2013-05-31

Randka w ciemno [2010]

- Żeby wreszcie zdarzyło się w twoim życiu coś, co sprawi, że nie będziesz tak cholernie smutna!
Cóż, polskie "komedie romantyczne" nie sprawią tego na pewno.

Majka jest studentką anglistyki i mieszka we Wrocławiu. Że mieszka we Wrocławiu - orientujemy się po tym, że twórcy pokazują nam Wrocław. Że jest studentką anglistyki orientujemy się po tym, że twórcy każą Majce oznajmić nam to dwukrotnie. Każą jej także mówić po angielsku (też dwukrotnie), ale niestety, z tego nie możemy zorientować się, że jest studentką anglistyki. Chwilami nie możemy się nawet zorientować, że mówi po angielsku.

Majnejm iz Awekple Zir

Majka jest nieszczęśliwa, bo rzucił ją Linda. Kuba jest nieszczęśliwy, bo Majka nie zwraca na niego uwagi. Karol jest wściekły, bo Kuba oblewa go piwem. Kuba oblewa go piwem, albowiem Karol jest bucem. Koleżanki Majki, by poprawić jej humor i życie osobiste, wysyłają ją do "Randki w ciemno". "Randka w ciemno" wysyła Majkę w rejs po morzu Śródziemnym z Karolem. Wciąż nieszczęśliwy Kuba wysyła się do Londynu. Karol okazuje się mniejszym bucem niż sądzono. Zimna sucz telewizyjna manipuluje nagraniami. Karol okazuje się jednak większym bucem niż sądzono. Majka wysyła Karola do diabła i samą siebie do Kuby. Karol wysyła sygnały do zimnej suczy telewizyjnej, a zimna sucz telewizyjna sygnalizuje, że ma orgazm charcząc "AAAAAARGH!" i dodając lubieżnie "Kurwa, obraz spadł!"
Bo spadł. 
Widzom spadł za to poziom cukru i odporności.
Kuba pomaga Majce, koleżanki Majki pomagają Kubie. Karol odbucowuje się odrobinę, zimna sucz telewizyjna robi Karolowi loda. Kuba oznajmia, że nie jest gejem, Majka oznajmia, że nikt nie jest doskonały. Koniec. 

To jest witz. W witzu - Szyc.

To miała być komedia. Nie była. Chyba, że kogoś bawi sam dźwięk słowa "kurwa" - wtedy bi maj gęś i happy hehehe. Ja w każdym razie nie uśmiechnąłem ani razu, choć ogólnie jestem człowiekiem prostym i dość łatwo mnie rozbawić. Najbliżej uśmiechu byłem, gdy w czołówce pojawił się napis: "Ze specjalnym udziałem Danuta Stenka...", bo nie mogłem sobie przypomnieć kim jest Danut Stenek, a potem przypomniał mi się obywatel Bokoleszcz, który się nie odmieniał.

Dialogi... niedobre. Bardzo niedobre dialogi są.
- No, jak miałem ci powiedzieć
- Co powiedzieć?
- Nie udawaj, że nie wiesz!
- No nie wiem
- No, że ten... A, nieważne.

Na szczęście to typowy polski film, więc połowy dialogów nie słychać, bo dźwięk jest do dupy. Słychać za to dokładnie każdy bluzg. "Kurew" i "pierdolenia" jest w "Randce w ciemno" więcej niż chamskiej reklamy produktplejsmętu, a to sztuka, bo chamskiej reklamy produktplejsmętu jest naprawdę dużo - w ciągu pierwszych 30 minut naliczyłem aż 17 przypadków, a nie skupiałem się specjalnie. 33 podmioty reklamowały się w tym filmie i twórcy w pewnym momencie musieli pójść na hurt: w końcu zamiast kobiety reklamującej herbatę i kobiety reklamującej chusteczki, możemy pokazać kobietę reklamującą chusteczki i herbatę równocześnie, prawda? A kobieta wracająca z zakupów może mieć torbę jednej firmy, ale może mieć dwie torby dwóch firm i każdą pokazać do kamery. Rekord filmu to cztery chamskie reklamy produktplejsmęty na jednym obrazku i obawiam się, że to nie jest ostatnie słowo polskiej kinematografii.

Dostajemy za tego misia jako konsultanci 20% ogólnej sumy jego kosztów. Więc im on jest droższy, ten miś...

"Randka w ciemno" od początku do końca wygląda jak wielki słup reklamowy, ustawiony tylko w jednym celu: żeby twórcy mogli zaliczyć bezpłatną wycieczkę nad Morze Śródziemne i do Londynu. Żadne tam "dla szerokiej publiczności", żadne "by zapewnić rozrywkę" - wyłącznie bezczelne i brutalne: "Chcemy jechać na wakacje, a film jest po to, by zapłacił za to ktoś inny".

Aktorstwo... Przepraszam, jakie "aktorstwo"? Lesław Żurek w roli Kuby jest jeszcze bardziej drewniany niż swoich pozostałych rolach, Katarzyna Maciąg jest bardziej drewniana niż Lesław Żurek: dwie miny na krzyż, kościste piszczele też na krzyż, anoreksja w stadium zaawansowanym, dykcja w stadium niezaawansowanym, apogeum zdrewnienia oglądamy w scenie romantycznego tańca a'la pralka "Frania" z wyżymaczką (Katarzyna Maciąg gra i pralkę, i wyżymaczkę). Anna Dereszowska jak zwykle udaje, że jest "demonicznom zimnom suczom", ale środek wyrazu pt. "Dwa grymasy, sześć 'kurew' i dwa 'ja pierdolę'" to jeszcze za mało, by można mówić o aktorstwie, a Tomasz Kot tradycyjnie prostytuuje się w roli debila. I właściwe można by powiedzieć, że tym filmie nie ma ani jednego aktora, ale zgrabny epizodzik zalicza Danut Stenek, a Borys Szyc nagle postanawia zrobić na złość reżyserowi i zasugerować publiczności, że też coś umie. Reżyser szybko stawia go do pionu (bo o poziomie mowy nie ma), ale wrażenie jednak zostało. O udziale Lindy i Zamachowskiego nie ma co wspominać - zapłacono im za udział i przyciągnięcie widzów, a oni wzięli udział i wypłatę.

Uuuuuuuu...

Tło czyli przyjaciółki Majki, znajomi Karola i przyjaciel Kuby - czysta żywa boazeria, dowód na to, że w polskim filmie może zagrać każdy. Ba! Może zagrać wszystko - zamiast grona przyjaciół można było postawić doniczki z bazylią. Nie, przepraszam - doniczki byłyby lepsze. Nawet bez bazylii.

Reżyserował Wojciech Wójcik - reżyser "Karate po polsku", "Sam pośród swoich", "Ekstradycji", "Sfory" i innych takich sensacyjnych. "Randka w ciemno" dałaby się streścić podtytułami dwóch części "Sfory": "Fałszerze" i "Bez litości".

Nie warto. Nie powinno się. Nie wolno. 

Państwo z przodu obejrzeli. A pan z tyłu zarobił więcej niż państwo z przodu.


Varia:
1. PISF nie dofinansował tego filmu. PISF, który dopłacał do połowy polskiej kupy filmowej ostatnich lat. Wiele mówiące o filmie. Hmm, o PISF-ie też, 
2. Kelnerka we Wrocławiu zarabia tyle, że stać ją na ajfona dla przyjaciela, kelnera w Londynie po miesiącu pracy stać na podarowanie przyjaciółce 5000 funtów. A ja, zamiast zostać kelnerem, bloguję jak ten głupi....
3. W kategorii "Najbardziej durny opis obowiązków służbowych na liście płac" wygrywa: "Aranżacja i wykonanie warstwy instrumentalnej do wokalizy na temat Tańców połowieckich z opery Kniaź Igor - Aleksandra Borodina". Także za pisownię.
4. W jednej ze scen pubowych na ekranie widać fragment meczu: grają Avon Vale Utd. i Tyneside City. Potęga telewizji... Avonvale Utd. (bo to się pisze razem) gra w Stroud and District Football League czyli w czternastej angielskiej klasie rozgrywkowej (dla porównania - nasza C-klasa to nasz poziom dziewiąty) i dobrze, jeśli na meczu ktoś ma aparat fotograficzny. Czyj mecz naprawdę wykorzystano - to zadanie dla bardzo znudzonego Sherlocka Holmesa.
5. Nigdzie nie ukazało się nazwisko scenarzysty - podobno scenariusz napisała Iwona Łepkowska, ale ostatecznie zażądała usunięcia swojego nazwiska z listy płac. Pytanie: dlatego, że twórcy zepsuli jej dzieło, czy może dlatego, że je naprawili, bo było jeszcze gorsze?
6. W filmie występują stroje. Przygotowali je specjalnie wynajęci styliści, podobno bardzo znani. Nie dziwię się - ktoś, kto ubiera Szyca w strój podkreślający nieudolne maskowanie brzuszka, a kobietę w zestaw: czarna skajowa kurteczka, maziowata bluzka, złoto-brokatowe spodniowory ze ściągaczami i różowe szpilki, powinien być znany. Żeby można było przed nim ostrzegać. 
7. Są cycki. Czeskie. Sztuczne. Nie wiadomo, po co. Jak to cycki w polskim filmie.

Doniczki. Czyli kwintesencja. Czyli doniczki.


