Kim są?... Nikt tego do końca nie wie. Może zesłanym przez Boga gniewem lub lub niedanym eksperymentem opętanych naukowców, dążących do perfekcji? Jedno jest pewne - my do tego doprowadziliśmy, my zesłaliśmy na siebie zagładę. Dlatego ocalali błąkają się po świecie, szukając rzeczy, której nie da się odnaleźć - bezpiecznego miejsca, w którym można by stworzyć ostatni bastion człowieczeństwa."
Świętyjeżunabananie i Szymonie Słupniku z piosenki Silnej Grupy pod Wezwaniem...

Oddziały specjalne zassało

Parę zaskoczeń na plus: momentami niezłe zdjęcia, przyzwoity montaż, niepokojące szepty w tle (szkoda, że tylko cztery zdania na krzyż). Efekty specjalne... Bożesztymój, a jakie mogą być efekty w pracy dyplomowej? Ot, sześć litrów soku z buraków, kilo truskawek, trzy szminki, jakiś udany myk montażowy...

Aktorsko - koszmarek. W roli pułkownika wystąpił Jacek Dewódzki - dawny wokalista Dżemu. Kwalifikacje do roli Pułkownika w sumie ma, bo jak podaje Wikipedia: "Od lat 80. współpracuje z zespołem 6 BD-Sz Czasza, tworząc jego najlepsze przeboje wyróżniane na licznych festiwalach piosenki wojskowej". W roli Walca wystąpił Robert Wrzosek, zawodowiec, który w paru filmach zagrał i parę nawet wyreżyserował, ale tu się dostosował do tła i robił gimnazjum. W roli Alicji (jednej z córek) - Agata Nizińska, znana głównie z tego że jest wnuczką Wojciecha Pokory. Miała być i miała wyglądać, więc była i wyglądała. Druga z córek miała grać, ale głównie robiła miny i czytała teksty napisane jej przez reżysera. Czytała lepiej niż on pisał, ale nie była taka śmieszna.

Weź parasol i chodź pójdziemy nad staw...

Varia
1. Film był pracą dyplomową Witolda Kiełczykowskiego studiującego w Warszawskiej Szkoły Filmu i Telewizji. Ciekawe, czy się obronił i na ile?
2. Marinę zagrała Anna Jażdżyk, znana z brawurowej kreacji w reklamie filtrowanego na zimno oleju kujawskiego.
3. Przesłuchującego ocalałą córkę Tajemniczego Osobnika też zagrał Robert Wrzosek. Żeby było bardziej tajemniczo.
4. Wszystkie zombiaki, oczywiście, w wieku  okołolicealnym (plus minus cztery lata). Taka reguła w filmach niskobudżetowych - starsi mają wymagania i chcą dostać dniówkę.

5. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że to po prostu pastisz gatunku. Jeśli tak było - proszę dać reżyserowi parę innych gatunków do spastiszowania. Jeśli nie, jeśli kręcił to na poważnie...  to proszę dać mu tym bardziej ;-)


============
Wataha
2011
Czas:
35 minut
Reżyseria: Witold Kiełczykowski
Scenariusz: Witold Kiełczykowski
Obsada: Jacek Dewódzki, Robert Wrzosek, Piotr Mocarski, Marta Łącka, Anna Jażdżyk, Robert Oleszczuk, Agata Nizińska

2013-04-24

Wyrok na Franciszka Kłosa [2000]

Dawno, dawno temu, za górami za lasami, a konkretnie w Grodzisku Mazowieckim żył sobie policjant Franciszek Kłos. Kanalia to podobno była straszna: donosił, rabował, mordował, polował na Żydów i konspiratorów. Ci ostatni mieli w końcu Kłosa dość, wydali wyrok, wykonali, amen. Na postawie tej historii, mieszkający w Grodzisku Stanisław Rembek napisał opowiadanie, a Andrzej Wajda nakręcił... licho wie co - jedne źródła podają, że film, inne że spektakl Teatru Telewizji.

Wajda sięgnął po grecką tragedię - bohatera ustawił w pozycji bez wyjścia, rzucał go od zbrodni do spowiedzi, od spowiedzi do kolejnej zbrodni, od zbrodni do kary, starannie zamykając mu drogi wyjścia z tragicznego kółka, małomiasteczkowych "notabli" ustawił w roli greckiego chóru, wyjaśniającego i komentującego, Mai Komorowskiej kazał grać antyczną matkę... Pomysł był całkiem niezły, ale niestety nie wypalił.

- No, sama pani widzi - to się rozłazi na poziomie motywacji

Bohater rzeczywiście brnie od zbrodni do zbrodni, rzeczywiście przeżywa wyrzuty sumienia i bezskutecznie usiłuje się wyrwać z kręgu zła, ale wszystko to jakieś takie... No, takie jak miasteczko, w którym rozgrywa się akcja. Niby wielki dylemat, a tak naprawdę przypadek, niby ludzka tragedia, a tak naprawdę bimber z buraków, niby godność ludzka i rozpaczliwie poszukiwanie miejsca w świecie, który rozpadł się pod wpływem wojny, a tak naprawę recytowanie scenariusza, w którym co chwilę coś się pruje, a coś się gubi. Czekamy na tragedię człowieka, chcącego pilnować prawa i wykonywać polecenia przełożonych najlepiej, jak umie, bo na tym polega jego praca, człowieka, który widzi, że to, co robi jest złe, ale po prostu nie umie robić nic innego, więc krok za krokiem, czyn za czynem coraz głębiej się pogrąża: jeden błąd pociąga za sobą drugi, drugi pociąga trzeci... Czekamy, czekamy, czekamy... ale na ekranie ciągle mamy jakiegoś półgłówka, który wali bimber szklankami i wyszczerza się w przymilnym uśmiechu: "Pogłaszcz mnie, a będę wiernie służył, aportował i przynosił gazetę", jakąś umundurowaną tępotę, która czyni zło, bo... no bo właśnie jest tępa i wiecznie pijana. Nie żadne tam dostojewszczyzny dramatyczne, tylko moralitet o "Krokusie, symbolu trzeźwości", nie groza przypadku, budzącego drzemiące w człowieku zło, tylko IQ 40 w czapce z daszkiem i ech, jaka ta sanacja zła była, że kogoś takiego do służby przyjęła.

Chodzący Stojący (na baczność) entuzjazm.

I dobra - niech sobie będzie Kłos zły, prymitywny, niech będzie chodzącą zbrodnią, zionącą wódą. Z tego też coś da się zrobić filmowo. Tylko proszę - konsekwencji odrobinę i trzymajmy się czegoś, co pozwoli choć w części zrozumieć racje bohatera.

Od strony "technicznej" ogląda się to źle, a momentami bardzo źle. Nie wiem, czy Wajda naczytał się o Dogmie, czy naoglądał "997", ale pomysł kręcenia na betakamie był fatalny, bo zamiast namiastki dokumentu mieliśmy jakieś wprawki przedweselne, ujęcia z ręki wywoływały chorobę lokomocyjną, a nowatorstwo filmowania pod pełne słońce albo z głębokiego cienia wywoływało u mnie chęć wyrwania sobie oślepionych oczu (jak tragedia, to na całego). Gdyby reżyser nie nazywał się Wajda, tylko Dupaczewski i gdyby kręcił właśnie dyplom... to chyba musiałby go kręcić jeszcze raz, bo komisja egzaminacyjna zwyzywałaby go strasznie. Jest parę typowych dla Wajdy malowniczych ujęć - kawiarniany "chór" przy stole, czy finałowe wejście matki Kłosa do kościoła, przy którym "chór" umiejętnie rozstawiony robi za tło, ale kaman - to nie są ćwiczenia z perspektywy, tylko półtoragodzinny film/spektakl, którego nie da się opędzlować tym, że reżyser dwa razy kogoś umiejętnie ustawił lub usadził. 

