2013-05-10

Kochajmy Syrenki [1967]

"- Królewiczu? A co to za chałtura?"

Starsi wiedzą, młodszym przypomnę: chałtura był to bardzo popularny sposób zarobkowania w PRL. Potrzebny był autokar i zdolny organizator. Organizator zapewniał frekwencję, a autokar wypełniało się losową zbieraniną artystów podmiotów estradowych - przydawał się każdy kto był pod ręką: prestidigitator, piosenkarka, żongler, monologista, gwiazda filmowa kategorii dowolnej, paru muzyków, tancerka (zawodowa lub rozbierająca się), baba z brodą, facet w kapeluszu, poeta, kucharz, siostra stryja brata żony i przede wszystkim konferansjer. Tak wypełniony autokar ruszał w objazd po dalekiej prowincji, odwiedzając miasta, miasteczka i wsie, gdzie w salach domów kultury, kin, komitetów i czego tam jeszcze - spragniona kultury publiczność mogła obejrzeć prestidigitatora, piosenkarkę, żonglera, monologistę, gwiazdę filmową kategorii dowolnej (...) i przede wszystkim konferansjera. Wartość artystyczna - zero, wartość kulturo-krzewiąca - zero koma ileś, po występie towarzystwo inkasowało, pakowało się w autokar i jechało dalej. Miesięczna trasa pozwalała spłacić długi, nabyć co nieco i żyć spokojnie przez pół roku.

Przed państwem po powrocie z tournée za granicami i w Rzeszowskiem...

I tu zaczyna się film
- Olsztyn, Biskupiec Mrągowo, Mikołajki itede, itede. - oznajmia tuz chałtur zorganizowanych, niejaki Koszajtis - Tu dawno nikt nie jeździł, dwadzieścia koncertów mamy w kieszeni. A z PGR-ami - czterdziecha.

Autokar wiozący gwiazdy programu "Jeździmy z humorkiem" rusza w trasę. Koszajtis nie wie jednak, że w tym samym kierunku wyruszyła bigbitowa ekipa Pimonowa i Łaputa. Obie ekipy wchodzą sobie w drogę, podbierają sobie frekwencję i porywają sobie artystów. W tle kręci się dwóch brydżystów-szulerów, dwóch młodych-zdolnych, chcących kupić w Olsztynie przechodzoną Syrenkę, amerykańskie małżeństwo nie wiadomo po co i stado ładnych dziewcząt, bo film przyciąga ładne dziewczęta, niektóre nawet w kostiumach kąpielowych. Niektóre nawet w dwuczęściowych. Pogonie, pościgi, porwania, komedię pomyłek i paradę ówczesnych gwiazd (dwa bataliony plus pluton sanitarny) uzupełniają piosenki, napisane przez pierwszoligowych twórców i wykonywane też przez całkiem niezłe nazwiska. Wydawałoby się, że poziom zapewniony. Niestety, zapewniony był tylko sukces kasowy.

Ty się mnie natychmiast zapytowywujesz, ile można zarobić!

"Kochajmy Syrenki" to nie lekka, zgrabna komedia, jakich w latach 60. kręciło się sporo, tylko klasyczny przykład chałtury - podręcznikowy, laboratoryjny wręcz. Paru cwanych organizatorów wpadło na świetny pomysł - oto za państwowe pieniądze można spędzić fantastyczny urlop na Mazurach i nie zapłacić za to ani grosza. Wystarczy napisać zrąb scenariusza, zebrać paru-parunastu lubianych aktorów, parudziesięciu innych obsadzić w krótkich (ale dobrze płatnych) epizodach i wmówić wszystkim, że będzie się kręcić film.

- Panie dyrektorze, niech pan pomyśli: sezon urlopowy się zbliża, a tu na ekranie co chwilę pojawiać się będzie pański hotel, nazwa, szyld, wnętrza, taka reklama! Dupaczewski z Mrągowa zzielenieje z zazdrości! Na pewno znajdzie pan pokoje dla naszej ekipy, w końcu po coś macie ten fundusz awaryjno-reprezentacyjny...

