2013-05-03

Ostatni prom [1989]

"Licząca ponad 1200 członków i kandydatów organizacja partyjna zakładów Pronit w Pionkach zakończyła zebranie w sprawie ustosunkowania się..."

Zaczyna się mocnym obrazem - ludzie stłoczeni przy kratach, twarze wciśnięte w żelazo, wzrok wbity w ścianę, bo w jasną przyszłość patrzeć się nie da - jasna przyszłość poszła się upić kartkową wódką, na ścianie nadęty transparent. Ot, obraz uciemiężonego przez komunę narodu. Pewnie ich zaraz wszystkich na Sybir albo w Bieszczady...
A to tylko kolejka przed supersamem. I bieg do lady po otwarciu, i puste półki, i tradycyjne "jest tylko ocet"... I pytanie, po ile te torby?
- To na talony za makulaturę.
- A bez talonów?
- Bez talonów tylko teczki i kagańce.

O, to akurat było niezłe. Durnym "tylkooctem" rzygam od zawsze, ale sprowadzenie PRL-u do "teczek i kagańców" ma w sobie zjadliwą precyzję.

Porozmawiajmy jak metafora z alegorią

Mamy rok 1981. Krzysztof Kolberger gra nauczyciela-idealistę, który wywozi za granicę coś. Dokładnie nie wiadomo co, podobno spis kurierów, drukarń i punktów kontaktowych "Solidarności", mających pracować w podziemiu, gdyby komuna zdecydowała się na "wariant siłowy". Wywozi to promem, wypływającym 12 grudnia 1981 roku do Hamburga, Kopenhagi i Ystad. Jako niewykwalifikowany konspirator, ukrywa dokumenty w rączce torby, torbę wnosi na prom jego była żona, ubecy szaleją, szukają, biją, ściskają, poniżają i oblewają zimną wodą, no takie tam sensacyjne ćmoje-boje, które się kupy za bardzo nie trzymają i pod tupnięciem się rozsypują.

Tym samym promem wypływa cała gromada ludzi: małżeństwa, rodziny, samotnicy i pani z pieskiem. Cały ten tłum ma zamiar zejść w pierwszym zachodnim porcie na ląd i pokazać ludowej ojczyźnie solidnego wała. Są zdesperowani, zaopatrzeni na drogę w jedną stronę, obwieszeni patriotyczną biżuterią i balastem "krajowego" życia AD 1981.
 
"On przypomni, przypomni Polskę ci..."

I nagle przychodzi wieść, że zawracają - nie płyną do Hamburga, tylko wracają do Świnoujścia. A za rufą promu pojawiają się dwa niemieckie kutry, z których załoga nadaje, że w Polsce wojna, czołgi na ulicach, Wałęsa aresztowany, więc, kochani Polacy, hercliś my was wilkommenn, kommen Sie zu Mutti, dostaniecie Arbeit, azyl, herbatę itdede. Pasażerowie chwytają walizki, płaszcze, kurtki, rodziny i kamizelki ratunkowe, i dawaj, za burtę w odmęty wód międzynarodowych, skąd wyławiają ich odwetowi kapitaliści. Do kraju wraca załoga, ubecy i pięcioro pasażerów. I nasz bohaterski nauczyciel, który obiecał młodzieży szkolnej, że wróci, więc wraca, by wygłosić credo Siłaczek" i "Siłaczków":
Nie chcę, żebyście całe życie opowiadali, że nie wiecie, kto to jest Albert Camus, bo was nauczyciel zostawił i zwiał. Nie, kochani. Może już więcej nie będę mógł was uczyć, ale przyjdzie następny i powie wam to samo: noście te swoje oporniki, agrafki, co tam chcecie, ale "Dżuma" ma być przeczytana, słówka z angielskiego nauczone, matematyka odrobiona, bo nic was z tego nie zwalnia! Żaden stan wojenny, żadne ZOMO, żadna Solidarność nie mogą być usprawiedliwieniem dla waszej niewiedzy!
W tym miejscu w filmie amerykańskim pojawiłaby się łopocząca na wietrze flaga, a profesor, roniąc łzę, zasalutowałby drżącą dłonią, ale to polski film, więc flagi nie ma, jest licealna klasa żegnająca profesora lasem "V", ale stężenie patosu jest zbliżone i odruchy wywołuje podobne.