============
Randka w ciemno
2010
Czas:
95 minut
Reżyseria: Wojciech Wójcik
Scenariusz: podobno Ilona Łepkowska
Obsada: Katarzyna Maciąg, Borys Szyc, Lesław Żurek, Anna Dereszowska, Dominika Kluźniak i inni

2013-05-27

W te dni przedwiosenne [1975]

...czyli, co by było, gdyby Jan Skrzetuski wstąpił do KPP.

Towarzysz Wacław Kaszyba miał w życiu naprawdę przerąbane. Urodził się za sanacji, gdy policja biła robotników i chłopów, a kury chodziły boso. Był także członkiem Komunistycznej Partii Polski, co powodowało, że sanacyjna policja biła go o wiele mocniej niż przeciętną klasę pracującą i przerywała mu noc poślubną, wtarabaniając się z Hukiem do mieszkania w chwili, gdy towarzysz Kaszyba dobierał się właśnie do biustu towarzyszki małżonki.
Słucham?... No, z Hukiem. Tadeuszem. W roli policjanta robiącego Znaczącą Minę.

Złowrogi cień sanacji kładł się złowrogim cieniem...

Agent Defensywy skonfiskował towarzyszowi Kaszybie dzieła Lenina i chciał skonfiskować żonę, policja sprawiła naszemu gierojowi łomot, a chodzący na sanacyjnym pasku sąd wlepił mu dwa lata więzienia. Po wyjściu z pudła towarzysz Kaszyba nadal miał przerąbane - Partia dała mu dwa tygodnie wolnego, a potem wysłała do Hiszpanii, by swą proletariacką piersią powstrzymywał napór faszyzmu. Jak wiemy z lekcji historii - nie powstrzymał. Po upadku Republiki nie mógł wrócić do Polski...
- Bo miał przerąbane?
...więc Partia wysłała go dokądś. Nie bardzo wiadomo, dokąd - odnalazł się dopiero w czasie Wojny Ojczyźnianej  w mundurze radzieckim, wziął udział w bitwie pod Moskwą, a potem został oddelegowany do I dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Dzień przed wielką bitwą pod Lenino poziom przerąbania przekroczył wszelkie granice: siedemnastodniowa (w sumie) żona towarzysza kapitana Kaszyby umierała w dalekim szpitalu, on sam odmówił poświęcenia obowiązku na ołtarzu uczucia i za karę został ciężko ranny w czasie "rozpoznania bojem", a w dodatku okazało się, że Zbyszko z Bogdańca, w kulcie którego wyrastała wtedy polska młodzież, był ruskim agentem w stopniu kapitana artylerii. 

Ech, żyzń... i 150% normy pawich czubów

W warunkach tak skumulowanego przerąbania życiowego niejeden by się załamał. Ale nie towarzysz Kaszyba, o nie! Towarzysz Kaszyba wytrwał i został podwójnym zupakiem.
- Dlaczego podwójnym?
Bo poza zupactwem typowo wojskowym dochodziło jeszcze zupactwo ideologiczne, wyrażające się bojowymi frazami typu: "Mało troski o ludzi? (...) Musieliśmy być tacy i tacy jesteśmy. Na sprawy prywatne pewnie jeszcze przyjdzie czas. Ale w tych przyszłych czasach trzeba będzie zupełnie innych ludzi. Siebie całkowicie podporządkować. Bez wahań! Bez komplikacji! bez jakichś tam inteligenckich fanaberii!"

Enyłej, wracał sobie towarzysz podpułkownik do dywizji, by objąć stanowisko zastępcy dowódcy ds. liniowych. Wracał dżipem w towarzystwie poakowskiego kierowcy Wolaka i podporucznik Emilii Horak, która zajęła drugą lokatę w szkole oficerskiej, choć głupia była jak but i to lewy. Całą drogę paplała w dżipie, paplała, chichotała, paplała, chichotała, paplała, paplała oraz paplała... Tak to towarzysza podpułkownika Kaszybę wpieniło, że kazał zatrzymać wóz, ostrzelać przydrożną chałupę i wziąć do niewoli jednego Niemca. Tylko jednego, bo drugiego sam zastrzelił (zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa musiał się wreszcie znaleźć ktoś, kto miał bardziej przerąbane niż towarzysz Kaszyba). 

Mimo obecności ppłk. Zupaka podporucznik i sierżant przeszli na rozchichotane "ty"

Los okazał się jednak straszną świnią - mimo paplania i chichotów obywatelki podporucznik, towarzysz podpułkownik zakochał się w niej. Zakochał się w momencie, gdy obywatelka podporucznik biegła ku niemu. Bo kiedyś biegła ku niemu jego martwa żona... znaczy, kiedy biegła, to jeszcze była żywa... i się towarzyszowi podpułkownikowi to bieganie skojarzyło przez mamonizm czyli przez reminiscencję. A ja sobie pomyślałem, jakie to szczęście, że biegła tylko jedna obywatelka podporucznik. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby towarzysz podpułkownik zobaczył biegnącego ku sobie gońca ze sztabu albo batalion grenadierów pancernych...

I znowu dobrał się towarzysz podpułkownik do cycków... ale ponieważ, jak wiemy, miał w życiu przerąbane, znowu coś mu przeszkodziło i nie skonsumował. No, a potem to wiecie - los człowieka w mundurze: ofensywa, artyleria, przełamywanie, przepraszam za wyrażenie, Wału Pomorskiego, gdzie tu miejsce na prywatne uczucia? Poakowski sierżant poszedł do kompanii karnej, obywatelka podporucznik - do sąsiedniego sztabu. 
- Musimy być tacy. Przekreślić siebie. przekreślić swoje sprawy. - powtarzał. Pod. Pułkownik. Który. Miał. Momentami. Irytujący. Sposób. Mówienia.
- Wojna jest czymś przeciwnym naturze ludzkiej. - filozofował za to Maciej Rayzacher w stopniu porucznika (jeszcze niedawno w stopniu kapitana ścigający towarzysza Kaszybę, który nosił wtedy stopień rotmistrza) - Tak, wiem: my musimy. Ale jak wyjść z tego nienaruszonym?
Ponieważ porucznik nie znalazł odpowiedzi na to życiowe pytanie, nie wyszedł w stanie nienaruszonym. Wynieśli go z brzuchem naruszonym szwabską kulą. On też miał w życiu przerąbane.

- Trudno, proces dziejowy wymaga ofiar, ofiaro - pomyślał  towarzysz podpułkownik

Szwabskie kule naruszyły także poakowskiego sierżanta i obywatelkę podporucznik. Cóż, gdzie ofensywy rąbią, tam ranni padają, a poza tym od przebywania w towarzystwie towarzysza podpułkownika Kaszyby można się zarazić przerąbaniem. Leżały więc sobie zwłoki sierżanta Wolaka, leżała ranna obywatelka podporucznik, zaległy ludowe bataliony i przerąbane miały pod faszystowskim ostrzałem...
- Co robić? - zapytał towarzysz generał swoich wiernych sztabowców.
- Wszystkie czołgi! Fizylierzy! Kawaleria! - odpowiedział towarzysz podpułkownik, na koń siadł, za szablę chwycił i nieprzyjaciela z granic wyżymał... wyżęmał... wyżyło... wypędził! Krzyżacka zawierucha rozpadła się w proch i pył, towarzysz generał opalił to zwycięstwo "Kazbekami" i melancholijnie szepnął, że może to już ostatni raz, gdy kawaleria...

Szarża  Rohirrimów to to nie jest...

Zwycięski towarzysz podpułkownik Kaszyba objeżdżał pole bitwy, dumnym okiem błyskał i cieszył się, że klątwa znikła i teraz przerąbane mają Giermańcy, gdy nagle... gdy nagle pośród kwiecia pośród leżących na ziemi "kosztów osobowych operacji militarnej" zobaczył drobne ciałko obywatelki podporucznik Horak, obmacywane przez sanitariuszy.
- Jeszcze żyje - orzekli, zapakowali na nosze i potruchtali w stronę zachodzącego słońca.
Na poli bitwy został złom żelazny i towarzysz pułkownik, wykrzykujący z rozpaczą "Kto pozwolił? Kto pozwolił?" 
Wciąż miał przerąbane.

Scenariusz - sito, przez które przelatuje sens, a zostaje tylko ideologia. Psychologia postaci - rodem z pensji pani Latter.  Dialogi - jeden koszmar. Egzampel - podporucznik do pułkownika-zupaka:
- Ja jestem niemożliwa. Ja zawsze byłam taka nieznośna. I dlatego trzeba na mnie krzyczeć. A potem wybaczać. I niech się pan nam mnie nie gniewa. I niech pan tak na mnie nie patrzy.
- "Witaj nam, Poolsko! Myśmy są wojsko biaaaaaało-czerwone!"
- zaśpiewał Głos Wewnętrzny, wijąc się z uciechy na podłodze.
Kurczę, ten film zrobili ludzie odpowiedzialni za "Stawkę większą niż życie" - coś umieli jednak i nie ma siły, żeby w parę lat oduczyli się wszystkiego. No, chyba że kręcili w pijanym widzie i dla własnej perwersyjnej uciechy, rycząc ze śmiechu wniebogłosy, gdy kierownictwo odpowiednich resortów kiwało z uznaniem głową i łykało każdy, najgłupszy nawet pomysł. 

Otok czapki czerwony, ale denko na szczęście nie błękitne

Aktorsko żenadnie. Pietraszak szasta się strasznie, nie umie nosić munduru i jest kompletnie niewiarygodny zarówno w scenach zupactwa, jak i w scenach "kochliwych. Może on po prostu nie umie grać niesypatycznych facetów? Jerzy Matałowski jest mdły,  Halina Rowicka i Alicja Jachiewicz są bardzo ładne i momentami zapomina się jak idiotyczne role dostały (a dostały bardzo), Mieczysław Kalenik ładny nie jest, więc się nie zapomina, zresztą przy jego grze... Pojawia się także Emilia Krakowska (don't ask...) i Witold Dębicki, oczywiście w loczkach.