Nowatorskie ujęcia pozostawiają widzowi szerokie pole do interpretacji

Aktorsko - bardzo mizernie. Baka robi, co może, a ponieważ może sporo, to i sporo robi. Ma momenty naprawdę świetne - jak wtedy gdy z zimną twarzą i pogardliwym okiem strzela obcasami i hajhiltuje małomiasteczkowym osobistościom - ma momenty takie sobie, ale tak naprawdę sam ciągnie ten rozłażący się w szwach film/spektakl. Grażyna Błęcka-Kolska zgrzyta strasznie. Nie dość, że kwestie ma napisane sztachetą, to jeszcze podaje je z tą swoją specyficzną melodią, która pasuje może do filmów Jana Jakuba, ale tutaj najpierw irytuje, a potem zaczyna śmieszyć (jeden z objawów bezsilności). Kłos z pistoletem w dłoni oznajmia, że chce zabić dzieci, a Błęcka-Kolska mamrocze na nutę "Jańcia Wodnika: "Uspokój się Franuś, wszystko będzie dobrze, wyśpisz się, wypoczniesz" i od razu gdzieś w powietrzu unosi się duch mamy Miauczyńskiej: "Zupy ci ugotowałam, zjesz, pomidorowa, może dobra, zjesz..." I broni się człowiek przed tym, ale mijają dwie minuty i Błęcka-Kolska znowu zaczyna monotonną mantrę: "Możesz się wyspowiadać, żałować za grzechy, pokutować..."
- Zupę ci ugotowałam, pomidorowa...
- Zjesz może zupę, Franuś, którą dla ciebie ugotowałam? - mówi Błęcka-Kolska i przepadło, dziękujemy za uwagę i pomyłki w castingu.

Parasol noś i przy pogodzie, siekierę miej i pod poduszką.

Maja Komorowska czuje klimat antycznej tragedii i tak też gra, przez co oglądanie jej jest nieco ciężkawe, ale w ostatniej scenie pokazuje, ile potrafi dobry aktor zagrać jednym słowem i stawia naprawdę mocną pieczęć. Globisz w formie i w normie, ale kiedy się zapomina w monologach, widać, że dentysta jeszcze swej pracy nad górną prawą jedynką nie skończył.. Chyra, Żentara i Żmijewski szczerzą się teutońsko jak prawdziwym Niemcom z filmu przystoi i co chwilę rechoczą "Hehehebrawakerl!", przy czym Chyrę da się oglądać, Żentarę się wspomina, a Żmijewski żenuje do imentu. Niezły jest Mieczysław Grąbka, który bodaj "Wyrokiem..." właśnie wrócił do aktorskiego obiegu, momenty ma Tadeusz Wojtych. O reszcie nie ma co nawet wspominać, bo nabrałby człowiek ochoty, by po prostu wyciąć fragmenty z ową resztą. A, nie - moment! Jest jeszcze Paweł Królikowski, grający księdza. Nie, żeby jakoś przejmująco zagrał - nic z tych rzeczy. Gra cienko, po prostu zapada w pamięć, gdy wygłasza do Kłosa ortodoksyjnie religijne teksty, ale na twarzy ma wypisane wołami: "Masz szczęście, łachu, że jestem na służbie bożej, bo inaczej wpierdzieliłbym ci tym oto krucyfiksem, dołożył ze dwa kopy i napluł w oko. Masz rozgrzeszenie i wypieprzaj, zanim się rozmyślę". Nic dziwnego, że potem dostał rolę twardziela w "Pitbulu".

Plastikowa figurka ojca Mateusza do nabycia z szerokim asortymentem strojów

Warto? Nie, nie warto. No, chyba że ktoś lubi Mirosława Bakę, wtedy bi maj gęś. Lepiej przeczytać oryginał. Wrróć - chyba lepiej. Nie wiem, bo nie czytałem (szejm on mi), ale znam parę innych dzieł Stanisława Rembeka, więc przypuszczam, że drukowany "Wyrok..." gorszy niż filmowa wersja nie będzie.

Film wzbudził sporą dyskusję w sieci. Oczywiście nie filmową, tylko polityczno-historyczną. Wajda został wyzwany od antyPolaków i oskarżony o bezczeszczenie dobrego imienia narodu oraz Policji Państwowej "której aż 20% funkcjonariuszy współpracowało z AK, a trzech otrzymało tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata". Przez pewien czas czytanie tego było zabawne (w nieco perwersyjny sposób), ale po tygodniu przestało. 

- I tak wysoko możecie mi panowie skoczyć - pomyślał plutonowy.



Varia
1. Scena, w której Kłos zabija żydowską rodzinę, zamiast grozy wywołuje niesmak. Reżyserowi nie wystarczyło, że dwukrotnie oznajmił publiczności, kogo Kłos w towarzystwie Niemców jedzie zabić - musiał jeszcze to pokazać w sposób niepozostawiający wątpliwości. No i mamy na ekranie arche-stereo-typ ludowego Żyda: czarne kręcone włosy, wielki nos, grube wargi, wyłupiaste oczy.. Zabrakło tylko pejsów oraz czapy z bobra i mielibyśmy uciekającą broszurę propagandową z epoki.
2. Odbijanie więźniów na rynku to czysta żałość. Kamera się trzęsie, kurz się unosi i zasłania wszystko, dźwiękowcy błagają, żeby krzyczeć tylko między strzałami, motocyklista z zapamiętaniem jeździ w kółko, bo skoro już zatrudnili jego grupę rekonstrukcyjną, to korzystajmy z okazji i niech pan nie wysiada, panie Żmijewski, bo pan sobie rękę złamie... I niech pan na mnie nie krzyczy, bo ja się pana nie boję! Sam pomysł, że na jakimś zadupiu oddział AK w biały dzień odbija więźniów z publicznej egzekucji jest mocno dyskusyjny, ale sposób w jaki nakręcił to Wajda... Część Niemców ginie zanim padną strzały, reszta ucieka przed 20 partyzantami, którzy z kolei uciekają przed jednym granatowym policjantem, a na środku rynku stoi sobie niemiecki oficer z parabelką, kule go omijają, wybuchające pod stopami granaty włos mu jeno rozwiewają, trwa to w nieskończoność, Adaś Miauczyński biega na zapleczu i robi sztuczny dym, a Wiesław Dymny nie udaje galopującej husarii tylko dlatego, że od wielu lat nie żyje.
3. Mała Józia, którą rodzice wysyłają po "górala" dla Kłosa... poznaliście? Chyba nie, bo dziewczyneczka miga zaledwie. Joanna Jabłczyńska - późniejszy przydział służbowy: "Nigdy w życiu" i "Na Wspólnej".
4. "Wyrok..." to nie "Szeregowiec Ryan", gdzie były setki statystów i tysiące detali - tu było paru umundurowanych, w tym tylko jeden ważny. Tym łatwiej było chyba dopilnować detali, prawda? Na przykład tego, żeby kabura była zawsze po prawej stronie, a nie wędrowała dookoła głównego bohatera jakby sama nadużywała bimbru. 
5. Plenery kręcono w miejscowości Parysów. Nie byłem i się nie wybieram.
6. Grąbka gra niejakiego Chomińskiego. Globisz mówi do niego "kauzyperdo", ale w końcowych scenach widzimy go, jak prowadzi dworcową knajpę. Przy czym przez 3/4 filmu siedzi w knajpie ciotki Sroczyny jako klient. Coś mi tu nie gra...



