2013-04-18

Generał Nil [2009]

Był sobie pomnik. Imponujący jak postać, którą przedstawiał. Ale twórca nie był zadowolony. "Może i dostojny ten pomnik, może potężny, ale jakiś taki... taki spiżowy, ponury, ciemny. Może ludzie go nie zauważą? Ma, co prawda, 75 metrów wysokości, ale strzeżonego pan z PZU strzeże". Chwycił twórca za narzędzia i dawaj pomnik szlifować, polerować, aż wreszcie pomnik świecił z daleka jak latania morska i oślepiał złotym blaskiem, że aż nie dało się na niego patrzeć bez bólu.

Generał Emil Fieldorf to postać pomnikowa sama w sobie i każdy, kto czytał o jego życiu i śmierci, kłania się z szacunkiem, czapkę zdejmuje, łzę ociera. Nic dodać, nic ująć, siadać i kręcić. Samograj. Ale nie z polskimi reżyserami takie numery, Brunner! Polski reżyser wie lepiej, polski reżyser musi odcisnąć swoje piętno, musi poprawić, wyszlifować, nabłyszczyć. "Ja lubię, żeby moje obrazy miały glanc! To porządniej wygląda" - dyszy polski reżyser i werniksuje zawzięcie. 


Bohater filmu jest mądry? Nie, nie wystarczy, żeby był mądry - on musi być genialny! Wszedł kiedyś na Gubałówkę? Co tam Gubałówka - niech wejdzie na Mont Blanc! Nocą! Tyłem! Z sześciorgiem uratowanych z pożaru dzieci na rękach. A wszyscy wokół niech będą podwójnie głupsi, potrójnie brzydsi, poczwórnie wredni i niech patrzą na naszego bohatera jak w obraz, a co szósty niech przechodzi Przemianę Duchową Pod Wpływem.

I tak też poczyna sobie Bugajski. Generał "Nil" był dowódcą Kedywu? Mało! Kto dziś w Polsce wie, co to Kedyw? Niech sam zaplanuje zamach na Kutscherę, niech rozstawi ludzi, niech pokaże skąd, dokąd i kiedy. I nieważne, że to bzdura kompletna - ważne, że pomnik się błyszczy i świeci, a podwładni niech patrzą w ten pomnik jak w obraz i niech zgłaszają wątpliwości, które Główny Bohater niech rozwieje w trymiga, a oni niech westchną z podziwem i z uznaniem pokiwają głowami. I niech najpierw powie "Wykonać rozkaz!", potem zrobi długą pauzę i doda twardo "Zabić", bo widz jest głąb i sam się nie domyśli, jaki był rozkaz, nawet jeśli w następnej scenie pokażemy mu scenę zamachu. I tak dalej, przez cały film - "Tylko pan może", "Bez pana organizacja nie przetrwa", "Dowodził największymi akcjami bojowymi w czasie okupacji", Naj, naj, naj...  czy trzeba, czy nie trzeba. Najsmutniejsze jest to, że przecież nie trzeba, a owe "zabiegi werniksujące" wypadają żałośnie w zetknięciu z prawdziwą biografią generała "Nila", wystarczająco fascynującą bez tego całego pompowania i nabłyszczania.

Pan kupi Stena - nowiutki, nieśmigany... a może pani kupi?

Niestety, reżyser moc czuje w sobie i nie dość, że pompuje i nabłyszcza, to jeszcze jedzie po drugiej bandzie: wrogowie generała nie mogą być po prostu wrogami, muszą być brzydcy, głupi, wulgarni i mieć wągry... O, kurde, ten chyba jest za sympatyczny.. E, panie, zrób pan minę! Jesteś pan ubekiem, musisz pan mieć minę. Ohydną najlepiej... Wybałusz pan oczy, kąciki ust do dołu i wrzeszcz pan "Kurwa!" - to będzie znakomity kontrapunkt, dzięki któremu nasz Główny Bohater wypadnie jeszcze piękniej!.
- Panie reżyserze, ale ja gram tylko kierowcę i nawet nie wychodzę z samochodu.
- Cicho! Wczuwaj się pan! Minę proszę!
Nie, nie domagam się ludzkich, przystojnych, miłych ubeków. W takim filmie byłoby to trudne, może nawet niepotrzebne. Proszę tylko, żeby nie przesadzać w żadną stronę, żeby nie traktować widza jak debila i żeby w XXI wieku nie kręcić kolejnego "Żołnierza zwycięstwa", tylko  o zwrocie przeciwnym.
I uprzedzam - jeśli jeszcze raz (tysiącpińcekuźwasiódmy) zobaczę scenę przesłuchania, w której ubeka filmuje się kamerą umieszczoną w 1/3 biurka i każe mu się przechylać przez blat oraz  wkładać głowę w obiektyw (żeby był brzydszy), nie wytrzymam i znieważę reżysera słownie. 