Zdecydowanie nie warto, ale jeśli ktoś ma skośne poczucie humoru i parę butelek piwa, to można, bo okazji do złośliwego rechotu jest sporo (część wątków pominąłem). Nie polecam współczesnym reżyserom filmów wojennych, bo na widok zaangażowania dowództwa Pomorskiego i Warszawskiego Okręgu Wojskowego mogą dostać spazmów z zazdrości: statystów, sprzętu, huku i dymu wystarczyłoby na szesnaście dzisiejszych filmów, a w dodatku wszystko za darmo. 

"Czy stąd niedaleko już do grających wierzb, malowanych zbóż?"


Varia
1. Muzyka - Waldemar Kazanecki. Czyli jak zwykle: słodycz, patos, słodycz, patos, kontrapunkt zgrzytliwy, słodycz, patos, patos.
2. Fakt, że w tak nadętej propagandowo produkcji wystąpił Maciej Rayzacher jest nieco zabawny, zważywszy na fakt, że już rok później aktor mocno związał się z KOR-em. Kto wie, może to właśnie na skutek filmu?
3. Współpraca produkcyjna - Michał Szczerbic. No, kurczę, nie ma przypadków. 
4. "Myśmy nauczyli się już walczyć. Tu nie ma miejsca dla Wolaków". Dobre. Mocne. Polityczne. I stanowiące dowód, że sojusz sił antyprezesowskich działa od dawna!


============
W te dni przedwiosenne
[1975]
Czas:
99 minut
Reżyseria: Andrzej Konic
Scenariusz: Zbigniew Safjan
Obsada: Leonard Pietraszak, Halina Rowicka, Jerzy Matałowski, Alicja Jachiewicz, Emilia Krakowska, Mieczysław Kalenik, Zygmunt Kęstowicz, Maciej Rayzacher

2013-05-23

Obława [2012]

Wymieszajmy Władysława Pasikowskiego, Michała Choromańskiego, Quentina Tarantino i dodajmy dużo bromu...
Uprzedzam - dziś wyjątkowo długo, bo film wart dłuższej rozmowy.

Głównym bohaterem filmu jest partyzant w stopniu kaprala, pełniący obowiązki kata. Pojmanych przez partyzantów i przesłuchanych jeńców wyprowadza w las i rozwala na zimno. Twórcy ustami postaci drugoplanowych sugerują, że robi to dość często, a on sam bardzo nerwowo odnosi się do wszelkich prób konkurencji czy wyręczania go w zbożnym dziele eliminacji Wrogów Narodu. Od razu wiadomo - albo mści się za coś, albo ma nierówno pod kopułą i po prostu lubi takie zabawy. Drugą możliwość wykluczamy, ponieważ kaprala "Wydrę" gra Marcin Dorociński, a wiadomo, że Marcin Dorociński zwyrola grać nie może, jest albowiem filmowym skarbem narodowym kategorii S.

Czuję się taki wyobcowany przez Niemców... Ta wojna mnie upokarza...

Pewnego dnia kapral "Wydra" otrzymuje rozkaz dotyczący jego szkolnego kolegi. Kolega oskarżony jest o wsypanie miejscowej konspiracji, w tym harcerzy, wśród których była siostra sanitariuszki oddziału. Rozkaz nie jest zbyt logiczny - "Wydra" ma pójść do miasteczka i przyprowadzić oskarżonego do obozu. Sam. Gdyby oskarżony odmówił udania się w leśne ostępy - "Wydra" ma go rozwalić. Co "Wydra" ma zrobić, gdyby kolaborujący rodak okazał się cwańszy i wezwał na pomoc germańskichkurwaoprawców - nie sprecyzowano. Na szczęście kolaborant nie odmawia i udaje się w. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że oddział partyzancki został wyrżnięty w pień. W tym momencie zaczyna się jazda.

Jazda polega na mieszaniu czasów, na retrospekcjach, czasie rzeczywistym, retrospekcjach retrospekcji, retrospekcjach czasu rzeczywistego oraz retropsekcji przyszłych retrospekcji... Z popielnika na Wojtusia iskeryczność mruga i, kurczę, ma to swój urok. Naprawdę. Marcin Krzyształowicz splata wątki, wyjaśnia jedne, gmatwa drugie, podsuwa wyjaśnienia, bo po chwili je skomplikować, rzuca aluzją, by po kwadransie pokazać ją z punktu widzenia innej postaci, a po kolejnym kwadransie - z punktu widzenia jeszcze kolejnej. Robi się z tego naprawdę wciągająca, mroczna sieć, droga wśród której wymaga skupionej uwagi, refleksu i inteligencji, więc jeśli ktoś ma problemy z poruszaniem się w przestrzeni fabularnej bez tabliczek "Miesiąc wcześniej" czy "A tymczasem w ciemnym lesie...", może się pogubić.

Szeregowy "Żwirek" pomylił kompas z wiaderkiem i zgubił się w ostępach

Skręty akcji, powroty, sceny z gatunkiem dramatycznym na poziomie "Ostrożnie! Zaraz wybuchnie, a widza zeżrą emocje". Ogląda się to naprawdę świetnie - jakby patrzyło się na Leo Messiego, dryblującego między obrońcami przeciwnej drużyny (a uwierzcie, że jest na co popatrzeć). Niestety, im dalej w filmowy las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że filmowy Leo Messi przedryblował wszystkich przeciwników, wyjechał z piłką ze stadionu i teraz z zapałem śmiga z piłką na stacji metra, problem w tym, że jest to stacja dawno zamknięta i nikogo na niej nie ma, a sam Messi zgubił piłkę na schodach i teraz "kiwa" się z własnym cieniem. "Zakiwał się" - jak to się mówi w świecie piłkarskim.

I Marcin Krzyształowicz też się "zakiwał". Zapętlił historię tak, że w pewnym momencie stracił nad nią kontrolę i zamiast precyzyjnej maszynerii dostaliśmy kombajn, tylko w efektownym opakowaniu z pokrętłami, diodami itd. Nie, żebym miał coś przeciwko kombajnom - bardzo sympatyczne urządzenia.
Desant załatwia oddział. OK, ale skoro załatwił, to po jaką cholerę dwa dni później idzie obława na ten sam oddział? Skoro desant załatwił oddział i został w lesie na biwaczek, czemu nie skorzystał z wypasionego obozowiska, tylko biwakował w szczerym lesie, wśród wykrotów?
- Bo to był tajny desant?
Tajny desant nie ustawia gramofonu i nie puszcza na całą puszczę najnowszych przebojów Mariki Rökk i orkiestry braci Schwestern. A zresztą skoro obozowisko było desantowi na nic, to powinien owo obozowisko puścić z dymem pożarów, z kurzem krwi wrażej, a nie zostawiać go do użytku przyszłych pokoleń partyzantów.
I po ciężką cholerę w ogóle desant? 

Według wodza Inczu-czuny desant jest odbiciem archetypu Komancza w postwojennym dyskursie o przemocy

Co chwilę wyłazi jakaś niedoróbka. Nie, nie niedopowiedzenie - niedoróbka. Niedopowiedzenie jest wtedy, kiedy zastanawiamy się, kim był tajemniczy facet, rąbiący drzewo u Kondolewiczów. Z wypowiedzi męża i zachowania żony możemy się domyślać, że rąbał nie tylko drzewo /porozumiewawcze mrugnięcie połączone z obleśnym uśmiechem/, ale nas intryguje, że jest ubrany w całkiem świeże wojskowe spodnie, owijacze, koszulę, że nosi wojskowy pas...  A niedoróbka jest wtedy, gdy desant skacze ze spadochronami na las, ryzykując bolesne nadzianie się na jodłynagórszczycie, zamiast po prostu podejść sobie dróżką (skoro i tak wiedzą, gdzie jest obóz...), gdy desant po wylądowaniu pracowicie składa spadochrony, a gdy już je złoży, zostawia je na widoku (zresztą, bez różnicy, bo połowa spadochronów wisi na drzewach), gdy przy pięciu stopniach Celsjusza muchy nam brzęczą stadnie, gdy potencjalny zdrajca podchodzi do pierwszego lepszego jeńca w klatce i pyta o kontakt z łącznikiem Gestapo, a pierwszy lepszy jeniec oczywiście ten kontakt zna i nie, nie chodzi o kontakt do samego Gestapo (Currywurst Strasse Neunundsechzig, telefon acht acht acht nul null null), tylko do polskiego kolaboranta, który z gestapo kontaktuje się metodą "lewą nogą do prawego ucha". No, kaman, bądźmy poważni...

Od pewnego momentu "zakiwanie" się reżysera zaczyna przeszkadzać. I mean, really przeszkadzać. Dramat wewnętrzny kolaboranta, a kto wie, może nawet powód kolaboranctwa jego, sprowadzony zostaje do problemów małżeńskich. Mówiąc krótko: on chce dzieci, ona nie chce, on próbuje, ona robi za Gandhiego (bierny opór), bo nim gardzi, a on trenuje w ubikacji, posługując się jej zdjęciem i wydając odgłosy. Parę razy i głośno. Odgłosy wydaje także w łóżku na stawiającej bierny opór małżonce. Dramatyczne są i mają pewnie pokazać skalę cierpienia, ale nie bardzo się to udaje. Przynajmniej w moim przypadku, bo ja zrozumiałem za pierwszym razem, za drugim zastanawiałem się, po cholerę ktoś powtarza mi coś, co już zrozumiałem, a przy trzeciej próbie szlag mnie trafił, bo co jest takiego skomplikowanego w czochraniu Freda, że trzeba mi to wywlekać na ekran co dziesięć minut? Nie można znaleźć innego środka wyrażania dylematów?