============
Wyrok na Franciszka Kłosa
2000
Czas:
96 minut

Reżyseria: Andrzej Wajda
Scenariusz: Andrzej Wajda, Zygmunt Malanowicz, (na podstawie opowiadania Stanisława Rembeka)
Obsada: Mirosław Baka, Grażyna Błęcka-Kolska, Maja Komorowska, Krzysztof Globisz, Mieczysław Grąbka, Andrzej Chyra, Artur Żmijewski, Edward Żentara i inni.

2013-04-21

Wyjazd integracyjny [2011]

Bogowie moi, co za syf-malaria...

- Kiedy czytałem scenariusz, miałem nadzieję, że coś się z tego uratuje na etapie realizacji - tłumaczył się Tomasz Karolak po występie w "Ciachu". W przypadku "Wyjazdu integracyjnego" takie tłumaczenie odpada - tam żenada wiała już z scenariusza i ktokolwiek czytając miał jakieś złudzenia, powinien zaliczyć kurs czytania za zrozumieniem. I kurs pierwszej pomocy. Oraz kurs operatora wózka widłowego. Oraz jakiekolwiek inne kursy, które kursantowi zajmą czas i odsuną go  realnego świata na czas dłuższy.

"Operacja Dunaj", "Ciacho", Wyjazd integracyjny" - anatomia żenady

Fabuła prymitywna, ale pozwalająca zacząć: wielka firma lodziarska wyjeżdża na weekend integracyjny do hotelu położonego w zaciszu lasów i jezior. Pracownicy chleją już w autobusie, a prezes firmy zostaje przez pomyłkę ulokowany w jednym apartamencie z bucowatym dziennikarzem i durną jak but ex-modelką. Można coś z tego zrobić? Na zdrowy chłopski rozum można, tylko trzeba trochę pomyśleć, napisać jakieś dialogi...

W "Wyjeździe integracyjnym" nie ma dialogów, nie ma pomysłu, nie ma dowcipu. Jest tylko chęć naciągnięcia właścicieli hotelu na parę sponsorowanych weekendów i wyciągnięcia od państwa możliwie największej kasy, bo za coś pić przecież trzeba. Udało się jedno i drugie - ekipę filmową zakwaterowało monstrum hotelowe, którego nazwy nie wymienię, bo nikt mi za reklamę nie płaci (zresztą w tym wypadku pecunia by olet jak cholera), a państwo w postaci PISF przelało na konta twórców filmu półtorej bańki (słownie i cyferowko:  1 500 000 złotych polskich), więc kto by się tam kręceniem filmu przejmował? Weźta kamerkę i nakręćta, jak się nachlana ekipa goni po korytarzu.
- Świetnie grają, panie reżyserze.
- Taaa, grają... Nie ma to jak cinema verité.


Metr poniżej Kota

Początkowo oglądałem ze zdumieniem - mija pięć minut nie pada jeszcze żadna "kurwa". W polskiej komedii? Szacunek. Mija dziesięć minut... Nic. Mija piętnaście minut... Nic. Azaliż i czyżby dałoby się? E, tam... 15'25" - pierwsza "kurwa" odkorkowała zawór i poleciaaaało...
- Skąd pan to ma?
- Z dupy, proszę pani!
- Czy ja popierdolony jestem, czy to jakaś prowokacja, żeby mi jakaś menda po pokoju latała z cipą na wierzchu?
- Nie biegłem tu przez błota, lasy z gołą dupą, żeby panu jaja pokazać, znaczy, żeby sobie z państwa jaja robić.


Nic. Wielkie, żałosne, capiące nędzą nic. Nie bucówa na poziomie "Poranka kojota", nie chooyniazgrzybnią na wzór "Ciacha", gdzie przynajmniej teoretycznie człowiek rozumie, co tu ewentualnie miało w założeniu bawić. N-I-C! Kompletnie. Film, z którego nie zostanie ani jedna scena, ani jeden cytat, ani jeden pomysł - film z którego nie zostanie absolutnie nic poza fakturami i dwoma wagonami niesmaku. 82 minuty płaskiego, nudnego badziewia, z niewiadomych powodów nazwanego komedią, choć nie ma w nim ani jednego dowcipu. Już nie mówię dobrego - jakiegokolwiek.

Polski humor bagienny nizinny

Jedynym pomysłem reżyser/scenarzysty byli aktorzy. No, przecież to och-jakże-znakomici artyści i wszyscy ich lubią, więc Tomasz Kot niech co dwie minuty robi minę niedorozwiniętego borsuka z zatwardzeniem, Jan Frycz niech się przebierze w damską kieckę, Tomasz Karolak niech pokaże tłustawe obwisłości, a Katarzyna Glinka niech pokaże cycki.
- Nie pokażę! Ale za to mogę pokazać niedogoloną pachę.
- OK, deal! Cycki pokaże dublerka oraz pana Klara.
- A ja co mam pokazać?
- zapytał Aktor Drugiego Planu.
- Pan niech pokaże sztukę. Mam pan przecież dyplom PWST, prawda?
- Może być tak?
- Aktor Drugiego Planu zrobił zeza, wywalił język na brodę i zaczął charczeć.
- Super! - ucieszył się reżyser - Olivier, normalnie. Ale musimy pokazać rozterki pana postaci w zetknięciu z systemem korporacyjnym i skontrastować je z odwiecznym Weltschmerzem.
- To może ja powiem "kurwajapierdolę" i udam, że rzygam do wiadra?
- Genialne! - ucieszył się reżyser, po czym nachylił się do współscenarzysty i szepnął - Tak  w zasadzie, to w dupie mam, co zagrają. Moje i twoje honorarium pokryła wpłata z PISF, a reszta może sobie zgnić na wolnym powietrzu i nawet protokołu zniszczenia nie trzeba robić.

Zobaczyć Karolaka i... i rzucić dietę.

Omijać. Omijać dużym łukiem, nie oglądać pod żadnym pozorem ani przed jedzeniem, ani tym bardziej po, nie kłaniać się ani nie podawać ręki "twórcom" i aktorom, a w towarzystwie fanów tego filmu na wszelki wypadek trzymać się za portfel, komórkę, spinki, buty i rodowe srebra. Jedynym powodem, który mógłby usprawiedliwić oglądanie przez Was tego guano, jest bycie prokuratorem i przygotowywanie aktu oskarżenia wobec reżysera, aktorów i dyrektora PISF-u.


Varia
1. - Ale film obejrzało ponad 900 000 widzów - powie ktoś. Reklama dźwignią handlu i kołkiem do napędzania widowni. Przy dobrej reklamie można przyciągnąć widzów nawet na pokaz spawania. Pytanie - ile osób wyszło w trakcie, a ile chciałoby "Wyjazd..." obejrzeć jeszcze raz.
- Ale zysk jest zysk.
Zysk z oszustwa czy kradzieży, to w sumie też zysk. 
2. W autokarze jedna z kobiet czyta "Wyuzdany Magazyn dla Pań". Zostało jeszcze parę egzemplarzy po kręceniu "Wojny męsko-żeńskiej", to co się będą marnować?
3. Przemysław Angerman był współscenarzystą "Skazanego na bluesa". "I panu mowę odjęło..."
4. "Eks-celowe rekordy". Mhm... W Eks-celu można robić wiele rzeczy. Zajadając jabułka i pijąc kakałko. Tylko trzeba się bynajmniej spieszyć, bo spaźnianie nie jest w dobrym tonie.
5.  W scenie przed-paintballowej pojawia się wyrób aktoropodobny o nazwisku Jakimowicz. Stoi na trzecim planie i rozpaczliwie próbuje znaleźć się w polu kamery. Tak kończą ludzie, grający w żenujących filmach - na trzecim planie jeszcze bardziej żenującego filmu. Może ktoś powiedziałby to Janowi Fryczowi?
6. No, dobra - znalazłem w tej filmowej katastrofie coś, co wywołało u mnie uśmiech. Twórcy nie mają pewnie pojęcia co to, a gdyby im pokazać, nie byliby w stanie zajarzyć, czemu. Dziwnym nie jest - to dwustuprocentowy zbieg okoliczności (i odrobina cięć z mojej strony).