Pozdrowienia z planu przesyła ekipa

- Ależ, towarzyszu sekretarzu, nasz film pokazuje tę brutalną prawdę o środowisku artystycznym, o impresariacie, który przy użyciu brutalnych kapitalistycznych metod...
- Tak, towarzyszu wojewodo, film nasz będzie fenomenalną wprost promocją regionu, tego turystycznego skarbu naszej ludowej ojczyzny, więc gdyby towarzysz wojewoda raczył wykonać dwa telefony...
- Słuchajcie, towarzyszu przewodniczący, ja rozumiem, że uchwała rady, ale przecież my wcale nie musimy kręcić tego filmu w Biskupcu. Równie dobrze możemy w scenariuszu umieścić Kętrzyn albo Iławę, tamtejszy przewodniczący już do nas dzwonił i pytał o taką możliwość. Cały jego fundusz kulturalny możemy mieć do dyspozycji. I pół socjalnego.
- Ba, dyrektorze kochany! Cały film o Syrenkach, wyobrażacie sobie? Piosenki o Syrenkach, wiersze o Syrenkach, Syrenka głównym bohaterem, nawet Łazuki będzie mniej. Oczywiście, bilety na premierę dla towarzyszki małżonki...


Ups, chyba nie ta syrenka...

- Redaktorze, nie trujcie, dobrze? Od razu artykuł, od razu marnotrawstwo... Słuchajcie, a nie chcielibyście zagrać u mnie? Macie taką interesującą twarz, a ja mam rolę jakby specjalnie dla was pisaną! Mała scenka, ale rozpiszemy ją na trzy dni zdjęciowe... Oczywiście, koszty pobytu pokrywamy my.

Film miał potencjał na prawdziwy przebój - znakomici autorzy, znakomici aktorzy, świetny pomysł, możliwości nieograniczone. Ponieważ jednak nikt nie traktował filmu poważnie, wyszła z niego tylko miękka słodka papka, przy której wszyscy zarobili dużo, a reszta - na luźne szelki.
- No, ale o co wam chodzi, towarzyszu krytykancie - skrzywiła się Myśl Przewodnia - Ludzie lubią gdy Łazuka śpiewa i tańczy, no to Łazuka śpiewa i tańczy. Lubią Wołłejkę - mają Wołłejkę. Lubią Chamca - mają Chamca. Lubią dziewczyny w strojach kąpielowych - nasz klient, nasz pan. Lubią, żeby było śmiesznie - jest śmiesznie.
Nie, nie jest.

No, dobra - jest jeden dobry żart. Alfabet Morse'a w wersji fonetycznej

Główny sposób rozśmieszania widza stosowany w "Kochajmy Syrenki" to miny. Nie miny towarzyszące, nie miny podkreślające - o, nie. Miny-zapychacze, czterosekundowe miny, które się robi, bo reżyser nie ma pomysły, scenarzysta jeszcze nie napisał puenty, więc "Zenuś, zrób teraz minę zaskoczoną... a teraz się uciesz! I wytrzymaj". Tekst - mina. Odpowiedź - mina. Kolejna odpowiedź - mina. Puenta... puenty wciąż nie ma, ale za to są dwie miny. No, chyba, że gra Łazuka, który jeszcze jest młody i zdolny, więc potrafi zrobić pięć i pół: skrzywić usta w różę wiatrów, wybałuszyć oczy, uśmiechnąć się, zmarszczyć brwi, załopotać grdyką i ruszyć fryzurą. Fedorowicz ma gorzej, bo nosi wielkie okulary, ale stara się bardzo i też robi miny. Miny robi Janusz Kłosiński, miny robi Czesław Wołłejko, prawdziwy mistrzem min okazuje się Jacek Nieżychowski (podejrzewam, że właśnie dlatego został zaangażowany). Min nie robi jedynie Alicja Sędzińska.
- Taka dobrą jest aktorką?
Nie, taką złą. Nawet min robić nie umie.