Nie ma wolności bez sprawdzenia obecności!

Film swoich czasów, chciałoby się napisać: naród cierpi pod komuną, opozycja jest dobra, ubecy są źli, społeczeństwo jest podzielone, ale w chwili próby staje wysokości zadania... OK, od czasów się nie uwolni, od przeraźliwych uproszczeń także, stereotypami wali czasem strasznie (a czasem jeszcze bardziej), ale nie da się "Ostatniego promu" zamknąć w samych kliszach i stereotypach. Ktoś z opozycji okazuje się ubecką wtyką, niechętny "Solidarności" oficer - przyzwoitym gościem, dama negocjowalnego afektu - damą nienegocjowalnej przyzwoitości (bo zawód to zawód, a charakter to charakter).
Ale skoro mówimy o czasach... "Ostatni prom" to film realizowany, gdy system polityczny stał w szerokim rozkroku. Premiera w lutym 1989 oznacza, że zatwierdzanie scenariusza i początek zdjęć przypadały na rok 1988 - niby system się i rozlatywał sypał, ale spadające kawałki gruzy potrafiły mocno poranić: ZOMO jeszcze lało ile sił w pałach, SB też nie marnowało czasu, cenzura cięła.. a tu proszę - to samo państwo przeznacza 400 milionów złotych (wtedy bardzo duża kwota) plus 50 milionów przekroczenia na film Bogiem a prawdą antyustrojowy, w którym SB jest wredne i brutalne, stan wojenny (fundament ówczesnej władzy) - jednoznacznie negatywny, "Solidarność" przystojna urodą Krzysztofa Kolbergera, a strajkujący robotnicy po mszy śpiewają "Boże, coś Polskę". Takie paradoksy tylko w PRL-u...

"Ah, might as well jump. Jump!"

Choć polityka pojawia się w "Ostatnim promie" często - od głównego bohatera-kuriera, przez patriotyczną "biżuterię", zwisającą hurtowo z postaci drugoplanowych, po zaangażowanie młodzieży licealnej w malowanie haseł i przepisywanie ulotek - najczęściej występuje w roli środka do osiągnięcia jutra lepszego materialnie. Młodzież na lekcji mówi o sytuacji ekonomicznej i standardach socjalnych, pasażerowie promu szukają "lepszego życia", chcą zapewnić dzieciom "lepszą przyszłość", gdzieś w tle pojawia się wymarzona coca-cola... Nikt nie mówi: "Chcę wyjechać, bo tu nie mogę czytać, tego, co chcę, mówić tego, co chcę, a i z myśleniem tego, co chcę bywaja problemy. Jest szaro intelektualnie, buro mentalnie, bucowato personalnie, a moja godność wyje po nocach i chla 'Vistulę' ze sfrustrowanymi prawami człowieka". Argumentacja "inteligencka" nie pojawia się wcale - argumentacja materialna obecna jest non-stop. Prawdaczasuprawdaekranu? Uproszczenie? Ukłon w stronę cenzury?

A Jan Pietrzak z głośników: "A dostanie taki paszport... Do Anglii  - prać pieluchy.
Do Szwecji - myć talerze. Do Francji - sprzątać brudy..."

Scenariusz ma spore dziury (kuriera "S" wypuszcza się z kraju i urządza polowanie na promie, zamiast po prostu "zdjąć" go w dowolnym momencie, choćby na odprawie, posadzić na 48, wypuścić, posadzić i tak w kółko), dialogi bywają straszliwie drętwe i patetyczne, ale to także chyba kwestia czasów - taką się wtedy pisało filmową żeromszczyzną i dopiero "Psy" przeorały warsztat scenarzystów. Zdarzają się teksty od których zęby bolą (finałowe: "Ja się nie boję. Ja się naprawdę nie boję. W Polsce trzeba umieć żyć. Polskę naprawdę trzeba umieć kochać"), ale czasem trafi się niezły dialog ("- Boję się, że tym wyjazdem wszystko przekreślam... - Co? W tym problem: masz 35 lat, wyglądasz na 40 i nie masz czego przekreślić!") lub dobry oneliner i co z tego, że zerżnięty z Mrożka ("A pan jak już coś walnie, to tylko puścić Szopena i pokazywać zęby wybite przez Gestapo!")