Ponieważ to jednak deko hermetyczne - podpowiem, że jest sobie taki Andrzej (męski, oczywiście), który prowadzi rubrykę "Poligon"...


============
Wyjazd integracyjny
2011
Czas:
86 minut
Reżyseria: Przemysław Angerman
Scenariusz: Adam Karolewski, Przemysław Angerman
Obsada: Jan Frycz, Tomasz Karolak, Katarzyna Glinka, Tomasz Kot, Katarzyna Figura, Sławomir Orzechowski, Bartłomiej Topa, Klara Bielawka i inni.
Dotacja PISF: 1 500 000 (produkcja)

2013-04-18

Generał Nil [2009]

Był sobie pomnik. Imponujący jak postać, którą przedstawiał. Ale twórca nie był zadowolony. "Może i dostojny ten pomnik, może potężny, ale jakiś taki... taki spiżowy, ponury, ciemny. Może ludzie go nie zauważą? Ma, co prawda, 75 metrów wysokości, ale strzeżonego pan z PZU strzeże". Chwycił twórca za narzędzia i dawaj pomnik szlifować, polerować, aż wreszcie pomnik świecił z daleka jak latania morska i oślepiał złotym blaskiem, że aż nie dało się na niego patrzeć bez bólu.

Generał Emil Fieldorf to postać pomnikowa sama w sobie i każdy, kto czytał o jego życiu i śmierci, kłania się z szacunkiem, czapkę zdejmuje, łzę ociera. Nic dodać, nic ująć, siadać i kręcić. Samograj. Ale nie z polskimi reżyserami takie numery, Brunner! Polski reżyser wie lepiej, polski reżyser musi odcisnąć swoje piętno, musi poprawić, wyszlifować, nabłyszczyć. "Ja lubię, żeby moje obrazy miały glanc! To porządniej wygląda" - dyszy polski reżyser i werniksuje zawzięcie. 


Bohater filmu jest mądry? Nie, nie wystarczy, żeby był mądry - on musi być genialny! Wszedł kiedyś na Gubałówkę? Co tam Gubałówka - niech wejdzie na Mont Blanc! Nocą! Tyłem! Z sześciorgiem uratowanych z pożaru dzieci na rękach. A wszyscy wokół niech będą podwójnie głupsi, potrójnie brzydsi, poczwórnie wredni i niech patrzą na naszego bohatera jak w obraz, a co szósty niech przechodzi Przemianę Duchową Pod Wpływem.

I tak też poczyna sobie Bugajski. Generał "Nil" był dowódcą Kedywu? Mało! Kto dziś w Polsce wie, co to Kedyw? Niech sam zaplanuje zamach na Kutscherę, niech rozstawi ludzi, niech pokaże skąd, dokąd i kiedy. I nieważne, że to bzdura kompletna - ważne, że pomnik się błyszczy i świeci, a podwładni niech patrzą w ten pomnik jak w obraz i niech zgłaszają wątpliwości, które Główny Bohater niech rozwieje w trymiga, a oni niech westchną z podziwem i z uznaniem pokiwają głowami. I niech najpierw powie "Wykonać rozkaz!", potem zrobi długą pauzę i doda twardo "Zabić", bo widz jest głąb i sam się nie domyśli, jaki był rozkaz, nawet jeśli w następnej scenie pokażemy mu scenę zamachu. I tak dalej, przez cały film - "Tylko pan może", "Bez pana organizacja nie przetrwa", "Dowodził największymi akcjami bojowymi w czasie okupacji", Naj, naj, naj...  czy trzeba, czy nie trzeba. Najsmutniejsze jest to, że przecież nie trzeba, a owe "zabiegi werniksujące" wypadają żałośnie w zetknięciu z prawdziwą biografią generała "Nila", wystarczająco fascynującą bez tego całego pompowania i nabłyszczania.

Pan kupi Stena - nowiutki, nieśmigany... a może pani kupi?

Niestety, reżyser moc czuje w sobie i nie dość, że pompuje i nabłyszcza, to jeszcze jedzie po drugiej bandzie: wrogowie generała nie mogą być po prostu wrogami, muszą być brzydcy, głupi, wulgarni i mieć wągry... O, kurde, ten chyba jest za sympatyczny.. E, panie, zrób pan minę! Jesteś pan ubekiem, musisz pan mieć minę. Ohydną najlepiej... Wybałusz pan oczy, kąciki ust do dołu i wrzeszcz pan "Kurwa!" - to będzie znakomity kontrapunkt, dzięki któremu nasz Główny Bohater wypadnie jeszcze piękniej!.
- Panie reżyserze, ale ja gram tylko kierowcę i nawet nie wychodzę z samochodu.
- Cicho! Wczuwaj się pan! Minę proszę!
Nie, nie domagam się ludzkich, przystojnych, miłych ubeków. W takim filmie byłoby to trudne, może nawet niepotrzebne. Proszę tylko, żeby nie przesadzać w żadną stronę, żeby nie traktować widza jak debila i żeby w XXI wieku nie kręcić kolejnego "Żołnierza zwycięstwa", tylko  o zwrocie przeciwnym.
I uprzedzam - jeśli jeszcze raz (tysiącpińcekuźwasiódmy) zobaczę scenę przesłuchania, w której ubeka filmuje się kamerą umieszczoną w 1/3 biurka i każe mu się przechylać przez blat oraz  wkładać głowę w obiektyw (żeby był brzydszy), nie wytrzymam i znieważę reżysera słownie. 

Chyba każdy filmowy ubek ma taką fotkę

Jeśli "Generała Nila" daje się oglądać to - poza samą historią generała "Nila" - głównie dzięki Olgierdowi Łukaszewiczowi. Nie przepadam za tym aktorem, ale tutaj stworzył postać silną, spójną i dzielnie bronił się przed "werniksującymi" zabiegami reżysera. Nawet kiedy scenariusz każe Łukaszewiczowi wygłaszać dęte teksty...
- I niech pan popatrzy teraz na nich z moralną wyższością! Jeszcze bardziej moralną!
...aktor potrafi złamać nadmiar patosu spojrzeniem, gestem czy choć tym, że nie dudni patriotycznie, tylko mówi cicho i lekko drżąco. Może nie jest to najlepsza rola Łukaszewicza, ale na pewno z pierwszej trójki jego dorobku.
Problem w tym, że Łukaszewicz nie ma partnerów. Nie dano mu jakiegoś jednego przeciwnika, postać Różańskiego pojawia się za rzadko, a Jacek Rozenek ulega presji reżysera i gra "och-jakże-złego", "och-jakże-prymitywnego" i "panie Jacku, może niech się pan nie skupia na tym politycznym wątku w zdaniu i nie robi z siebie filozofa, tylko niech pan bardziej zaakcentuje 'kurwę'. Wie pan, to w końcu ubek..." Jedna dobra scena - w której wyjaśnia "dlaczego Fieldorfa nie można 'tak po prostu'..." i tyle. Dobre epizody zaliczają Tadeusza Bradecki i Adam Woronowicz w scenie obrad Sądu Najwyższego, Alicja Jachiewicz nie ma za dużo do grania, ale to co ma, gra naprawdę dobrze, Magdalena Emilianowicz i Anna Cieślak w rolach córek generała żenują bardzo, ale połowę mogą zwalić na scenarzystę, współpracownicy mają być tłem i tłem są, wtapiają się w ściany i pół godziny po seansie nie pamięta się ani twarzy, ani nazwisk. Z jednym wyjątkiem...