Chyba każdy filmowy ubek ma taką fotkę

Jeśli "Generała Nila" daje się oglądać to - poza samą historią generała "Nila" - głównie dzięki Olgierdowi Łukaszewiczowi. Nie przepadam za tym aktorem, ale tutaj stworzył postać silną, spójną i dzielnie bronił się przed "werniksującymi" zabiegami reżysera. Nawet kiedy scenariusz każe Łukaszewiczowi wygłaszać dęte teksty...
- I niech pan popatrzy teraz na nich z moralną wyższością! Jeszcze bardziej moralną!
...aktor potrafi złamać nadmiar patosu spojrzeniem, gestem czy choć tym, że nie dudni patriotycznie, tylko mówi cicho i lekko drżąco. Może nie jest to najlepsza rola Łukaszewicza, ale na pewno z pierwszej trójki jego dorobku.
Problem w tym, że Łukaszewicz nie ma partnerów. Nie dano mu jakiegoś jednego przeciwnika, postać Różańskiego pojawia się za rzadko, a Jacek Rozenek ulega presji reżysera i gra "och-jakże-złego", "och-jakże-prymitywnego" i "panie Jacku, może niech się pan nie skupia na tym politycznym wątku w zdaniu i nie robi z siebie filozofa, tylko niech pan bardziej zaakcentuje 'kurwę'. Wie pan, to w końcu ubek..." Jedna dobra scena - w której wyjaśnia "dlaczego Fieldorfa nie można 'tak po prostu'..." i tyle. Dobre epizody zaliczają Tadeusza Bradecki i Adam Woronowicz w scenie obrad Sądu Najwyższego, Alicja Jachiewicz nie ma za dużo do grania, ale to co ma, gra naprawdę dobrze, Magdalena Emilianowicz i Anna Cieślak w rolach córek generała żenują bardzo, ale połowę mogą zwalić na scenarzystę, współpracownicy mają być tłem i tłem są, wtapiają się w ściany i pół godziny po seansie nie pamięta się ani twarzy, ani nazwisk. Z jednym wyjątkiem...


Maciej Kozłowski. Na ekranie ile? Dwie minuty? Może trzy... - Oscar, wzór i bardzo proszę, żeby scenę z nim pokazywać w szkołach teatralnych, filmowych oraz na wydziałach historycznych szkół wyższych. Jedni będą się mogli nauczyć grać, a drudzy będą mogli przejść przyspieszony kurs historii stalinizmu w Polsce - tego, jak młyny historii i ustroju miażdzyły ludziom ciała i charaktery. Scena, w której przerażony Kozłowski zeznaje w sądzie, cicho mamrocząc w kółko te same zdania, wbija w fotel. Scena tortur, oczywiście też robi wrażenie, ale tortury są dosłowne, a scena sądowa wymaga wiele od aktora. Od widza w sumie też.

W jednym momencie reżyser poszedł na spore ryzyko i poległ. Scena z pobitym więźniem, wymyślającym współosadzonemu rabinowi od parchów i zwalającym na niego odpowiedzialność za "rządy ubecko-żydowskiej szajki" daje się obronić. Nie tylko dlatego, że wydarzyła się naprawdę (a wydarzyła się), ale dlatego, że takie postawy wówczas zdarzały się i to niekoniecznie rzadko. Zresztą, wystarczy internet i nawet ograniczenie do jednego czy drugiego forum filmowego, by przekonać się, iż nie tylko wtedy. Ale scena, w której sędziowie Sądu Najwyższego wyjaśniają sobie nawzajem, że przecież w większości są narodowości żydowskiej - to już było przegięcie. Nie dlatego, że temat drażliwy, nie dlatego, że byli/nie byli i co to miało do rzeczy - dlatego, że reżyser pojechał prymitywnym "oznajmizmem". Ot, jedna postać drugiej postaci ni w pięć, ni w dziewięć coś nagle gromko oznajmiła, po czym obie zamilkły, żeby pauza podkreśliła wagę oznajmienia. No, kurczę, żeby reżyser z takim stażem kręcił sceny à la Wionczek? Naprawdę nie można tego było zrobić choć ciut inteligentniej?

Dzień dobry, jestem stereotypem. I prokuratorem. Którymś bardziej.