W naszym Matriksie, panie Anderson, są tylko białe pigułki, Wie pan, wojenne trudności z zaopatrzeniem.

I po cholerę to epatowanie bromem? Tak, wiem, że jak się ma w oddziale kobietę, to się ma też problemy z żołnierzami, a żołnierze mają problemy z "uzbrojeniem", ale tu problem napięcia seksualnego nadęto do rozmiarów Puszczy Białowieskiej i za każdym razem pojawiał się brom. Sanitariuszka plus "Wydra" - brom. "Wydra" plus Waniek - brom. Waniek plus rudy - brom.
- Czy pani już dzisiaj brom brała?
- Nie, dzisiaj jeszcze nie brombrałam.
Postacie filmowe brombrają non stop - jedne w pigułkach, a inne w krzakach. Można było odnieść wrażenie, że w leśnym obozie więcej jest pigułek bromu niż amunicji, a w każdym razie używa się ich o wiele częściej (to mogłaby być mocna scena: "Poruczniku, nie utrzymamy się! Zostało nam sześć pastylek bromu i dwa granaty! - Strzelajcie celnie, a ostatnią pastylkę zostawcie dla siebie!") Tak, wiem, że seks pełni ważną rolę w życiu człowieka i że bywają różne przypadki, ale naprawdę nie przesadzajmy. Żywią, kuźwa, i bromią...

Momentami niezłe dialogi. Momentami, bo partie wręcz znakomite, przeplatane są drętwymi deklamacjami w stylu wczesnych lat 90., gdy Głębokie Myśli usiłowały przybierać Ponadczasową Formę i głosić Prawdy o Życiu. Może wyjdę na nieczułego buca, ale opowieści kaprala "Wydry" o mężczyźnie, kobiecie, dziecku i zwierzętach, słuchałem z zażenowaniem i jedyne, co mi na myśl przychodziło to wiekopomna scena z "Krolla", gdy Ewa Bukowska szeptała do ukochanego: "Pamiętasz, jak siadałam ci na kolanach w parku? Jak śpiewałam Ci w deszczu 'O, mój, rozmarynie'? Pamiętasz?" Cóż, ja zapamiętałem i teraz mi się przypomniało. Na szczęście Krzyształowicz nie skończył na tej scenie, a dołożył nam ostatnią (Rewelacyjną! Bezsensowną, ale rewelacyjną!) i dlatego nie skończyłem seansu ze złośliwym rechotem, a z łezką w oku.
Albo hasło marszczącego agenta:
- Zajmij się moją żoną... i zastąp mnie... godnie. 
Święty Facepalmie, patronie obitego czoła...

Nie róbcie nigdy facepalma drzewem. Ręką bezpieczniej.

Świetne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka: kiedy trzeba - ostre, kiedy trzeba - miękkie, a światło powinno zostać wpisane na listę aktorów. W sumie dziwnym nie jest: Tomiak "kamerował" także "Palimpsest" i "Daas", to naprawdę czołówka krajowa. Także muzyka nieźle gra w tym filmie - zazwyczaj jej nie ma, słyszymy wszystkie odgłosy lasu, ptaki, szum drzew i brzęczenie co większych much, głównym motywem muzycznym jest pojawiająca się parę razy skoczna, swingująca melodia, mocno kontrastująca i z wymową filmu z wydarzeniami na ekranie, a czasem gdzieś w tle pojawi się subtelny motyw, delikatny akord, coś podkreślający albo tylko sugerujący.

Aktorsko... Powiedziałbym, że średnio. Marcin Dorociński gra Marcinem Dorocińskim i nie można się do niczego przyczepić - ba! ma momenty świetne, na Oscara za konkretną scenę - ale chyba mam lekki przesyt. Doceniam, ale tym razem kapcie mi nie spadły. Maciej Stuhr - przeciętnie. No, mecyje, zagrał złego... Problem w tym, że na graniu się skończyło. Zagrał - nie "był". Był człowiekiem, robiącym złe rzeczy, ale w gruncie rzeczy nieszczęśliwym i wyglądającym jak Maciej Stuhr, co z definicji wyklucza demoniczność.
- No, jeśli dla ciebie Stuhr to Stuhr i nieważne, co zagra...
Ależ właśnie ważne! Bo jeśli się wygląda jak Stuhr i ma się głos Stuhra, to trzeba się przyłożyć do roli, znaleźć sposób, by dotychczasowe "ąpluła" zgubić, by nikt nie postrzegał aktora przez pryzmat poprzednich ról. I to Stuhrowi nie wyszło - jest tylko Maciejem Stuhrem, który próbuje grać złego. I zrozummy się dobrze - to nie jest zła rola. Tylko po prostu mnie nie przekonuje. 

A teraz zagram pauzą i kolagenem... Dzióbek - raz!

Reszta aktorów? Weronika Rosati, niestety, wtapia się w otoczenie i nie chodzi mi tu o kolegów aktorów, tylko o las, w którym mieszkają partyzanci, Andrzej Zieliński niewiele ma do grania, ale swoje robi, Bartosz Żukowski jako kolejny pada ofiarą własnej facjaty, a Sonia Bohosiewicz robi miny. Robi ich dużo, bo jej postać mówi niewiele, reżyser ładnie ją oświetla, ciekawie filmuje i... I nic. Mina, mina, zawieszone spojrzenie, o, to są moje nowe usta, rozpacz w lewym oku, mina, tęsknota w prawym oku, a to znowu są moje nowe usta, ach tyle kolagenu, a jakie różowe i znowu mina... Za dużo. Do pewnego momentu było to intrygujące, ale potem przestaje być, a rola zamiast na stacji "Świetnie" zatrzymuje się na przystanku "Jak na polskie kino - może być". Ale nie wiem, czy więcej tu winy reżysera czy aktorki...
Fantastyczny epizod zaliczył Dariusz Chojnacki jako Ślązak z pierwszej sceny (na postsynchronach zgasił nawet Dorocińskiego). Sceny, poza paroma drobiazgami, świetnej i mającej szanse zostać w historii polskiego kina wojennego. 

A tu ponadczasowa klasyka kina wojennego - drzewa, które umierają stojąc nad umierającym leżąc.

Główne "ochy" i "achy" pod adresem "Obławy" dotyczyły tego, że zrywa z czarno-białym obrazem wojny, w którym naród dzieli się na tych, którzy walczą z bronią w ręku, tych, którzy walczących dokarmiają z patriotyczną pieśnią na ustach i nielicznych kolaborantów, którzy przez sam fakt kolaboranctwa wypisują się z narodu... przepraszam, Narodu Polskiego. Chwalono film za to, że nikt w nim nie jest kryształowy, że każdy ma swoje za uszami, że uzbrojony gieroj bzyka na boku, że partyzanci są brudni, prymitywni i gotowi przelecieć prawie wszystko, z wyjątkiem sosny (bo się klei od żywicy), szyszki (bo drapie), chomika (do taśmy klejącej nie dowieźli) i dowódcy (bo kto by chciał przez miesiąc stać na nocnej warcie), że obraz partyzantki nie jest bogoojczyźniany, zamiast codziennych Mszy za Ojczyznę i Pana Prezydenta Raczkiewicza mamy brud, smród, dziurawe skarpety i brom, a zamiast rycerskiej walki - rozwalanie wroga strzałem w plecy. No, dobra, a królowa Bona umarła. Doceniam, że ktoś to pokazał, ale tak naprawdę tylko kwestie rozwałek i problem seksu pojawiły się w filmie po raz pierwszy. W filmie - w literaturze można się z tym było spotkać od dawna (nawet zanim ukazał się "Egzekutor" Stefana Dąmbskiego). Na ile więc to jest naprawdę nowe i odkrywcze, skoro jest oczywiste i było znane o wiele wcześniej? Przecież, gdyby ktoś nakręcił dziś film, odkrywający, że przed wojną mieliśmy genialnego matematyka Stefana Banacha i logika Alfreda Tarskiego, zostałby przez "technicznych" zabity śmiechem za "odkrywanie Ameryki". Tymczasem Krzyształowicz odkrywa Amerykę jeszcze bardziej oczywistego gatunku i nagle wielkie halo?
- No wiesz, nie każdy jest historykiem.
Ja też nie jestem, ja tylko chodziłem do takiej dziwnej szkoły i czytałem dużo książek. Ale to niczego nie zmienia: 2 + 2 = 4, wody do kwasu się nie wlewa, a wojna, zwłaszcza partyzancka, jest brutalna i brudna, jeszcze w czasach Napoleona w Hiszpanii taka była, żadna nowość. Ktoś czytał "Komu bije dzwon" albo "Do piachu" i czy one się tak naprawdę różnią od "Obławy"?
Poza bromem i głową w garnku, oczywiście.

