2013-05-06

Nikt nie woła [1960]


Do miasta na Ziemiach Wyzyskiwanych...
- Chyba Odzyskanych?
- Na razie jeszcze Wyzyskiwanych, co widać po dyskretnych scenach szabru. 

...trafia młody chłopak, uciekający przez konspiracyjnymi zaległościami. Kazano mu strzelać do "czerwonych", odmówił wykonania rozkazu, a teraz ucieka przed wydanym na niego wyrokiem. Miasteczko jest wystarczająco daleko, jest malownicze, tu góry, tam rzeczka, tu ładna dziewczyna, tam efektowna kierowniczka, mieszkania do wyboru, pracy w bród...
"- Co pan umie?
- Nic.
- Pracy biurowej nie ma."


Nie rzócim! Hyba, rze ktoś pogrozi nam norzem w bżuhu.

Bożek - takie bowiem miano nosi główny bohater - próbuje... Właściwie nie bardzo wiadomo, co próbuje. Ułożyć sobie życie? Raczej schować się i przeczekać. Początkowo na każde "Ej!" reaguje paniką, zwinięciem się w kłębek, ale z dnia na dzień nabiera pewności siebie. Wiąże się z młodą repatriantką z Kresów, ale równocześnie daje się adorować kierowniczce, flirtuje (i nie tylko) z magazynierką i gdy wydaje się, że jego jedynym problemem będzie zabawa w Parysa i wybór między trzema miasteczkowymi boginiami, spotyka dawnego kolegę z konspiracji...

Część recenzentów szukała w głównym bohaterze przeciwieństwa Maćka Chełmickiego, a w filmie - polemiki z "Popiołem i diamentem". Coś w tym jest... Tam przystojny konspirator, zderzający się z historią, rwący przystojną barmankę i zabijający "czerwonego" - tu przeciętny, chuderlawy młodziak, odmawiający wykonania rozkazu i rwany przez całe stado kobiet. Tam - patriotyczny "ąturaż" i romantyczna symbolika zwisająca z każdej ściany, tu - puste miasto, puste wnętrza, zimne, puste ściany. Tam pijany polonez pogrobowców sanacji, tu - "cyrk weteranów" i samotny włóczęga, za wodami Kołomyi (Prut? Dobrze pamiętam?) płaczący. Tam zdecydowany ideologicznie współkonspirator Andrzej, tu - gruźliczy Zygmunt, równie zestrachany jak główny bohater (a może nawet bardziej). Tam proces historyczny i konieczność dziejowa, o które rozbija się uczucie, tu - przede wszystkim uczucia, w które od czasu do czasu do czasu wcina się historia. Tam szeroka, rozgadana narracja, tu - operowanie przede wszystkim obrazem, skrótem, zatrzymaniem i milczeniem. Kutz, oczywiście, odżegnuje się od tego typu porównań, twierdząc, że przede wszystkim chodziło mu o znalezienie własnego języka formalnego, ale fakt, że szukał go w takim właśnie scenariuszu Hena, a nie w opowieści o przygodach małej mrówki Basi czy losach strażaka Gryzmołka, trochę osłabia siłę jego zaprzeczeń.

Z uczty bogów została kiełbasa na gorąco i herbata. Też na gorąco.

W pewnym momencie "Nikt nie woła" przestaje się oglądać jak film, a zaczyna oglądać jak spektakl teatralny, a po chwili jak album z obrazami - formalne pomysły Kazimierza Kutza i oko operatora Jerzego Wójcika tworzą najpierw przestrzeń, a potem wypełniają ją klimatem, wykorzystując mury Bystrzycy Kłodzkiej, miasta które powinno być wymieniane nie w rubryce "plener", ale w rubryce "aktorzy" i to bardzo, bardzo wysoko. Grają ściany, grają okna, grają drzwi, grają widoki - czasem to właśnie one budują napięcie, podsuwają interpretacje - jak w scenie obiadu, gdy za plecami Lucyny widać miasto, a za plecami Bożka dechy domowej sieni. Kutzowi i Wójcikowi wystarczy kawałek ściany i stojące przy niej łóżko, most, stół z wazonem, schody, cokolwiek, by jednym ujęciem nadać scenie charakter i kontekst. A dochodzi to tego rewelacyjne operowanie światłem - i we wnętrzach, i w plenerach... Tu chciałem zaszpanować porównaniami do paru filmów Miklosa Jancso, ale na szczęście sprawdziłem - filmy Węgra, które chciałem przywołać, są późniejsze niż "Nikt nie woła", więc nie będę ani porównywał, ani szpanował. Gdyby jeszcze montaż dorównywał zdjęciom... Niestety, momentami drażni, momentami przeszkadza, irytuje wręcz.
- Może to celowy zabieg?
Przypuszczam, że wątpię. Przypuszczam, że nawet bardzo.

Martwa natura z monidłem

Świetnie sprawdza się muzyka Wojciecha Kilara (jeden z pierwszych filmów, które ilustrował) i bardzo umiejętne jej wykorzystanie przez reżysera - jest kilka scen, teoretycznie proszących się o muzykę, ale Kutz akurat w nich muzyki nie używa, dzięki czemu zyskują na sile.

Aktorsko powyżej średniej. Henryk Boukołowski jest odpowiednio młody, niewinny i niebohaterski, Halina Mikołajska jako i Barbara Kraftówna grają oszczędnie, ale tworzą bardzo wyraziste i mocne postaci, od których nie można oderwać wzroku ani myśli. Zwłaszcza od Haliny Mikołajskiej, grającej wszystkim: wzrokiem, głosem, oddechem (a raczej falującą w emocjach piersią grottgerowską), samym ułożeniem ciała, zmianą sposobu stania nawet... Na trzecim planie zapadają w pamięć Ryszard Pietruski i Aleksander Fogiel, a odkryciem filmu jest Zofia Marcinkowska. Niemal całkiem zapomniana dziś aktorka ma w "Nikt nie woła" sporo do grania i gra naprawdę świetnie, ale... I to jest bardzo duże "ale"... Marcinkowska gra fizycznością - fantastycznie sprawdza się w scenach niemych, twarzą i wzrokiem potrafi oddać każdą emocję, a pomagają jej zabiegi reżysera i charakteryzatorów, którzy dyskretnie, ale konsekwentnie jej postać dopracowują: raz zmienią uczesanie, kiedy indziej dodadzą jakiś drobiazg w ubiorze albo szczegół makijażu itd. Postać Lucyny zmienia się, dojrzewa i rozkwita na ekranie, przykuwa uwagę i spojrzenia... ale potem na scenę wchodzą postsynchrony i biją nas po uszach kawałkiem deski: Marcinkowska mówi tragicznie, krzyczy sztucznie, śmieje się tekturowo i gdyby widz zamknął oczy, mógłby mieść wrażenie, że znalazł się w barze mlecznym "Apis" w czasie inwentaryzacji. O ile plastycznie "Nikt nie woła" jest ucztą dla oczu, to niektóre partie dialogowe, zwłaszcza w wykonaniu Marcinkowskiej są koszmarem dla uszu.


Podobno spore wrażenie robi finałowa scena erotyczna między Bożkiem i Lucyną. Na kimś na pewno zrobiła wrażenie, bo w wersji, którą oglądałem została ścięta do ledwie aluzyjnego minimum. Ma to swoje dobre strony, bo można uruchomić wyobraźnię, ale kiedy się człowiek o niej naczytał, to chętnie by obejrzał. Cóż, nie tylko "kombinerki były brutalne" - nożyczki cenzora (ówczesnego czy dzisiejszego?) także.

Bardzo dziwna jest scena spotkania Bożka z delegacją podziemia. Stoi sobie biedny Bożek i moknie na deszczu, a tu zza krzaków wylatują dwie sylwetki i biegną ku niemu. Kiedy są blisko, Bożek przeskakuje płot i wpada na pole minowe. Mina wybucha, wszyscy padają, a po chwili poakowscy rewolwerowcy wstają i uciekają. Bożek czymś za nimi rzucai  dostajemy zbliżenie dżdżownic. Gdyby nie dżdżownice powiedziałbym, że scena jak z czarno-białego Benny'ego Hilla, ale ponieważ dżdżownice są, to nie wiem. Może ziemia, w której dżdżownice pełzają, mogłaby być wskazówką? Jeśli to ziemia obiecana, to wtedy byłaby z Reymonta, a jeśli stara to z Jerzego Żuławskiego.