I żeby jeszcze teksty były dobre i dowcipne, ale nie - nie są. Są płaskie, a momentami prostackie. "Barany! (mina) Matoły! (mina) Durnie! (mina) Powinien pan się leczyć! (dwie miny) Nie moje lewo, tylko twoje lewo! (mina)" I tak przez cały film. Plus wylewanie sobie kawy na spodnie, spadanie z dachu, wpadanie do wody i taplanie się w niej przez 5 minut, wychodzenie, wpadanie znowu i taplanie się przez kolejne 5 minut... Kurczę, ja naprawdę kocham PRL-owskie komedie, nie mam wielkich wymagań, ale w tym przypadku nawet niewielkie wymagania okazują się zbyt wielkie. Jakbym oglądał francuską komedię klasy B. Albo włoską. Albo duńską.

Syrenka ucieka, Junak goni, w tle chyba WFM Osa

Aktorsko - na przyzwoitym poziomie. Pomijając miny, oczywiście. Co mają aktorzy grać, to grają, są sobą, bo przecież inżynierowie Mamoniowie na wczasach z FWP tego właśnie od nich oczekują. Muzycznie - podobnie: u Młynarskiego zabawa słowem, u Senta zgrabna synkopa, bigbit wpada w ucho. Przynajmniej twórcy piosenek nie chałturzyli za bardzo.

Nie warto. Chyba, że jesteście fanatycznymi wyznawcami Syrenek i do przejścia w stan zaślinionego plateau wystarczy Wam widok gaźnika. Albo mieszkacie na Mazurach i chceci zobaczyć rodzinne strony sprzed 50 lat.
Jedną tylko rzecz warto zobaczyć. 53-letniego Jacka Nieżychowskiego (wiele kilo żywej wagi i wiele centymetrów w pasie) wykonującego skok z miejsca przez barierkę do wody. Rispekt.

Ja bym się chyba zabił o tę barierkę, a pan Jacek "Hyc"!...



Varia
1. W roli głównej wystąpiła Syrena 103 czyli tzw. gęsiarka. Nazwa pochodzi od drzwi otwieranych w sposób umożliwiający automatyczny połów przydrożnych gęsi bez zatrzymywania się. Wiecie, tych drzwi z klamką bliżej przodu.
2. Ponieważ "wszyscy mają udział w zyskach" - reżyser i zdjęciowiec dorobili sobie w rólkach pracowników stacji benzynowej.
3. Do motywu z zaopatrzeniowcami handlującymi uszczelkami zaangażowano aż czterech aktorów. Motyw kompletnie od czapy (podobnie jak ten z amerykańskim małżeństwem), ale who cares, skoro koledzy też załapali się na wczasy? A sam pomysł cztery lata później twórczo rozwinie Tadeusz Chmielewski, tylko zamiast uszczelek wystąpią dreblinki.
4. Glennskiiego, znacie? Taki wesoły Amerykanin z Blendersów, który potem założył Groovekojada. I w utworze "Panie kierowniku" wykorzystał sampla wykrojonego z "Kochajmy Syrenki". Chętni mogą obejrzeć i wysłuchać TU.
5. "Nie chodź jak krowa - szanuj zieleń Mrągowa". Dobre. Mocne. Polityczne.

Jadłospis z gatunku intrygujących


============
Kochajmy Syrenki
1967
Czas:
84 minuty
Reżyseria: Jan Rutkiewicz
Scenariusz: Jacek Fedorowicz
Obsada: Bohdan Łazuka, Jacek Fedorowicz, Alicja Sędzińska, Czesław Wołłejko, Janusz Kłosiński, Jacek Nieżychowski, Krzysztof Chamiec, Aleksander Fogiel, Adam Pawlikowski i dwanaście tysięcy sześćset czternaście innych podmiotów wykonawczych.

4 komentarze:

  1. Panie Kierowniku! Panie Kierowniku! A u nas nie mówio +gęsiarka+ ino +kurołapka+!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nazwa zależy od hodowanego w danym regionie drobiu? "Gęsiarka", "kurołapka", "listonoszochwytka"...

      Usuń
  2. Panie autorze, jeśli pan ten film uważa za chałturę stworzoną po to, żeby pojechać na wakacje za nieswoje pieniądze, to co powiedzieć o słynnym "Rejsie"? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniej więcej to samo, tylko twórcy "Rejsu" wcale się z tym nie kryli :-)

      Usuń