Zamiast uobziedliwej głowy w garnku - tajemnicza kobieta z brzytwą

Warto? Jednak warto. Powiedziałbym, że nawet bardzo, bo to mimo wszystko kawał solidnej filmowej roboty. Tylko wolałbym, żeby następnym razem Marcin Krzyształowicz pracował na cudzym scenariuszu - na pewno znajdzie na niego jakiś ciekawy sposób i nakręci go rewelacyjnie. Na własny tekst patrzy się zupełnie inaczej, brakuje do niego dystansu, nie widzi się błędów, wpadek, dłużyzn... Kto jak kto, ale ja wiem o tym bardzo dobrze  ;-)


Varia
1. W swojej ostatniej roli wystąpił w "Obławie" Jerzy Nowak.
2. Prawdopodobieństwo, że istniał piłkarz Johann Schwiniak, grający w Koronie Görlitz jest bliskie zera. Nie tylko dlatego, że nie znalazłem takiego klubu. Swoją drogą szkoda, że Krzyształowicz nie wysilił się na wymyślenie jakiegoś sensowniejszego nazwiska, tylko poszedł po linii najmniejszego hehehe.
3. Dziewczynkę z watą cukrową zagrała Wiktoria Krzyształowicz. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa.
4. Film kręcono w Rytrze i w Słomnikach. W Rytrze nie byłem, w Słomnikach wielokrotnie.
5. Ktoś zwrócił rolę na postać księdza? Chyba nikt, bo nie trafiłem na tekst o "wulgarnie ateistycznym i brutalnym ataku na Kościół".
6. Gdy "Wydra" niesie odrąbaną głowę niemieckiego desantowca, specjaliści od efektów specjalnych dostają cholery i mówią brzydko bardzo. Ponieważ ktoś może jeść w trakcie lektury, nie będę wdawał się w szczegóły, ale zerknijcie ma metodę dekapitacji i na jej efekty. 

A myślałem, że "Patrz, Kościuszko, na nas z nieba" to tylko taka metafora...


============
Obława 
2012
Czas:
88 minut
Reżyseria: Marcin Krzyształowicz
Scenariusz: Marcin Krzyształowicz
Obsada: Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Weronika Rosati, Andrzej Zieliński, Bartosz Żukowski, Witold Dębicki i inni
Dotacja PISF: 2 000 000 (produkcja, ale dopiero w trzecim podejściu - w pierwszym wniosek przesunięto, w drugim odrzucono (!)) Plus bliżej nieokreślona  suma z Małopolskiego Funduszu Filmowego.

2013-05-19

Z miłości [2011]

Miał być film o polskiej pornografii - nie wyszedł. Mógł być film o ludziach i ich problemach - też nie wyszedł. A w dodatku ciągnie się jak wojna burska. 100 minut. Godzina czterdzieści.

On i Ona. Mają ślub, mają dziecko, mają kompleksy i mają długi. Żeby je spłacić (długi, nie kompleksy), postanawiają zagrać w filmie porno. Ale tylko raz, bo są porządnymi obywatelami. Jadą do Warszawy, grają, a dystrybutorzy w blurbach  twierdzą, że to zmienia ich życie, pociąga skutki i odciska się piętnem.

Monidło z dylematem i flaszką

Miał to być film przede wszystkim o polskim przemyśle porno i mógłby to być całkiem niezły film, gdyby reżyserka trzymała się tematu. Niestety, uznała, że polski przemysł porno to nie jest temat na wielki film. W wielkim filmie powinny być dylematy, dramaty, kontrapunkty i inter - przepraszam za wyrażenie - wały. A co można pokazać w filmie o polskim porno? No, dobrze - kilka interwałów można, ale z dylematami i kontrapunktami jest już znacznie gorzej.

Dostajemy więc opowieść o dwójce ludzi, którzy ze sobą są, bo... Cóż, głównie dlatego, że mają dziecko. Więzi emocjonalnych nie stwierdzono, więzi intelektualnych - również nie (w niektórych momentach filmu można odnieść wrażenie, że słowo "intelektualnych" bohaterowie wzięliby za straszny insult, gdyby oczywiście dotrwali do trzeciej sylaby), a więzi rodzinne przedstawione są na ekranie telewizora, bo klisza nakazuje pochwalić się nagraniem video ze ślubu i wesela. 

Człowiek to brzmi dumnie dziwnie

On wpada na pomysł zagrania w pornolu, ona się dziwi, ale krótko, jadą i grają. Ona ma opory, bo obce chłopy patrzą, a obca baba gada coś o analu, on ma opory, bo założył niewyjściowe kąpielówki i mu się trochę zahaczają o Maciupińskiego, ale z biegiem minut i ruchów odpowiednich wszystko idzie coraz lepiej, aż do szczęśliwego końca, który wieńczy dzieło głębokim jękiem (ona) i głębokim zdziwieniem (on). Głębokie zdziwienie onego przechodzi w głęboki wkurw, że jakim, panie dzieju prawem, jej się to podobało, małżeńskie stosunki bilateralne ulegają ochłodzeniu (ona, dostawszy z liścia, wychodzi na mróz i poniewierkę), oczywiście wszystko kończy się... nijako.

Główni bohaterowie są tak niespójni i tekturowi, że nie sposób ich polubić. Faceci mają łatwiej, bo Marta Nieradkiewicz wymyka się scenariuszowej tekturze, gra dobrze, jest ładna i się rozbiera, panie mają zdecydowanie gorzej, bo Wojciech Niemczyk nie jest ładny i też się rozbiera, a pani reżyser zmusza go do jazdy po aktorskiej bandzie. Polska gwiazda porno jest rzeczywiście niezłą postacią i Anna Ilczuk gra ją rewelacyjnie, ale reżyserce to nie wystarczyło. Jakże to tak: postać bez dramatu? To musi być kobieta uciśniona przez okoliczności i świat zewnętrzny, bo przecież żadna prawdziwa Polka z własnej nieprzymuszonej woli nie skoczy w otchłań rozpusty! Dołóżmy jej zatem małego synka, dla którego gwiazda się poświęca, a do którego nie chce gwiazdy dopuścić okrutny mąż. Zabieg trochę nie bardzo, bo cała publika kibicuje mężowi - też nie dopuściłaby do dziecka kogoś nawalonego po uszy koksem i gołdą, zwłaszcza, gdyby ten ktoś zjawił się pod oknem po pierwszej w nocy, rzucając chujami na pół województwa.

O, Matko Polko... Polać jeszcze?

Głównym bohaterem mógłby być szef pornobiznesu, ale nie jest, bo zostaje ograniczony do sześciu scen na krzyż, z czego w czterech Olbrychski robi Olbrychskiego w sposób nieustannie drażniący, a w dwóch robi za tło dla Anny Ilczuk i Ewy Szykulskiej. Ot, starszy facet, robiący to, co robi... też nie bardzo wiadomo, dlaczego.
Ponieważ temat musi być "pogłębiony" pojawiają się problemy osobiste Szefa.  Szef się starzeje, jego żona starzeje się również, jeszcze by chciała, Szef już nie chce, względnie nie może, więc żona rozpaczliwie stara się zwrócić jego uwagę i udaje zwłoki. W łóżku. Szef, oczywiście, dzwoni po pogotowie, z czego żona wysnuwa wniosek, że szef się przejmuje, a skoro sie przejmuje, to mu na niej zależy. Ja tam się nie znam, ale gdyby mi ktoś do łóżka wpakował zemdloną sześćdziesięciolatkę, to też bym się przejął i wykręcił 112, błagając, żeby ktoś przyjechał i ją stąd zabrał. To chyba normalny odruch na widok nieprzytomnego człowieka, nie? Ale żeby z tego wyciągać jakieś dalej idące wnioski?

Panie Zenku, tylko niech pan mi tego nie gra Stanisławskim, dobrze?

I tak to sobie leci przez cały film. Aktorzy stoją z drewnianymi minami. Czasem coś powiedzą, czasem tylko pociągną z gwinta, czasem gdzieś pójdą... i idą... czasem gdzieś pojadą... i jadą... Tu przypomniałem sobie felieton Umberto Eco o filmie pornograficznym i jego spostrzeżenia, dotyczące uskutecznianego w takich filmach kilometrażu. Po przeliczeniu kilometrów w "Z miłości" można stwierdzić, że to rzeczywiście porno. Ale polskie, biedne - więcej chodzą niż jeżdżą.

Bronią się sceny "środowiskowe" - scena bicia seksualnego rekordu świata zrobiona jest świetnie i... Słucham? No, weźcie - jasne że oglądałem. Wy nie? Mhmm... jasne. Nie pamiętam, kto wtedy bił rekord, ale zerknąłem na nagranie z imprezy. Było nudne jak flaki z olejem (jak w filmie), a jedyne ciekawe rzeczy działy się w tle i miały charakter nie tyle pornograficzny, co socjologiczny (jak w filmie). W sumie, mogłoby to być śmieszne, gdyby nie było żałosne. W filmie jest podobnie: rzęchowato, ponuro, biednie i brudno. Tynk się sypie ze ścian i sufitów, zaplecze sanitarne na poziomie hostelu, materace też nie z Ritza, koszty obniżone do minimum, jakość poniżej kosztów. Nawet jeśli ten obraz polskiego porno jest nieco przestarzały - w filmie gra dobrze. Niestety na tym się kończy, bo wszystko, co poza filmowym planem jest zrobione na zasadzie "Kochani, weźcie się ode mnie odwalcie, nie mam czasu na wymyślanie wszystkich szczegółów. Postawcie dwa komputery, powie się, że tu się montuje i kręcimy dalej, scena czternasta: 'Ona idzie", akcja!"

