2013-04-14

Czy Lucyna to dziewczyna [1934]

"- Kto go tam wie?
- Wszyscy go wiedzą."
I wszyscy znają, ale nie szkodzi. Znacie? To obejrzyjcie.


Lucyna Bortnowska po ukończeniu paryskiej Ecole de Laubzega wraca do Polski i podejmuje pracę w fabryce swojego ojca. Oczywiście, nie jako Lucyna Bortnowska, córka prezesa - to jednak komedia przedwojenna - ale jako Julian Kowalski, skromny siostrzeniec skromnej niani. W garniturze pannie Lucynie do twarzy, fachowcem jest niezłym, podwójnie życie toczy się w miarę gładko, pomijając drobne niedogodności typu "Myj się pan, panie Kowalski, przecież tu nie ma kobiet" oraz nachalność raszplowatych sekretarek. Niestety, szefem "Juliana Kowalskiego" jest sympatyczny przystojny inżynier, w którym panna Lucyna zakochuje się na zabój i którego postanawia zdobyć.

Cóż ta edukacja robi z kobiety!...

Lekkie, łatwe, przyjemne - tu przebieranka, tam chwytliwa piosenka, tu archetyp niani, a tam archetyp hrabiny i barona, komedia pomyłek i nieporozumień, happy end, buziaczki, wyciemnienie. Typowa polska komedia z połowy lat 30. Prosta, skuteczna, wykorzystująca stereotypy nie do tego, żeby wytykać je palcem i rechotać z nich złośliwie, ale by budować na nich akcję i pogodne żarty.

Autorem scenariusza był Konrad Tom - człowiek-orkiestra: aktor, reżyser, autor piosenek, scenariuszy i skeczów kabaretowych (m.in. "Sęka"). Intrygę uszył zgrabnie i precyzyjnie, nigdzie nie zostawiał widza na tyle długo, by ten się zdążył znudzić i kiedy piszę "widza", mam na myśli nie tylko tego z lat 30., ale także tego dzisiejszego - film broni się spokojnie i bawi nawet w roku 2013. Jasne, razi trochę przestarzała maniera aktorska, ale potraktujmy to jak brak koloru czy przetarcia na taśmie - "takie caszy, panie szanowny", ortografia ówczesna też była inna od dzisiejszej, ale na jakość poezji skamandrytów to nie wpływa, prawda?

Dziś Eugeniusz Bodo trafiłby na Plotka lub Pudelka z nagłówkiem "Ależ wpadka!!!1"

Można by się przyczepić pewnych niekonsekwencji - choćby tego, że panna Lucyna niby taka hop do wyzwolenia, paryska politechnika, smary, tłoki i karburatory, ale niech no tylko konkretnego chłopa zobaczy, to w ciągu kwadransa odrzuca całą swoją politechniczną emancypację i w obcisłym szlafroczku staje przed lustrem, z błyszczącym okiem ogłaszając "Precz ze spodniami! Jestem kobietą - zdobędę go!" Można, owszem i może film byłby ciekawszy, gdyby panna Lucyna, niechby nawet ochajtnięta z kolegą inżynierem, została w fabryce i była dla niego partnerem nie tylko w łożnicy, ale i w warsztacie... Ale c'mon - to jest temat na inny film i nie wymagajmy od lodów z bitą śmietaną i truskawkami, żeby były łososiem z rusztu. Tu miało być lekko i zabawnie, z przebieranką i pomyłkami, a nie z manifestem i ideologią. I było lekko i zabawnie. Wystarczy. Nie ma nic gorszego (dla komedii także) niż nadmierne ideologizowanie i pakowanie sześciu tematycznych grzybów w filmowy barszcz.

Aktorsko, jak na międzywojenne dwudziestolecie, bardzo "do przodu". To jest zresztą urok komedii z tamtego okresu: większość z nich przetrwała do dziś i daje się oglądać bez bólu, a niektóre nawet ze sporą przyjemnością. W przeciwieństwie do dramatów, które oglądane dziś, rażą emfażą... przepraszam: razą emfazą... szfak!... rażą sztucznością, teatralnością i dzisiejszego widza częściej śmieszą, niż poruszają. No, dobra - mnie częściej śmieszą. Ale ja jestem dziwny.

Reklama dźwignią... tycia.

Jadwiga Smosarska jest odpowiednio ładna i urocza jako pana Lucyna, ale jako "Julian Kowalski" też całkiem nieźle daje radę (w konwencji, oczywiście), Eugeniusz Bodo to samograj, a Mieczysława Ćwiklińska - klasa sama w sobie i może tylko Barbara Ludwiżanka zbliżyła się później do niej w rolach uroczych starszych pań. W drugim planie Zygmunt Chmielewski był idealnym papą, Zofia Czaplińska - idealną nianią, a Władysław Grabowski jako baron Amadeusz Maria de Witz przeszedł do rodzinnego (i chyba rodzimego także) kanonu. Kazimiera Skalska jako Tunia wyróżniała się in minus, bo szarżowała za bardzo, ale jako sekretarka - wzorzec "pani Halinki" z Sevres i z dziekanatu.

Panie prezesie, pani hrabina!... Żyje, żyje, ale wyszła zupełnie z fasonu.


Varia
1. Uprzedzam, że piosenka "Jeśli znajdę taką żonę" (muzyka: Henryk Wars, słowa: Emanuel Schlechter i Konrad Tom) wpada w ucho i czepia się strasznie. Przed wojną naprawdę umieli pisać szlagiery.
2. "20 tysięcy dolarów przekazaliśmy przez Westminster Bank w Paryżu" - mówi z Warszawy prezes Bortnowski. Wot, kakaja globalizacja.
3. Tu należy nadmienić, że pan prezes nie był jakimś pogrobowcem arystokracji postzaborczej, od pokoleń spijającym robotniczą krew czy brutalnym sanacyjnym wyzyskiwaczem. Pan Bortnowski zaczynał jako zwykły ślusarz, z czego jego córka dumna jest bardzo.
4. Jest nawet efekt specjalny - podwójna ekspozycja (czy jak to się tam nazywa), dzięki której Eugeniusz Bodo może rozmawiać z Eugeniuszem Bodo.
5. Film jest na Youtube, gdyby ktoś miał ochotę.


============
Czy Lucyna to dziewczyna
1934
Czas:
76 minut
Reżyseria: Juliusz Gardan
Scenariusz: Konrad Tom
Obsada: Eugeniusz Bodo, Jadwiga Smosarska, Mieczysław Ćwiklińska, Władysław Grabowski, Zygmunt Chmielewski, Kazimiera Skalska

2 komentarze:

  1. Oczywiście, nie jako Lucyna Bortnowska
    Bez przecinka.

    happy and, buziaczki, wyciemnienie.
    Happy end.

    ale potraktujmy to jak brak koloru, czy przetarcia na taśmie
    Bez przecinka.

    "Precz ze spodniami! Jestem kobietą - zdobędę go!"
    Kropka po zamknięciu cytatu.

    była dla niego partnerem nie tylko w łożnicy ale i w warsztacie...
    Przecinek przed ale.

    dzisiejszego widza częściej śmieszą niż poruszają.
    Przecinek przed niż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, uwzględniłem 4 na 6 poprawek.

      Usuń