2013-05-19

Z miłości [2011]

Miał być film o polskiej pornografii - nie wyszedł. Mógł być film o ludziach i ich problemach - też nie wyszedł. A w dodatku ciągnie się jak wojna burska. 100 minut. Godzina czterdzieści.

On i Ona. Mają ślub, mają dziecko, mają kompleksy i mają długi. Żeby je spłacić (długi, nie kompleksy), postanawiają zagrać w filmie porno. Ale tylko raz, bo są porządnymi obywatelami. Jadą do Warszawy, grają, a dystrybutorzy w blurbach  twierdzą, że to zmienia ich życie, pociąga skutki i odciska się piętnem.

Monidło z dylematem i flaszką

Miał to być film przede wszystkim o polskim przemyśle porno i mógłby to być całkiem niezły film, gdyby reżyserka trzymała się tematu. Niestety, uznała, że polski przemysł porno to nie jest temat na wielki film. W wielkim filmie powinny być dylematy, dramaty, kontrapunkty i inter - przepraszam za wyrażenie - wały. A co można pokazać w filmie o polskim porno? No, dobrze - kilka interwałów można, ale z dylematami i kontrapunktami jest już znacznie gorzej.

Dostajemy więc opowieść o dwójce ludzi, którzy ze sobą są, bo... Cóż, głównie dlatego, że mają dziecko. Więzi emocjonalnych nie stwierdzono, więzi intelektualnych - również nie (w niektórych momentach filmu można odnieść wrażenie, że słowo "intelektualnych" bohaterowie wzięliby za straszny insult, gdyby oczywiście dotrwali do trzeciej sylaby), a więzi rodzinne przedstawione są na ekranie telewizora, bo klisza nakazuje pochwalić się nagraniem video ze ślubu i wesela. 

Człowiek to brzmi dumnie dziwnie

On wpada na pomysł zagrania w pornolu, ona się dziwi, ale krótko, jadą i grają. Ona ma opory, bo obce chłopy patrzą, a obca baba gada coś o analu, on ma opory, bo założył niewyjściowe kąpielówki i mu się trochę zahaczają o Maciupińskiego, ale z biegiem minut i ruchów odpowiednich wszystko idzie coraz lepiej, aż do szczęśliwego końca, który wieńczy dzieło głębokim jękiem (ona) i głębokim zdziwieniem (on). Głębokie zdziwienie onego przechodzi w głęboki wkurw, że jakim, panie dzieju prawem, jej się to podobało, małżeńskie stosunki bilateralne ulegają ochłodzeniu (ona, dostawszy z liścia, wychodzi na mróz i poniewierkę), oczywiście wszystko kończy się... nijako.

Główni bohaterowie są tak niespójni i tekturowi, że nie sposób ich polubić. Faceci mają łatwiej, bo Marta Nieradkiewicz wymyka się scenariuszowej tekturze, gra dobrze, jest ładna i się rozbiera, panie mają zdecydowanie gorzej, bo Wojciech Niemczyk nie jest ładny i też się rozbiera, a pani reżyser zmusza go do jazdy po aktorskiej bandzie. Polska gwiazda porno jest rzeczywiście niezłą postacią i Anna Ilczuk gra ją rewelacyjnie, ale reżyserce to nie wystarczyło. Jakże to tak: postać bez dramatu? To musi być kobieta uciśniona przez okoliczności i świat zewnętrzny, bo przecież żadna prawdziwa Polka z własnej nieprzymuszonej woli nie skoczy w otchłań rozpusty! Dołóżmy jej zatem małego synka, dla którego gwiazda się poświęca, a do którego nie chce gwiazdy dopuścić okrutny mąż. Zabieg trochę nie bardzo, bo cała publika kibicuje mężowi - też nie dopuściłaby do dziecka kogoś nawalonego po uszy koksem i gołdą, zwłaszcza, gdyby ten ktoś zjawił się pod oknem po pierwszej w nocy, rzucając chujami na pół województwa.

O, Matko Polko... Polać jeszcze?

Głównym bohaterem mógłby być szef pornobiznesu, ale nie jest, bo zostaje ograniczony do sześciu scen na krzyż, z czego w czterech Olbrychski robi Olbrychskiego w sposób nieustannie drażniący, a w dwóch robi za tło dla Anny Ilczuk i Ewy Szykulskiej. Ot, starszy facet, robiący to, co robi... też nie bardzo wiadomo, dlaczego.
Ponieważ temat musi być "pogłębiony" pojawiają się problemy osobiste Szefa.  Szef się starzeje, jego żona starzeje się również, jeszcze by chciała, Szef już nie chce, względnie nie może, więc żona rozpaczliwie stara się zwrócić jego uwagę i udaje zwłoki. W łóżku. Szef, oczywiście, dzwoni po pogotowie, z czego żona wysnuwa wniosek, że szef się przejmuje, a skoro sie przejmuje, to mu na niej zależy. Ja tam się nie znam, ale gdyby mi ktoś do łóżka wpakował zemdloną sześćdziesięciolatkę, to też bym się przejął i wykręcił 112, błagając, żeby ktoś przyjechał i ją stąd zabrał. To chyba normalny odruch na widok nieprzytomnego człowieka, nie? Ale żeby z tego wyciągać jakieś dalej idące wnioski?

Panie Zenku, tylko niech pan mi tego nie gra Stanisławskim, dobrze?

I tak to sobie leci przez cały film. Aktorzy stoją z drewnianymi minami. Czasem coś powiedzą, czasem tylko pociągną z gwinta, czasem gdzieś pójdą... i idą... czasem gdzieś pojadą... i jadą... Tu przypomniałem sobie felieton Umberto Eco o filmie pornograficznym i jego spostrzeżenia, dotyczące uskutecznianego w takich filmach kilometrażu. Po przeliczeniu kilometrów w "Z miłości" można stwierdzić, że to rzeczywiście porno. Ale polskie, biedne - więcej chodzą niż jeżdżą.

Bronią się sceny "środowiskowe" - scena bicia seksualnego rekordu świata zrobiona jest świetnie i... Słucham? No, weźcie - jasne że oglądałem. Wy nie? Mhmm... jasne. Nie pamiętam, kto wtedy bił rekord, ale zerknąłem na nagranie z imprezy. Było nudne jak flaki z olejem (jak w filmie), a jedyne ciekawe rzeczy działy się w tle i miały charakter nie tyle pornograficzny, co socjologiczny (jak w filmie). W sumie, mogłoby to być śmieszne, gdyby nie było żałosne. W filmie jest podobnie: rzęchowato, ponuro, biednie i brudno. Tynk się sypie ze ścian i sufitów, zaplecze sanitarne na poziomie hostelu, materace też nie z Ritza, koszty obniżone do minimum, jakość poniżej kosztów. Nawet jeśli ten obraz polskiego porno jest nieco przestarzały - w filmie gra dobrze. Niestety na tym się kończy, bo wszystko, co poza filmowym planem jest zrobione na zasadzie "Kochani, weźcie się ode mnie odwalcie, nie mam czasu na wymyślanie wszystkich szczegółów. Postawcie dwa komputery, powie się, że tu się montuje i kręcimy dalej, scena czternasta: 'Ona idzie", akcja!"

BHP na poziomie frekwencji i odwrotnie

O ile scenografia "gra", to język nie bardzo - tu bluzg tam bluzg, tu dwa kilo, ale kiedy przychodzi co do czego, nagle na ekran włazi pruderia, wszyscy lecą aluzjami, omówieniami, cudzysłowem: "Pan się popatrzy na żonę... tak specjalnie... i żona na pana, rozumie mnie pani... no i potem przechodzicie do rzeczy, tylko żeby nie od razu do sedna, jeśli pan rozumie". Pan nie rozumie i trudno mu się dziwić.