BHP na poziomie frekwencji i odwrotnie

O ile scenografia "gra", to język nie bardzo - tu bluzg tam bluzg, tu dwa kilo, ale kiedy przychodzi co do czego, nagle na ekran włazi pruderia, wszyscy lecą aluzjami, omówieniami, cudzysłowem: "Pan się popatrzy na żonę... tak specjalnie... i żona na pana, rozumie mnie pani... no i potem przechodzicie do rzeczy, tylko żeby nie od razu do sedna, jeśli pan rozumie". Pan nie rozumie i trudno mu się dziwić.

- Zaraz, zaraz - powie ktoś - Ale przecież miało się odciskać i wywierać, prawda?
Prawda. Też nie wyszło. On i ona kłócą się bardzo i nawet szarpią. Chciałbym wierzyć, że to skutek odciskania się i wywierania, ale z filmu wynika, że przyczyną było raczej nadmierne spożycie napojów wódczanych i popijanie ich kolorowym Mendelejewem. Sugerowane rozstanie szybko okazuje się nie tyle skutkiem spożycia i kłótni, co wyjazdem onego w celach zarobkowych. Twórcy usiłują zasugerować nam, że najbardziej zmieniło się życie onej - sadzają więc samotną oną przed ekranem, puszczają film z nią samą w roli głównej, każą oglądać i uśmiechać się. Ma to zapewne symbolizować wyzwolenie się z jarzma małomiasteczkowiej genderowości i uwolnienie w sobie Wewnętrznej Kobiety, ale - uwaga, będę brutalizował i wulgaryzował, bo mnie zirytowała tania dydaktyka - moim skromnym zdaniem kobicie się po prostu przypomniało, a uśmiech jest normalnym odruchem homo sapiens na wspomnienie rzeczy przyjemnych. Jeśli cokolwiek mogłoby sugerować przemianę bohaterki, to raczej fakt, że dawna "dulszczanka", teraz wyłazi ze sklepu z gazetowym pornolem w ręku, przegląda go na ulicy, a potem wkłada do przezroczystej siatki, wiszącej rączce wózka i paraduje tak przez całą mieścinę. O, to jest dopiero odwaga w małym miasteczku! A raczej byłaby, gdyby nie fakt, że to nie było zamierzone zagranie, a raczej przykład niechlujności na planie.

Głębia symbolizmu. I ostrości. I krótkowidztwa.

Aktorsko - różnie. O Olbrychskim już wspominałem, Ewa Szykulska nie bardzo miała co grać, ale i tak wypadła lepiej niż jej filmowy partner, Wojciech Niemczyk zrobił sobie krzywdę i zagrał człowieka o intelekcie gaśnicy chyba zbyt przekonująco, przez co pewnie następne dwa lata spędzi na graniu podobnych postaci. Marta Nieradkiewicz zagrała naprawdę dobrze, Anna Ilczuk zagrała świetnie, ale dla mnie prawdziwym odkryciem była Elżbieta Gruca. Nie kojarzę jej zupełnie, podobno mogłem ją widzieć w paru filmach, ale za chińskiego boga nie pamiętam, żebym, a tu wpadła na plan i zmiotła z ekranu pozostałych aktorów. Rola-szarża, ale rola-wzór, wygrany każdy ton, każdy pół-ton, każdy niuans i każda histeria. Jeśli Elżbieta Gruca nie dostała żadnej festiwalowej nagrody, środowisko filmowe powinno zapaść się pod ziemię ze wstydu.

Prywatna nominacja do prywatnego Oscara

Spokojnie można pominąć, a jeśli oglądać, to tylko dla gry trzech aktorek (niezły paradoks - film cienki, a aż trzy dobre role) i może sceny bicia seksualnego rekordu (jako zjawiska socjologicznego). Może, gdyby film skrócić do 60 minut i góra dwóch wątków...


Varia
1. Sprawdziłem - Lwy Gdańskie za drugi plan dostała Gabriela Muskała za "Wymyk", a nominacje do Orłów 2012 - Kinga Preis ("Róża" i "W ciemności") i Roma Gąsiorowska-Żurawska za "Salę samobójców". Z całym szacunkiem dla wymienionych pań - bez jaj, naprawdę!
2. Reżyserka w paru wywiadach podkreślała, że do filmu zaangażowano parę "aktorów" pornograficznych, by celu dodania autentyzmu rzeczywiście bzyknęli się przed kamerą. Oczywiście, kręcenie było trudne, nikt nie patrzył na "scenę", tylko wszyscy w monitory, blablabla. Pytanie tylko, po jaką cholerę w ogóle ich zatrudniano, skoro i tak ostatecznie zwyciężyła pruderia i czy wykorzystywanie tej pary bez szczególnej potrzeby nie było właśnie przejawem podejścia, w które film miał z założenia walić?
3. Rewelacyjny tytuł - "Z miłości"... Równie dobrze można było nazwać film "Barszcz z uszkami", bo uszu w filmie jest cztery kilo więcej niż miłości.
4. Film powstawał dłuuuugo. Od 2007 roku. Wydawałoby się, że powinien być dopracowany i wypieszczony, tymczasem sprawia wrażenie,jakby jakby autorka robiła go raz na trzy miesiące w czasie wolnym od innych zajęć. 

Idealne podsumowanie - dupa blada.


============
Z miłości
2011
Czas:
100 minut
Reżyseria: Anna Jadowska
Scenariusz: Anna Jadowska
Obsada: Marta Nieradkiewicz, Anna Ilczuk, Elżbieta Gruca, Wojciech Niemczyk, Daniel Olbrychski, Ewa Szykulska, Sylwester Jakimow, Leszek Lichota.
Dofinansowanie PISF: 1 350 000 zł (produkcja)

2013-05-16

Skarb trzech łotrów [1972]

U schyłku XVI wieku statek korsarski "Barbara" pod dowództwem słynnego kapitana Matthewsa, którego imię było postrachem oceanów, osiadł na mieliźnie u brzegów wyspy Tobago na Morzu Karaibskim. 70 lat później odkryto na bezludnym wybrzeżu obozowisko Matthewsa. Obok trzech wyschniętych szkieletów Hiszpanie odnaleźli prymitywną mapę, sporządzoną na skrawku żaglowego płótna...
Z dokładnością do sześciu kilometrów. Miłego kopania.

A trzysta kilkadziesiąt lat po znalezieniu mapy w Krakowie uduszono staruszka. Pończochą.
- Zwyrol...
Nie, nie - nic z tych rzeczy. Staruszek był przyzwoity (spróbujcie nie być przyzwoitym staruszkiem, gdy mieszkacie przy placu Mariackim) i miał wspomnianą mapę. A teraz mapa zniknęła, staruszek pojechał do Zakładu Medycyny Sądowej, Ewa wezwała 07, a sprawę otrzymał porucznik Edward Radoń, osobnik krępy i w golfie.

Streszczać filmu nie będę, powiem tylko, że grasują w nim Amerykanie...
- Jaki związek mogą z tym mieć ci Amerykanie?
- Szpiegostwo? Narkotyki? Waluty?
- Za proste.

...ścigają się samochodami po nocy, duszą się nawzajem (oczywiście pończoszką), dziabią się nożami i sypiają na budowach nowohuckich osiedli. Jeden próbuje także udusić bratanicę uduszonego staruszka, ale ostatecznie jego ofiarą pada telewizor Opal nadający relację z II tercji meczu hokejowego CSRS - Kanada. W tym miejscu publiczność cieszy się bardzo, bo mając do wyboru bratanicę błyskającą biustem (och, od razu całym biustem... połową zaledwie) i telewizor z czeskimi hokeistami, oczywiście kibicuje biustowi. Znaczy, bratanicy.

To pudełeczko, panie poruczniku, jest kanciastą wersją Praktycznej Baryłeczki

Wszystko kończy się dobrze - zło zostaje ukarane, dobro tryumfuje, a bratanica uduszonego staruszka dostaje wielki spadek. Niestety, nie idzie do łóżka z porucznikiem, tylko z Andrzejem Kopiczyńskim,
- A dużo tego spadku?
- Jeżeli pani opłaci podatki tam, podatki tu... - tłumaczył porucznik - Jeżeli się to wszystko razem policzy, to nie będzie tego aż tak wiele. Poza tym ten dolar, tak cholernie leci w dół.

Kiedy już odchichotałem urodę tego tekstu, cofnąłem, zrobiłem stopklatkę i policzyłem spadek zmarłego Polaka-gangstera. Co najmniej 1.016.282 dolarów i 10 centów. Proszę bardzo: potrójne opodatkowanie, podwójny domiar i nawet pogłówne oraz dziesięcinę na komitet wojewódzki możemy doliczyć. Ile zostaje? 200 000? 100 000? Nawet gdyby zostało 10 000 dolarów, nawet 5000 - to jest rok 1972, "zapytaj ojca, zapytaj matki, jakie się wtedy ma sny!" i jaki był czarnorynkowy przelicznik.

Film jest klasyczną ekranizacją klasycznej powieści milicyjnej, ze wszystkimi zaletami, wszystkimi wadami i z zachowaniem wszystkich kanonów gatunku. Obecność Amerykanów, spadków i mapy jest tylko elementem uatrakcyjniającym, ale i tak na pierwszym planie mamy dzielnego porucznika, wygłaszającego mądre, życiowe sentencje...
- Podobno wszystko wokół nas jest urojeniem niedoskonałych zmysłów, obywatelu majorze.
 ...i drogą dedukcji oraz ambicji...
- Taki mam charakter. Mam już wprawdzie swojej latka, ale postanowiłem, że w tej historii muszę się sprawdzić.
...dążącego do celu. Mamy mądre miny, narady z przenikliwymi przełożonymi, genialne skojarzenia, mrówczą pracę w Bibliotece Jagiellońskiej, najnowocześniejsze techniki śledcze w postaci kart perforowanych i szufladek na suwnicach i tajniaków wydzierających się po blokowych klatkach.