Maciej Kozłowski. Na ekranie ile? Dwie minuty? Może trzy... - Oscar, wzór i bardzo proszę, żeby scenę z nim pokazywać w szkołach teatralnych, filmowych oraz na wydziałach historycznych szkół wyższych. Jedni będą się mogli nauczyć grać, a drudzy będą mogli przejść przyspieszony kurs historii stalinizmu w Polsce - tego, jak młyny historii i ustroju miażdzyły ludziom ciała i charaktery. Scena, w której przerażony Kozłowski zeznaje w sądzie, cicho mamrocząc w kółko te same zdania, wbija w fotel. Scena tortur, oczywiście też robi wrażenie, ale tortury są dosłowne, a scena sądowa wymaga wiele od aktora. Od widza w sumie też.

W jednym momencie reżyser poszedł na spore ryzyko i poległ. Scena z pobitym więźniem, wymyślającym współosadzonemu rabinowi od parchów i zwalającym na niego odpowiedzialność za "rządy ubecko-żydowskiej szajki" daje się obronić. Nie tylko dlatego, że wydarzyła się naprawdę (a wydarzyła się), ale dlatego, że takie postawy wówczas zdarzały się i to niekoniecznie rzadko. Zresztą, wystarczy internet i nawet ograniczenie do jednego czy drugiego forum filmowego, by przekonać się, iż nie tylko wtedy. Ale scena, w której sędziowie Sądu Najwyższego wyjaśniają sobie nawzajem, że przecież w większości są narodowości żydowskiej - to już było przegięcie. Nie dlatego, że temat drażliwy, nie dlatego, że byli/nie byli i co to miało do rzeczy - dlatego, że reżyser pojechał prymitywnym "oznajmizmem". Ot, jedna postać drugiej postaci ni w pięć, ni w dziewięć coś nagle gromko oznajmiła, po czym obie zamilkły, żeby pauza podkreśliła wagę oznajmienia. No, kurczę, żeby reżyser z takim stażem kręcił sceny à la Wionczek? Naprawdę nie można tego było zrobić choć ciut inteligentniej?

Dzień dobry, jestem stereotypem. I prokuratorem. Którymś bardziej.

A propos "ciut inteligentniej": film otwiera scena, w której wracający z łagru generał ratuje życie młodemu chłopcu. W połowie filmu spotykają się w pociągu: generał jako pasażer, Michał jako konduktor. A w ostatnich scenach okazuje się, że ów Michał jest jednym ze strażników, prowadzących generała na śmierć, co oczywiście przeżywa długo i bardzo. Symbolizm sztachety z finezją kafara. Przepraszam, wymiękam. Podobnie jak w scenie pożegnania z rodziną, która napisana jest fatalnie, zagrana okropnie, a poza tym nie ma absolutnie nic wspólnego z prawdą - widzenia były pojedyncze, a w czasie ostatniego spotkania z żoną generał nie tylko odmówił napisania podania o łaskę, ale stanowczo zabronił takich starań rodzinie.

Czy to jest zły film? Nie, to nie jest zły film. To solidne kino, wyrastające z lat 70. i 80., poprawne, stabilne, porządnie nakręcone. Lubicie "Hubala"? No to to jest bardzo podobny film - w sposobie realizacji, w budowaniu postaci, akcji, napięcia itd., bohater kontra parszywe czasy, tragiczny koniec. Plus misja edukacyjna - bo to też trzeba docenić. Sporo osób tylko dzięki temu filmowi dowiedziało się, że istniał ktoś taki jak Emil Fieldorf, sporo osób dowiedziało się, co się działo w więzieniu na Rakowieckiej i że nie trzeba było być wrogiem ustroju, nie trzeba było z nim walczyć, żeby ów ustrój przemielił człowieka na trociny. To spora wartość tego filmu. Bo to jest jednak film, a nie podręcznik historii. Może coś pokazać, zasygnalizować, ale nie jest w stanie w dwie godziny pokazać i nauczyć całej historii. I chyba nie powinien, bo jeśli będziemy się uczyć historii z filmów... ojacie i łobosiu. Choć umówmy się - większość i tak będzie.

A że się wkurzałem... No, wkurzałem się i będę się wkurzał. Bo to nie musiał być film solidnie poprawny z prymitywnymi momentami - przy takim potencjale mógł być naprawdę dobry i mocny.



Varia:
1. Po "Przesłuchaniu" i "Śmierci rotmistrza Pileckiego" to trzeci film Ryszarda Bugajskiego  dotyczący czasów i represji stalinizmu. Czy jeśli nazwę te trzy filmy "tryptykiem rakowieckim" to będzie to nadużycie czy tylko grafomania?
2. W pierwotnej wersji plakat filmu przedstawiał szubieniczną pętlę, z zawieszonym na niej krzyżem Virtuti Militari. Plakat zmieniono po proteście córki generała.
3. Nie był to jedyny protest pani Marii Fieldorf-Czarskiej: negocjacje z twórcami trwały długo i kończyły się kompromisami, które tak naprawdę nikogo nie zadowalały.
4. Muzyka - żenująca. Shane Harvey (kimkolwiek jest) - zapamiętać i omijać.
5. Równie żenująca charakteryzacja - odklejające się wąsy, krzywo osadzone peruki, z kilometra wołające: "Miałam być na głowę tego drugiego szatyna, ale znowu ktoś nie dopilnował i wylądowałam na rudym!" 
6. Nieścisłości historyczne sobie daruję. Film miał pecha, że trafił na widza nadmiernie zorientowanego w temacie, ale czytelnicy Poliszmuwi nie muszą być narażeni na epatowanie historycznym przyczynkarstwem.


===========
Generał Nil
2009
Czas:
120 minut
Reżyseria: Ryszard Bugajski
Scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz, Ryszard Bugajski
Obsada: Olgierd Łukaszewicz, Alicja Jachiewicz, Magdalena Emilianowicz, Anna Cieślak, Zbigniew Stryj, Jacek Rozenek, Maciej Kozłowski i inni.
Dotacje PISF: 66 000 (rozwój projektu), 2 897 000 (produkcja - twórcy wnioskowali o 2 mln),  150 000 (produkcja kopii), 9 624.93 (promocja na zagranicznych festiwalach), 19 634.78 (zgłoszenie do selekcji na MFF Cannes 2009) itd. itp.

2013-04-16

Dwie brygady [1950]

- Wystawiamy sztukę o współzawodnictwie, o socjalistycznym stosunku do pracy - powiedział reżyser - Podchodzicie bez entuzjazmu do sztuki, bo nie rozumiecie zawartej w niej treści!
Wstyd się zrobiło aktorom, bo rzeczywiście podchodzili bez entuzjazmu. Sztuka "Brygada szlifierza Karhana" była nudna, po linii, a próby odbywały się w ciasnym, niewygodnym pomieszczeniu. 

