2013-04-24

Wyrok na Franciszka Kłosa [2000]

Dawno, dawno temu, za górami za lasami, a konkretnie w Grodzisku Mazowieckim żył sobie policjant Franciszek Kłos. Kanalia to podobno była straszna: donosił, rabował, mordował, polował na Żydów i konspiratorów. Ci ostatni mieli w końcu Kłosa dość, wydali wyrok, wykonali, amen. Na postawie tej historii, mieszkający w Grodzisku Stanisław Rembek napisał opowiadanie, a Andrzej Wajda nakręcił... licho wie co - jedne źródła podają, że film, inne że spektakl Teatru Telewizji.

Wajda sięgnął po grecką tragedię - bohatera ustawił w pozycji bez wyjścia, rzucał go od zbrodni do spowiedzi, od spowiedzi do kolejnej zbrodni, od zbrodni do kary, starannie zamykając mu drogi wyjścia z tragicznego kółka, małomiasteczkowych "notabli" ustawił w roli greckiego chóru, wyjaśniającego i komentującego, Mai Komorowskiej kazał grać antyczną matkę... Pomysł był całkiem niezły, ale niestety nie wypalił.

- No, sama pani widzi - to się rozłazi na poziomie motywacji

Bohater rzeczywiście brnie od zbrodni do zbrodni, rzeczywiście przeżywa wyrzuty sumienia i bezskutecznie usiłuje się wyrwać z kręgu zła, ale wszystko to jakieś takie... No, takie jak miasteczko, w którym rozgrywa się akcja. Niby wielki dylemat, a tak naprawdę przypadek, niby ludzka tragedia, a tak naprawdę bimber z buraków, niby godność ludzka i rozpaczliwie poszukiwanie miejsca w świecie, który rozpadł się pod wpływem wojny, a tak naprawę recytowanie scenariusza, w którym co chwilę coś się pruje, a coś się gubi. Czekamy na tragedię człowieka, chcącego pilnować prawa i wykonywać polecenia przełożonych najlepiej, jak umie, bo na tym polega jego praca, człowieka, który widzi, że to, co robi jest złe, ale po prostu nie umie robić nic innego, więc krok za krokiem, czyn za czynem coraz głębiej się pogrąża: jeden błąd pociąga za sobą drugi, drugi pociąga trzeci... Czekamy, czekamy, czekamy... ale na ekranie ciągle mamy jakiegoś półgłówka, który wali bimber szklankami i wyszczerza się w przymilnym uśmiechu: "Pogłaszcz mnie, a będę wiernie służył, aportował i przynosił gazetę", jakąś umundurowaną tępotę, która czyni zło, bo... no bo właśnie jest tępa i wiecznie pijana. Nie żadne tam dostojewszczyzny dramatyczne, tylko moralitet o "Krokusie, symbolu trzeźwości", nie groza przypadku, budzącego drzemiące w człowieku zło, tylko IQ 40 w czapce z daszkiem i ech, jaka ta sanacja zła była, że kogoś takiego do służby przyjęła.

Chodzący Stojący (na baczność) entuzjazm.

I dobra - niech sobie będzie Kłos zły, prymitywny, niech będzie chodzącą zbrodnią, zionącą wódą. Z tego też coś da się zrobić filmowo. Tylko proszę - konsekwencji odrobinę i trzymajmy się czegoś, co pozwoli choć w części zrozumieć racje bohatera.

Od strony "technicznej" ogląda się to źle, a momentami bardzo źle. Nie wiem, czy Wajda naczytał się o Dogmie, czy naoglądał "997", ale pomysł kręcenia na betakamie był fatalny, bo zamiast namiastki dokumentu mieliśmy jakieś wprawki przedweselne, ujęcia z ręki wywoływały chorobę lokomocyjną, a nowatorstwo filmowania pod pełne słońce albo z głębokiego cienia wywoływało u mnie chęć wyrwania sobie oślepionych oczu (jak tragedia, to na całego). Gdyby reżyser nie nazywał się Wajda, tylko Dupaczewski i gdyby kręcił właśnie dyplom... to chyba musiałby go kręcić jeszcze raz, bo komisja egzaminacyjna zwyzywałaby go strasznie. Jest parę typowych dla Wajdy malowniczych ujęć - kawiarniany "chór" przy stole, czy finałowe wejście matki Kłosa do kościoła, przy którym "chór" umiejętnie rozstawiony robi za tło, ale kaman - to nie są ćwiczenia z perspektywy, tylko półtoragodzinny film/spektakl, którego nie da się opędzlować tym, że reżyser dwa razy kogoś umiejętnie ustawił lub usadził. 

