2013-04-12

Jutro Meksyk [1965]

- Hahahaha! Wygrała! Wygrała! Wygrałaś! Wygrała! Hahahaha! Hahaha! Wygrała! Wygrała! Hahahaha! Wygrała!
Gdyby ktoś był ciekaw, jak się skończyło - już wie i może sobie oszczędzić oglądania.

Zapowiadało się przyzwoicie. Trener kadry skoczków do wody dostaje kopa z posady i dożywotnią dyskwalifikację na deser. Ląduje w Gdyni i jako opiekun na miejskiej pływalni uczy dzieci żabki i innych takich. Deklasacja, wódka, przygodne romanse, konflikt ideowy z kierownikiem basenu albo powolne dorabianie się własnego M-ileś w ramach popierania "małej stabilizacji" - możliwości było mnóstwo, ale Aleksander Ścibor-Rylski postanowił pójść na łatwiznę: zdyskwalifikowany trener fachowym okiem dostrzega nieoszlifowany talent, szlifuje go, wraca do sportu, talent wygrywa...
- Dziędobry - ukłonił się schemacik - Może dołożymy jeszcze uczucie?
O, uczucie też będzie. Jakże tak, bez uczucia? Uczucie musi być! I choć jest go mało - to jednak jest.

Dekonstrukcja bohatera postromantycznego

Trener Jańczak jest sportowym tyranem i orze swoimi zawodnikami jak chłop babą w XII wieku (minus chomąto), a w dodatku po dyskwalifikacji pozbywa się wyrzutów sumienia i do celu idzie przy użyciu metod zróżnicowanych etycznie. Dwukrotnie na ekranie oglądamy szantażyk: raz bucowaty, a raz idiotyczny, ale nie w tym rzecz - ważne, że reżyser pokazuje nam ciemną stronę charakteru trenera. Żebyśmy jednak trenera nie znielubili (nie po to zatrudniamy Cybulskiego, żeby publiczność od postaci odstraszać) dostajemy łzawą opowiastkę o tym, jak ze swojej nędznej pensji utrzymuje nie tylko siebie, ale i wynaleziony talent w postaci zgrabnej nastolatki, fikającej pod jego kierunkiem koziołki nad taflą wody. Kurczę, nieźle musieli zarabiać nauczyciele pływania dla młodszej młodzieży, skoro trenera stać było nie tylko na utrzymanie siebie (okazjonalnie mocno alkoholowe), ale także zawodniczki, pomieszkującej w oddzielnie wynajętym pokoju z wyżywieniem (koszta sportowe - osobno).

I tak jest przez cały film: oto dobra strona trenera, widzu - lub go, a oto zła strona trenera, widzu, polub raczej jego zawodniczkę. O, jaki on potwór i glizda! Ale dziennikarz większa glizda wobec trenera! Ale za to trener jest glizda wobec bufetowej! Ale napadnięty przez trzech motocyklistów daje im radę i jeszcze rzuca żarty o Verdun (nie pytajcie). Ale go zdyskwalifikowali! Ale chyba mieli rację!... A w tym wszystkim Zbigniew Cybulski grający Zbigniewem Cybulskim do znudzenia: miny, gesty, wymowa i okulary. Plusy gonią minusy, znoszą się nawzajem i w połowie filmu ma się dość Cybulskiego równie mocno, co granej przez niego postaci.

- Och, a ja taka jestem nieubrana! - Nie szkodzi, ja jestem nieogolony.

Postać... kurczę, nie pływaczki, bo ona nie pływa, tylko skacze... więc jak - "skoczkini"?... Postać dziewczyny jest mdła. Młoda, ładna, sympatyczna, momentami trochę zazdrosna... Joanna Szczerbic stara się jak może (inna sprawa, że niewiele jeszcze może), ale naprawdę nie ma za dużo do grania - papier kolorowy to też tylko papier.

Największą wadą filmu są rozwiązania typu "Pomysłowy Dobromir" - Ściborowi-Rylskiemu coś jest potrzebne do scenariusza, więc rysuje to sobie Zaczarowanym Ołówkiem, zdejmuje ze ściany i używa. Trener zaczepia na basenie dziewczynę, każe jej włazić na trampolinę i skakać, więc ona posłusznie skacze, a jej trzech kolegów nie wrzuca trenera do wody. Parę dni później trener wyciąga ją z zabawy tanecznej i znowu każe skakać, a ona zamiast drzeć swoją twarz i orać paznokciami twarz trenera, znowu posłusznie skacze. Trener urządza jej skrócony kurs na Arnolda Schwarzeneggera plus balet i batut, a ona grzecznie daje sobą orać i nawet nie zapyta, dlaczego. Trener każe jej rzucić szkołę i pracę - to samo. Trzeba żyć z jednej pensji w dwóch miejscach? To się żyje. Trzeba się przeprowadzić na zimę do drewnianej szopy ze szparami na dwa palce - to się przeprowadza, a potem się siedzi w samej koszuli nocnej (odporni ci sportsmeni) i wciska kity typu:
- Śpi pan?
- Śpię.
- Przecież widzę, że pan nie śpi.
- No dobrze, nie śpię.
- To niech pan coś opowie.
- Co mam opowiedzieć?

Kurde, nie wiem... może historię o scenarzyście, który postanowił nakręcić własny scenariusz i wyszła mu półtoragodzinna piła, bo przecież sam siebie ciąć nie będzie, a poza tym miał płacone od minutażu?