Ogląda się to... Zależy, kto ogląda i zależy kiedy. Kiedy widziałem "Ostatni prom" pierwszy raz, wydawał się być niezłym filmem sensacyjnym, z mocnym wątkiem politycznym. Minęło dwadzieścia parę lat, film się zestarzał, zestarzały się dialogi...
- Widz się zestarzał przede wszystkim! - zadrwił Głos Wewnętrzny
...wątek sensacyjny dziś raczej śmieszy, a jeśli coś przykuwa uwagę to raczej sprawy, postaci i sceny z drugiego planu.

Proszę przyjąć najszczersze wyrazy fallizmu

Aktorsko - szału nie ma, ale raczej do przodu. Kolberger był w pełni formy aktorskiej, Barciś też w swoich najlepszych latach, podobnie jak Aleksander Bednarz (równolegle kręcił "Ostatni dzwonek", niedługo potem zagrał w "Psach"), Mirosław Konarowski jeszcze był piękny-i-młody, Agnieszka Kowalska rozbierała się zamaszyście i to było jej głównym atutem, a debiut na polskich ekranach zaliczyła Dorota Segda i był to debiut bardzo udany. SB-ka naprawdę nieźle zagrał Feliks Szajnert, ale miał pecha - dla mnie wtedy był przede wszystkim Panem Kierownikiem ze "Spotkań z Balladą" i co zagrał grozę, to ja pękałem ze śmiechu. Syndrom "Ryśka z Klanu" - nawet gdyby porywająco zagrał Makbeta, to i tak publiczność w scenie z Lady Makbet będzie kwilić "Dzieci, umyjcie ręce!" Na zdecydowany minus aktor dubbingujący Jana Tesarza i Andrzej Mastalerz, grający głosem za cały batalion więźniów politycznych.

W oczach mam nieba dwa. Albo grzybki z kolacji. Albo patriotyzm.


Varia
1. Sławomir Sosnowski, autor opowiadania, na którym oparto scenariusz, wspominał że na prośbę Waldemara Krzystka zagrał w jednej ze scen filmu. Darujcie - nie rozpoznałem. Ktokolwiek chciałby zaszpanować i wskazać literackiego słupszczanina - bi maj gęś. 
2. Muzyka - Przemysław Gintrowski. Słychać aż za bardzo. Typowe dla Gintrowskiego mieszanie "fortepianowych" pasaży z agresywnymi akordami, sekwencje, w których wystarczy przestawić po trzy nuty, by wykorzystać je w kolejnym filmie, a całość na poziomie decybeli startującego Tupolewa Antonowa. Filmowa twórczość Gintrowskiego powinna być zakazana konwencją genewską.
3. Postać faceta walącego po mordzie stewarda gra January Brunzlow. Twarz znajoma, ale nazwisko... Zerk w Google'a - no jasne: January Brunow, znany także jako January Brunov (za parę lat pewnie okaże się, że tak naprawdę Broonov, ewentualnie Brunoff). Trzeci plan, czwarty szereg, większe role zagrał chyba tylko w "Pograniczu w ogniu" i "Końcu gry".



