2013-06-17

Będziesz legendą, człowieku [2013]

Nie, nie będziesz.

Marcin Koszałka dostał prezent, o którym inni filmowcy mogli tylko pomarzyć: rok życia z piłkarską reprezentacją, wejście za kulisy, do gabinetów masażystów, do szatni, do jadalni, do pokojów hotelowych, wikt, opierunek, wyżywienie, poparcie wszelakich "czynników" i możliwość nakręcenia filmu dokumentalnego o przygotowaniach i występie polskiej kadry piłkarskiej na Mistrzostwach Europy.

Nie wyszli z grupy. Na zdjęciu też nie bardzo

Podobne filmy już powstawały, ale kręcili je dziennikarze: Tomasz Smokowski przy okazji występu Polaków na Mistrzostwach Świata w Korei/Japonii 2002 i Adam Bortnowski, gdy nasza kadra grała na Euro 2008. Teraz za tematykę piłkarską na takich samych warunkach (pełny dostęp) wziął się filmowiec z zacięciem artystycznym. No i zaciął...
"Będę dążył do osiągnięcia uniwersalnego przesłania, o ludziach pod presją, o oczekiwaniach dumnych kibiców, o kraju Europy Wschodniej, gdzie zmienia się myślenie o przybyszach z innych krajów, którzy stają się Polakami"
Piłka. Chyba nożna. Chyba, bo nie widać nóg.

"Oczekiwania dumnych kibiców" sprowadziły się do panoramy Strefy Kibica w Warszawie i ujęcia z nawalonymi jak Messerschmitty kibicami, tańczącymi w krakowskiej fontannie, "uniwersalne przesłanie" załatwił Marcin Wasilewski opowiadając krótko, jak to na kolejnych mistrzostwach Polska dostawała w dupę. Wspomniany piłkarz załatwił też problem ludzi pod presją, podsumowując kolejną wtopę kadry: "Sami w sumie zajebaliśmy tą, kurwa, drugą połowę, co innego, kurwa, jest gadane, co innego to... Wychodzisz, kurwa i napierdalasz", a największą klęskę poniósł reżyser na odcinku ukazywania "zmiany myślenia o przybyszach z innych krajów, którzy stają się Polakami". Klęskę, powiedziałbym, sromotną.

Jednym z głównych bohaterów filmu jest Damien Perquis - francuski piłkarz, wnuk Polki, przyszyty do reprezentacji i obdarowany paszportem w imię wyższej konieczności dziejowej sportowej. Jego wejście do kadry, podobnie jak w przypadku Ludovika Obraniaka czy Eugena Polanskiego, wzbudziło spore kontrowersje, część kibiców i komentatorów nie ukrywała wrogości do "farbowanych lisów" jak ich nazywano, czepiano się wszystkiego: że nie mówią po polsku, że nie śpiewają hymnu, że krew mają czerwoną, a nie biało-czerwoną, że nie bratają się parobkami, że nie zachwyca ich nieśmiertelne piękno w poezji Słowackiego i że nie strzelają bramek.

Blaski, odblaski, powódź pozłoty, krzyże południa i inne hooywitzo

Filmowy Perquis jest całkiem fajnym gościem, choć potraktowanym wycinkowo - Koszałka skupił się głównie na jego problemach z ojcem.
- Skupiam się również na rodzinie Perquisa, ze szczególnym naciskiem na jego babcię, która jest Polką, ale urodziła się we Francji i nie mówi po polsku.
Szczególny nacisk na babcię to trzy sceny, dwa zdania, w sumie 30 sekund, mniej niż brzuch prezesa Lato, animacja z latającą rękawicą lub widoczek z leżącymi krowami. Ale ja nie o tym. Otóż Perquisowi wielokrotnie miano za złe, że się izoluje, że nie szuka kontaktu z piłkarzami i sztabem reprezentacji. I muszę powiedzieć, że się nie dziwię. Sceny z masażystami są rewelacyjnym usprawiedliwieniem piłkarza i roztrzaskaniem w pył tezy o jakichkolwiek zmianach w naszym podejściu do obcokrajowców. Masażyści odstawiają bucówę, korzystając z milczenia Perquisa, z jego nieznajomości polskiego (czynnej if any, bo jego milczenie było efektem wewnętrznej blokady - ciekawe, na ile wywołaną takimi "żartami" właśnie), budując dowcipasy typu: "Damy ci tablet boli, tablet a-a-a i tablet antybiotykum" (no bo jak nie mówi po polsku, to na pewno jakiś imbecyl, więc trzeba mówić jak do krzesła) i rżąc z nich radośnie. W jednej ze scen, gdy masażysta masuje niedawno złamany łokieć Perquisa, piłkarz syczy, że boli i kurczowo zaciska zęby na trzymanym w dłoni ręczniku. Widać, że boli i że boli naprawdę bardzo.
No, wyraź się, chłopaczku, po polsku - mruczy masażysta, miętosząc łokieć piłkarza - Jak by to było?
Nie wiem, jak by to było, ale byłem pełen podziwu dla Perquisa, że nie wstał i nie przydzwonił burakowi drugim łokciem. I doskonale rozumiałem niechęć Francuza do nawiązywania jakichkolwiek bliższych kontaktów z okołoreprezentacyjnym towarzystwem, jego trzymanie się z Obraniakiem i Boenischem.