Do końca seansu wytrzymali tylko najwytrwalsi

Najciekawsze wątki albo urywano, albo puentowano w stylu żałosnym. Trener ma romans z kierowniczką kawiarni - a to pocudzołożą sobie, a to herbatkę wypiją ("Dobra herbata, z Baltony") z fikuśnych filiżanek, a to cynizmem się wymienią, ale kiedy do rozstania przyjdzie, trener dramatycznie stłucze swoją filiżankę i tonem zdradzonego Romeła Mąteki wycedzi: "Wystarczy ci jedna!" Konflikt z działaczami mógł się nieźle rozwinąć, ba! mógł się stać osią filmu, ale rozpłynął się w basenie i wsiąkł w podłoże. Podobnie scenki z prezesem, urządzającym nocne imprezki na pływalni. Za to w celu duszoszczipatielnym dostajemy dawnego podopiecznego trenera Jańczaka o kulach i na wózku.
- Aha, to dlatego trenera zdyskwalifikowali?
Nie, nie dlatego - wypadek miał miejsce trzy lata temu, a trenera zdyskwalifikowali przed rokiem. Żeby było weselej, przed rokiem go zdyskwalifikowali dożywotnio, a pół roku później zawiesili.
- Przecież to bez sensu!
No!

Obywatelu, oszczędzaj filiżanki - pij z butelki!

Film dryfuje do finału, a znudzony widz obserwuje, jak podopieczna trenera wpada w histerię, skakać nie chce, choć wygraną ma na wyciągnięcie ręki i przejąć się tą histerią nie umie. Zresztą widz nie musi się przejmować, bo trener mówi: "Na wieżę, już!", a ponieważ czas i filmowe osobodniówki gonią, podopieczna włazi, skacze, wygrywa... i wtedy w histerię - ale radosną - wpada trener. A potem następuje dramatyczny finał: podopieczna po zwycięstwie ucieka, trener zdaje sobie nagle sprawę, że uczucie gorące nim trzepie, więc rzuca się w pogoń za taksówką. Biegnie nasz biedny Cybulski i wydziera się na całe Bielsko i całą Białą.
- Majkaaaaa! Kochanieeee! Wróóóóóóóć! Maaaaajkaaaaa!
- Maryśkaaa! - giuseppuje z rechotem wredny widz, bo skoro twórcy sobie jaja robią, to niby czemu widz by nie miał również. Zresztą trener zaczyna biec i wrzeszczeć dopiero wtedy, gdy taksówka z jego podopieczną znika za odległym rogiem, co może świadczyć, że robi to tylko z obowiązku i wymagań scenariuszowych, a tak naprawdę nie chce, żeby wróciła. Bo gdyby chciał, to zacząłby 500 metrów wcześniej.

Na pustej scenie zostaje tylko dawny podopieczny trenera, bo mu się wózek zaciął. I myśl zostaje, że gdyby ten film nakręcono w latach 50., to podopieczna przegrałaby zawody - za karę, że porzuciła praktyki robotnicze. Gdyby film nakręcono w latach 70., podopieczna przegrałaby zawody i także uszkodziłaby sobie kręgosłup, a gdyby film nakręcono w latach 80. - podopieczna przegrałaby, uszkodziłaby sobie kręgosłup, a trener rozpiłby się i zginął tragicznie w Tatrach. A gdyby film nakręcono w latach 90. nie byłoby żadnego skakania do wody - byłaby mafia, Linda i cycki. I Pazura.

Z aktorskiego tła wybija się Teresa Szmigielówna i Zygmunt Kęstowicz, ale tylko dlatego, że mówi głosem Witolda Pyrkosza. I muzyka Wojciecha Kilara się wybija.

Siedmiu przeciw Tebom. Trzech przeciw trenerowi. Jeden przeciw WSK-om.


Varia
1. Cybulski, wagon kolejowy, Wybrzeże, Teresa Szmigielówna, "chirurg, któremu nie udała się operacja"... Tak mi się jakoś z "Pociągiem" skojarzyło.
2. W pierwszych scenach Cybulski jest nieogolony, potem na zbliżeniu buzia gładziutka jak u Joanny Szczerbic, a sekundę potem znowu wygląda jak zbój Madej na kacu.
3. W scenie pierwszego spotkania trenera i jego podopiecznej, trener uczy siedmiolatki pływać. Ale kiedy zaczyna rozmawiać z dziewczyną i każe jej włazić na wieżę, olewa dzieciarnię, która niech się topi na zdrowie, bo scenarzysta właśnie zawiązuje akcję. Bardzo niewychowawcze.
4. Dwa lata później Zbigniew Cybulski zagrał trenera lekkoatletycznego w "Jowicie". Rola drugoplanowa, ale tę w "Jutro Meksyk" kładzie na łopatki i przygniata kolanem.


============
Jutro Meksyk
1965
Czas:
89 minut
Reżyseria: Aleksander Ścibor-Rylski
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski
Obsada: Zbigniew Cybulski, Joanna Szczerbic, Teresa Szmigielówna, Tadeusz Schmidt, Leon Niemczyk, Zygmunt Kęstowicz.

2 komentarze:

  1. - Dziędobry - ukłonił się schemacik - Może dołożymy jeszcze uczucie?
    Kropka po schemacik.

    Największą wadą film są rozwiązania
    Filmu.

    Arnolda Schwarzenneggera
    Schwarzeneggera.

    nawet nie zapyta, dlaczego
    Bez przecinka.

    wycedzi: "Wystarczy ci jedna!"
    Kropka po zamknięciu cytatu.

    Trzech przeciw trenerowi,.
    Zbędny przecinek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki - trzy na sześć uwzględnione i wprowadzone, a najbardziej mi wstyd za Arnolda Schwarzeneggera :-)

      Usuń