============
Ostatni prom
1989
Czas:
86 minut
Reżyseria: Waldemar Krzystek
Scenariusz: Waldemar Krzystek (na podstawie opowiadania Sławomira Sosnowskiego "Wyspy samotne")
Obsada: Krzysztof Kolberger, Agnieszka Kowalska, Dorota Segda, Ewa Wencel, Artur Barciś, Aleksander Bednarz, Mirosław Konarowski, Maciej Robakiewicz, Feliks Szajnert, Leon Niemczyk i inni

5 komentarzy:

  1. "Filmowa twórczość Gintrowskiego powinna być zakazana konwencją genewską"

    Niezbyt wysilał się Gintrowski,
    Nazbyt wysilał się Łapiński... :)

    Panie Andrzeju, jednak muszę stanąć w obronie pana Przemysława (włączył mi się fan mode, po prostu muszę coś powiedzieć, z góry przepraszam za śladowe ilości angstu i młodzieńczej zapalczywości). Racja, muzyka filmowa z końcówki lat 80. to nie jest coś, czym Gintros mógłby się chwalić w CV (Matka Królów przyprawiła mnie niemal o głuchotę), ale np. gościnny występ w Dziecinnych Pytaniach z Kaczmarskim? Piosenki z Co To Konia Obchodzi? Epizody aktorsko-muzyczne w Gorylu i Crimen (tak, to serial, ale z rozmachem iście filmowym)? I w końcu piosenka z filmu Tato - no jak nie wzrusza, kiedy wzrusza?! :) Poza tym sprawa jest jasna: nawet, jeżeli można mieć zastrzeżenia do gintrowskich syntezatorów w filmach, to i tak to wszystko blednie przy muzyce do Zmienników, TYLKO dzięki której przebolałem jakoś ich seans (nie wiem, może jeszcze nie dorosłem...). Uff, stanąłem w obronie idola, mogę spocząć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stanięcie w obronie idola zostało odnotowane, a obie Wysokie Dyskutujące Strony zostały przy swoim zdaniu, przy czym Moja Strona wniosła dodatkowe zastrzeżenia, dotyczące muzyki do "Zmienników" i wniosła o przebadanie filmowej twórczości Gintrowskiego systemem (auto)plagiat.pl :-)
      Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że Gintrowskiego cenię za udział w "Wojnie postu z karnawałem". Którą przydałoby się podrzucić Lechowi Majewskiemu i dołożyć wielką, grubą walizkę euro na realizację.

      Usuń
    2. Najpierw "Wojnie Postu..." przydałby się porządny remastering i ponowne wypuszczenie na rynek, bo akustyk oryginalnego nagrania studyjnego... (można przeklinać? nie? ojej...) spaprał swoją robotę najlepiej, jak tylko umiał. Poza tym to przedni pomysł :)

      Usuń
  2. Paczpan, akurat dziś rano myślałam o "Ostatnim promie" i scenie z kapitanem statku, który "dostał zawału" akurat w strategicznym momencie; co za zbieg okoliczności.
    Film oglądałam... no chyba właśnie w '89, może w '90, w każdym razie w takim okresie i będąc w takim wieku, że wywarł na mnie potężne wrażenie, wydał się strasznie odważny i w ogóle. Dziś bym pewnie nie kupiła takiej historii podanej całkiem serio, ale wtedy Szlachetny Konspirator był, że tak powiem, bohaterem mojej wyobraźni. A jeśli jeszcze miał urodę Kolbergera... ;)
    W każdym razie nawet wówczas tym, co najbardziej mi utkwiło w pamięci, była postać pani z pieskiem. Strasznie było mi jej żal...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałem wtedy poważny dylemat: urocza i ubrana Segda, czy nieurocza, za to rozebrana Kowalska. Wygrała Segda ze względu na rolę Albertynki w "Operetce" w reżyserii Bradeckiego w Starym Teatrze ;-)
      Pani z pieskiem utkwiła mi w pamięci dużo bardziej niż małżeństwo skaczące do wody z niemowlakiem. I nie bardzo rozumiałem postać "towarzysza, który już nie pełnił". Ale za to doskonale zdawałem sobie sprawę, że _żaden_ celnik nie przepuściłby przez otwartą odprawę gościa z pięcioma flaszkami wódki. Za zamkniętymi drzwiami i za dwie flaszki co najmniej - i owszem, ale przy wszystkich i jeszcze w 1981 roku? Bez jaj ;-)

      Usuń