W czymże przyszło mi grywać na stare lata...

- No, kończymy, bo za chwilę będzie tu próba taneczna - zakomunikował reżyser.
Taneczna? W tej ciasnocie? Co się tam będzie tańczyć, pogo?
- A kto wam, obywatelu, powiedział, że tu się będzie tańczyć? - mruknął Głos Wewnętrzny w ortalionie - Na próbie tanecznej będzie się podnosić świadomość polityczną. Coś wam się nie podoba?
- Od jutra zaczniemy chodzić wszyscy do fabryki! -  zakomunikował reżyser - Tam zrozumiemy polityczną wagę tych problemów!
I poszli.
I zrozumieli.
I zawiązał się sojusz robotniczo-inteligencki, a klasa artystyczna, po uwzględnieniu słusznych postulatów klasy robotniczej, dała przedstawienie, które wzbudziło entuzjazm publiczności i uznanie pionów decyzyjnych, a wiszący na ścianie portret towarzysza Lenina popatrzył na wiszący obok portret towarzysza Stalina i oba z uznaniem kiwnęły ramami.

238% normy. A wy ile wyrabiacie, towarzysze?

Film w filmie (no, teatr w filmie) czyli zabiegi typu meta w zgodnej symetrii: w sztuce starzy szlifierze kontra młodzi szlifierze, w filmie starzy aktorzy kontra młodzi aktorzy, szlifowanie po nowemu kontra granie po staremu, postać w postać, problem w problem plus śrubowanie norm. Nawet całkiem zgrabnie ułożone i może w normalnych warunkach dałoby się z tego coś zrobić, ale czasy były takie, że konieczność dziejowa i polityczna miała prymat przed poziomem artystycznym. 
- Fabryka dała mi materiał do roli. Na przykład wiem, co to są czopy tłokowe. Ale to nie wszystko. Należy głębiej wniknąć w sprawę - komunikuje jeden z aktorów. I to jest słusznie politycznie, to jest poprawnie socrealistycznie, ale cyniczny widz z roku 2013 ryczy ze śmiechu, a wnikanie w czopy tłokowe nie kojarzy mu się bynajmniej dialektycznie, zwłaszcza gdy okazuje się, że czop tłokowy to taka rurka fi 50.

Treści treściami, ale czasy miały wpływ także na aktorstwo. Zdzisław Karczewski ożywa tylko w scenach z "Brygady..." - poza tym zaangażowanym namaszczeniem wygłasza referaty ideologiczne: "Mój drogi kto ciebie nauczył tak pracować? Czy myślisz, że murarz czyta gazety, kiedy kładzie cegły? Wyobraź sobie, że my również wyrabiamy normy. To nie jest temat do żartów! Idź do fabryki! Zobacz!" Tadeusz Łomnicki nie obcyndala się i nie rozdziela: i w scenach teatralno-teatralnych, i w scenach filmowo-teatralnych jest tak samo entuzjastyczny, chodząca reklama współzawodnictwa pracy po prostu. Wybijają się tylko Kazimierz Opaliński w roli starego aktora Borowicza (oraz szlifierza Karhana) i Zygmunt Lalek w roli wątpiącego Walczaka. Reszta jest drewniana jak drążki szturmówek. Nawet Andrzej Łapicki w roli tłuściutkiego pół-bumelanta.

Matko Boska Marksistowska, tyle procentów!

Polityka polityką, socjalizm socjalizmem, a aktor Borowicz szlifierzem Karhanem, a mnie dręczą wątpliwości. Gdyby przyjąć, że sztukę o szlifierzach można wystawić tylko po wizycie w fabryce i zapoznaniu się z procesem szlifowania, to czy żeby napisać o "Dwóch brygadach" powinienem: A) pójść do fabryki i poznać ciężki żywot szlifierza? B) pójść do teatru i poznać ciężki żywot aktora, poznającego ciężki żywot szlifierza? C) odwiedzić plan filmowy i poznać ciężki żywot aktora filmowego, poznającego ciężki żywot aktora teatralnego, poznającego ciężki żywot szlifierza? Zważywszy na brak na rynku powojennych fabryk, przedwojennych szlifierzy i powojennego socrealizmu, może wystarczy, że po prostu obejrzałem film?


Varia
1. Postać grana przez Kazimierza Opalińskiego krzyczy w pewnym momencie: "Zwyczajni ludzie na scenie są nudni!" Podsumowanie polskiego teatru w sześciu słowach.
2. "Ja w tych warunkach nie mogę dalej pracować!" - film o teatrze lub filmie bez tego zdania, to jak western bez "krzyku Wilhelma".
3. "Film" z 1950 r.: "w czynie lipcowym filmowcy polscy ukończyli produkcję filmu o 25 dni wcześniej".
4. Na deser piosenka. Poza zaangażowanym tekstem (zagadka - czyim? Rozwiązanie niżej) warto zwrócić uwagę na buty Hanki Bielickiej - wybitnie niesocjalistyczne.


============
Dwie brygady
1950
Czas:
86 minut
Reżyseria: zespół studentów PWSF pod kierunkiem Eugeniusza Cękalskiego
Scenariusz: Eugeniusz Cękalski, Krystyna Swinarska, Edward Szuster
Obsada: Zdzisław Karczewski, Kazimierz Opaliński, Zygmunt Lalek, Hanka Bielicka, Danuta Mniewska, Andrzej Łapicki, Tadeusz Łomnicki, Ludwik Sempoliński
Tekst piosenki:  Julian Tuwim

2013-04-14

Czy Lucyna to dziewczyna [1934]

"- Kto go tam wie?
- Wszyscy go wiedzą."
I wszyscy znają, ale nie szkodzi. Znacie? To obejrzyjcie.


Lucyna Bortnowska po ukończeniu paryskiej Ecole de Laubzega wraca do Polski i podejmuje pracę w fabryce swojego ojca. Oczywiście, nie jako Lucyna Bortnowska, córka prezesa - to jednak komedia przedwojenna - ale jako Julian Kowalski, skromny siostrzeniec skromnej niani. W garniturze pannie Lucynie do twarzy, fachowcem jest niezłym, podwójnie życie toczy się w miarę gładko, pomijając drobne niedogodności typu "Myj się pan, panie Kowalski, przecież tu nie ma kobiet" oraz nachalność raszplowatych sekretarek. Niestety, szefem "Juliana Kowalskiego" jest sympatyczny przystojny inżynier, w którym panna Lucyna zakochuje się na zabój i którego postanawia zdobyć.

Cóż ta edukacja robi z kobiety!...

Lekkie, łatwe, przyjemne - tu przebieranka, tam chwytliwa piosenka, tu archetyp niani, a tam archetyp hrabiny i barona, komedia pomyłek i nieporozumień, happy end, buziaczki, wyciemnienie. Typowa polska komedia z połowy lat 30. Prosta, skuteczna, wykorzystująca stereotypy nie do tego, żeby wytykać je palcem i rechotać z nich złośliwie, ale by budować na nich akcję i pogodne żarty.

Autorem scenariusza był Konrad Tom - człowiek-orkiestra: aktor, reżyser, autor piosenek, scenariuszy i skeczów kabaretowych (m.in. "Sęka"). Intrygę uszył zgrabnie i precyzyjnie, nigdzie nie zostawiał widza na tyle długo, by ten się zdążył znudzić i kiedy piszę "widza", mam na myśli nie tylko tego z lat 30., ale także tego dzisiejszego - film broni się spokojnie i bawi nawet w roku 2013. Jasne, razi trochę przestarzała maniera aktorska, ale potraktujmy to jak brak koloru czy przetarcia na taśmie - "takie caszy, panie szanowny", ortografia ówczesna też była inna od dzisiejszej, ale na jakość poezji skamandrytów to nie wpływa, prawda?