Jedna kobieta, dwoje oczu, a tyle emocji...

Kutz za film zebrał spore baty - krytycy mieli do niego pretensje o eksperymentowanie z formą, o niezrozumiałą konstrukcję, o agresywną muzykę, o wspomnianą scenę erotyczną. Po latach Kutz przedstawiał to trochę jak nagonkę, ale szybkie zerknięcie w filmografię pokazuje, że kłopotu z kręceniem kolejnych filmów nie miał (w 1961 roku nakręcił "Tarpany" i "Ludzi z pociągu").

Warto? Bardzo warto - estetycznie to chyba absolutna czołówka polskiego filmu, a Jerzy Woźniak powinien dostać za "Nikt nie woła" dziesięcioletni abonament na Oscara i Złote Żaby.
 
Naprawdę nikt nie woła, Bożek.


Varia
1. "Nikt nie woła" Hena nie czytałem, ale zerknięcie w streszczenie wywołało u mnie lekki opad szczęki. Jaka Samarkanda, u licha, jaki Taszkient, jaka armia Andersa i jaki batalion pracy? Ktoś czytał i może powiedzieć, co wspólnego - poza facetem o imieniu Bożek i jego szukaniem miłości - film ma wspólnego z książką?
2. Zofia Marcinkowska zagrała tylko w trzech filmach - po skończeniu PWST w Warszawie wróciła do Krakowa, zaczęła grać w Starym Teatrze, a w 1963 roku popełniła samobójstwo.
3. Filmpolski.pl podaje, że w filmie zagrał Stanisław Tym - obejrzałem dokładnie, przewinąłem dwa razy w obie strony... Albo zagrał wagon, albo zagrał stół, albo jestem ślepy, albo rolę Tyma wycięto.
[Errata:  znalazłem. 21'16" - facet na moście w czarnym berecie. Twarzy nie widać, ale chód charakterystyczny. Zagrał... Ledwie przeszedł. I to nawet nie do historii]
4. Niektórzy mogą się zdziwić, gdy w scenie rozgrywającej się przed kinie, usłyszą głos czytający "Polską Kronikę Filmową". Tak, tak, proszę wycieczki - przed Andrzejem Łapickim zaangażowane ideologicznie teksty "Kroniki" czytał Władysław Hańcza.
5. Kiedy Bożek umawia się ze Stareńską, wspomina że w kinie wyświetlany jest film z Leslie Howardem. Na kinowej tablicy wiszą dwa plakaty - pierwszy to plakat filmu "Niesforna dziewczyna" z 1938 roku, w którym Leslie Howard nie zagrał, drugi to plakat dokumentu "Majdanek" - w tym filmie Leslie Howard nie grał tym bardziej.




============
Nikt nie woła
1960
Czas: 86 minut
Reżyseria:
Kazimierz Kutz
Scenariusz: Józef Hen (na motywach własnej powieści o tym samym tytule)
Obsada: Zofia Marcinkowska, Henryk Boukołowski, Halina Mikołajska, Barbara Krafftówna, Aleksander Fogiel, Ryszard Pietruski i inni.

2 komentarze:

  1. "faulującą w emocjach piersią grottgerowską"

    Obywatelko, pani piersi otrzymują czerwoną kartkę za wejście ciałem w przeciwnika.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, ja tępy... trochę czasu zajęło mi zrozumienie, o co chodzi :-))
    Prawdę mówią, że własne teksty czyta się najtrudniej.
    Dobra, zaraz poprawiam, a "litrówkę" może wykorzystam na swoim poletku piłkarskim - szkoda, żeby się zmarnowała.
    Dzięki za wyłapanie i za zgrabny komentarz (też go sobie podkradnę, mogę? :-))

    OdpowiedzUsuń