A na potrzeby sztuki pomiziamy pana Damiena pudrem

Drugim bohaterem filmu Koszałki jest Marcin Wasilewski - pierwszy twardziel III RP, facet, który rok po koszmarnym (I mean really - nawet nie zalinkuję tego zajścia) złamaniu nogi wrócił na boisko i grał na tyle dobrze, że wystąpił na Mistrzostwach Europy. Ciekawa postać zasługująca na dwa filmy dokumentalne - u Koszałki dostał dwa mini-monologi, z których tak naprawdę interesujący był jeden, parę rozmów z bluzgiem i scenę z siedzeniem w zimnej wodzie. A, i jeszcze scenę pływania w basenie w pełnym reprezentacyjnym umundurowaniu.
- A to czemu?
Bo w poprzedniej scenie Damien Perquis powiedział, że boi się sytuacji, w której stoi w wodzie i nie widzi własnych stóp. Poważnie. Nie, nie wiem, co to ma wspólnego z Euro... Więc ten Wasilewski jest na zasadzie kontrapunktu - że niby się nie boi nie widzieć własnych stóp. Stoi w wodzie, my widzimy jego stopy, a następnie widzimy resztę "Wasyla" i widzimy, że reszta "Wasyla" się nie boi. A potem reszta "Wasyla" nurkuje.
- Żeby zobaczyć własne stopy?
Nie, żeby puścić bąbelki nosem i popatrzeć w kamerę.

"Wasyl" kuca (bez bąbelków), ujęcie 15, dubel 357

Piłkarz siedzi. Piłkarz stoi. Piłkarz się kładzie. Piłkarz coś mówi. Muzyka zgrzyta. Widoczek. Inni piłkarze stoją. Znowu widoczek. Stoi prezes Lato. Prezes Lato się śmieje i wydaje odgłosy słowne. Znowu widoczek. Znowu piłkarz. Tym razem piłkarz myje zęby. Prezes Lato znowu się śmieje. Widoczek. Chmurki. Koń... Krowa, kura, kaczka... Kura, kaczka, drób... Droga... Chyba na Ostrołękę... A, nie to tunel wiodący do Lienz.

"Jako reżysera interesuje mnie film krytyczny, pokazujący pewny kontrapunkt pomiędzy wstydem a dumą" - powiedział reżyser. Cóż, mnie jako widza interesuje przede wszystkim film, który daje się oglądać. I który mówi coś... kurczę, już niekoniecznie coś nowego, ale coś, cokolwiek! A dostałem jakąś smętną pulpę, poprzetykaną ni w pięć ni dziewięć kocopalnymi animacjami, widoczkiem krów na hali, minutowym ujęciem jazdy w tunelu, trzyminutowym ujęciem prezesa Lato, który patrzy i eksperymentami formalnymi typu: "A teraz zadrzemy kamerę do góry i pokażemy Stadion Narodowy w skośnym pionie" albo "Słuchajcie, pójdźmy krok dalej - pokażmy nogi piłkarzy! Bo w końcu to piłka nożna, nie? Więc tylko do kolan ich sfilmujemy i będzie prawie Orson Welles". Czasem reżyser idzie po artystycznej bandzie i miesza Eisensteina z Bunuelem, a doprawia Tarantino: stawia piłkarza i objeżdża go kamerą dookoła, a piłkarz nie spuszcza wzroku z obiektywu. Święty Hieronimie, patronie egzegetów, to ma być głębokie? Ujęcia, których wstydziłaby się jako tako "oczytana filmowo" piętnastolatka? To może i zwolnione tempo pan reżyser odkryje?

Gdzie jest moja krówka? Czy to moja krówka?
Robi "muuuu!" Tak, to moja krówka!

A jakże - odkrył. Ujęcia z meczu - mamy zwolnione tempo, mamy wyłącznie zwolnione tempo, mamy selektywne rozmycie, tilt-shift, mamy wyciszenie trybun i wypchnięcie na plan pierwszy odgłosów dyszenia, kopania i mlaskania, bo cinema verité...
- Nie znasz się! To jest naturalizm.
- Nieprawda, bo brutalizm!
- A nie alegoria?
- Nie, metafora!
- Nie, to jest prawdaczasuprawdaekranu!

To jest przede wszystkim pretensjonalne. Ale ponieważ jestem człowiekiem gołębiego serca i wszędzie chcę znależć dobro, powiem, że idiotyczne animacje, którymi film naćkany jest gęsto, niosą momentami całkiem ciekawe przesłanie. Ot, tu -  biegną figurki piłkarzy, biegną w lewo, a  po chwili biegną w prawo... i znowu w lewo... i znowu w prawo... Bez sensu? No! Idealna metafora występów polskiej kadry na Euro. I kolejna animacja: biegną dwie figurki piłkarzy w biało-czerwonych stronach, a jedna wyraźnie kuleje. Kolejna metafora trafiona w dychę. Nie rozgryzłem tylko, co miała oznaczać rysunkowa bramkarska rękawica, fruwająca przez ponad pół minuty po ekranie. Waham się między aluzją do III rozbioru Polski, analizą geopolitycznych uwarunkowań neokolonializmu, a zwykłą, dętą "watą". Sami zgadnijcie, która opcja wygrywa.

Że niby kanciastość to cecha narodowa polskich piłkarzy?

Piłki nożnej niewiele, reprezentantów niewiele: ot, dwa ujęcia na treningu, jakaś bramka z meczu i scena, w której grają sobie w FIFA 2013 na konsolach. Że niby piłkarz w przestrzeni pół-prywatnej? Odkrywcze jak zupa ogórkowa - to są ujęcia, które każdy kibic zna od lat piętnastu i ma je w TV co tydzień, a każdy nie-kibic zna od lat dziesięciu i ma w TV co pół roku. Konflikty w kadrze? Aaaależ... Stosunek piłkarzy do trenera lub odwrotnie? Mhm, jasne... To może chociaż sam trener? W końcu ciekawa postać... Y-y. Dwa ujęcia z odległości paru metrów. Stresy, nerwy, nadzieje, atmosfera w szatni? Nihuhu łamane przez nichuchu.

I nie mogło być inaczej - piłkarze i trener wyczuli reżysera bez pudła: nie zna się na piłce, nic o niej nie wie, nie wie, co chce kręcić, za to chce, żeby to było głebokie... Odsunęli więc ekipę na odpowiednią odległość, nie angażując się i traktując całą sprawę jak zło konieczne. Skorzystali na tym masażyści, którzy dostali sporo miejsca w filmie (ktoś musiał - nie wszystko da się opędzlować widoczkami i łysiną prezesa), stracili widzowie, którym przyszło oglądać buractwo reprezentacyjnego zaplecza, artystyczne impresje z leżącymi krowami, tunelem i animacjami na poziomie... Cóż, w porównaniu z animowanymi filmikami, jakie każdy ligowy kibic ogląda co tydzień w przerwach meczów transmitowanych przez C+, nawet określenie "na poziomie domu kultury" jest komplementem.

Bo ja jestem na boisku taka mała -
Myszka Miki to przy mnie duży stwór.

Film jest fatalny, by nie powiedzieć - beznadziejny. A zresztą, czemu nie powiedzieć? Właśnie, że powiedzieć. Film jest beznadziejny - pretensjonalny, płaski, a momentami wręcz prymitywny. Do "prawdziwych kibiców" nie trafił, do kibiców przypadkowych (jak to się ich nazywa - "Januszów") nie trafi tym bardziej, a widownia złożona z emerytowanych nauczycielek gimnazjalnych, które w przerwie między Wyspiańskim a "M jak miłość" odkurzą instynkt macierzyński i siąkną nosem nad ciężkim życiem sympatycznego Damiena... No, dobra, skoro każdemu jego porno to i każdemu jego target, tylko dlaczego tak drogo? I dlaczego trzeba było marnować szansę, za którą wszyscy polscy dziennikarze i połowa polskich  filmowców dałaby się żywcem pokroić, posypać chili i słono dopłacić?

Nie warto. Zdecydowanie.


Varia:
1. "Konsultant muzyczny - Anna Malarowska". Być może. Nie słychać, aby.
2. "Konsultant ds. sportu - Jerzy Fedorowicz". Być może. Nie widać, aby. Nie wiadomo też za bardzo, czemu akurat Jerzy Fedorowicz
3. Rok. 12 miesięcy. Tyle ekipa pracowała nad filmem, szlajając się po Sochaux, Montbeliard, Lienz, Klagenfurtcie, Brukseli, Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Szczawnicy. Niestety, efekt końcowy najbardziej pasuje do Szczawnicy właśnie.
4. Przecinek. Na planszy tytułowej w "Będziesz legendą człowieku" między "legendą" i "człowieku" powinien być przecinek.  Poprawiłem w tytule posta. Nie ma za co.
5. Wg PISF-owskiego box-office'u od marcowej premiery film Koszałki obejrzało w kinach 1653 widzów. Film o piłce nożnej. W Polsce. Szacun.

Korytarz. Aż się czuje tę tajemnicę, ten mroczny sekret wykładziny...



============
Będziesz legendą, człowieku
2013
Czas:
78 minut
Reżyseria: Marcin Koszałka
Scenariusz: Marcin Koszałka
Dofinansowanie PISF:  500 000 zł (produkcja). Ponadto film dofinansowany został przez Instytut Adama Mickiewicza, a współprodukowały go TVP2 i HBO Polska.

4 komentarze:

  1. "a widownia złożona z emerytowanych nauczycielek gimnazjalnych"....Problem z nauczycielkami, gimnazjalnymi czy emerytowanymi? Nie lubię takich tekstów. Nie zasługuję na nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli uraziło, to przepraszam, bo niechcący. Problemu z nauczycielkami nie mam, potrzebny był mi zbiór o określonych cechach, wziąłem pierwszy z brzegu, możliwe wąski, stosując nie w celach "insultywnych" dla zbioru (co deklaruję i podkreślam). Niestety, zbiory mieszane nie wchodziły w grę, zbiory złożone z przedstawicieli płci męskiej z natury swojej nie pasowały do kategorii "instynktu macierzyńskiego", a różnica między zbiorem złożonym z emerytowanych nauczycielek, nieemerytowanych szwaczek, lewobrzeżnowarszawskich konduktorek czy korporacyjnych kierowniczek działów jest w tym konkretnym kontekście na tyle żadna, że a) moim zdaniem sama z siebie wyklucza jakąkolwiek obraźliwość, b) mogłaby wywołać podobne reakcje - zakładając oczywiście, że lewobrzeżnowarszawskie konduktorki zaglądają na tego bloga - więc co za różnica, którego zbioru użyję i kim jestem, by decydować, czy jeden zbiór jest na tyle lepszy od drugiego, że można je wymieniać?
      Znaczy, tego... Znaczy jeszcze raz przepraszam :-)

      Usuń
    2. No, dobra :), dzięki za dobre słowo. Choć o przywoływaniu takiej (bądź podobnych) grup w celach właśnie insultywnych (nie przez Pana, oczywiście) dałoby się co nieco powiedzieć.

      Usuń
  2. Oesooo, oglądałam to niedawno w telewizji, trafiłam przypadkiem, początkowo patrzyłam z zaciekawieniem, a potem robiło mi się takie coraz większe wtf?! Zwłaszcza przy wstawkach animowanych, które, no... chyba właśnie miały być artystyczne.

    OdpowiedzUsuń