Sądząc po instrukcji - na radiotelefonie zainstalowany jest system Windows (wersja 0.03)

Świeżo po premierze film na pewno robił spore wrażenie - Amerykanie, dolary, język angielski używany dość często, pościgi samochodowe po nocy,  piraci, skarby i jeden goły cycek. Starczyło aż nadto, żeby społeczeństwo z okresu bardzo wczesnego Gierka wgapiało się w ekran z zapartym tchem. Dziś... dziś to straszliwa ramota. Intryga zgrzyta jak nienaoliwiony dźwig (dźwigów w filmie sporo - znak, że Polska się buduje i rośnie w siłę), aktorzy robią Znaczące Miny i wygłaszają teksty, które były chyba pisane serio, ale dziś bawią do łez, a czasem do rozpuku.
- Kto to jest?
- Denat
- Nie znam go.

 Poznajcie się: denat - bratanica, bratanica - denat.

- Przyjmuje tezę o spadku. I musi się ona potwierdzić właśnie tu. Wśród nekrologów.
- Nekrologów?
- Ech... to jest logiczne, poruczniku.

Prawda?
 
- O, dobre.. Zagraniczne? - Nie, nasze - "Egipskie". Już mi się kończą...

- Jakieś znaki szczególne?
- Nie zauważyłam.
- To dziwne, plastycy powinni widzieć to, czego inni nie dostrzegają.

Mhm, wnioskujemy o tym na przykładzie rzeźbiarskich wizji Czesława Dźwigaja.

Jednym z bohaterów filmu jest Kraków, dwukrotnie reżyser zabiera nas na przejażdżkę po mieście, parę razy na przechadzkę... "Jubilat" już świeci, na Małym Rynku sklepy, po Rynku Głównym jeszcze jeżdżą samochody, Nowa Huta jeszcze słabo zadrzewiona (ta nowa Nowa Huta), a że się reżyserowi adresy pochrzaniły i blok bratanicy przestawił prawie pod skrzyżowanie z Łowińskiego... Kamienicę Kopiczyńskiego na Mikołajskiej też przestawił.

Międzynarodowy Port Lotniczy w Balicach. Znaczy,  jeszcze nie port... i nie międzynarodowy.

Aktorsko - przyzwoicie. Porucznika Radonia gra Mieczysław Stoor (dla jednych sturmführer Staedtke, dla innych wachmistrz Sitarz) i robi co może, żeby ze scenariuszowego drewna coś wydobyć. Głównie robi brwią oraz okiem, za co lubiliśmy go już w poprzednich filmach. Czasem mówi też po angielsku i wychodzi mu to przyzwoiciej niż filmowemu tłumaczowi, bo ten na postsynchronach zastosował chyba metodę lotniskowej spikerki z "Misia". Bratanicę gra Barbara Marszałek - jest ładna, grą nie odstrasza, biustem przyciąga... Reszta aktorów plącze się tylko chwilami - w jednej scence Bolesław Płotnicki, w dwóch Janusz Zakrzeński, swoje robią, kasują wypłatę i tyle ich widzimy. Andrzej Kopiczyński miga parę razy, własną piersią zasłania telewizor, ale w ostatnim momencie pęka, uchyla się przed taboretem i... Ale przecież bratanicę stać będzie na nowy odbiornik, prawda? Dzielnego tajniaka, chroniącego bratanicę gra młodziutki i szczuplutki Mieczysław Grąbka, a angielskojęzycznego (no, powiedzmy...) studenta - Leszek Długosz z grzywką.

U mnie można wyrazić wszystko, proszę pani. No więc?

Czy warto? Wielkie dzieło to nie jest... Jeśli macie w sobie nutkę perwersji i lubicie powieść milicyjną, to można. Jeśli jesteście z Krakowa, to w sumie też. Tym bardziej, że film jest krótki.

Varia
1. Scenariusz powstał na podstawie kryminału z serii "Ewa wzywa 07", autorstwa Andrzeja Szczypiorskiego. Jak książka - nie wiem, znam tylko recenzję, ale filmem Szczypiorski nie mógł się szczycić. Z drugiej strony, popełnił parę gorszych "dzieł", o czym przekonaliśmy się po otwarciu archiwów SB.
2. W oryginale kryminał Szczypiorskiego nosił tytuł "Wyspa czterech łotrów" - jak widać, braki na socjalistycznym rynku dotyczyły także łotrów. Andrzej Szczypiorski zmienił także nazwisko porucznika:  fikuśnego Engela zastąpił swojski Radoń.

Jedziemy, obywatele - Ewa nas wzywa.

3. Reżyser Jan Rutkiewicz pozazdrościł Hitchcockowi - to już drugi film, w którym się pokazuje (tym razem na ławce komisariatu). Cóż, jakie kino - taki Hitchcock.
4. Jerzego Bińczyckiego, grającego portiera w "Cracovii" dubbingował Leon Niemczyk. Kto dubbingował Kopiczyńskiego - nie wiem.
5. Nazwiska kanadyjskich hokeistów, których Kopiczyński ogląda w meczu z Czechosłowacją, zgadzają się: Eposito, Broderick, Hull rzeczywiście grali w reprezentacji Kanady. Niestety, nie wiem, jakim wynikiem skończył się ten mecz ;-)


============
Skarb trzech łotrów
1972
Czas:
63 minuty
Reżyseria: Jan Rutkiewicz
Scenariusz: Andrzej Szczypiorski (na podstawie własnej powieści "Wyspa czterech łotrów")
Obsada: Mieczysław Stoor, Barbara Marszałek, Jack Recknitz, Janusz Zakrzeński, Janusz Bukowski, Leszek Długosz, Mieczysław Grąbka i inni

2013-05-13

Drogówka [2013]

Głos Pomorza napisał: "'Drogówka' Wojciecha Smarzowskiego opowiada o pracy i życiu prywatnym warszawskich policjantów". Mhm, a "Reksio" opowiada o pracy i życiu prywatnym celuloidowych piesków.

Smarzowski. Wiadomo - nie będzie miło, nie będzie przyjemnie, z ekranu capić będzie skacowaną rzeczywistością oraz innymi przykrymi woniami w większości fizjologicznymi, lać się będą płyny (także fizjologiczne) i bluzgi, film walnie nas w twarz, poprawi z drugiej strony i przez tydzień będzie nam się odbijał moralną czkawką.

"Tu naciskasz... nie resetujesz... i masz ciągle 130."

Tym razem reżyser wymyślił sobie film sensacyjny: "Jest siedmiu gliniarzy i siedem grzechów głównych. Każdy z policjantów odpowiada za jeden grzech. To jest historia o korupcji, która zaczyna się na tylnym siedzeniu samochodu a kończy w Brukseli".
Zapowiadało się ciekawie, choć oczekiwanie na film psuły media, które odkąd usłyszały o siedmiu grzechach, zaczęły międlić w kółko "polskie 'Seven'". W dodatku parę z nich pitoliło to także po premierze, kiedy było już wiadomo, że "Drogówka" ma z "Seven" Finchera tyle wspólnego, co siedem dziewcząt z "Albatrosa", siedmiu krasnoludków i licząca maszyna Trurla.

Zarys fabuły zdradził dawno temu Bartłomiej Topa, resztę można było wyczytać w recenzjach. Siedmiu policjantów z drogówki, służba, tańce, hulanki swawola, branie w łapę i dawanie w palnik. Jeden z nich ginie, drugi zostaje oskarżony o morderstwo i próbując oczyścić się z zarzutów, wpada na trop Wielkiej Afery, która Zatacza Kręgi i Obejmuje Osoby.

Kolorowy Siny zawrót głowy czyli "The Day After"

Początek to klasyczny Smarzowski, ten taplający się w ludzkich przywarach i słabościach, tym razem jeżdżący radiowozem drogówki. Cały zestaw grzechów: łapówki, alkohol, łapówki, alkohol, łapówki, dziwki, alkohol, łapówki, rasizm, alkohol, łapówki itd. Skondensowane, zebrane w jednym miejscu, w długiej, rwanej sekwencji scenek kręconych kamerą filmową i telefonem komórkowym, łapanych przez obiektywy telewizji przemysłowych i innych urządzeń "przydatnych w takich okazjach". Skrótowa narracja, traktująca widza jako istotę inteligentną, której nie trzeba oczywistości wkładać do głowy łopatą, wystarczy rzucić dwa-trzy obrazy i widz doskonale zrozumie "co poeta chciał przez to powiedzieć", sam sobie wszystko zbuduje, zinterpretuje... Ponura treść, irytująca, męcząca forma surowych zdjęć, agresywny montaż  - wszystko to daje bardzo mocną mieszankę.

Dalej mamy już klasyczny film sensacyjny - główny bohater zostaje oskarżony o zbrodnię, której nie pamięta i jest zdania, że jej nie popełnił, ucieka więc i próbuje dowieść swojej niewinności. Pościgi po dachach i ulicach, przyjaciele i zdrajcy, bedgaje i wielopiętrowa intryga oraz mocny finał. Niestety, z minuty na minutę poziom filmu spada (poziom - nie tempo), a reżyser popada w klasyczną chorobę polskiego twórcy i zamiast operować konwencją, operuje sztampą, momentami tłustą Oczywiście, film ogląda się do końca, do końca kibicuje się głównemu bohaterowi, do końca docenia formę, zdjęcia i montaż... Ale im bliżej końca, tym bardziej niedowierzanie wyłazi z kąta i pyta, czy ktoś sobie z niego jaja robi, "a echo zapytane odpowiada", że wszystko wskazuje na to, iż reżyser w połowie filmu stracił do swego dzieła serce i kręcił już tylko, byle szybciej skończyć.