Dziś Eugeniusz Bodo trafiłby na Plotka lub Pudelka z nagłówkiem "Ależ wpadka!!!1"

Można by się przyczepić pewnych niekonsekwencji - choćby tego, że panna Lucyna niby taka hop do wyzwolenia, paryska politechnika, smary, tłoki i karburatory, ale niech no tylko konkretnego chłopa zobaczy, to w ciągu kwadransa odrzuca całą swoją politechniczną emancypację i w obcisłym szlafroczku staje przed lustrem, z błyszczącym okiem ogłaszając "Precz ze spodniami! Jestem kobietą - zdobędę go!" Można, owszem i może film byłby ciekawszy, gdyby panna Lucyna, niechby nawet ochajtnięta z kolegą inżynierem, została w fabryce i była dla niego partnerem nie tylko w łożnicy, ale i w warsztacie... Ale c'mon - to jest temat na inny film i nie wymagajmy od lodów z bitą śmietaną i truskawkami, żeby były łososiem z rusztu. Tu miało być lekko i zabawnie, z przebieranką i pomyłkami, a nie z manifestem i ideologią. I było lekko i zabawnie. Wystarczy. Nie ma nic gorszego (dla komedii także) niż nadmierne ideologizowanie i pakowanie sześciu tematycznych grzybów w filmowy barszcz.

Aktorsko, jak na międzywojenne dwudziestolecie, bardzo "do przodu". To jest zresztą urok komedii z tamtego okresu: większość z nich przetrwała do dziś i daje się oglądać bez bólu, a niektóre nawet ze sporą przyjemnością. W przeciwieństwie do dramatów, które oglądane dziś, rażą emfażą... przepraszam: razą emfazą... szfak!... rażą sztucznością, teatralnością i dzisiejszego widza częściej śmieszą, niż poruszają. No, dobra - mnie częściej śmieszą. Ale ja jestem dziwny.

Reklama dźwignią... tycia.

Jadwiga Smosarska jest odpowiednio ładna i urocza jako pana Lucyna, ale jako "Julian Kowalski" też całkiem nieźle daje radę (w konwencji, oczywiście), Eugeniusz Bodo to samograj, a Mieczysława Ćwiklińska - klasa sama w sobie i może tylko Barbara Ludwiżanka zbliżyła się później do niej w rolach uroczych starszych pań. W drugim planie Zygmunt Chmielewski był idealnym papą, Zofia Czaplińska - idealną nianią, a Władysław Grabowski jako baron Amadeusz Maria de Witz przeszedł do rodzinnego (i chyba rodzimego także) kanonu. Kazimiera Skalska jako Tunia wyróżniała się in minus, bo szarżowała za bardzo, ale jako sekretarka - wzorzec "pani Halinki" z Sevres i z dziekanatu.

Panie prezesie, pani hrabina!... Żyje, żyje, ale wyszła zupełnie z fasonu.


Varia
1. Uprzedzam, że piosenka "Jeśli znajdę taką żonę" (muzyka: Henryk Wars, słowa: Emanuel Schlechter i Konrad Tom) wpada w ucho i czepia się strasznie. Przed wojną naprawdę umieli pisać szlagiery.
2. "20 tysięcy dolarów przekazaliśmy przez Westminster Bank w Paryżu" - mówi z Warszawy prezes Bortnowski. Wot, kakaja globalizacja.
3. Tu należy nadmienić, że pan prezes nie był jakimś pogrobowcem arystokracji postzaborczej, od pokoleń spijającym robotniczą krew czy brutalnym sanacyjnym wyzyskiwaczem. Pan Bortnowski zaczynał jako zwykły ślusarz, z czego jego córka dumna jest bardzo.
4. Jest nawet efekt specjalny - podwójna ekspozycja (czy jak to się tam nazywa), dzięki której Eugeniusz Bodo może rozmawiać z Eugeniuszem Bodo.
5. Film jest na Youtube, gdyby ktoś miał ochotę.


============
Czy Lucyna to dziewczyna
1934
Czas:
76 minut
Reżyseria: Juliusz Gardan
Scenariusz: Konrad Tom
Obsada: Eugeniusz Bodo, Jadwiga Smosarska, Mieczysław Ćwiklińska, Władysław Grabowski, Zygmunt Chmielewski, Kazimiera Skalska

2013-04-12

Jutro Meksyk [1965]

- Hahahaha! Wygrała! Wygrała! Wygrałaś! Wygrała! Hahahaha! Hahaha! Wygrała! Wygrała! Hahahaha! Wygrała!
Gdyby ktoś był ciekaw, jak się skończyło - już wie i może sobie oszczędzić oglądania.

Zapowiadało się przyzwoicie. Trener kadry skoczków do wody dostaje kopa z posady i dożywotnią dyskwalifikację na deser. Ląduje w Gdyni i jako opiekun na miejskiej pływalni uczy dzieci żabki i innych takich. Deklasacja, wódka, przygodne romanse, konflikt ideowy z kierownikiem basenu albo powolne dorabianie się własnego M-ileś w ramach popierania "małej stabilizacji" - możliwości było mnóstwo, ale Aleksander Ścibor-Rylski postanowił pójść na łatwiznę: zdyskwalifikowany trener fachowym okiem dostrzega nieoszlifowany talent, szlifuje go, wraca do sportu, talent wygrywa...
- Dziędobry - ukłonił się schemacik - Może dołożymy jeszcze uczucie?
O, uczucie też będzie. Jakże tak, bez uczucia? Uczucie musi być! I choć jest go mało - to jednak jest.

Dekonstrukcja bohatera postromantycznego

Trener Jańczak jest sportowym tyranem i orze swoimi zawodnikami jak chłop babą w XII wieku (minus chomąto), a w dodatku po dyskwalifikacji pozbywa się wyrzutów sumienia i do celu idzie przy użyciu metod zróżnicowanych etycznie. Dwukrotnie na ekranie oglądamy szantażyk: raz bucowaty, a raz idiotyczny, ale nie w tym rzecz - ważne, że reżyser pokazuje nam ciemną stronę charakteru trenera. Żebyśmy jednak trenera nie znielubili (nie po to zatrudniamy Cybulskiego, żeby publiczność od postaci odstraszać) dostajemy łzawą opowiastkę o tym, jak ze swojej nędznej pensji utrzymuje nie tylko siebie, ale i wynaleziony talent w postaci zgrabnej nastolatki, fikającej pod jego kierunkiem koziołki nad taflą wody. Kurczę, nieźle musieli zarabiać nauczyciele pływania dla młodszej młodzieży, skoro trenera stać było nie tylko na utrzymanie siebie (okazjonalnie mocno alkoholowe), ale także zawodniczki, pomieszkującej w oddzielnie wynajętym pokoju z wyżywieniem (koszta sportowe - osobno).

I tak jest przez cały film: oto dobra strona trenera, widzu - lub go, a oto zła strona trenera, widzu, polub raczej jego zawodniczkę. O, jaki on potwór i glizda! Ale dziennikarz większa glizda wobec trenera! Ale za to trener jest glizda wobec bufetowej! Ale napadnięty przez trzech motocyklistów daje im radę i jeszcze rzuca żarty o Verdun (nie pytajcie). Ale go zdyskwalifikowali! Ale chyba mieli rację!... A w tym wszystkim Zbigniew Cybulski grający Zbigniewem Cybulskim do znudzenia: miny, gesty, wymowa i okulary. Plusy gonią minusy, znoszą się nawzajem i w połowie filmu ma się dość Cybulskiego równie mocno, co granej przez niego postaci.

