2013-05-23

Obława [2012]

Wymieszajmy Władysława Pasikowskiego, Michała Choromańskiego, Quentina Tarantino i dodajmy dużo bromu...
Uprzedzam - dziś wyjątkowo długo, bo film wart dłuższej rozmowy.

Głównym bohaterem filmu jest partyzant w stopniu kaprala, pełniący obowiązki kata. Pojmanych przez partyzantów i przesłuchanych jeńców wyprowadza w las i rozwala na zimno. Twórcy ustami postaci drugoplanowych sugerują, że robi to dość często, a on sam bardzo nerwowo odnosi się do wszelkich prób konkurencji czy wyręczania go w zbożnym dziele eliminacji Wrogów Narodu. Od razu wiadomo - albo mści się za coś, albo ma nierówno pod kopułą i po prostu lubi takie zabawy. Drugą możliwość wykluczamy, ponieważ kaprala "Wydrę" gra Marcin Dorociński, a wiadomo, że Marcin Dorociński zwyrola grać nie może, jest albowiem filmowym skarbem narodowym kategorii S.

Czuję się taki wyobcowany przez Niemców... Ta wojna mnie upokarza...

Pewnego dnia kapral "Wydra" otrzymuje rozkaz dotyczący jego szkolnego kolegi. Kolega oskarżony jest o wsypanie miejscowej konspiracji, w tym harcerzy, wśród których była siostra sanitariuszki oddziału. Rozkaz nie jest zbyt logiczny - "Wydra" ma pójść do miasteczka i przyprowadzić oskarżonego do obozu. Sam. Gdyby oskarżony odmówił udania się w leśne ostępy - "Wydra" ma go rozwalić. Co "Wydra" ma zrobić, gdyby kolaborujący rodak okazał się cwańszy i wezwał na pomoc germańskichkurwaoprawców - nie sprecyzowano. Na szczęście kolaborant nie odmawia i udaje się w. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że oddział partyzancki został wyrżnięty w pień. W tym momencie zaczyna się jazda.

Jazda polega na mieszaniu czasów, na retrospekcjach, czasie rzeczywistym, retrospekcjach retrospekcji, retrospekcjach czasu rzeczywistego oraz retropsekcji przyszłych retrospekcji... Z popielnika na Wojtusia iskeryczność mruga i, kurczę, ma to swój urok. Naprawdę. Marcin Krzyształowicz splata wątki, wyjaśnia jedne, gmatwa drugie, podsuwa wyjaśnienia, bo po chwili je skomplikować, rzuca aluzją, by po kwadransie pokazać ją z punktu widzenia innej postaci, a po kolejnym kwadransie - z punktu widzenia jeszcze kolejnej. Robi się z tego naprawdę wciągająca, mroczna sieć, droga wśród której wymaga skupionej uwagi, refleksu i inteligencji, więc jeśli ktoś ma problemy z poruszaniem się w przestrzeni fabularnej bez tabliczek "Miesiąc wcześniej" czy "A tymczasem w ciemnym lesie...", może się pogubić.

Szeregowy "Żwirek" pomylił kompas z wiaderkiem i zgubił się w ostępach

Skręty akcji, powroty, sceny z gatunkiem dramatycznym na poziomie "Ostrożnie! Zaraz wybuchnie, a widza zeżrą emocje". Ogląda się to naprawdę świetnie - jakby patrzyło się na Leo Messiego, dryblującego między obrońcami przeciwnej drużyny (a uwierzcie, że jest na co popatrzeć). Niestety, im dalej w filmowy las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że filmowy Leo Messi przedryblował wszystkich przeciwników, wyjechał z piłką ze stadionu i teraz z zapałem śmiga z piłką na stacji metra, problem w tym, że jest to stacja dawno zamknięta i nikogo na niej nie ma, a sam Messi zgubił piłkę na schodach i teraz "kiwa" się z własnym cieniem. "Zakiwał się" - jak to się mówi w świecie piłkarskim.