"4,3 w wydychanym. Rekord świata i komendy"

Może gdybym obejrzał "Drogówkę" przed "Domem złym", oceniałbym ją inaczej. Niestety dla "Drogówki", obejrzałem ją po - dlatego zgrzytałem zębami na zapożyczenia typu Dyskretne Ale Jakże Znaczące Rozmowy i Spojrzenia w Tle (w "D" dość szybko pozwalające domyślić się, kto zabił), przyzwoitego funkcjonariusza (w miarę, bo bzyka na boku  - w "DZ" cudzą żonę, w "D" za plecami własnej) wplątanego w wielką aferę i stającego się kozłem ofiarnym, ach, jaki ten świat ohydny, a już prokurator to świnia wyjątkowa, finał kręcony z kamery odjeżdżającej do góry...
Im dalej w film, tym więcej pojawiało się klisz "familiadowych", czyli pasujących do wyobrażenia przeciętnego Mamonia "jaka jest prawda o naszej nieszczęśliwej ojczyźnie". Jeśli ksiądz, to nie tylko na bani jeździ, ale i po burdelach się szlaja. Jeśli polityk - to tępy jak worek ziemniaków i skorumpowany do cna. Jeśli biznesmen, to nie tępy, ale za to cyniczny i skorumpowany podwójne. Jeśli policjant - to chleje i bierze w łapę. Jeśli korupcja - to nawet na szkolnym orliku. Jeśli rasista - to oczywiście taki, który swoje naziolskie pierdoły wciska zawsze, wszędzie i każdemu, nawet Wydziałowi Wewnętrznemu.
"Zbrodnie" dla ludu, to i kara też ułożona pod gusta ludu: karą dla erotomana jest odgryzienie "narzędzia grzechu", karą dla rasisty... Dobra, nie będę zdradzał wszystkiego. Choć naprawdę łatwo się domyślić i każdy, kto ogląda polskie filmy dojdzie do tego w ciągu trzech minut, a po następnych trzech będzie w stanie przewidzieć, co dalej.
...
I tak dalej, i tak dalej, aż do Wielce Niealuzyjnej Sceny ze Stuhrem na balkonie.
Nie, to nie ta scena. To jest scena sensacyjna z Topą (zawartość sensacyjności - 0,8 w wydychanym)

I do tego te internetowe żarty, nie wiadomo po kiego grzyba powciskanie w film. Awantura urządzana przez Dziędziela przy uszkodzonym samochodzie, to słynne czołgowe "Nie denerwuj się, Andrzeju", "Jebłem ci, to ci jebłem - nie drąż" w barze - też żywcem wytargane z internetu... Gdyby były po coś, gdyby scenarzysta wplótł je w akcję - OK, byłoby słabo dowcipne mrugnięcie okiem, ale kiedy pakuje się te "witze" w film ot tak, kiedy wciska się to między dwie sceny jako bezsensowny przerywnik... W "Och, Karol 2" czy innym "Gulczasie", "Yyyrku" czy "Jobie" mogłoby się to sprawdzić, bo to ten poziom, ale żeby Smarzowski sięgał po tak płaskie chwyty?

A przecież się dało - motyw w wymianą napizganego Ecika na równie napizganego Trybusa, podany jest świetnie, zagrany idealnie (Robert Talarczyk - "telewizyjny" Cholonek) i nagle z dość prymitywnej zagrywki robi się epizodzik na duży szmerek plus szczery chichot. Podobnie zresztą jest w scenach poważnych - wątek Trybusa i Jadźki to ile scen? Trzy? Cztery? Dobrze, jeśli uzbierały się dwie minuty wszystkiego - a jednak jest to wątek na poziomie i mocno jadący po emocjach. No to jeśli dało się się wtedy - po cholerę było uprawiać recyklingowy badziew, hę?

Wymiana Ecika na Trybusa. W roli Ecika - Romanek

W scenariuszu jest parę dziur i parę dziwactw. Ponieważ film jest świeży i jeszcze nie wszyscy widzieli - nie będę nikomu psuł zabawy i zdradzał szczegółów. Powiem tylko, że chodzi m.in. o nagranie finałowego bunga-bunga (rozwiązanie technicznie smutne, bo robione na zasadzie: "Nie mam pomysłu, ale może nikt nie zauważy, a zresztą wisi mi to, kończmy już") i o scenę pogrzebu (po lewej, za salutującym policjantem, a nad wieńcami... jeszcze nie... o, teraz!) i wyrażę stanowczy protest przeciwko chodzeniu na łatwiznę i epatowaniu numerami a'la Zanussi. Dobra, ze trzy interpretacje tego pogrzebowego motywu mogę rzucić od kopa, ale to i tak taniocha dziwactwo absolutnie nie do takiego filmu.

Aktorsko - najwyższy poziom. Nie ma różnicy, czy chodzi o główną rolę, czy drugi plan, czy trzecioplanowe migawki. Zabawne, bo większość postaci powtarza swoje role z innych filmów:  Bartłomiej Topa gra to samo, co w "Domu złym", Marian Dziędziel odtwarza postać z "Oficera", solidnie przyprawioną "Weselem", Eryk Lubos gra składankę swoich ostatnich ról, Aleksander Jakubik też przez większość filmu leci Jakubikiem, ale czasem potrafi wywinąć się i popaść w powagę, a nawet w posępność. Wśród siódemki policjantów nie ma słabych aktorsko punktów: Dorociński i Robert Wabich też zagrali bardzo dobrze, a Jacek Barciak zaliczył drugi plan na Złote Łwy pod Złotymi Palmami. Widzieliście scenę pierwszego przesłuchania? Niby nic nie robi, nie? Niby... A scena, gdy skopany Król przychodzi do niego po pomoc?... Prawda?

W USA zagraliby to Paul Giamatti i Tom Hardy

Bardzo dobre role zagrały też panie: Julia Kijowska jako Madecka i Izabela Kuna, której wreszcie nie musiałem oglądać w roli korporacyjnej biczy, w tle migają błyskotliwie Agata Kulesza i Ewa Konstacja Bułhak. A jeszcze w epizodach zapadają w pamięć Henryk Gołębiewski, Piotr Głowacki... Kurczę, jak Smarzowski to robi, że u niego wszyscy aktorzy po prostu grają, z czego 1/3 dobrze, 1/3 świetnie, a 1/3 rewelacyjnie?

Warto? Warto. Bo choć się czepiam, to minusy nie przesłaniają mi plusów. Jak na kino Smarzowskiego rozczarowująco i trochę wtórnie, ale jak na polskie kino sensacyjne - jednak górna półka. Ogląda się, a nawet wciąga i zostawia z interpretacjami i refleksjami. Plus świetne zdjęcia Piotra Sobocińskiego, rewelacyjny montaż Pawła Laskowskiego  i znakomita muzyka Mikołaja Trzaski - aż się prosi, żeby dodać "jak zwykle", bo to przez stali współpracownicy Smarzowskiego i po raz kolejny pokazują klasę. A skoro jesteśmy przy technikaliach - film "słychać". Poważnie - mimo technik komórkowo-przemysłowych, kwestie aktorów są wyraźne, zrozumiałe, jak nie w polskim filmie, normalnie...

...towar jest u Lutmana, tylko ten towar jest zajęty przez Honigmanna z powodu weksel Reutberga.


Varia
1. W scenie z długopisu Lisickiego, gdy kudłaty brunet filmowany z ukrycia, opowiada o działce na Śląsku widzimy Stefana Laudyna. "Who the fuck is Alice?" zapyta ktoś. W tym wypadku Alice to w połowie kolega reżysera, a w połowie... powiedzmy, że public relations. Stefan Laudyn jest członkiem Polskiej Akademii Filmowej i dyrektorem Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
2. Afera z zakupem dla policji  samochodów ARO rzeczywiście miała miejsce i był to spory przewał. Siedem lat temu zarzuty postawiono 21 funkcjonariuszom Komendy Głównej, przedstawicielom dilerów i... i nic. Proces trwa. Pewnie jeszcze potrwa. A potem zarzuty się przedawnią.
3. Wtopa geograficzna: w scenie pościgu na stacji metra Plac Wilsona Król skacze z ruchomych schodów, wpada w tunel metra i torami biegnie w kierunku Kabatów (oraz samego placu), wspina się na wewnętrzne schody i wychodzi... przy Filareckiej czyli od strony Młocin. Pewnie bym nie zauważył, ale to mój przystanek i chodzę tamtędy parę razy dziennie. Znaczy, Filarecką i peronem, nie po torach :-)

Na szczęście nas takie obławy nie witają
 
4. Chiński bar z filmu istnieje w rzeczywistości - "Dudu" na Marszałkowskiej, w pobliżu Królewskiej. Jeszcze nie byłem, ale dopisałem do listy "lokali filmowych", którą chowam na specjalną okazję i specjalny odcinek.



============
Drogówka
2013
Czas:
Reżyseria:
Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Wojciech Smarzowski
Obsada: Bartłomiej Topa, Arkadiusz Jakubik, Julia Kijowska, Eryk Lubos, Robert Wabich, Jacek Braciak, Marcin Dorociński, Marian Dziędziel, Agata Kulesza, Izabela Kuna i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 zł (produkcja), 200 000 zł ("zwyżka" z puli dyrektor PISF).