Nowatorskie ujęcia pozostawiają widzowi szerokie pole do interpretacji

Aktorsko - bardzo mizernie. Baka robi, co może, a ponieważ może sporo, to i sporo robi. Ma momenty naprawdę świetne - jak wtedy gdy z zimną twarzą i pogardliwym okiem strzela obcasami i hajhiltuje małomiasteczkowym osobistościom - ma momenty takie sobie, ale tak naprawdę sam ciągnie ten rozłażący się w szwach film/spektakl. Grażyna Błęcka-Kolska zgrzyta strasznie. Nie dość, że kwestie ma napisane sztachetą, to jeszcze podaje je z tą swoją specyficzną melodią, która pasuje może do filmów Jana Jakuba, ale tutaj najpierw irytuje, a potem zaczyna śmieszyć (jeden z objawów bezsilności). Kłos z pistoletem w dłoni oznajmia, że chce zabić dzieci, a Błęcka-Kolska mamrocze na nutę "Jańcia Wodnika: "Uspokój się Franuś, wszystko będzie dobrze, wyśpisz się, wypoczniesz" i od razu gdzieś w powietrzu unosi się duch mamy Miauczyńskiej: "Zupy ci ugotowałam, zjesz, pomidorowa, może dobra, zjesz..." I broni się człowiek przed tym, ale mijają dwie minuty i Błęcka-Kolska znowu zaczyna monotonną mantrę: "Możesz się wyspowiadać, żałować za grzechy, pokutować..."
- Zupę ci ugotowałam, pomidorowa...
- Zjesz może zupę, Franuś, którą dla ciebie ugotowałam? - mówi Błęcka-Kolska i przepadło, dziękujemy za uwagę i pomyłki w castingu.

Parasol noś i przy pogodzie, siekierę miej i pod poduszką.

Maja Komorowska czuje klimat antycznej tragedii i tak też gra, przez co oglądanie jej jest nieco ciężkawe, ale w ostatniej scenie pokazuje, ile potrafi dobry aktor zagrać jednym słowem i stawia naprawdę mocną pieczęć. Globisz w formie i w normie, ale kiedy się zapomina w monologach, widać, że dentysta jeszcze swej pracy nad górną prawą jedynką nie skończył.. Chyra, Żentara i Żmijewski szczerzą się teutońsko jak prawdziwym Niemcom z filmu przystoi i co chwilę rechoczą "Hehehebrawakerl!", przy czym Chyrę da się oglądać, Żentarę się wspomina, a Żmijewski żenuje do imentu. Niezły jest Mieczysław Grąbka, który bodaj "Wyrokiem..." właśnie wrócił do aktorskiego obiegu, momenty ma Tadeusz Wojtych. O reszcie nie ma co nawet wspominać, bo nabrałby człowiek ochoty, by po prostu wyciąć fragmenty z ową resztą. A, nie - moment! Jest jeszcze Paweł Królikowski, grający księdza. Nie, żeby jakoś przejmująco zagrał - nic z tych rzeczy. Gra cienko, po prostu zapada w pamięć, gdy wygłasza do Kłosa ortodoksyjnie religijne teksty, ale na twarzy ma wypisane wołami: "Masz szczęście, łachu, że jestem na służbie bożej, bo inaczej wpierdzieliłbym ci tym oto krucyfiksem, dołożył ze dwa kopy i napluł w oko. Masz rozgrzeszenie i wypieprzaj, zanim się rozmyślę". Nic dziwnego, że potem dostał rolę twardziela w "Pitbulu".

Plastikowa figurka ojca Mateusza do nabycia z szerokim asortymentem strojów

Warto? Nie, nie warto. No, chyba że ktoś lubi Mirosława Bakę, wtedy bi maj gęś. Lepiej przeczytać oryginał. Wrróć - chyba lepiej. Nie wiem, bo nie czytałem (szejm on mi), ale znam parę innych dzieł Stanisława Rembeka, więc przypuszczam, że drukowany "Wyrok..." gorszy niż filmowa wersja nie będzie.