A propos "ciut inteligentniej": film otwiera scena, w której wracający z łagru generał ratuje życie młodemu chłopcu. W połowie filmu spotykają się w pociągu: generał jako pasażer, Michał jako konduktor. A w ostatnich scenach okazuje się, że ów Michał jest jednym ze strażników, prowadzących generała na śmierć, co oczywiście przeżywa długo i bardzo. Symbolizm sztachety z finezją kafara. Przepraszam, wymiękam. Podobnie jak w scenie pożegnania z rodziną, która napisana jest fatalnie, zagrana okropnie, a poza tym nie ma absolutnie nic wspólnego z prawdą - widzenia były pojedyncze, a w czasie ostatniego spotkania z żoną generał nie tylko odmówił napisania podania o łaskę, ale stanowczo zabronił takich starań rodzinie.

Czy to jest zły film? Nie, to nie jest zły film. To solidne kino, wyrastające z lat 70. i 80., poprawne, stabilne, porządnie nakręcone. Lubicie "Hubala"? No to to jest bardzo podobny film - w sposobie realizacji, w budowaniu postaci, akcji, napięcia itd., bohater kontra parszywe czasy, tragiczny koniec. Plus misja edukacyjna - bo to też trzeba docenić. Sporo osób tylko dzięki temu filmowi dowiedziało się, że istniał ktoś taki jak Emil Fieldorf, sporo osób dowiedziało się, co się działo w więzieniu na Rakowieckiej i że nie trzeba było być wrogiem ustroju, nie trzeba było z nim walczyć, żeby ów ustrój przemielił człowieka na trociny. To spora wartość tego filmu. Bo to jest jednak film, a nie podręcznik historii. Może coś pokazać, zasygnalizować, ale nie jest w stanie w dwie godziny pokazać i nauczyć całej historii. I chyba nie powinien, bo jeśli będziemy się uczyć historii z filmów... ojacie i łobosiu. Choć umówmy się - większość i tak będzie.

A że się wkurzałem... No, wkurzałem się i będę się wkurzał. Bo to nie musiał być film solidnie poprawny z prymitywnymi momentami - przy takim potencjale mógł być naprawdę dobry i mocny.



Varia:
1. Po "Przesłuchaniu" i "Śmierci rotmistrza Pileckiego" to trzeci film Ryszarda Bugajskiego  dotyczący czasów i represji stalinizmu. Czy jeśli nazwę te trzy filmy "tryptykiem rakowieckim" to będzie to nadużycie czy tylko grafomania?
2. W pierwotnej wersji plakat filmu przedstawiał szubieniczną pętlę, z zawieszonym na niej krzyżem Virtuti Militari. Plakat zmieniono po proteście córki generała.
3. Nie był to jedyny protest pani Marii Fieldorf-Czarskiej: negocjacje z twórcami trwały długo i kończyły się kompromisami, które tak naprawdę nikogo nie zadowalały.
4. Muzyka - żenująca. Shane Harvey (kimkolwiek jest) - zapamiętać i omijać.
5. Równie żenująca charakteryzacja - odklejające się wąsy, krzywo osadzone peruki, z kilometra wołające: "Miałam być na głowę tego drugiego szatyna, ale znowu ktoś nie dopilnował i wylądowałam na rudym!" 
6. Nieścisłości historyczne sobie daruję. Film miał pecha, że trafił na widza nadmiernie zorientowanego w temacie, ale czytelnicy Poliszmuwi nie muszą być narażeni na epatowanie historycznym przyczynkarstwem.


===========
Generał Nil
2009
Czas:
120 minut
Reżyseria: Ryszard Bugajski
Scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz, Ryszard Bugajski
Obsada: Olgierd Łukaszewicz, Alicja Jachiewicz, Magdalena Emilianowicz, Anna Cieślak, Zbigniew Stryj, Jacek Rozenek, Maciej Kozłowski i inni.
Dotacje PISF: 66 000 (rozwój projektu), 2 897 000 (produkcja - twórcy wnioskowali o 2 mln),  150 000 (produkcja kopii), 9 624.93 (promocja na zagranicznych festiwalach), 19 634.78 (zgłoszenie do selekcji na MFF Cannes 2009) itd. itp.

3 komentarze:

  1. Wie pan, to w końcu ubek..."
    Zabrakło kropki po.zamknięciu cytatu.

    współo-sadzonemu
    Współosadzonemu.

    Zresztą, wystarczy internet i nawet ograniczenie do jednego czy drugiego forum filmowego, przekonać się, iż nie tylko wtedy.
    By przekonać się.

    a'la
    À la.

    Dzień, dobry jestem stereotypem.
    Ten przecinek powinien stać przed jestem.

    A propos
    À propos.

    to będzie to nadużycie, czy tylko grafomania?
    Bez przecinka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, u mnie za to atakuje dzika kropka zamiast spacji:
      po.zamknięciu

      Usuń
    2. Uwzględnionych 6 na 7 poprawek :-)

      Usuń