I Marcin Krzyształowicz też się "zakiwał". Zapętlił historię tak, że w pewnym momencie stracił nad nią kontrolę i zamiast precyzyjnej maszynerii dostaliśmy kombajn, tylko w efektownym opakowaniu z pokrętłami, diodami itd. Nie, żebym miał coś przeciwko kombajnom - bardzo sympatyczne urządzenia.
Desant załatwia oddział. OK, ale skoro załatwił, to po jaką cholerę dwa dni później idzie obława na ten sam oddział? Skoro desant załatwił oddział i został w lesie na biwaczek, czemu nie skorzystał z wypasionego obozowiska, tylko biwakował w szczerym lesie, wśród wykrotów?
- Bo to był tajny desant?
Tajny desant nie ustawia gramofonu i nie puszcza na całą puszczę najnowszych przebojów Mariki Rökk i orkiestry braci Schwestern. A zresztą skoro obozowisko było desantowi na nic, to powinien owo obozowisko puścić z dymem pożarów, z kurzem krwi wrażej, a nie zostawiać go do użytku przyszłych pokoleń partyzantów.
I po ciężką cholerę w ogóle desant? 

Według wodza Inczu-czuny desant jest odbiciem archetypu Komancza w postwojennym dyskursie o przemocy

Co chwilę wyłazi jakaś niedoróbka. Nie, nie niedopowiedzenie - niedoróbka. Niedopowiedzenie jest wtedy, kiedy zastanawiamy się, kim był tajemniczy facet, rąbiący drzewo u Kondolewiczów. Z wypowiedzi męża i zachowania żony możemy się domyślać, że rąbał nie tylko drzewo /porozumiewawcze mrugnięcie połączone z obleśnym uśmiechem/, ale nas intryguje, że jest ubrany w całkiem świeże wojskowe spodnie, owijacze, koszulę, że nosi wojskowy pas...  A niedoróbka jest wtedy, gdy desant skacze ze spadochronami na las, ryzykując bolesne nadzianie się na jodłynagórszczycie, zamiast po prostu podejść sobie dróżką (skoro i tak wiedzą, gdzie jest obóz...), gdy desant po wylądowaniu pracowicie składa spadochrony, a gdy już je złoży, zostawia je na widoku (zresztą, bez różnicy, bo połowa spadochronów wisi na drzewach), gdy przy pięciu stopniach Celsjusza muchy nam brzęczą stadnie, gdy potencjalny zdrajca podchodzi do pierwszego lepszego jeńca w klatce i pyta o kontakt z łącznikiem Gestapo, a pierwszy lepszy jeniec oczywiście ten kontakt zna i nie, nie chodzi o kontakt do samego Gestapo (Currywurst Strasse Neunundsechzig, telefon acht acht acht nul null null), tylko do polskiego kolaboranta, który z gestapo kontaktuje się metodą "lewą nogą do prawego ucha". No, kaman, bądźmy poważni...

Od pewnego momentu "zakiwanie" się reżysera zaczyna przeszkadzać. I mean, really przeszkadzać. Dramat wewnętrzny kolaboranta, a kto wie, może nawet powód kolaboranctwa jego, sprowadzony zostaje do problemów małżeńskich. Mówiąc krótko: on chce dzieci, ona nie chce, on próbuje, ona robi za Gandhiego (bierny opór), bo nim gardzi, a on trenuje w ubikacji, posługując się jej zdjęciem i wydając odgłosy. Parę razy i głośno. Odgłosy wydaje także w łóżku na stawiającej bierny opór małżonce. Dramatyczne są i mają pewnie pokazać skalę cierpienia, ale nie bardzo się to udaje. Przynajmniej w moim przypadku, bo ja zrozumiałem za pierwszym razem, za drugim zastanawiałem się, po cholerę ktoś powtarza mi coś, co już zrozumiałem, a przy trzeciej próbie szlag mnie trafił, bo co jest takiego skomplikowanego w czochraniu Freda, że trzeba mi to wywlekać na ekran co dziesięć minut? Nie można znaleźć innego środka wyrażania dylematów?

W naszym Matriksie, panie Anderson, są tylko białe pigułki, Wie pan, wojenne trudności z zaopatrzeniem.

I po cholerę to epatowanie bromem? Tak, wiem, że jak się ma w oddziale kobietę, to się ma też problemy z żołnierzami, a żołnierze mają problemy z "uzbrojeniem", ale tu problem napięcia seksualnego nadęto do rozmiarów Puszczy Białowieskiej i za każdym razem pojawiał się brom. Sanitariuszka plus "Wydra" - brom. "Wydra" plus Waniek - brom. Waniek plus rudy - brom.
- Czy pani już dzisiaj brom brała?
- Nie, dzisiaj jeszcze nie brombrałam.
Postacie filmowe brombrają non stop - jedne w pigułkach, a inne w krzakach. Można było odnieść wrażenie, że w leśnym obozie więcej jest pigułek bromu niż amunicji, a w każdym razie używa się ich o wiele częściej (to mogłaby być mocna scena: "Poruczniku, nie utrzymamy się! Zostało nam sześć pastylek bromu i dwa granaty! - Strzelajcie celnie, a ostatnią pastylkę zostawcie dla siebie!") Tak, wiem, że seks pełni ważną rolę w życiu człowieka i że bywają różne przypadki, ale naprawdę nie przesadzajmy. Żywią, kuźwa, i bromią...

Momentami niezłe dialogi. Momentami, bo partie wręcz znakomite, przeplatane są drętwymi deklamacjami w stylu wczesnych lat 90., gdy Głębokie Myśli usiłowały przybierać Ponadczasową Formę i głosić Prawdy o Życiu. Może wyjdę na nieczułego buca, ale opowieści kaprala "Wydry" o mężczyźnie, kobiecie, dziecku i zwierzętach, słuchałem z zażenowaniem i jedyne, co mi na myśl przychodziło to wiekopomna scena z "Krolla", gdy Ewa Bukowska szeptała do ukochanego: "Pamiętasz, jak siadałam ci na kolanach w parku? Jak śpiewałam Ci w deszczu 'O, mój, rozmarynie'? Pamiętasz?" Cóż, ja zapamiętałem i teraz mi się przypomniało. Na szczęście Krzyształowicz nie skończył na tej scenie, a dołożył nam ostatnią (Rewelacyjną! Bezsensowną, ale rewelacyjną!) i dlatego nie skończyłem seansu ze złośliwym rechotem, a z łezką w oku.
Albo hasło marszczącego agenta:
- Zajmij się moją żoną... i zastąp mnie... godnie. 
Święty Facepalmie, patronie obitego czoła...

Nie róbcie nigdy facepalma drzewem. Ręką bezpieczniej.

Świetne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka: kiedy trzeba - ostre, kiedy trzeba - miękkie, a światło powinno zostać wpisane na listę aktorów. W sumie dziwnym nie jest: Tomiak "kamerował" także "Palimpsest" i "Daas", to naprawdę czołówka krajowa. Także muzyka nieźle gra w tym filmie - zazwyczaj jej nie ma, słyszymy wszystkie odgłosy lasu, ptaki, szum drzew i brzęczenie co większych much, głównym motywem muzycznym jest pojawiająca się parę razy skoczna, swingująca melodia, mocno kontrastująca i z wymową filmu z wydarzeniami na ekranie, a czasem gdzieś w tle pojawi się subtelny motyw, delikatny akord, coś podkreślający albo tylko sugerujący.

Aktorsko... Powiedziałbym, że średnio. Marcin Dorociński gra Marcinem Dorocińskim i nie można się do niczego przyczepić - ba! ma momenty świetne, na Oscara za konkretną scenę - ale chyba mam lekki przesyt. Doceniam, ale tym razem kapcie mi nie spadły. Maciej Stuhr - przeciętnie. No, mecyje, zagrał złego... Problem w tym, że na graniu się skończyło. Zagrał - nie "był". Był człowiekiem, robiącym złe rzeczy, ale w gruncie rzeczy nieszczęśliwym i wyglądającym jak Maciej Stuhr, co z definicji wyklucza demoniczność.
- No, jeśli dla ciebie Stuhr to Stuhr i nieważne, co zagra...
Ależ właśnie ważne! Bo jeśli się wygląda jak Stuhr i ma się głos Stuhra, to trzeba się przyłożyć do roli, znaleźć sposób, by dotychczasowe "ąpluła" zgubić, by nikt nie postrzegał aktora przez pryzmat poprzednich ról. I to Stuhrowi nie wyszło - jest tylko Maciejem Stuhrem, który próbuje grać złego. I zrozummy się dobrze - to nie jest zła rola. Tylko po prostu mnie nie przekonuje. 

A teraz zagram pauzą i kolagenem... Dzióbek - raz!

Reszta aktorów? Weronika Rosati, niestety, wtapia się w otoczenie i nie chodzi mi tu o kolegów aktorów, tylko o las, w którym mieszkają partyzanci, Andrzej Zieliński niewiele ma do grania, ale swoje robi, Bartosz Żukowski jako kolejny pada ofiarą własnej facjaty, a Sonia Bohosiewicz robi miny. Robi ich dużo, bo jej postać mówi niewiele, reżyser ładnie ją oświetla, ciekawie filmuje i... I nic. Mina, mina, zawieszone spojrzenie, o, to są moje nowe usta, rozpacz w lewym oku, mina, tęsknota w prawym oku, a to znowu są moje nowe usta, ach tyle kolagenu, a jakie różowe i znowu mina... Za dużo. Do pewnego momentu było to intrygujące, ale potem przestaje być, a rola zamiast na stacji "Świetnie" zatrzymuje się na przystanku "Jak na polskie kino - może być". Ale nie wiem, czy więcej tu winy reżysera czy aktorki...
Fantastyczny epizod zaliczył Dariusz Chojnacki jako Ślązak z pierwszej sceny (na postsynchronach zgasił nawet Dorocińskiego). Sceny, poza paroma drobiazgami, świetnej i mającej szanse zostać w historii polskiego kina wojennego. 

A tu ponadczasowa klasyka kina wojennego - drzewa, które umierają stojąc nad umierającym leżąc.

Główne "ochy" i "achy" pod adresem "Obławy" dotyczyły tego, że zrywa z czarno-białym obrazem wojny, w którym naród dzieli się na tych, którzy walczą z bronią w ręku, tych, którzy walczących dokarmiają z patriotyczną pieśnią na ustach i nielicznych kolaborantów, którzy przez sam fakt kolaboranctwa wypisują się z narodu... przepraszam, Narodu Polskiego. Chwalono film za to, że nikt w nim nie jest kryształowy, że każdy ma swoje za uszami, że uzbrojony gieroj bzyka na boku, że partyzanci są brudni, prymitywni i gotowi przelecieć prawie wszystko, z wyjątkiem sosny (bo się klei od żywicy), szyszki (bo drapie), chomika (do taśmy klejącej nie dowieźli) i dowódcy (bo kto by chciał przez miesiąc stać na nocnej warcie), że obraz partyzantki nie jest bogoojczyźniany, zamiast codziennych Mszy za Ojczyznę i Pana Prezydenta Raczkiewicza mamy brud, smród, dziurawe skarpety i brom, a zamiast rycerskiej walki - rozwalanie wroga strzałem w plecy. No, dobra, a królowa Bona umarła. Doceniam, że ktoś to pokazał, ale tak naprawdę tylko kwestie rozwałek i problem seksu pojawiły się w filmie po raz pierwszy. W filmie - w literaturze można się z tym było spotkać od dawna (nawet zanim ukazał się "Egzekutor" Stefana Dąmbskiego). Na ile więc to jest naprawdę nowe i odkrywcze, skoro jest oczywiste i było znane o wiele wcześniej? Przecież, gdyby ktoś nakręcił dziś film, odkrywający, że przed wojną mieliśmy genialnego matematyka Stefana Banacha i logika Alfreda Tarskiego, zostałby przez "technicznych" zabity śmiechem za "odkrywanie Ameryki". Tymczasem Krzyształowicz odkrywa Amerykę jeszcze bardziej oczywistego gatunku i nagle wielkie halo?
- No wiesz, nie każdy jest historykiem.
Ja też nie jestem, ja tylko chodziłem do takiej dziwnej szkoły i czytałem dużo książek. Ale to niczego nie zmienia: 2 + 2 = 4, wody do kwasu się nie wlewa, a wojna, zwłaszcza partyzancka, jest brutalna i brudna, jeszcze w czasach Napoleona w Hiszpanii taka była, żadna nowość. Ktoś czytał "Komu bije dzwon" albo "Do piachu" i czy one się tak naprawdę różnią od "Obławy"?
Poza bromem i głową w garnku, oczywiście.

Zamiast uobziedliwej głowy w garnku - tajemnicza kobieta z brzytwą

Warto? Jednak warto. Powiedziałbym, że nawet bardzo, bo to mimo wszystko kawał solidnej filmowej roboty. Tylko wolałbym, żeby następnym razem Marcin Krzyształowicz pracował na cudzym scenariuszu - na pewno znajdzie na niego jakiś ciekawy sposób i nakręci go rewelacyjnie. Na własny tekst patrzy się zupełnie inaczej, brakuje do niego dystansu, nie widzi się błędów, wpadek, dłużyzn... Kto jak kto, ale ja wiem o tym bardzo dobrze  ;-)


Varia
1. W swojej ostatniej roli wystąpił w "Obławie" Jerzy Nowak.
2. Prawdopodobieństwo, że istniał piłkarz Johann Schwiniak, grający w Koronie Görlitz jest bliskie zera. Nie tylko dlatego, że nie znalazłem takiego klubu. Swoją drogą szkoda, że Krzyształowicz nie wysilił się na wymyślenie jakiegoś sensowniejszego nazwiska, tylko poszedł po linii najmniejszego hehehe.
3. Dziewczynkę z watą cukrową zagrała Wiktoria Krzyształowicz. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa.
4. Film kręcono w Rytrze i w Słomnikach. W Rytrze nie byłem, w Słomnikach wielokrotnie.
5. Ktoś zwrócił rolę na postać księdza? Chyba nikt, bo nie trafiłem na tekst o "wulgarnie ateistycznym i brutalnym ataku na Kościół".
6. Gdy "Wydra" niesie odrąbaną głowę niemieckiego desantowca, specjaliści od efektów specjalnych dostają cholery i mówią brzydko bardzo. Ponieważ ktoś może jeść w trakcie lektury, nie będę wdawał się w szczegóły, ale zerknijcie ma metodę dekapitacji i na jej efekty. 

A myślałem, że "Patrz, Kościuszko, na nas z nieba" to tylko taka metafora...


============
Obława 
2012
Czas:
88 minut
Reżyseria: Marcin Krzyształowicz
Scenariusz: Marcin Krzyształowicz
Obsada: Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Weronika Rosati, Andrzej Zieliński, Bartosz Żukowski, Witold Dębicki i inni
Dotacja PISF: 2 000 000 (produkcja, ale dopiero w trzecim podejściu - w pierwszym wniosek przesunięto, w drugim odrzucono (!)) Plus bliżej nieokreślona  suma z Małopolskiego Funduszu Filmowego.

7 komentarzy:

  1. Ja wiem, drobiazg, ja wiem, dawno temu, ale Alfreda, na bogów, nie Adama!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Poprawione. A ja idę klęczeć w popiele i posypywać głowę grochem. Dżizaśkuźwaitakdalej, jak mogłem zrobić taki błąd? No, jak? Jak? JAK???
      Jak pisał Andrzej Waligórski: "No tak właśnie, jak pan to widzi"
      Fstytmi. Bardzo.


      PS
      Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie głęboką niechęć do imienia Alfred.

      Usuń
  2. No dobra, tylko gdzie te Słomniki? Może co najwyżej wnętrze świątyni - bo z zewnątrz to kościół w Wysiołku Luborzyckim. AJK pewnie nie był, ale widział nie raz, bo po kwadransie jazdy pociągiem z Krakowa w stronę Warszawy, po prawej stronie pięknie góruje nad okolicą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, w Wysiołku chyba nie byłem, kościół pewnie z okien pociągu widziałem wielokrotnie, ale musiałbym zobaczyć jeszcze raz, żeby skojarzyć. A pociągi teraz drogie... :-) Gdzie Słomniki? No właśnie - też się zastanawiałem, ale nie znam miejscowości na tyle, żeby rozpoznawać poszczególne zaułki, podwórka czy inne takie.

      Usuń
  3. BRUD!!!! BRUD!!! BRUD!!! Bród to jest płytki odcinek rzeki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kórwa, ałtokrekta, kąmpromitacja!

      PS
      Ale rze nikt tego nie wyłapał...

      Usuń