Film wzbudził sporą dyskusję w sieci. Oczywiście nie filmową, tylko polityczno-historyczną. Wajda został wyzwany od antyPolaków i oskarżony o bezczeszczenie dobrego imienia narodu oraz Policji Państwowej "której aż 20% funkcjonariuszy współpracowało z AK, a trzech otrzymało tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata". Przez pewien czas czytanie tego było zabawne (w nieco perwersyjny sposób), ale po tygodniu przestało. 

- I tak wysoko możecie mi panowie skoczyć - pomyślał plutonowy.



Varia
1. Scena, w której Kłos zabija żydowską rodzinę, zamiast grozy wywołuje niesmak. Reżyserowi nie wystarczyło, że dwukrotnie oznajmił publiczności, kogo Kłos w towarzystwie Niemców jedzie zabić - musiał jeszcze to pokazać w sposób niepozostawiający wątpliwości. No i mamy na ekranie arche-stereo-typ ludowego Żyda: czarne kręcone włosy, wielki nos, grube wargi, wyłupiaste oczy.. Zabrakło tylko pejsów oraz czapy z bobra i mielibyśmy uciekającą broszurę propagandową z epoki.
2. Odbijanie więźniów na rynku to czysta żałość. Kamera się trzęsie, kurz się unosi i zasłania wszystko, dźwiękowcy błagają, żeby krzyczeć tylko między strzałami, motocyklista z zapamiętaniem jeździ w kółko, bo skoro już zatrudnili jego grupę rekonstrukcyjną, to korzystajmy z okazji i niech pan nie wysiada, panie Żmijewski, bo pan sobie rękę złamie... I niech pan na mnie nie krzyczy, bo ja się pana nie boję! Sam pomysł, że na jakimś zadupiu oddział AK w biały dzień odbija więźniów z publicznej egzekucji jest mocno dyskusyjny, ale sposób w jaki nakręcił to Wajda... Część Niemców ginie zanim padną strzały, reszta ucieka przed 20 partyzantami, którzy z kolei uciekają przed jednym granatowym policjantem, a na środku rynku stoi sobie niemiecki oficer z parabelką, kule go omijają, wybuchające pod stopami granaty włos mu jeno rozwiewają, trwa to w nieskończoność, Adaś Miauczyński biega na zapleczu i robi sztuczny dym, a Wiesław Dymny nie udaje galopującej husarii tylko dlatego, że od wielu lat nie żyje.
3. Mała Józia, którą rodzice wysyłają po "górala" dla Kłosa... poznaliście? Chyba nie, bo dziewczyneczka miga zaledwie. Joanna Jabłczyńska - późniejszy przydział służbowy: "Nigdy w życiu" i "Na Wspólnej".
4. "Wyrok..." to nie "Szeregowiec Ryan", gdzie były setki statystów i tysiące detali - tu było paru umundurowanych, w tym tylko jeden ważny. Tym łatwiej było chyba dopilnować detali, prawda? Na przykład tego, żeby kabura była zawsze po prawej stronie, a nie wędrowała dookoła głównego bohatera jakby sama nadużywała bimbru. 
5. Plenery kręcono w miejscowości Parysów. Nie byłem i się nie wybieram.
6. Grąbka gra niejakiego Chomińskiego. Globisz mówi do niego "kauzyperdo", ale w końcowych scenach widzimy go, jak prowadzi dworcową knajpę. Przy czym przez 3/4 filmu siedzi w knajpie ciotki Sroczyny jako klient. Coś mi tu nie gra...



============
Wyrok na Franciszka Kłosa
2000
Czas:
96 minut

Reżyseria: Andrzej Wajda
Scenariusz: Andrzej Wajda, Zygmunt Malanowicz, (na podstawie opowiadania Stanisława Rembeka)
Obsada: Mirosław Baka, Grażyna Błęcka-Kolska, Maja Komorowska, Krzysztof Globisz, Mieczysław Grąbka, Andrzej Chyra, Artur Żmijewski, Edward Żentara i inni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz