2013-06-29

Komisarz Blond i Oko Sprawiedliwości [2012]

Rok temu na połowie warszawskich płotów wisiały wielkie plakaty, na których Mariusz Pujszo i Anna Dereszowska oznajmiali, że oto już za chwilę, premiera, będzie się działo, polski James Bond, przyjdź, nie pożałujesz i w ogóle hahaha.

Społeczeństwo odpowiedziało sceptycyzmem

- No, ale ten... bo Mariusz Pujszo przecież - bąkał Głos Wewnętrzny, który obejrzał parę filmów tego obywatela i przeczucia miał jak najgorsze.
- Ale również Anna Dereszowska! - zachęcał plakat, machając oderwanym narożnikiem.
- I to ma mnie zachęcić, tak?
- I Piotr Grabowski! - szeleścił plakat.
- No weeeź... Wiadomo, że jeśli Anna Dereszowska to i Piotr Grabowski oraz odwrotnie - wzruszał ramionami Głos Wewnętrzny - Nie trzeba czytać Pudelka, żeby być w temacie.
- Paweł Deląg, Marek Włodarczyk, Karolina Gorczyca, Edward Lubaszenko, "Grucha" i Marian Dziędziel! - upierał się plakat - A reżyseruje Pawał Czarzasty, który kiedyś zrobił "Aferę na zamku Bartenstein".
- Dobra, dobra, skoro Dziędziel, to obejrzę - skapitulował Głos Wewnętrzny zastanawiając się, kim, u licha, jest Marek Włodarczyk.

Cóż to? Czyliż mnie nie znacie? Jestem Mefistofeleszczem!

Od początku, od samej czołówki wiadomo, że będziemy oglądać nawiązania do filmów z cyklu "Różowa pantera" i od razu wiadomo, że nie będą to nawiązania najwyższych lotów (bo Mariusz Pujszo i bo czołówka toporna). Ale OK, zabawa gatunkiem, żonglerka konwencją, czemu nie? Tu naprawdę niewiele trzeba.
Ale czegoś jednak trzeba.

Fabuła prosta jak konstrukcja cepa: jest coś, za czym uganiają się się wywiady Polski, Rosji i USA. Jakiś dynks z danymi wywiadowczymi czy czymś tam, nieważne. Ważne, że połowa dynksa dostaje się w ręce polskiego komisarza Jana Blonda, drugą połowę trzeba znaleźć, wywiady czuwają i czyhają, nastając na nietykalność cielesną komisarza, tu pomyłka, tam gag, tu burleska, tam piękna kobieta, tu samolot, tam pistolet, a tam chyba nawiązanie do jakiegoś filmu. Jest, co kręcić, prawda? Ale niektórzy już tak mają, że jedną kulkę psują, a drugą gubią...

Taki właśnie odruch wywoływał film przez pierwsze 35 minut...

Mógł być fajny, rozrywkowy film, a wyszła nudna i kompletnie nieśmieszna kupa, w czasie której widz zastanawia się, czy twórcy mają go za półgłówka, czy może za półgłówków mają sami siebie. Zamiast zabawy konwencją mamy na ekranie prostackie mordowanie wszystkiego: żartów, cytatów, fabuły, akcji (akcji? Jakiej, kurna, akcji?) etc. Nawet to najbardziej toporne nawiązanie do Bonda, wywalone zresztą na plakacie wielkimi wołami, trzeba było wyjaśnić w filmie explicite i z wrzaskiem. W poczuciu twórców "Komisarza Blonda" zabawa kinem gatunkowym nie polega najwyraźniej na tym, że wykorzystując ramy, kręci się aluzje, dyskretne nawiązania, żarty, które nie tyle mają z miejsca mają wywoływać rechot, tylko najpierw uśmiech widza, potem szybki zgrzyt mózgowia i dopiero wtedy rechot. Standard, który skutecznie stosowany jest nawet tak nieambitnych tworach jak "Straszny film".

Niestety, ekipa "Komisarza Blonda" uznała, że gra konwencją polega na wrzeszczeniu do widza: "E, ty! Tak, ty! Czekaj, bo będzie dowcip! Taki śmieszny. Taki cytat ci pokażemy z [tu pada tytuł filmu]. Pamiętasz scenę, w której... [tu pada opis sceny]? No to my to teraz zagramy i będzie śmiesznie! Gotowy?"
I rzeczywiście grają, szlag by ich trafił... Piłują ten biedny cytat, cały czas łypiąc na widza, czy rozumie dowcip, w każdej chwili gotowi, by piłować mocniej, a nawet głośno wyjaśniać, o co im chodzi. No, czasem to nawet by się przydało, bo grają tak nieudolnie, że włos się jeży na plecach i pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę chcieli nawiązać do przemówień sprawozdawczych I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Siedlcach.
- Ależ to miało być zabawne nawiązanie do Herberta Loma, odtwarzającego rolę inspektora Dreyfussa!
No to nie wyszło. To też.

...a taki przez kolejne -dziesiąt.

Czasem słaby film potrafią uratować aktorzy. W "Komisarzu Blondzie" aktorów mamy niewielu, ale rzeczywiście trochę pomagają. Nie, żeby dużo - trochę. Piotr Grabowski i Anna Dereszowska grają słabo, ale na tle kolegów wyrastają na gwiazdy kina, bo przynajmniej czują konwencyjnego bluesa i próbują jakoś się w nim odnaleźć. Nie, nie napisałem "odnajdują" - napisałem "próbują się odnaleźć". Anna Dereszowska epatuje seksapilem famfatala, szlafroczkiem i długimi nogami w szpilkach, ponieważ jednak twórcy filmu lubują się w humorze topornym jak chodnikowa płyta, każą aktorce zdjąć szpilki i wpakować stopy w obiektyw kamery. Widz blednie, zielenieje, gwałtownie odsuwa spożywaną właśnie kolację i dla uspokojenia przypomina sobie serial "Nemocnice na kraji mesta", którego akcja także rozgrywała się na oddziale ortopedii

Mirosław Zbrojewicz? No, jest. Mówi trzy zdania na krzyż, a widz łka ze szczęścia, bo tak niewiele mu trzeba. Nawet Paweł Deląg, grający tradycyjnym Pawłem Delągiem (minus romantyczne porywy, na szczęście), zaczyna się widzowi podobać jako aktor - mówi (nie bełkocze), patrzy (nie łypie), chodzi (nie człapie). Marek Włodarczyk okazał się być aktorem, niestety okazał się też być aktorem mniej niż przeciętnym, a Marian Dziędziel...

Dziabas - metamorfoza

Marian Dziędziel nawiązał swoją rolą do wiekopomnych kreacji, jakie tworzyli Jan Frycz w "Wyjeździe integracyjnym", Paweł Małaszyński w "Ciachu" czy Jan Peszek w "Figo-Fago". Sześć błota stóp i to bez dziewięciu sążni wody - samo błoto. Ciężko to w ogóle nazwać aktorstwem: przebieranie się w jakieś debilne stroje, podskakiwanie, pochrząkiwanie, mamrotanie durnych tekstów połączone z wybałuszaniem oczu i rechotami (czasem rechoty i podskoki występowały w parze). To nie było aktorskie potknięcie, to nie był aktorski upadek - to było grzmotnięcie o glebę z mlaskiem i rozpryskiem. Oraz z jękiem wielbicieli talentu Mariana Dziędziela, próbujących wyrwać sobie oczy i wydłubać część mózgu odpowiedzialną za pamięć.

W roli głównej Mariusz Pujszo... "Mój Boże, no cóż ja mam państwu powiedzieć?", że zacytuję klasyka. Mariusz Pujszo to Mariusz Pujszo - porażka aktorska porównywalna z tą pod Korsuniem i Piławcami. Nie umie grać, a gra, zarzynając każdą scenę dwunastoma niepotrzebnymi gestami i dwudziestoma niepotrzebnymi bełkotliwymi odgłosami. Swoim warsztatem aktorskim mógłby truć myszy i inne insekty, kręci filmy z gatunku żałosnego, a jednak wciąż funkcjonuje w filmowym światku, role dostaje, ba! - sam obsadza, pieniądze na kolejne filmy znajduje i to nie w PISF... Zadziwiające zjawisko, które więcej mówi o polskim środowisku filmowym niż o sobie samym.
- To czy ja już mogę? - zapytała zasłona miłosierdzia, gotowa by opaść i zasłonić rolę główną oraz cały film.
Proszzzz...

Chłop w peruce. Hilarjus.


Szkoda czasu.
Och, jak bardzo szkoda...


Varia
1. Po premierze filmu na forach filmowych doszło do przykrej sytuacji: nagle sypnęło postami wychwalającymi "Komisarza Blonda" pod niebiosa, oceny filmu poszybowały w górę. Szybki risercz internautów wykazał, że wszystkie konta, z których pisano, założone zostały w ciągu dwóch około-premierowych dni, wszystkie wyglądały identycznie, w "znajomych" miały siebie nawzajem, posługiwały się tymi sami argumentami i zwrotami, a po dwóch-trzech tygodniach przestały być aktywne. "Nowoczesny" marketing przy pomocy kłonicy i 50 groszy od posta.
2. Współscenarzystą (poza Mariuszem Pujszo) był Krzysztof Węglarz. Po sprawdzeniu okazało się, że napisał on także scenariusz do "Kac Wawa", a po dokładniejszym sprawdzeniu - że również do "Tajemnicy Westerplatte". Której jeszcze nie widziałem i teraz nie wiem, czy bać się, czy ślinić z perwersyjnej ochoty?
3. Pamiętacie skecz z "Dudka"? 
"- Przepraszam, a czy kierownik nie ma przypadkiem zastępcy? - pytam. 
- Ma - odpowiada ona - Dwóch!
- No tak, wszystko jasne. Jak ma dwóch zastępców, to po diabła mu rozum?"
Na liście płac, oprócz głównego reżysera, wymieniono troje II reżyserów i jedną asystentkę reżysera.
4. Podobno w filmie nie pada ani jedno przekleństwo. Jak na polskie kino, byłoby to niesamowitym wyczynem, wartym specjalnej nagrody na festiwalu w Gdyni. W 28 minucie słychać za to "krzyk Wilhelma" - co warte zauważenia (nawet jeśli to podróbka).
5. Twórcy złożyli do PISF wniosek o dofinansowanie kwotą 700 tys. zł. Nie znalazłem informacji o pozytywnej decyzji, co może świadczyć, że dofinansowania nie było. Jedyny plus filmu - nie za nasze pieniądze.
6. No dobra - raz się uśmiechnąłem. Osoby, które widziały film mogą zgadywać, kiedy, a osoby, które filmu nie widziały... to bardzo szczęśliwe osoby.

I bu...buziaczki dla wytrwałych widzów/czytelników



============
Komisarz Blond i Oko Sprawiedliwości
2012
Czas:
105 minut
Reżyseria: Paweł Czarzasty
Scenariusz: Mariusz Pujszo, Rick Richardson, Krzysztof Węglarz
Obsada: Mariusz Pujszo, Paweł Deląg, Marek Włodarczyk, Anna Dereszowska, Piotr Grabowski, Marian Dziędziel, Karolina Gorczyca, Mirosław Zbrojewicz i inni.

2013-06-26

Tylko Beatrycze [1975]

Czy biegający na bosaka obywatel to Stanisław zwany Polakiem, Jan zwany diakonem, czy może Taranteus zwany poborcą papieskich podatków (w skrócie: zdziercą)? Czy brat Bernard to brat Bernard, czy może niejaki Erling, który był Szwedem (przy czym tak naprawdę wcale nie był Szwedem, jeno Norwegiem) i który spłonął w cysterskim klasztorze w Mochach, gmina Przemęt, choć jego całkiem świeże i opakowane w blachę zwłoki odnaleziono czas jakiś później w Awinionie, a w dodatku były to zwłoki uśmiechnięte i gadające? Na ile kawałków można porąbać króla Polski i czy liczba kawałków jest stała, czy może zależna jest od wieku rąbiącego? Czy Czyściec istnieje naprawdę, czy funkcjonuje tylko jako opowieść o baśni o relacji o zeznaniu, a skoro już przy tym jesteśmy, to czy opowieść o relacji jest bardziej wiarygodna od relacji z opowieści czy odwrotnie? Po co w tym bigosie pojawia się jeszcze Wilhelmina, która się nie pojawia i dlaczego głównego bohatera musiał zagrać aktor o charyzmie bułki tartej?

Spokojnie, po kolei, powoli i zaraz wszystko będzie jasne...

Jak wyglądają dzieje w powieściach Teodora Parnickiego?
W moich książkach nie ma "dziania się" jest "przed-dzianie się" i "po-dzianie się". Są procesy myślowe, z których dzianie się, fakty wynikają.
Najłatwiej wyjaśnić to będzie na przykładzie dzidy. Dzida składa się z przeddzidzia dzidy, śróddzidzia dzidy i zadzidzia dzidy. Przeddzidzie dzidy składa się z przeddzidzia przeddzidzia dzidy, śróddzidzia przeddzidzia dzidy i zadzidzia przeddzidzia dzidy. Śróddzidzie dzidy składa się z przeddzidzia śróddzidzia dzidy, śróddzidzia sróddzidzia dzidy i zadzidzia śróddzidzia dzidy. Zadzidzie dzidy...
No i teraz trzeba tylko przyjąć, że śróddzidzia dzidy nie ma, o śróddzidziu zadzidzia dzidy wiemy tylko dlatego, że wspomina o nim jakiś kaszubski Homer z gęślikami, zadzidzie przeddzidzia dzidy wydaje się być zagranicznym apokryfem, a przeddzidzie zadzidzia zostało odtworzone z zapisków klasztornego skryby, cierpiącego podobno na skrofuły wywołane postheretyckimi wyrzutami sumienia... i już znajdujemy się po uszy w fabule filmu.

Brat Bernard i jego tonsurka z kartofla

 Przełom XIII i XIV wieku, w tle zabójstwo króla Przemysła, papież Jan XXII kręcący chrześcijańską Europą (a raczej wykręcający ją do sucha z dukatów), intrygi awiniońskie, wyprawy morskie za Gibraltar, herezje, bunty ludowe... a tu siedzi gromada poubieranych w koce obywateli, spoglądają na siebie znacząco, jeszcze bardziej znaczące miny robią, znacząco deklamują słowa, zaplątane w misterne warkoczyki zdań strzelistych gotycko. Od czasu do czasu ktoś przebiegnie, czasem z krzykiem, czasem w milczeniu, ale zawsze boso, od czasu do czasu ktoś stanie (znacząco, oczywiście) i powie, że wszystko to mogłoby iluzją lub ułudą, albowiem albowiem rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, często wyglądają bardziej jak rzeczy niż same rzeczy. W środku tego wszystkiego sterczy włochaty facet i nie może się zdecydować, czy szuka ojca, ukochanej, czyśćca, mordercy, jajecznicy czy drogi do świętego Graala teologii, zaś siedzący naprzeciwko inny włochaty facet wywleka z rękawa, a to żywe zwłoki, a to stary list, który dopiero trzeba napisać, a to "Boską komedię", a to izbę tortur wyjętą z "Igraszek z diabłem", a to dwóch facetów w garnkach na głowie, a to dwie bose obywatelki, z których jedna to alegoryczna Trwoga, a druga to metaforyczna Ulga...
A na koniec wrzeszczącą młynarzównę gwałci Cnota.
Poważnie - Jerzy Cnota.
Nie wiem, czy to przypadek, czy perwersyjne poczucie humoru reżysera.

Król Przemysław na mrozie czuł się jak bez ręki

OK, proza Parnickiego ma swój urok i potrafi czytelnika wessać jak bagno wessało wrednego Szmatkę z workiem skarbów, "Koniec 'Zgody Narodów'", "Srebrne orły" czy "Aecjusz, ostatni Rzymianin" pozwalały dawno temu oddzielić chłopców od mężczyzn, a czytaczy-mięczaków od czytaczy-twardzieli, ale kręcenie filmu według tej prozy od początku skazane było na porażkę, bo jakże tu nakręcić nienakręcalne?

Plan Stefan Szlachtycza był ambitny, a moment wybrany idealnie: "ścięty" ze środowiskiem filmowym Maciej Szczepański, uniezależnił telewizję produkcyjnie, tworząc Centralną Wytwórnię Programów i Filmów Telewizyjnych POLTEL, szefem POLTEL-u został Janusz Wilhelmi, podobnie jak Szlachtycz zafascynowany prozą Parnickiego, pieniędzy i sprzętu było skolko ugodno... Grzech nie skorzystać, bo lepszej szansy nie będzie.
 
A chałupa Kurasiowy poli się jak jasny pieron

Niestety film okazał się niewypałem, z drętwą, męczącą formą, bardzo skomplikowaną treścią i absolutnym brakiem klimatu książek Parnickiego. To, co w książce tworzyło gęstą sieć hipotez, niedopowiedzeń, tajemnic i dysput, dając pole wyobraźni i niespiesznym, wieczornym rozważaniom, w filmie zderzało się z absolutnym brakiem tajemnicy, z minami, z deklamacjami, dosłownością, rozbijającą nastrój na drobiutkie kawałki. Przekleństwo dosłowności, proszę Szanownej Wycieczki.

Nie pomogli także aktorzy... Grający główną rolę Zbigniew Gruszczyński charyzmy nie ma za grosz, ma za to poczucie misji i świadomość swoich pięciu minut. Stara się bardzo, momentami aż za bardzo, ze szkodą dla postaci, która po pół godzinie irytuje, po godzinie nudzi, a po 90 minutach przypomina klasyczne: "Machejek... wy już lepiej piszcie". Niezły momentami jest Stanisław Igar w roli Jana XXII, ale ponieważ wychowałem się na "Królach przeklętych" Maurice'a Drouona, odmawiam przyjęcia do wiadomości grubego Jakuba Duese. Jan XXII ma być drobny, szczupły i dyskretnie diaboliczny. Bo tak i TUP!

Shhhhhire... Baaagginssssss...

Jan Nowicki jest piękny, młody i do twarzy mu w czerwonym, Zdzisław Wardejn gra bardzo nierówno, a niewycięte w montażu Samotne Białe Miny powodują, że jego postać zamiast budzić lęk, momentami wywołuje pukanie się w czoło i obawy o stabilność emocjonalną. Zbigniew Zapasiewcz recytuje, co ma do wyrecytowania, Joanna Sobieska bardzo się stara i ma intrygujący głos, a Piotr Wysocki jest kosz-marn-ny! i nie proście, żebym rozwijał, bo zbyt lubię tego aktora za rolę porucznika "Hiszpana" w "Czterech pancernych" i nie chcę się znęcać. Dziwną rolę zagrał Jerzy Moes - jako król Przemysł II pojawił się na paręnaście sekund, objął drzewo, zrobił ryjek i wyzionął ducha. Kurczę, niby król, a krócej niż niejeden halabardnik... O wiele więcej czasu dostał młodziutki Tomasz Borkowy, ale i jego dzielny mniszek w końcu wyzionął ducha (choć chyba nie robiąc ryjka).

Film z wszystkimi wadami kina lat 70. Jeśli ktoś lubi taki kino i prozę Teodora Parnickiego, to ewentualnie może spróbować (choć nawet niektórzy wielbicie przyznawali, że zdarzyło im się przysnąć). Pozostałym odradzam.

 - A bo ty, kochanieńki, oglądałeś ze złej perspektywy - powiedziały zwłoki Erlinga

Varia:
1. Stefan Szlachtycz opowiadał, że film dostał "wiele znaczących nagród". Na razie doszukałem się trzech - wyłącznie wewnątrz-zakładowych: jedna od prezesa Szczepańskiego, dwie na Festiwalu Polskiej Twórczości Telewizyjnej (czyli w sumie też od prezesa Szczepańskiego). I nie film je dostał, ale reżyser i kompozytor.
2. Podobno grająca w filmie łajba, zamiast grać w innych produkcjach, jeszcze w latach 70. wylądowała na brzegu w charakterze lokalu gastronomicznego w Krynicy Morskiej. Nie wiem, nie weryfikowałem, ale na podlinkowanym ZDJĘCIU widać pewne podobieństwa.
3. Wśród irytujących filmowych Giraldusów, Aligherusów, Gwilelmów, Wencislausów i Borislausów, ożywczo błyszczy drugie imię króla Przemysła II - Piotr. Problem w tym, że "Piotrem" nazwało Przemysła II tylko jedno źródło, "Rocznik kołbacki", a uczeni do dziś nie mogą zrozumieć, czemu.
4. Mochy istnieją rzeczywiście i rzeczywiście na przełomie XIII i XIV wieku należały do cystersów, a w 1309 roku tamtejszy dwór rzeczywiście sfajczony został przez okoliczną ludność pańszczyźnianą, mającą dość wyzysku człowieka przez człowieka i odwrotnie.
5.  W jednej z ról wystąpił zamek w Malborku. O wiele lepszą, żywszą  rolę zagrał w "Panu Samochodziku i templariuszach".
 
Zegnają Państwa Stanisław Taranteusz Diakon Polak Jan Fernando de Venango
e Colonna de Molinares de Gajalpa y Rostredo i jego szalona ekspresja



============
Tylko Beatrycze
1975
Czas:
129 minut
Reżyseria: Stefan Szlachtycz
Scenariusz: Stefan Szlachtycz (na podstawie powieści Teodora Parnickiego)
Obsada: Mirosław Gruszczyński, Stanisław Igar, Joanna Sobieska, Ewa Milde, Jan Nowicki, Zdzisław Wardejn, Piotr Wysocki, Zbigniew Zapasiewicz

2013-06-23

Maraton tańca [2011]

Było sobie małe miasteczko...
- Mam w dupie małe miasteczka! - wrzasnął duch Andrzeja Bursy i poszedł uprawiać wiatroaerotearapię.
Twórcy "Maratonu tańca" też mieli, ale w odróżnieniu - postanowili uprawiać kino.

Witam państwa na pierwszym, tradycyjnym festynie z okazji

W małym miasteczku odbywa się festyn, sponsorowany przez lokalnego biznesmena/polityka/mafioza. Jest piwo, gwiazda muzyki niezbyt ambitnej, loteria, w której można wygrać brudny samochód terenowy i maraton tańca, w którym można wygrać 50 tysięcy złotych.
- Żehęproszęco?
Maraton. Tańca. Taka tradycyjna ludowa rozrywka, jeszcze z czasów Mieszka II.

Ponieważ w małych miasteczkach ludzie mają zazwyczaj spore problemy finansowe i rozpaczliwie szukając sposobu na ich rozwiązanie - do maratonu staje całkiem spore grono: ksiądz z zakonnicą ("wyremontujemy organy"), młoda matka z bratem ("na lekarstwa dla chorego dziecka"), pijany ojciec powyższego chorego dziecka z fryzjerką ("wyjadę do Irlandii i kupie se zakład"), jakaś zakochana para sześćdziesięciolatków (nie bardzo wiadomo, po co), matka z nieletnim synem (by odreagować los pieski i zdobyć pieniądze na poszukiwanie znikniętego przed laty męża/ojca) oraz miejscowy idiota, zbierający na trumnę, bo się twórcom wieś z "wiochą" pomyliła. 

Heniu, nie było bardziej odlecianego zespołu? Ten jest za normalny, ludzie nie uwierzą, że z prowincji

W tle mamy jeszcze życie uczuciowe gwiazdy dyskotek, wrednego konferansjera, dwóch nieudolnych oszustów... Och, długo by wyliczać: galeria postaci jest dość zatłoczona, wątki się splatają, co chwilę ktoś komuś coś robi, ktoś komuś coś mówi albo chociaż mówi, za czyimiś plecami, wóda leje się obficie... Emocje w czasie maratonu rosną, zrywają się przyjaźnie, zawiązują się miłości, 50 tysięcy znika z sejfu, najgorsze zdziry zmieniają się w anielice, chorzy zdrowieją, martwi ożywają, a deszcz - jak w słynnej opowieści o baronowej Schlochem - deszcz, proszę księdza... padał... i padał...

Mógłbym się czepiać, mógłbym drwić, że jeśli chce się pokazać "festyn", to wypada mieć jednak więcej statystów niż aktorów, bo 30 osób, z czego 15 jako widownia, choćby nie wiadomo jak umiejętnie filmowanych, to wciąż tylko grupka, a nie choćby tłumek. Mógłbym nawet zapytać, jakim cudem miejscowemu biznesmenowi opłaca się festyn, kosztujący go 50 tysięcy plus samochód, plus honoraria, plus ochrona plus whatever jeszcze, a przeznaczony dla 30 osób, ale nie zapytam i nie zadrwię. Przyzwyczaiłem się, że polskie filmy kręcone są na odwal się i nikomu nie chce zadbać się ani o prawdopodobieństwo, ani o realia, ani o staranność, bo przecież PISF wypłacił już pieniądze, a widzem przejmować się nie warto.

"Aaaa, do rozpuku! Jezusie, jakie śmieszne!"

Nie będę się także czepiał prostactwa dowcipów typu "wszyscy wpadamy po kolana w błoto, przewracamy się, taplamy, żeby było jeszcze śmieszniej krzyczymy: '- O, kurwa, zgubiłem Jezuski! - Kurwa, ja też!', a w finale pan Łukasz niech padnie na twarz i się cały hehehe usmaruje". Nie będę się czepiał nawet rżnięcia z Sindeya Pollacka, żenujących scen samego "maratonu tańca" i deszczu padającego w scenach szczególnie dramatycznych (ktoś jeszcze stosuje taką taniochę?) Nie będę, bo wkurzyła mnie inna sprawa.

"Maraton tańca" to film od początku do końca "wielkomiejski" w najgorszym tego słowa rozumieniu. Przyjechało "państwo", porechotało sobie nad prowincją, pokazało sobie co ciekawsze "okazy" palcami i nakręciło film o tym, jak sobie wyobraża małe miasteczka, mieszkańców małych miasteczek, ich smutne życie, ich nieważne dramaty i ich prymitywne rozrywki. 

Bo, proszę pani, ja kiedyś byłam na prowincji, to wiem...

Jeśli "festyn" - to scena, stoisko z płytami, wodopój, przy którym stadka miejscowych doprowadzają się do stanu bełkotliwego i lombard, w którym mogą zastawić gierkowską sokowirówkę, żeby mieć za co chlać. Jeśli dorośli - to chleją i rechoczą bluzgliwie. Jeśli młodzież - to kompletnie od czapy podrygująca w zaułkach, za to bijąca i okradająca obcych. Jeśli dwie psiapsióły to na pewno śmiertelnie pokłócą się o chłopa, oczywiście także pijanego w cztery dupy, bo skoro miejscowy, to nie może być trzeźwy. Jeśli brat psiapsióły dozna kontuzji, bo mu pijany chłop nos rozkwasi z bańki, to będzie z zakrwawionym gilem łaził przez pół filmu, bo przecież na wsi ludzie nosów nie wycierają, nawet gdy krwawią. I tak przez cały film... Trafia się sympatyczna starsza para? To starszego pana zróbmy na buehehezaczeskę, a potem się go pozbądźmy, żeby nie komplikował, starszą panią zaś upijmy w trupa i każmy jej chrapać w kiblu. Nauczycielka? Każmy jej recytować do pustego rynku grafomańskie wiersze, opisujące żałosny los samotnej kobiety nad stosem zeszytów, bo taki mamy paradygmat wiejskich polonistek. Wójt? Niech się nachla w drzazgi i zaśnie z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany w biust pani od kultury.
- O, pani reżyser, tu nam się trafił pozytywny bohater!
- Osierocić i złamać nogę. Trzy razy! Niech mi tu ładnie kuleje.
- A zakonnica? Sympatyczna taka...
- Niech ma nieślubne dziecko. I niech wali browara jak reszta tutejszych. Kufel na dwa łyki!


W filmie wykorzystano także miejscową ludność - wybrano, co barwniejsze jednostki, z możliwie najidiotyczniejszą fryzurą, z możliwie najbardziej obciachowymi ciuchami, z możliwie najtępszym wyrazem twarzy, nakarmiono, napojono, kazano skakać do rytmu, wyginać i machać kończynami, szczerzyć się kretyńsko. Dobrze, że chrząkać i kicać nie kazano.
"Z kamerą wśród zwierząt", normalnie...

I jeśli będziecie statystowali z entuzjazmem, to dołożymy wam po puszce paprykarzu. Cieszycie się?

Naprawdę nie wiem, co bym wolał: czy żeby był to skutek świadomego "darcia łacha" z prowincji, czy może przeciwnie - żeby był to skutek nieświadomego "patronajzingu", wdrukowanego poczucia wyższości, pełnego dobrotliwego klepania po główce...
- A fe, po główce? Przecież sam pan widzi, że oni tu włosów nie myją!
...zachowania typowego dla białych kolonizatorów, wręczających dzikusom paciorki w szczerym przeświadczeniu, że dzicy tego właśnie chcą i o tym tylko marzą. Jedno ohydne i drugie obrzydliwe.

- Ale przecież to magiczne zakończenie, happy end, ludzie jak anioły, dobro tryumfujące...
No właśnie - magiczne. Bo przecież na tym zadupiu nic nie może wydarzyć się samo z siebie, ludzie nie są w stanie ogarnąć się sami, nie przestaną chlać, lać się po ryjach i bluzgać w co trzecim słowie. Musimy to zrobić za nich, musimy ich uleczyć (dla ich własnego dobra, oczywiście), a ponieważ mogą mieć problemy ze zrozumieniem ("No, umówmy się, kto na tej wsi wie, co to to realizm magiczny, prawda?"), to zafundujmy im cuda, zmartwychwstania, anioły. To do nich trafi, to ich ubogaci, to przyda im "trochę luzu w tym smutnym jak pizda mieście" trochę optymizmu, tak przecież potrzebnego w ich ciężkim, prowincjonalnym życiu. Uleczmy ich więc magicznie i bądźmy dumni z siebie, z wielkomiejskich dziedziców, którzy na tę zachlaną i śmierdzącą tępotą prowincję niosą kaganek oświaty, dobra, piękna i 25 złotych dniówki dla statystów. Och, jakże jesteśmy cudowni i wrażliwi, choć Bogiem a prawdą korciło nas, żeby zapłacić tylko 15 złotych, bo przecież i tak przepiją.
Uch, dawno mnie żaden film tak nie zirytował.

Trzech meneli - bo w każdym polskim filmie, dziejącym się na prowincji, musi być trzech meneli z procentami.

Aktorsko - przeciętnie. Rozbicie opowieści na atomy powoduje, że aktorzy z jednej strony nie mają za bardzo co grać, ale z drugiej - nie bardzo mają okazję coś zepsuć. Ponad przyzwoitą przeciętność wybija się chyba tylko Maciej Wierzbicki w roli konferansjera, może Agnieszka Podsiadlik (momentami i nie, nie chodzi o scenę erotyczną) i Olga Frycz, która chwilami grała bardzo naturalnie i teraz mam problem: czy to rzeczywiście była aż tak świetna gra czy też może "naturalność" pomyliła mi się z "naturszczykowością", bo zadziwiająco podobna ta postać w zachowaniu do innych postaci granych przez aktorkę, więc może to nie tyle gra, co autentyzm? I niestety, kiedy przypominam sobie inne filmy Olgi Frycz, bardziej przychylam się do tej drugiej tezy. Poniżej przyzwoitej przeciętności zagrała Joanna Kulig, a Łukasza Simlata zaczynam mieć powoli bardzo dość.

Ewentualnie można. Jeśli ktoś lubi happy endy i naiwne wzruszenia, film ogląda do granicy pierwszego planu i lubi śmiać się z nieposiadających tabletów prowincjuszy. Jeśli nie - nie warto.

O dziwo - nie było "Białego misia". Cóż za zaniedbanie.


Varia
1. Zdjęcia kręcono w dolnośląskim Dobromierzu. Nie wiem, czy to ładne miasteczko, bo twórcy potraktowali je per noga i pokazali niewiele.
2. Całkiem chwytliwe piosenki "festynowe". Autorem wszystkich jest Bartosz Dziedzic (pierwsze słyszę - powinienem się wstydzić?), wszystkie śpiewa Oksana Predko (też pierwsze słyszę). Nie wiem, czy pożyczono je do filmu, czy też kompozytor pisał specjalnie na jego potrzeby, ale potrafią się czepić i potem się człowiek czuje trochę dziwnie, nucąc w metrze: "Taaaaa nooooooc... Noc wrażeń"
3. Ponieważ to polski film i "wszyscy mają udział w zyskach" w filmie wykorzystano także muzykę ze spektaklu gorzowskiego Teatru im. J. Osterwy, której autorem był Antoni Łazarkiewicz. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Czy także nieprzypadkowa jest zbieżność nazwiska Sławomira Hollanda, grającego jednego z ochroniarzy - nie wiem. Zakładam, że w tym przypadku to jednak zbieg okoliczności.
4. Plakat... ręce opadają. Cukierek, romantyzm, Bollywood. Pasuje do filmu jak polski polityk do wykładu o etyce.

No to, pani Agatko, na koniec strzelimy sobie po kieliszeczku stereotypówki


============
Maraton tańca
2010 [premiera 2011]
Czas:
98 minut
Reżyseria: Magdalena Łazarkiewicz
Scenariusz: Maciej Kowalewski, Magdalena Łazarkiewicz
Obsada: Joanna Kulig, Olga Frycz, Agnieszka Podsiadlik, Maciej Wierzbicki, Leszek Lichota, Joanna Gonschorek, Krzysztof Skonieczny, Bogusława Schubert, Dariusz Toczek, Łukasz Simlat i inni.
Dofinansowanie PISF:  100 000 zł (rozwój projektu), 1 900 000 zł (produkcja), 10 000 zł (promocja na festiwalach zagranicznych), 400 000 zł (dofinansowanie z II Dolnośląskiego Konkursu Filmowego)

2013-06-20

Irena, do domu [1955]

Kto pierwszy zacznie z "Kobiety na traktory", w tego pierwszy cisnę kamieniem.
- Zzzziuut!
- Który to?!
- She! She! She! She!... He! He! He! He! 

Traktorów nie dowieźli, pani Irenko, ale mamy nowiutkie Skody.

Dawno temu, gdy naród jęcząc finiszował z  Planem Sześcioletnim, Iwan Koniew zostawał honorowym obywatelem Krakowa, a milicja próbowała schwytać Jerzego Paramonowa, na warszawskim Żoliborzu żyło sobie małżeństwo.
- Na przykład Majewskich?
Na przykład. Zygmunt był majstrem-metalowcem, a Irena była "przy mężu" - sprzątała, prała, zajmowała się najmłodszym członkiem ich komórki społecznej, przedszkolnym Jasiem i gotowała. Gotowała przede wszystkim, gdyż Zygmunt Majewski był wrogiem stołówek i w kuchni uznawał tylko precyzyjne rękodzieło. Był także wrogiem przedszkoli, uznając że posłanie do nich dziecka równa się chowaniu potomka na ulicy. Teza, jak na 1955 rok, brutalnie buntownicza, nie spotkała się z interwencją odpowiedniego Urzędu, albowiem A) Urząd w tym czasie miał swoje własne kłopoty, z którymi radził sobie, aresztując sam siebie, B) lody ruszyły, panowie przysięgli i odwilż nadciągała, C) reakcyjne podteksty zostały przez autorów rozłożone na parę scen i umiejętnie rozmyte.

Praca to praca, dom to dom, a patriarchat to patriarchat!

Życie Ireny było nudne łamane przez monotonne: śniadanie dla syna i męża, zakupy, pranie, obiad, prasowanie, kolacja, cerowanie, [cenzura obyczajowa, bo przecież mały Jasio, skądś się musiał wziąć], śniadanie, zakupy... A Zygmunt w tym czasie normy bił, rekordy śrubował, prototypy gwintował i popierał Partię czynem, wykonując przed terminem.

Zbuntowała się więc Irena, a bunt ów był buntem typowym dla jej czasów. Żadne tam: "Mam swoje prawa!", żadne tam "Równe obowiązki!", żadne tam "My, kobiety!"... Na kurs prawa jazdy zapisała się w tajemnicy, na zajęcia chodziła w tajemnicy podwójnej, a gdy dziecko oddawała do przedszkola (oczywiście w tajemnicy potrójnej)  lub odgrzewała mężowi stołówkowe obiady (w tajemnicy poczwórnej), to czuła się winna, jakby zdradzała męża z listonoszem albo chociaż konspirowała poakowsko. Symboliczna opresja, syndrom ofiary, szamotanina w ukryciu - wszystko jak z genderowego leksykonu.

O parzeniu esencji rozmawialiśmy... To teraz ręka do góry, kto nosił obiady w menażkach. Pierwszy!

Ponieważ to komedia - wszystko musi skończyć się dobrze i tak też się kończy. Obywatelka Majewska na kursie uzyskuje pierwszą lokatę i uznanie kierownictwa, uznanie męża zdobywa, prując przez Warszawę z piskiem hamulców i świstem powietrza, mały Jasio zyskuje paręnaście punktów do przedszkolnego lansu, bo matka nie dość, że szofer, to jeszcze w efektownej służbowej czapce, pan kierownik żeni się z panną wice-majster, mnich Santerus opycha blondyneczce lusterko ze swoim wizerunkiem, a pan Snitko, herbu Miesiąc Zatajony, ukrywa się w przebraniu Stalina z grabiami.

Lekka, bezpretensjonalna komedyjka - z typowymi dla gatunku zagraniami: tu pomyłka w numerze telefonicznym, tu przesłyszenie, tam niedopowiedzenia, tu żarcik sytuacyjny, tam słowny, ówdzie ktoś kogoś weźmie za kogoś zupełnie innego, a gdy brakuje pomysłu - pan Dymsza podskoczy albo zrobi minę. Miny zresztą robią wszyscy, takie były czasy, taki sposób grania, wtedy bawiło, dziś też chwilami potrafi, choć częściej jednak męczy. Podobnie jak dłużyzny typu "idą" albo "jadą". Ale to nie znaczy, że współczesny widz musi się nudzić...

Współczesny widz może sobie na przykład oglądać Warszawę AD 1955 - brak korków na ulicach, brak wielu istniejących dziś budynków, może podziwiać pracę cenzorów kamerzystów i montażystów, znikających wojenne ruiny niemal zupełnie. Współczesny widz może obejrzeć sobie uliczkę i dojść do wniosku, że skądś tę uliczkę zna...

Uliczkę znam w Barcelonie na Żoliborzu...

...a po dojściu do wniosku, współczesny widz może walnąć się otwartą dłonią w czoło i wrzasnąć: "No pewnie, że znasz, lebiego nieszczęsna, w tę i nazad parę razy w tygodniu uliczką ową goniona, bo to przecież ulica Sierpecka przy skrzyżowaniu z Suzina, co oznacza, że państwo Majewscy na kolonii VIII zamieszkiwać raczyli czyli rzut dziecięcym berecikiem. Sąsiedzi, jednem słowem"

A tak uliczka wygląda 58 lat później

Na plus - prawie zupełny brak polityki, w tym szybki unik w kwestiach społecznych (dydaktyzm lat 50. do najstrawniejszych nie należał, więc dobrze, że nam go oszczędzono). Na minus - dialogi, które choć pisane przez autorów "Szpilek" i ogólnie zgrabne, zbyt często rażą brakiem point, w miejsce których pojawiają się Porozumiewawcze Śmiechy, Domyślne Miny i Ahanie.

Aktorsko - różnie. Adolf Dymsza gra Adolfem Dymszą, więc jeśli ktoś go lubi (a kto nie lubi?), to film łyka bez bólu, Hanka Bielicka i Kazimierz Brusikiewicz wielkich kreacji nie tworzą, ale formę i normę wyrabiają spokojnie, a Ludwik Sempoliński gra w idiotycznej peruczce i równie idiotycznych okularach. Po co, skoro równie dobrze zagrałby bez nich - nie wiadomo. Rolę główną gra Lidia Wysocka i gra ją strrrrasznie. Chodzi jak zmęczony milicjant, mówi jak dworcowa informacja, uśmiecha się jakby wygrała skierowanie na kursokonferencję w Otwocku i w ogóle przypomina socjalistyczną oranżadę: kolorowe, słodkie, bez gazu i brzuch po tym boli. Tak, rozumiem, że lata 50. że konwencja tamtych czasów, że to, tamto i siamto - wszystko rozumiem, konwencję czuję, ale Lidii Wysockiej w tym filmie po prostu nie trawię. Bardzo.

Hej, obywatelko, spójrzcie na misiów... i na sygnet majstra.

Można, choć film zestarzał się bardzo. Żoliborzanie nawet powinni, bo jeszcze parę znajomych widoczków da się rozpoznać i warto sobie porównać. Poza tym w razie oprowadzania znajomych czy dalszej rodziny będzie jak znalazł, a i przed młodszymi żoliborskimi rodakami będzie można poszpanować.


Varia
1. Teksty piosenek napisał Ludwik Starski, z wyjątkiem tekstu piosenki przedszkolaków, bo ten napisał Jan Brzechwa. Teksty Starskiego śpiewa Maria Koterbska, tekst Brzechwy śpiewają przedszkolaki.
2. W głębokim tle sporo znajomych twarzy: w fabryce mignął Józef Pieracki, fryzjera zagrał Ignacy Machowski, drugim fryzjerem... E nie będę Wam odbierał zabawy w rozpoznawaniu, kto jest drugim fryzjerem, kto uśmiechniętym świadkiem na ślubie, komu na pikniku motocyklem dezabilują towarzyszkę etc.
3. Reżyserował Jan Fethke - debiutował przed wojną "Zapomnianą melodią", a "Irena, do domu" był/-a/-o jego ostatnim filmem, reżyserowanym w Polsce. Zanim w 1961 wyemigrował do Berlina Zachodniego napisał jeszcze scenariusz do "Skarbu kapitana Martensa" i kultowej w pewnych kręgach "Milczącej gwiazdy". Ciekawa postać z ciekawym dorobkiem (m.in. scenariusz "Ulicy Granicznej") i jeszcze ciekawszym życiorysem, kompletnie dziś zapomniana. Na pokoleniowe pytanie, czy Erazm Fethke to jakiś krewny, nie potrafię udzielić odpowiedzi, ale strzelam, że tak.

Gdzie - wszyscy wiedzą. Czemu burżuazyjnym ruchem lewostronnym - nie wie nikt.

============
Irena, do domu
1955
Czas:
90 minut
Reżyseria: Jan Fethke
Scenariusz: Joanna Wilińska, Anatol Potemkowski
Obsada: Lidia Wysocka, Adolf Dymsza, Michał Kiliński, Helena Buczyńska, Ludwik Sempoliński, Hanka Bielicka, Kazimierz Brusikiewicz i inni.

2013-06-17

Będziesz legendą, człowieku [2013]

Nie, nie będziesz.

Marcin Koszałka dostał prezent, o którym inni filmowcy mogli tylko pomarzyć: rok życia z piłkarską reprezentacją, wejście za kulisy, do gabinetów masażystów, do szatni, do jadalni, do pokojów hotelowych, wikt, opierunek, wyżywienie, poparcie wszelakich "czynników" i możliwość nakręcenia filmu dokumentalnego o przygotowaniach i występie polskiej kadry piłkarskiej na Mistrzostwach Europy.

Nie wyszli z grupy. Na zdjęciu też nie bardzo

Podobne filmy już powstawały, ale kręcili je dziennikarze: Tomasz Smokowski przy okazji występu Polaków na Mistrzostwach Świata w Korei/Japonii 2002 i Adam Bortnowski, gdy nasza kadra grała na Euro 2008. Teraz za tematykę piłkarską na takich samych warunkach (pełny dostęp) wziął się filmowiec z zacięciem artystycznym. No i zaciął...
"Będę dążył do osiągnięcia uniwersalnego przesłania, o ludziach pod presją, o oczekiwaniach dumnych kibiców, o kraju Europy Wschodniej, gdzie zmienia się myślenie o przybyszach z innych krajów, którzy stają się Polakami"
Piłka. Chyba nożna. Chyba, bo nie widać nóg.

"Oczekiwania dumnych kibiców" sprowadziły się do panoramy Strefy Kibica w Warszawie i ujęcia z nawalonymi jak Messerschmitty kibicami, tańczącymi w krakowskiej fontannie, "uniwersalne przesłanie" załatwił Marcin Wasilewski opowiadając krótko, jak to na kolejnych mistrzostwach Polska dostawała w dupę. Wspomniany piłkarz załatwił też problem ludzi pod presją, podsumowując kolejną wtopę kadry: "Sami w sumie zajebaliśmy tą, kurwa, drugą połowę, co innego, kurwa, jest gadane, co innego to... Wychodzisz, kurwa i napierdalasz", a największą klęskę poniósł reżyser na odcinku ukazywania "zmiany myślenia o przybyszach z innych krajów, którzy stają się Polakami". Klęskę, powiedziałbym, sromotną.

Jednym z głównych bohaterów filmu jest Damien Perquis - francuski piłkarz, wnuk Polki, przyszyty do reprezentacji i obdarowany paszportem w imię wyższej konieczności dziejowej sportowej. Jego wejście do kadry, podobnie jak w przypadku Ludovika Obraniaka czy Eugena Polanskiego, wzbudziło spore kontrowersje, część kibiców i komentatorów nie ukrywała wrogości do "farbowanych lisów" jak ich nazywano, czepiano się wszystkiego: że nie mówią po polsku, że nie śpiewają hymnu, że krew mają czerwoną, a nie biało-czerwoną, że nie bratają się parobkami, że nie zachwyca ich nieśmiertelne piękno w poezji Słowackiego i że nie strzelają bramek.

Blaski, odblaski, powódź pozłoty, krzyże południa i inne hooywitzo

Filmowy Perquis jest całkiem fajnym gościem, choć potraktowanym wycinkowo - Koszałka skupił się głównie na jego problemach z ojcem.
- Skupiam się również na rodzinie Perquisa, ze szczególnym naciskiem na jego babcię, która jest Polką, ale urodziła się we Francji i nie mówi po polsku.
Szczególny nacisk na babcię to trzy sceny, dwa zdania, w sumie 30 sekund, mniej niż brzuch prezesa Lato, animacja z latającą rękawicą lub widoczek z leżącymi krowami. Ale ja nie o tym. Otóż Perquisowi wielokrotnie miano za złe, że się izoluje, że nie szuka kontaktu z piłkarzami i sztabem reprezentacji. I muszę powiedzieć, że się nie dziwię. Sceny z masażystami są rewelacyjnym usprawiedliwieniem piłkarza i roztrzaskaniem w pył tezy o jakichkolwiek zmianach w naszym podejściu do obcokrajowców. Masażyści odstawiają bucówę, korzystając z milczenia Perquisa, z jego nieznajomości polskiego (czynnej if any, bo jego milczenie było efektem wewnętrznej blokady - ciekawe, na ile wywołaną takimi "żartami" właśnie), budując dowcipasy typu: "Damy ci tablet boli, tablet a-a-a i tablet antybiotykum" (no bo jak nie mówi po polsku, to na pewno jakiś imbecyl, więc trzeba mówić jak do krzesła) i rżąc z nich radośnie. W jednej ze scen, gdy masażysta masuje niedawno złamany łokieć Perquisa, piłkarz syczy, że boli i kurczowo zaciska zęby na trzymanym w dłoni ręczniku. Widać, że boli i że boli naprawdę bardzo.
No, wyraź się, chłopaczku, po polsku - mruczy masażysta, miętosząc łokieć piłkarza - Jak by to było?
Nie wiem, jak by to było, ale byłem pełen podziwu dla Perquisa, że nie wstał i nie przydzwonił burakowi drugim łokciem. I doskonale rozumiałem niechęć Francuza do nawiązywania jakichkolwiek bliższych kontaktów z okołoreprezentacyjnym towarzystwem, jego trzymanie się z Obraniakiem i Boenischem.

A na potrzeby sztuki pomiziamy pana Damiena pudrem

Drugim bohaterem filmu Koszałki jest Marcin Wasilewski - pierwszy twardziel III RP, facet, który rok po koszmarnym (I mean really - nawet nie zalinkuję tego zajścia) złamaniu nogi wrócił na boisko i grał na tyle dobrze, że wystąpił na Mistrzostwach Europy. Ciekawa postać zasługująca na dwa filmy dokumentalne - u Koszałki dostał dwa mini-monologi, z których tak naprawdę interesujący był jeden, parę rozmów z bluzgiem i scenę z siedzeniem w zimnej wodzie. A, i jeszcze scenę pływania w basenie w pełnym reprezentacyjnym umundurowaniu.
- A to czemu?
Bo w poprzedniej scenie Damien Perquis powiedział, że boi się sytuacji, w której stoi w wodzie i nie widzi własnych stóp. Poważnie. Nie, nie wiem, co to ma wspólnego z Euro... Więc ten Wasilewski jest na zasadzie kontrapunktu - że niby się nie boi nie widzieć własnych stóp. Stoi w wodzie, my widzimy jego stopy, a następnie widzimy resztę "Wasyla" i widzimy, że reszta "Wasyla" się nie boi. A potem reszta "Wasyla" nurkuje.
- Żeby zobaczyć własne stopy?
Nie, żeby puścić bąbelki nosem i popatrzeć w kamerę.

"Wasyl" kuca (bez bąbelków), ujęcie 15, dubel 357

Piłkarz siedzi. Piłkarz stoi. Piłkarz się kładzie. Piłkarz coś mówi. Muzyka zgrzyta. Widoczek. Inni piłkarze stoją. Znowu widoczek. Stoi prezes Lato. Prezes Lato się śmieje i wydaje odgłosy słowne. Znowu widoczek. Znowu piłkarz. Tym razem piłkarz myje zęby. Prezes Lato znowu się śmieje. Widoczek. Chmurki. Koń... Krowa, kura, kaczka... Kura, kaczka, drób... Droga... Chyba na Ostrołękę... A, nie to tunel wiodący do Lienz.

"Jako reżysera interesuje mnie film krytyczny, pokazujący pewny kontrapunkt pomiędzy wstydem a dumą" - powiedział reżyser. Cóż, mnie jako widza interesuje przede wszystkim film, który daje się oglądać. I który mówi coś... kurczę, już niekoniecznie coś nowego, ale coś, cokolwiek! A dostałem jakąś smętną pulpę, poprzetykaną ni w pięć ni dziewięć kocopalnymi animacjami, widoczkiem krów na hali, minutowym ujęciem jazdy w tunelu, trzyminutowym ujęciem prezesa Lato, który patrzy i eksperymentami formalnymi typu: "A teraz zadrzemy kamerę do góry i pokażemy Stadion Narodowy w skośnym pionie" albo "Słuchajcie, pójdźmy krok dalej - pokażmy nogi piłkarzy! Bo w końcu to piłka nożna, nie? Więc tylko do kolan ich sfilmujemy i będzie prawie Orson Welles". Czasem reżyser idzie po artystycznej bandzie i miesza Eisensteina z Bunuelem, a doprawia Tarantino: stawia piłkarza i objeżdża go kamerą dookoła, a piłkarz nie spuszcza wzroku z obiektywu. Święty Hieronimie, patronie egzegetów, to ma być głębokie? Ujęcia, których wstydziłaby się jako tako "oczytana filmowo" piętnastolatka? To może i zwolnione tempo pan reżyser odkryje?

Gdzie jest moja krówka? Czy to moja krówka?
Robi "muuuu!" Tak, to moja krówka!

A jakże - odkrył. Ujęcia z meczu - mamy zwolnione tempo, mamy wyłącznie zwolnione tempo, mamy selektywne rozmycie, tilt-shift, mamy wyciszenie trybun i wypchnięcie na plan pierwszy odgłosów dyszenia, kopania i mlaskania, bo cinema verité...
- Nie znasz się! To jest naturalizm.
- Nieprawda, bo brutalizm!
- A nie alegoria?
- Nie, metafora!
- Nie, to jest prawdaczasuprawdaekranu!

To jest przede wszystkim pretensjonalne. Ale ponieważ jestem człowiekiem gołębiego serca i wszędzie chcę znależć dobro, powiem, że idiotyczne animacje, którymi film naćkany jest gęsto, niosą momentami całkiem ciekawe przesłanie. Ot, tu -  biegną figurki piłkarzy, biegną w lewo, a  po chwili biegną w prawo... i znowu w lewo... i znowu w prawo... Bez sensu? No! Idealna metafora występów polskiej kadry na Euro. I kolejna animacja: biegną dwie figurki piłkarzy w biało-czerwonych stronach, a jedna wyraźnie kuleje. Kolejna metafora trafiona w dychę. Nie rozgryzłem tylko, co miała oznaczać rysunkowa bramkarska rękawica, fruwająca przez ponad pół minuty po ekranie. Waham się między aluzją do III rozbioru Polski, analizą geopolitycznych uwarunkowań neokolonializmu, a zwykłą, dętą "watą". Sami zgadnijcie, która opcja wygrywa.

Że niby kanciastość to cecha narodowa polskich piłkarzy?

Piłki nożnej niewiele, reprezentantów niewiele: ot, dwa ujęcia na treningu, jakaś bramka z meczu i scena, w której grają sobie w FIFA 2013 na konsolach. Że niby piłkarz w przestrzeni pół-prywatnej? Odkrywcze jak zupa ogórkowa - to są ujęcia, które każdy kibic zna od lat piętnastu i ma je w TV co tydzień, a każdy nie-kibic zna od lat dziesięciu i ma w TV co pół roku. Konflikty w kadrze? Aaaależ... Stosunek piłkarzy do trenera lub odwrotnie? Mhm, jasne... To może chociaż sam trener? W końcu ciekawa postać... Y-y. Dwa ujęcia z odległości paru metrów. Stresy, nerwy, nadzieje, atmosfera w szatni? Nihuhu łamane przez nichuchu.

I nie mogło być inaczej - piłkarze i trener wyczuli reżysera bez pudła: nie zna się na piłce, nic o niej nie wie, nie wie, co chce kręcić, za to chce, żeby to było głebokie... Odsunęli więc ekipę na odpowiednią odległość, nie angażując się i traktując całą sprawę jak zło konieczne. Skorzystali na tym masażyści, którzy dostali sporo miejsca w filmie (ktoś musiał - nie wszystko da się opędzlować widoczkami i łysiną prezesa), stracili widzowie, którym przyszło oglądać buractwo reprezentacyjnego zaplecza, artystyczne impresje z leżącymi krowami, tunelem i animacjami na poziomie... Cóż, w porównaniu z animowanymi filmikami, jakie każdy ligowy kibic ogląda co tydzień w przerwach meczów transmitowanych przez C+, nawet określenie "na poziomie domu kultury" jest komplementem.

Bo ja jestem na boisku taka mała -
Myszka Miki to przy mnie duży stwór.

Film jest fatalny, by nie powiedzieć - beznadziejny. A zresztą, czemu nie powiedzieć? Właśnie, że powiedzieć. Film jest beznadziejny - pretensjonalny, płaski, a momentami wręcz prymitywny. Do "prawdziwych kibiców" nie trafił, do kibiców przypadkowych (jak to się ich nazywa - "Januszów") nie trafi tym bardziej, a widownia złożona z emerytowanych nauczycielek gimnazjalnych, które w przerwie między Wyspiańskim a "M jak miłość" odkurzą instynkt macierzyński i siąkną nosem nad ciężkim życiem sympatycznego Damiena... No, dobra, skoro każdemu jego porno to i każdemu jego target, tylko dlaczego tak drogo? I dlaczego trzeba było marnować szansę, za którą wszyscy polscy dziennikarze i połowa polskich  filmowców dałaby się żywcem pokroić, posypać chili i słono dopłacić?

Nie warto. Zdecydowanie.


Varia:
1. "Konsultant muzyczny - Anna Malarowska". Być może. Nie słychać, aby.
2. "Konsultant ds. sportu - Jerzy Fedorowicz". Być może. Nie widać, aby. Nie wiadomo też za bardzo, czemu akurat Jerzy Fedorowicz
3. Rok. 12 miesięcy. Tyle ekipa pracowała nad filmem, szlajając się po Sochaux, Montbeliard, Lienz, Klagenfurtcie, Brukseli, Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Szczawnicy. Niestety, efekt końcowy najbardziej pasuje do Szczawnicy właśnie.
4. Przecinek. Na planszy tytułowej w "Będziesz legendą człowieku" między "legendą" i "człowieku" powinien być przecinek.  Poprawiłem w tytule posta. Nie ma za co.
5. Wg PISF-owskiego box-office'u od marcowej premiery film Koszałki obejrzało w kinach 1653 widzów. Film o piłce nożnej. W Polsce. Szacun.

Korytarz. Aż się czuje tę tajemnicę, ten mroczny sekret wykładziny...



============
Będziesz legendą, człowieku
2013
Czas:
78 minut
Reżyseria: Marcin Koszałka
Scenariusz: Marcin Koszałka
Dofinansowanie PISF:  500 000 zł (produkcja). Ponadto film dofinansowany został przez Instytut Adama Mickiewicza, a współprodukowały go TVP2 i HBO Polska.

2013-06-14

Wyjazd służbowy [1975]

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu, która mówi: każdy ma takiego Rashomona, na jakiego go stać.

Rok 1975. Inżynier Andrzej Lipiński wyjeżdża na roczny kontrakt. Nie na Zachód czy do Libii, co pozwoliłoby mu się ustawić do końca dni jego albo chociaż do czasu wybudowania willi - wyjeżdża zaledwie na Węgry. I w dodatku na rok. W dniu wyjazdu przychodzą go pożegnać znajomi i przyjaciele. Inżynier nie jest chyba zbyt sympatyczny, skoro żegnających jest ledwie siódemka, przy czym trzech panów to pracownicy macierzystego przedsiębiorstwa, dwie panie to ich żony, z czego jedna to żona wyjeżdżającego inżyniera.

Znajdź 10 różnic między dawnymi i młodszymi laty...

Tu koniaczek, tam herbata, rozmowy klasycznie - ktoś komuś rzuci żartem, ktoś komuś szpilą, ktoś komuś och-jakże-wytfornom-aluzjom z podtekstem, ktoś ponarzeka na żonę, komuś żona powie, żeby tyle nie pił, ktoś opowie wica. No, klasyka imprez pół-prywatnych, pół-biurowych. Jest sympatycznie, ale drętwo. Dwóch panów wychodzi do drugiego pokoju, by posłuchać relacji z Wyścigu Pokoju, pani domu z przyjaciółką przygotowują w kuchni herbatę, pan domu z kolegą-zastępcą obalają kieliszeczek czystej, ktoś rozmawia przy stole, ktoś przy ławie... Wreszcie nadchodzi czas pożegnania i wtedy twórcy fundują nam solidnego zonka.

Wracamy do początku, zaczynamy imprezę, goście dopiero się schodzą, ale filmowani są z innego kąta, z innej kamery, na plan pierwszy wychodzi tło poprzednich scen. Dowiadujemy się więcej - że atrakcyjny wyjazd inżyniera na Węgry jest rodzajem zesłania, umożliwiającego przedsiębiorstwu bezbolesne pozbycie się niewygodnego pracownika, że kuchenna rozmowa pani domu z przyjaciółka miała dwa dodatkowe dna, że słowa wypowiedziane w pierwszych scenach miały zupełnie inne znaczenie, że czyjś gest z przedpokoju nie był zwykłym gestem sympatii, tylko czegoś poważniejszego, że w towarzystwie iskrzy od uczuć (pozytwnych i negatywnych) i konfliktów... i znowu przedpokój, znowu pożegnanie...

I to jest dramat na skalę naszego M-3...

I znowu zonk. Znowu cofamy się do początku filmu, znowu oglądamy te same sceny, ale z jeszcze innej perspektywy. Dowiadujemy się coraz więcej - za wyjazdem inżyniera kryje się ktoś, kto chce zająć jego miejsce i odsuwa konkurenta na plan dalszy. Niewinna wymiana zdań z szóstej minuty filmu w minucie trzydziestej nabiera zupełnie przeciwnej wymowy, spojrzenie z piętnastej - zyskuje wagę 300 kilo, nagle rozumiemy ciche mruknięcie z minuty dwudziestej czwartej i machnięcie ręką z piątej, a przeciętnawy uprzednio inżynier Lipiński staje się w naszych oczach wysoko wykwalifikowanym zawodnikiem "karate biurowego"...

Znakomita miniaturka, z bardzo dobrze skonstruowanym scenariuszem. Krótka, precyzyjna bez idiotycznej waty, bez przeginania, przesadzania i groteski, tak typowej dla kina lat 90., bez epatowania luksusami, firmami, stanowiskami i najwyższym piętrem wieżowca (patrz: kino XXI wieku). Ciasne wnętrza PRL-owskiego bloku, dyżurne meblościanki, komplety fotel-ława-wersalka, kanoniczna "biała sypialnia" (widziana niedawno w "Krabie i Joannie"). 

Klasyka klasyki

Wyrazy uznania dla aktorów - co prawda Jerzy Kamas był zbyt sztywny i dosłowny, a Marek Piwowski sztuczny, ale paradoksalnie film ostatecznie na tym zyskał (nie wyjaśnię, żeby nie spoilerować :-)). Cofałem film, by sprawdzić, czy powtórki scen były powtórkami montażowymi czy aktorskimi, czyli czy jedną scenę nagrano z trzech kamer i potem tylko wymieniano ujęcia, czy też aktorzy musieli trzykrotnie grać to samo. Na moje oko - to aktorzy powtarzali scenki, ale robili to perfekcyjnie. A przy okazji byli idealnie PRL-owscy i tu przepraszam, że nie wdam się w długie wyjaśnienia...
- Ależ nie ma za co, nie ma za co! - krzyknęli pospiesznie czytelnicy Poliszmuwi - Naprawdę nie szkodzi i nawet nie próbuj!
...ale jeśli obejrzycie, od razu zrozumiecie, o co mi chodziło.

Warto. Naprawdę. Żeby zobaczyć inteligentne kino dla inteligentnego widza, żeby zetknąć się z scenariuszem precyzyjnym, choć niepozbawionym niedomówień, żeby przypomnieć sobie (lub poznać) PRL-owskie realia i dowiedzieć się, że podgryzanie, podsadzanie, podczepianie i inne takie biurowe gierki to wcale nie wymysł korporacji. 

Poza kranem i fryzurą - właściwie jak dziś...


Varia
1. "Zaparzyć esencję?" Ktoś w epoce jednorazowych "szczurków" jeszcze tak robi? Nie, nie chodzi o zaparzenie dzbanka herbaty przez zalanie jakiejś tam ilości herbaty wodą o odpowiedniej temperaturze - chodzi o sporządzenie gęstego herbacianego wywaru przez zalanie sporej porcji herbaty niewielką ilością wody (w tłumaczeniu na dzisiejsze - powiedzmy, że 10 torebek zalewamy porcją wody wystarczająca na 1-2 porcje). Taka "esencja" mogła potem stać i służyć przez kilka dni - rozlewało się ją do filiżanek/szklanek i dopełniało wrzątkiem. Ech, lata dzieciństwa... lata mleka w butelkach z "alamuniowym" kapslem, kawy parzonej w szklance, fusów włażących między zęby itd. :-)
2. Określenie "karate biurowe" pożyczyłem ze sztuki Edwarda Redlińskiego "Pustaki". Niezłej, swoją drogą i szkoda, że zapomnianej. Widziałem ją w Teatrze Telewizji w latach 80. i mimo strasznej (poza Romanem Kłosowskim) obsady, obroniła się spokojnie, a w wersji drukowanej była ze dwa razy lepsza.
3. Muzykę skomponował Tomasz Stańko. Też na poziomie.


============
Wyjazd służbowy
1975
Czas:
41 minut
Reżyseria: Andrzej Jerzy Piotrowski
Scenariusz: Zbigniew Kubikowski
Obsada: Jerzy Kamas, Ewa Wiśniewska, Ferdynand Matysik, Hanna Stankówna, Marek Piwowski, Jolanta Lothe, Maciej Rayzacher, Kazimierz Kaczor

2013-06-11

Vinci [2004]

Cuma jest złodziejem specjalizującym się w dziełach sztuki. Odsiaduje wyrok i nagle przestaje odsiadywać wyrok, bo paser Gruby dostał zlecenie na wiszącą w Muzeum Czartoryskich "Damę z Łazuczką" i potrzebny mu jest ktoś, kto mógłby się tym zająć. Wyciąga więc Cumę z pudła, kwateruje w luksusie, zleca, wypłaca zaliczkę, a widz sadowi się wygodniej w fotelu, bo film zapowiada się nieźle.

"Kiedy wątłe twe paluszki pogładzą me tatuaże?..."

Cuma odnajduje Szerszenia, ziomala z dawnych lat, z którym niejedną butelkę obalił, niejeden sejf rozpruł... i któremu niejeden rok odsiadki zawdzięcza - ostatni wyrok zaliczył dzięki tępocie Szerszenia. Czemu chce sobie wziąć do pomocy takiego Jonasza - nie wiadomo. Może sentymenty, może męska przyjaźń, a może po prostu reżyser wrzasnął: "Niech mi postać nie dyskutuje, dobrze!? Ja tu postać wynająłem do gry, a nie filozowania! Mnie ten Szerszeń jest potrzebny do intrygi, specjalnie scenariusz poprawiałem i proszę wszystkich na plan, bo po dniówce polecę!"

Żeby było jeszcze bardziej sensacyjnie - Szerszeń przeszedł na Dobrą Stronę Mocy i w czasie, gdy Cuma odsiadywał wyrok, został policjantem. Ponieważ reżyser nadal krzyczy, postaci przechodzą nad tym przejściem do porządku dziennego, choć Cuma jako stary herbatnik dziwi się przez moment "Ale żeby psem? Ale mendą zostać?" Tylko przez moment, bo musi przekonywać Szerszenia do samego pomysłu kradzieży - Szereszeń jako Prawdziwy Polak Patriota i Policjant ma bowiem poważne opory przed pozbawieniem Ojczyzny dobra kulturalnego wysokiej wartości artystycznej. Przekonywanie idzie gładko i wreszcie zaczyna się Knucie.

It's going to be legen... Wait for it!...

Cuma knuje, jak ukraść obraz z Muzeum Czartoryskich, podejrzliwy komisarz Wilk knuje, jak uprzykrzyć życie Cumie, więc Cuma knuje także, jak by tu przechytrzyć komisarza. Szerszeń knuje, jak znaleźć dobrego fałszerza, który wykonałby perfekcyjną kopię, fałszerz knuje, podsuwając w charakterze wykonawcy swoją niedyplomowaną jeszcze wnuczkę, Szerszeń knuje podwójnie i chciałby dwie kopie, fałszerz z wnuczką knują dodatkowo i robią jeszcze dwie, a gruby paser knuje, bo taka jego wredna natura. Pośrodku tego wszystkiego stoi poczciwy górnik Werbus, który fotograficznie zapamiętał wydarzenia z momentu własnych narodzin czyli nazwiska wszystkich graczy finałowego meczu Mistrzostw Europy ZSRR-Niemcy z 1972 roku...
- Jaja sobie robicie?
...ale nie potrafi zapamiętać żadnych twarzy, cierpi bowiem na prozopagnozję.
- Na co, kuźwa, cierpi?
Na prozopagnozję. Twarzy nie rozpoznaje.
- A po cholerę?
Żeby było ciekawiej. Co prawda, można było posiedzieć trochę dłużej nad scenariuszem, ale dzięki górniczej prozopagnozji można niedoróbki opędzlować paroma szybkimi dowcipasami.

B-6 - trafiony-zatopiony! Wiertłem.

Juliusz Machulski jest solidnym rzemieślnikiem, więc film toczy się gładko, akcja się wije i skręca parę razy, tu żart, tam pościg, tu wybuchy, tam podstępy, a wszędzie wokół słoneczny Kraków. Cuma & Co. kradną obraz, muzeum wpada w rozpacz, policja wpadają w rozpacz, furgonetka wpada w rozpadlinę, ale wszystko kończy się dobrze - nasi sympatyczni złoczyńcy zarabiają grube miliony, fałszerz z wnuczką zarabiają jeszcze grubsze, muzeum i policja cieszą się bardzo, źli biznesmeni też się cieszą, a najbardziej cieszy się Japończyk, który nie musi rozcinać sobie brzucha w Hotelu Grand.

- Znaczy fajny film wczoraj widziałeś?
No, właśnie nie bardzo. Oglądałem film, który miał wszelkie szanse być naprawdę fajnym filmem, a był typową polską produkcją, w której forma przerasta treść, intryga przerasta scenarzystę, a reżyser ma swoich widzów za stado głupków, dla których nie warto się starać, bo i tak niczego nie zauważą.

Za szerokie czyli Ocean's Eleven w wersji dla sklepów spożywczych.

Że pomysł z furgonetką Machulski zerżnął z "Włoskiej roboty" - pal licho, bo efektowny. Znaczy, byłby efektowny, gdyby go dopracować, ale ponieważ polscy filmowcy są raczej niechlujni, to był efektowny jedynie "jak na polski film". Pal licho także wykorzystanie topografii Krakowa, czyli jeżdżenie w kółko, wyłażenie z kanałów 20 metrów od grasującej policji itd. (krakusi jak zwykle wyją ze śmiechu). Ale już fałszowanie obrazów w wersji dla niepełnointelektualnych (cztery deski znalezione w Desie, wiaderko farb, studentka ASP, cztery perfekcyjne kopie obrazu z XV wieku i nawet ramę odpitolimy na nie-do-wykrycia, a to wszystko w dwa tygodnie) - boli. Ustawianie furgonetki z "napadu stulecia"  na odkrytym parkingu, ogrodzonym siatką i położonym za miastem - boli bardzo. A sygnalizowanie każdego "twista" wymownymi spojrzeniami, muzyką, zatrzymaniem kamery i machaniem do widza: "E, widzu! Tu jest myk! Widzisz? Ważne! Nie widzisz? OK, poczekamy, powtórzymy, pani Janie, niech pan jeszcze znacząco kiwnie głową, żeby wszyscy zajarzyli, co jest grane i że to trzeba zapamiętać"... No, to już jest filmowa wiocha, niegodna filmu, który aspiruje do miana "sensacyjnego". Demonstrować, podkreślać i wyjaśniać "twista" w momencie, gdy się go wykręca? Tego się nie robi nawet w kinie bułgarskim!

Niestety, takiej wiochy jest w "Vinci" sporo (naprawdę sporo), przez co sensacja ustępuje miejsca nudzie, bo od pewnego momentu nie tylko wiadomo, jak się film skończy, ale nawet, dlaczego skończy się właśnie w ten sposób. Dodajmy do tego zwykłe filmowe niechlujstwo (Japończyk filmujący Kraków przez matowe pasy na oknie, choć gdyby podniósł kamerę 5 cm wyżej - miałby czysty widok), brak policyjnej obserwacji głównego i jedynego podejrzanego, dzięki czemu może on zasuwać po mieście z obrazem pod pachą, jeżdżenie na akcję własnym, bardzo charakterystycznym samochodem, macanie wszystkiego gołymi paluchami, bo to tylko film i daktyloskopia nie istnieje... Szanowni twórcy, to naprawdę przeszkadza w oglądaniu i bardzo źle o was świadczy, bo sugeruje, że na etapie kręcenia się opieprzacie i przy montażu nikt niczego nie widzi, a nawet jeśli widzi, to nikomu się chce poprawić.

Napijże się, bajoku, to się nie będziesz przypierniczał do szczegółów!

I dialogi... Partie zgrabne i dowcipne ("Wiela? - Wiela."), mieszają się z dialogową bucówą:
- Te bogate pojeby mają w domu takie ukryte kapliczki.
- Kapliczki? Po co?
- Bo to pojeby. Chodzą tam po kryjomu i pewnie się onanizują
.
...zakończoną dowcipem na poziomie murawy piłkarskiej:
- Dlaczego zawsze mówisz "Vinci", a nie "da Vinci"
- A co, mam mówić "Da" jak Rusowie?

No, kamaaan...

Aktorsko - więcej niż przyzwoicie. Jakże zabawnie czytać dziś popremierowe komentarze: "Nareszcie film bez opatrzonych, dyżurnych twarzy", w sytuacji, gdy grają Więckiewicz i Szyc... Obaj grają bardzo dobrze, a wszelkie "ale" idą na konto scenarzysty. W drugim planie Jan Machulski i debiutująca Kamila Baar dzielnie dotrzymują kroku, ale Marcin Dorociński w roli komisarza Wilka odstaje wyraźnie, grając nierówno i z okropnymi "pekaesami". Do tego przyzwoity debiut Jacka Króla, uroczy trzeci plan Doroty Kolak i - tu rozlegają się fanfary - Mieczysław Grąbka jak Gruby. Moim zdaniem, Grąbka "ukradł" film czwórce głównych aktorów (piątce, jeśli liczyć Dorocińskiego) i nie, nie chodzi mi tylko o sceny z astmą.

...dary! Legendary!

Można. W letni, leniwy dzień, przy piwie... Ale to film jednorazowy, więc jeśli ktoś już widział, to nie warto wracać. Wiem, co mówię - wróciłem i mam za swoje.


Varia
1. Kiedy Szereszeń wpada zdyszany na egzamin, kartkę podaje mu łysawy obywatel o fizys znanej z telewizji. Gdyby ktoś nie poznał - Zbigniew Ćwiąkalski, ówczesny przydział służbowy: Katedra Prawa Karnego UJ, późniejszy przydział służbowy: 2007-2009 - Ministerstwo Sprawiedliwości, na etacie ministra.
2. W jednej ze scen Jan Machulski gra nad Wisłą w szachy i wygrywa. Zerk na twarz... zerk w internet... No, pewnie! Przeciwnikiem Machulskiego był Jerzy Krupiński, mistrz Krakowa z 2007 roku, wieloletni członek władz Krakowskiego Klubu Szachistów.
3. Jeśli Cuma ogląda mecz, w którym Tomasz Frankowski strzelił bramkę Grzegorzowi Szamotulskiemu i to w Krakowie, i to w 88 minucie, to musiał to być mecz Wisła - Amica Wronki z 4.04.2004. 10 minut wcześniej prowadzenie Amice dał Marek Zieńczuk, a dwie minuty po Frankowskim zwycięskiego dla Wisły gola strzelił Tomasz Kłos.
4. Po premierze "Vinci" krakowscy radni wystosowali specjalny list do Juliusza Machulskiego, dziękując mu za promocję miasta, zwiększanie zainteresowania oraz wywoływanie pragnienia obejrzenia. Na krakowskich radnych można liczyć - nie przegapią żadnej okazji do ośmieszenia siebie i urzędu.
5. Recykling ekipy: kierowcę skradzionego autokaru zagrał II reżyser Igor Brejdygant, odpowiedzialna za catering Maja Kościukiewicz mignęła przez chwilę, pytając Szereszenia: "Co u matki?", a II scenograf Inga Palacz  "zagrała" studentkę ASP.
6. Cycków nie ma - są pośladki Więckiewicza. Każdemu jego porno - ja tam wolę cycki.

Orły! Orły nadlatują!


============
Vinci
2004
Czas:
108 minut
Reżyseria: Juliusz Machulski
Scenariusz: Juliusz Machulski
Obsada: Robert Więckiewicz, Borys Szyc, Mieczysław Grąbka, Marcin Dorociński, Kamilla Baar, Jacek Król, Jan Machulski i inni.