2013-04-16

Dwie brygady [1950]

- Wystawiamy sztukę o współzawodnictwie, o socjalistycznym stosunku do pracy - powiedział reżyser - Podchodzicie bez entuzjazmu do sztuki, bo nie rozumiecie zawartej w niej treści!
Wstyd się zrobiło aktorom, bo rzeczywiście podchodzili bez entuzjazmu. Sztuka "Brygada szlifierza Karhana" była nudna, po linii, a próby odbywały się w ciasnym, niewygodnym pomieszczeniu. 

W czymże przyszło mi grywać na stare lata...

- No, kończymy, bo za chwilę będzie tu próba taneczna - zakomunikował reżyser.
Taneczna? W tej ciasnocie? Co się tam będzie tańczyć, pogo?
- A kto wam, obywatelu, powiedział, że tu się będzie tańczyć? - mruknął Głos Wewnętrzny w ortalionie - Na próbie tanecznej będzie się podnosić świadomość polityczną. Coś wam się nie podoba?
- Od jutra zaczniemy chodzić wszyscy do fabryki! -  zakomunikował reżyser - Tam zrozumiemy polityczną wagę tych problemów!
I poszli.
I zrozumieli.
I zawiązał się sojusz robotniczo-inteligencki, a klasa artystyczna, po uwzględnieniu słusznych postulatów klasy robotniczej, dała przedstawienie, które wzbudziło entuzjazm publiczności i uznanie pionów decyzyjnych, a wiszący na ścianie portret towarzysza Lenina popatrzył na wiszący obok portret towarzysza Stalina i oba z uznaniem kiwnęły ramami.

238% normy. A wy ile wyrabiacie, towarzysze?

Film w filmie (no, teatr w filmie) czyli zabiegi typu meta w zgodnej symetrii: w sztuce starzy szlifierze kontra młodzi szlifierze, w filmie starzy aktorzy kontra młodzi aktorzy, szlifowanie po nowemu kontra granie po staremu, postać w postać, problem w problem plus śrubowanie norm. Nawet całkiem zgrabnie ułożone i może w normalnych warunkach dałoby się z tego coś zrobić, ale czasy były takie, że konieczność dziejowa i polityczna miała prymat przed poziomem artystycznym. 
- Fabryka dała mi materiał do roli. Na przykład wiem, co to są czopy tłokowe. Ale to nie wszystko. Należy głębiej wniknąć w sprawę - komunikuje jeden z aktorów. I to jest słusznie politycznie, to jest poprawnie socrealistycznie, ale cyniczny widz z roku 2013 ryczy ze śmiechu, a wnikanie w czopy tłokowe nie kojarzy mu się bynajmniej dialektycznie, zwłaszcza gdy okazuje się, że czop tłokowy to taka rurka fi 50.

Treści treściami, ale czasy miały wpływ także na aktorstwo. Zdzisław Karczewski ożywa tylko w scenach z "Brygady..." - poza tym zaangażowanym namaszczeniem wygłasza referaty ideologiczne: "Mój drogi kto ciebie nauczył tak pracować? Czy myślisz, że murarz czyta gazety, kiedy kładzie cegły? Wyobraź sobie, że my również wyrabiamy normy. To nie jest temat do żartów! Idź do fabryki! Zobacz!" Tadeusz Łomnicki nie obcyndala się i nie rozdziela: i w scenach teatralno-teatralnych, i w scenach filmowo-teatralnych jest tak samo entuzjastyczny, chodząca reklama współzawodnictwa pracy po prostu. Wybijają się tylko Kazimierz Opaliński w roli starego aktora Borowicza (oraz szlifierza Karhana) i Zygmunt Lalek w roli wątpiącego Walczaka. Reszta jest drewniana jak drążki szturmówek. Nawet Andrzej Łapicki w roli tłuściutkiego pół-bumelanta.

Matko Boska Marksistowska, tyle procentów!

Polityka polityką, socjalizm socjalizmem, a aktor Borowicz szlifierzem Karhanem, a mnie dręczą wątpliwości. Gdyby przyjąć, że sztukę o szlifierzach można wystawić tylko po wizycie w fabryce i zapoznaniu się z procesem szlifowania, to czy żeby napisać o "Dwóch brygadach" powinienem: A) pójść do fabryki i poznać ciężki żywot szlifierza? B) pójść do teatru i poznać ciężki żywot aktora, poznającego ciężki żywot szlifierza? C) odwiedzić plan filmowy i poznać ciężki żywot aktora filmowego, poznającego ciężki żywot aktora teatralnego, poznającego ciężki żywot szlifierza? Zważywszy na brak na rynku powojennych fabryk, przedwojennych szlifierzy i powojennego socrealizmu, może wystarczy, że po prostu obejrzałem film?


Varia
1. Postać grana przez Kazimierza Opalińskiego krzyczy w pewnym momencie: "Zwyczajni ludzie na scenie są nudni!" Podsumowanie polskiego teatru w sześciu słowach.
2. "Ja w tych warunkach nie mogę dalej pracować!" - film o teatrze lub filmie bez tego zdania, to jak western bez "krzyku Wilhelma".
3. "Film" z 1950 r.: "w czynie lipcowym filmowcy polscy ukończyli produkcję filmu o 25 dni wcześniej".
4. Na deser piosenka. Poza zaangażowanym tekstem (zagadka - czyim? Rozwiązanie niżej) warto zwrócić uwagę na buty Hanki Bielickiej - wybitnie niesocjalistyczne.


============
Dwie brygady
1950
Czas:
86 minut
Reżyseria: zespół studentów PWSF pod kierunkiem Eugeniusza Cękalskiego
Scenariusz: Eugeniusz Cękalski, Krystyna Swinarska, Edward Szuster
Obsada: Zdzisław Karczewski, Kazimierz Opaliński, Zygmunt Lalek, Hanka Bielicka, Danuta Mniewska, Andrzej Łapicki, Tadeusz Łomnicki, Ludwik Sempoliński
Tekst piosenki:  Julian Tuwim

7 komentarzy:

  1. Obejrzałem. Śmiech śmiechem, konwencja konwencją, ale czy nie uważa Pan, że nawet w takim gniocie poziom i kultura gry są same w sobie wartością estetyczną, wcale nie taką banalną? Niektóre fragmenty są imponujące. Z punktu widzenia aktorstwa, powiedziałbym, że ten producyjniak stoi kilometry (trzy słonie) ponad większością dzisiejszych produkcji, nawet teatralnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim to chyba jednak nie produkcyjniak. Zaangażowany film, ideologia kapie z niego ciurkiem (no, w 1950 roku ideologia kapała ciurkiem nawet z przystanków tramwajowych), ale do klasycznego produkcyjniaka to mu jednak bardzo daleko. Produkcja szkolna, dyplomowa pozwalała zapewne na spore uniki polityczne.
      Porównywanie poziomu i kultury gry z współczesnym kinem jest nieco ryzykowne - pamiętajmy, że to jednak czasy zupełnie innej maniery, aktorzy wchodzący do filmu z teatru, często przedwojennego. Są w "Dwóch brygadach" fragmenty mocne aktorsko - głównie w scenach z Kazimierzem Opalińskim, są momenty przyzwoite, ale sporo gry drewnianej, która nawet w dzisiejszych "komediach sensacyjnych" by nie przeszła. Tylko jak to porównać? Ówczesny Kazimierz Opaliński jest lepszy niż dzisiejszy Olgierd Łukaszewicz, ale z kolei dzisiejszy Marcin Dorociński jest lepszy niż ówczesny Tadeusz Łomnicki?
      "Poziom i kultura gry"... Nie wiem. Myślę, że i wtedy, i teraz wiele zależało od scenariusza oraz od reżyserii. Taki Andrzej Grabowski - żenujący do potęgi w "Kiepskich" (nawet jeśli bierzemy pod uwagę konwencję) czy "Dublerach", a potem grający posępnego Gebelsa w "Pitbulu" - ten sam aktor, ten sam warsztat...
      Nie wiem. Przy takich dylematach wolę zdać się na subiektywizmy, na swój gust i zasadę misia: albo misię, albo misię nie :-) "Dwie brygady" oglądało mi się lepiej niż wiele współczesnych produkcji. Z różnych powodów, ale jednak lepiej. Tylko nie wynika z tego nic poza tym właśnie faktem i nie odważyłbym się snuć na tej podstawie żadnych poważniejszych rozważań o wyższości jednego kina nad drugim czy "świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia" :-)

      Usuń
    2. Zapewne ma Pan rację, ale jest coś szalenie atrakcyjnego w ustawieniu głosu, w jakości polszczyzny (nawet sztucznej), w bardzo świadomej technice gry dawnego polskiego aktorstwa (na tym konkretnym przykładzie), której autorstwo współczesne nie ma - albo inaczej, nie ma w większości produkcji, w których scenarzyści nie mają umiejętności pisania itd. Jeśli ktoś gra współcześnie dobrze, to gra dobrze i tyle. Ja też się w ocenach posługuję wyłącznie "misiami", ale przyznaję - że jest we mnie nostalgia za dawną konwencją.

      Usuń
    3. Atrakcyjnego w sensie sehenswürdigkeit (także technicznego, zawodowego) - jasne. Ale proszę sobie wyobrazić dzisiejsze filmy tak właśnie zagrane... A zresztą nie trzeba sobie wyobrażać - wciąż jeszcze można spotkać aktorów, którym zdarza się stosować podobne techniki i wtedy dopiero widać, jak bardzo się to zestarzało, jak bardzo dziś boli w oczy i w uszy, jak bardzo jest sztuczne. Bo pamiętajmy, że kunszt Kazimierza Opalińskiego - przykładowo, skoro już trzymamy się "Dwóch brygad" - widać tak wyraźnie, dlatego że tło ma, jak ma. Są w "Dwóch brygadach" sceny, w których Opaliński na pstryknięcie palca zmienia sposób gry, w których próbuje różnej intonacji kwestii - i jest scena, w której to samo ćwiczenie wykonuje jego młodsza (o wiele) koleżanka. Niebo a ziemia. Może wiec to nie tyle kwestia czasów, co kwestia osobowości aktorskich, stosujących techniki ze swoich czasów i tła, którego nie potrafi(-ło). Proporcje pewnie takie sam wtedy i dziś :-)

      Świadome aktorstwo... Nie wiem, za mało znam współczesne aktorstwo, zwłaszcza teatralne, żeby ocenić czy jest ono świadome, a jeśli - na ile jest. Wolę wierzyć, że czegoś jednak w szkołach uczą i to tylko wredna rzeczywistość filmowa w postaci złych scenarzystów, złych reżyserów i głupich producentów, jest wredna i każe aktorom chować warsztat w kieszeń, bo liczy się czas, pieniądz i dotacja z PISF. Ale mam, oczywiście, świadomość, że takiego pustelnika/aktora/maszynisty jakich widziałem w wykonaniu Kazimierza Opalińskiego już nie zobaczę, takich staruszek, jakie grywały Ćwiklińska i Ludwiżanka - tym bardziej nie i że zamiast perełek drugiego/trzeciego planu w stylu Zygmunta Zintela, jestem skazany na przeraźliwe "pola minowe" Jerzego Bończaka (żeby już po nazwiska młodszych nie sięgać).
      "I jednak mi żal"...

      Usuń
  2. Myślę, że - jeśli o mnie chodzi - to mówię chyba o dwóch rzeczach. Pierwsza, to jakość aktorstwa, która oczywiście i dzisiaj może być wspaniała. Ileś tam lat temu w jakimś wystawieniu szekspirowskim (Henryk któryś tam) pierwszy raz zobaczyłem na scenie Żmijewskiego, o którym jako aktorze, miałem zdanie dość chłodne. A tymczasem - był fantastyczny. W Siedmiu samurajach jest scena, w której Toshiro Mifune ujawnia, że jest chłopem - odmienność konwencji jest tam widoczna bardzo mocno, a mimo to - to jest kreacja, którą można oglądać bez końca. A zatem, tak , ma Pan rację - nie konwencja decyduje o poziomie aktorstwa, ale czynniki subtelniejsze, wśród których warsztat zapewne jest, ale ujawnia się na różne sposoby. A druga rzecz - to nostalgia, czysto subiektywne poczucie tęsknoty za czymś, co minęło i co teraz pewnie nabiera smaku, którego nie miało w swoich czasach.

    OdpowiedzUsuń
  3. - Wystawiamy sztukę o współzawodnictwie, o socjalistycznym stosunku do pracy - powiedział reżyser - Podchodzicie bez entuzjazmu do sztuki, bo nie rozumiecie zawartej w niej treści!
    Kropka po reżyser.

    - No, kończymy, bo za chwile będzie tu próba taneczna - zakomunikował reżyser.
    Za chwilę.

    - A kto wam, obywatelu, powiedział, że tu się będzie tańczyć? - mruknął Głos Wewnętrzny w ortalionie - Na próbie tanecznej będzie się podnosić świadomość polityczną. Coś wam się nie podoba?
    Kropka po ortalionie.

    - Od jutra zaczniemy chodzić wszyscy do fabryki! - zakomunikował reżyser - Tam zrozumiemy polityczną wagę tych problemów!
    Kropka po reżyser.

    Film w filmie (no, teatr w filmie) czyli zbiegi typu meta w zgodnej symetrii:
    Przecinek przed czyli.

    ale czas były takie, że konieczność dziejowa i polityczna miała prymat przez poziomem artystycznym.
    Czasy. // Przed.

    Należy głębiej wniknąć w sprawę. - komunikuje jeden z aktorów.
    Bez kropki przed myślnikiem.

    poza tym zaangażowanym namaszczeniem wygłasza referaty ideologiczne: "Mój drogi kto ciebie nauczył tak pracować? Czy myślisz, że murarz czyta gazety, kiedy kładzie cegły? Wyobraź sobie, że my również wyrabiamy normy. To nie jest temat do żartów! Idź do fabryki! Zobacz!"
    Brakuje kropki po zamknięciu cytatu.

    i w scenach teatralno-teatralnych i w scenach filmowo-teatralnych jest tak samo entuzjastyczny
    Przecinek przed drugim i.

    Postać grana przez Kazimierza Opalińskiego krzyczy w pewnym momencie: "Zwyczajni ludzie na scenie są nudni!"
    Brakuje kropki po zamknięciu cytatu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwzględniono 6 na 11 poprawek :-)
      Podziękowano.

      Usuń