- Och, a ja taka jestem nieubrana! - Nie szkodzi, ja jestem nieogolony.

Postać... kurczę, nie pływaczki, bo ona nie pływa, tylko skacze... więc jak - "skoczkini"?... Postać dziewczyny jest mdła. Młoda, ładna, sympatyczna, momentami trochę zazdrosna... Joanna Szczerbic stara się jak może (inna sprawa, że niewiele jeszcze może), ale naprawdę nie ma za dużo do grania - papier kolorowy to też tylko papier.

Największą wadą filmu są rozwiązania typu "Pomysłowy Dobromir" - Ściborowi-Rylskiemu coś jest potrzebne do scenariusza, więc rysuje to sobie Zaczarowanym Ołówkiem, zdejmuje ze ściany i używa. Trener zaczepia na basenie dziewczynę, każe jej włazić na trampolinę i skakać, więc ona posłusznie skacze, a jej trzech kolegów nie wrzuca trenera do wody. Parę dni później trener wyciąga ją z zabawy tanecznej i znowu każe skakać, a ona zamiast drzeć swoją twarz i orać paznokciami twarz trenera, znowu posłusznie skacze. Trener urządza jej skrócony kurs na Arnolda Schwarzeneggera plus balet i batut, a ona grzecznie daje sobą orać i nawet nie zapyta, dlaczego. Trener każe jej rzucić szkołę i pracę - to samo. Trzeba żyć z jednej pensji w dwóch miejscach? To się żyje. Trzeba się przeprowadzić na zimę do drewnianej szopy ze szparami na dwa palce - to się przeprowadza, a potem się siedzi w samej koszuli nocnej (odporni ci sportsmeni) i wciska kity typu:
- Śpi pan?
- Śpię.
- Przecież widzę, że pan nie śpi.
- No dobrze, nie śpię.
- To niech pan coś opowie.
- Co mam opowiedzieć?

Kurde, nie wiem... może historię o scenarzyście, który postanowił nakręcić własny scenariusz i wyszła mu półtoragodzinna piła, bo przecież sam siebie ciąć nie będzie, a poza tym miał płacone od minutażu?

Do końca seansu wytrzymali tylko najwytrwalsi

Najciekawsze wątki albo urywano, albo puentowano w stylu żałosnym. Trener ma romans z kierowniczką kawiarni - a to pocudzołożą sobie, a to herbatkę wypiją ("Dobra herbata, z Baltony") z fikuśnych filiżanek, a to cynizmem się wymienią, ale kiedy do rozstania przyjdzie, trener dramatycznie stłucze swoją filiżankę i tonem zdradzonego Romeła Mąteki wycedzi: "Wystarczy ci jedna!" Konflikt z działaczami mógł się nieźle rozwinąć, ba! mógł się stać osią filmu, ale rozpłynął się w basenie i wsiąkł w podłoże. Podobnie scenki z prezesem, urządzającym nocne imprezki na pływalni. Za to w celu duszoszczipatielnym dostajemy dawnego podopiecznego trenera Jańczaka o kulach i na wózku.
- Aha, to dlatego trenera zdyskwalifikowali?
Nie, nie dlatego - wypadek miał miejsce trzy lata temu, a trenera zdyskwalifikowali przed rokiem. Żeby było weselej, przed rokiem go zdyskwalifikowali dożywotnio, a pół roku później zawiesili.
- Przecież to bez sensu!
No!

Obywatelu, oszczędzaj filiżanki - pij z butelki!

Film dryfuje do finału, a znudzony widz obserwuje, jak podopieczna trenera wpada w histerię, skakać nie chce, choć wygraną ma na wyciągnięcie ręki i przejąć się tą histerią nie umie. Zresztą widz nie musi się przejmować, bo trener mówi: "Na wieżę, już!", a ponieważ czas i filmowe osobodniówki gonią, podopieczna włazi, skacze, wygrywa... i wtedy w histerię - ale radosną - wpada trener. A potem następuje dramatyczny finał: podopieczna po zwycięstwie ucieka, trener zdaje sobie nagle sprawę, że uczucie gorące nim trzepie, więc rzuca się w pogoń za taksówką. Biegnie nasz biedny Cybulski i wydziera się na całe Bielsko i całą Białą.
- Majkaaaaa! Kochanieeee! Wróóóóóóóć! Maaaaajkaaaaa!
- Maryśkaaa! - giuseppuje z rechotem wredny widz, bo skoro twórcy sobie jaja robią, to niby czemu widz by nie miał również. Zresztą trener zaczyna biec i wrzeszczeć dopiero wtedy, gdy taksówka z jego podopieczną znika za odległym rogiem, co może świadczyć, że robi to tylko z obowiązku i wymagań scenariuszowych, a tak naprawdę nie chce, żeby wróciła. Bo gdyby chciał, to zacząłby 500 metrów wcześniej.

Na pustej scenie zostaje tylko dawny podopieczny trenera, bo mu się wózek zaciął. I myśl zostaje, że gdyby ten film nakręcono w latach 50., to podopieczna przegrałaby zawody - za karę, że porzuciła praktyki robotnicze. Gdyby film nakręcono w latach 70., podopieczna przegrałaby zawody i także uszkodziłaby sobie kręgosłup, a gdyby film nakręcono w latach 80. - podopieczna przegrałaby, uszkodziłaby sobie kręgosłup, a trener rozpiłby się i zginął tragicznie w Tatrach. A gdyby film nakręcono w latach 90. nie byłoby żadnego skakania do wody - byłaby mafia, Linda i cycki. I Pazura.

Z aktorskiego tła wybija się Teresa Szmigielówna i Zygmunt Kęstowicz, ale tylko dlatego, że mówi głosem Witolda Pyrkosza. I muzyka Wojciecha Kilara się wybija.

Siedmiu przeciw Tebom. Trzech przeciw trenerowi. Jeden przeciw WSK-om.


Varia
1. Cybulski, wagon kolejowy, Wybrzeże, Teresa Szmigielówna, "chirurg, któremu nie udała się operacja"... Tak mi się jakoś z "Pociągiem" skojarzyło.
2. W pierwszych scenach Cybulski jest nieogolony, potem na zbliżeniu buzia gładziutka jak u Joanny Szczerbic, a sekundę potem znowu wygląda jak zbój Madej na kacu.
3. W scenie pierwszego spotkania trenera i jego podopiecznej, trener uczy siedmiolatki pływać. Ale kiedy zaczyna rozmawiać z dziewczyną i każe jej włazić na wieżę, olewa dzieciarnię, która niech się topi na zdrowie, bo scenarzysta właśnie zawiązuje akcję. Bardzo niewychowawcze.
4. Dwa lata później Zbigniew Cybulski zagrał trenera lekkoatletycznego w "Jowicie". Rola drugoplanowa, ale tę w "Jutro Meksyk" kładzie na łopatki i przygniata kolanem.


============
Jutro Meksyk
1965
Czas:
89 minut
Reżyseria: Aleksander Ścibor-Rylski
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski
Obsada: Zbigniew Cybulski, Joanna Szczerbic, Teresa Szmigielówna, Tadeusz Schmidt, Leon Niemczyk, Zygmunt Kęstowicz.