- Zaraz, zaraz - powie ktoś - Ale przecież miało się odciskać i wywierać, prawda?
Prawda. Też nie wyszło. On i ona kłócą się bardzo i nawet szarpią. Chciałbym wierzyć, że to skutek odciskania się i wywierania, ale z filmu wynika, że przyczyną było raczej nadmierne spożycie napojów wódczanych i popijanie ich kolorowym Mendelejewem. Sugerowane rozstanie szybko okazuje się nie tyle skutkiem spożycia i kłótni, co wyjazdem onego w celach zarobkowych. Twórcy usiłują zasugerować nam, że najbardziej zmieniło się życie onej - sadzają więc samotną oną przed ekranem, puszczają film z nią samą w roli głównej, każą oglądać i uśmiechać się. Ma to zapewne symbolizować wyzwolenie się z jarzma małomiasteczkowiej genderowości i uwolnienie w sobie Wewnętrznej Kobiety, ale - uwaga, będę brutalizował i wulgaryzował, bo mnie zirytowała tania dydaktyka - moim skromnym zdaniem kobicie się po prostu przypomniało, a uśmiech jest normalnym odruchem homo sapiens na wspomnienie rzeczy przyjemnych. Jeśli cokolwiek mogłoby sugerować przemianę bohaterki, to raczej fakt, że dawna "dulszczanka", teraz wyłazi ze sklepu z gazetowym pornolem w ręku, przegląda go na ulicy, a potem wkłada do przezroczystej siatki, wiszącej rączce wózka i paraduje tak przez całą mieścinę. O, to jest dopiero odwaga w małym miasteczku! A raczej byłaby, gdyby nie fakt, że to nie było zamierzone zagranie, a raczej przykład niechlujności na planie.

Głębia symbolizmu. I ostrości. I krótkowidztwa.

Aktorsko - różnie. O Olbrychskim już wspominałem, Ewa Szykulska nie bardzo miała co grać, ale i tak wypadła lepiej niż jej filmowy partner, Wojciech Niemczyk zrobił sobie krzywdę i zagrał człowieka o intelekcie gaśnicy chyba zbyt przekonująco, przez co pewnie następne dwa lata spędzi na graniu podobnych postaci. Marta Nieradkiewicz zagrała naprawdę dobrze, Anna Ilczuk zagrała świetnie, ale dla mnie prawdziwym odkryciem była Elżbieta Gruca. Nie kojarzę jej zupełnie, podobno mogłem ją widzieć w paru filmach, ale za chińskiego boga nie pamiętam, żebym, a tu wpadła na plan i zmiotła z ekranu pozostałych aktorów. Rola-szarża, ale rola-wzór, wygrany każdy ton, każdy pół-ton, każdy niuans i każda histeria. Jeśli Elżbieta Gruca nie dostała żadnej festiwalowej nagrody, środowisko filmowe powinno zapaść się pod ziemię ze wstydu.

Prywatna nominacja do prywatnego Oscara

Spokojnie można pominąć, a jeśli oglądać, to tylko dla gry trzech aktorek (niezły paradoks - film cienki, a aż trzy dobre role) i może sceny bicia seksualnego rekordu (jako zjawiska socjologicznego). Może, gdyby film skrócić do 60 minut i góra dwóch wątków...


Varia
1. Sprawdziłem - Lwy Gdańskie za drugi plan dostała Gabriela Muskała za "Wymyk", a nominacje do Orłów 2012 - Kinga Preis ("Róża" i "W ciemności") i Roma Gąsiorowska-Żurawska za "Salę samobójców". Z całym szacunkiem dla wymienionych pań - bez jaj, naprawdę!
2. Reżyserka w paru wywiadach podkreślała, że do filmu zaangażowano parę "aktorów" pornograficznych, by celu dodania autentyzmu rzeczywiście bzyknęli się przed kamerą. Oczywiście, kręcenie było trudne, nikt nie patrzył na "scenę", tylko wszyscy w monitory, blablabla. Pytanie tylko, po jaką cholerę w ogóle ich zatrudniano, skoro i tak ostatecznie zwyciężyła pruderia i czy wykorzystywanie tej pary bez szczególnej potrzeby nie było właśnie przejawem podejścia, w które film miał z założenia walić?
3. Rewelacyjny tytuł - "Z miłości"... Równie dobrze można było nazwać film "Barszcz z uszkami", bo uszu w filmie jest cztery kilo więcej niż miłości.
4. Film powstawał dłuuuugo. Od 2007 roku. Wydawałoby się, że powinien być dopracowany i wypieszczony, tymczasem sprawia wrażenie,jakby jakby autorka robiła go raz na trzy miesiące w czasie wolnym od innych zajęć. 

Idealne podsumowanie - dupa blada.


============
Z miłości
2011
Czas:
100 minut
Reżyseria: Anna Jadowska
Scenariusz: Anna Jadowska
Obsada: Marta Nieradkiewicz, Anna Ilczuk, Elżbieta Gruca, Wojciech Niemczyk, Daniel Olbrychski, Ewa Szykulska, Sylwester Jakimow, Leszek Lichota.
Dofinansowanie PISF: 1 350 000 zł (produkcja)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz