2013-06-20

Irena, do domu [1955]

Kto pierwszy zacznie z "Kobiety na traktory", w tego pierwszy cisnę kamieniem.
- Zzzziuut!
- Który to?!
- She! She! She! She!... He! He! He! He! 

Traktorów nie dowieźli, pani Irenko, ale mamy nowiutkie Skody.

Dawno temu, gdy naród jęcząc finiszował z  Planem Sześcioletnim, Iwan Koniew zostawał honorowym obywatelem Krakowa, a milicja próbowała schwytać Jerzego Paramonowa, na warszawskim Żoliborzu żyło sobie małżeństwo.
- Na przykład Majewskich?
Na przykład. Zygmunt był majstrem-metalowcem, a Irena była "przy mężu" - sprzątała, prała, zajmowała się najmłodszym członkiem ich komórki społecznej, przedszkolnym Jasiem i gotowała. Gotowała przede wszystkim, gdyż Zygmunt Majewski był wrogiem stołówek i w kuchni uznawał tylko precyzyjne rękodzieło. Był także wrogiem przedszkoli, uznając że posłanie do nich dziecka równa się chowaniu potomka na ulicy. Teza, jak na 1955 rok, brutalnie buntownicza, nie spotkała się z interwencją odpowiedniego Urzędu, albowiem A) Urząd w tym czasie miał swoje własne kłopoty, z którymi radził sobie, aresztując sam siebie, B) lody ruszyły, panowie przysięgli i odwilż nadciągała, C) reakcyjne podteksty zostały przez autorów rozłożone na parę scen i umiejętnie rozmyte.

Praca to praca, dom to dom, a patriarchat to patriarchat!

Życie Ireny było nudne łamane przez monotonne: śniadanie dla syna i męża, zakupy, pranie, obiad, prasowanie, kolacja, cerowanie, [cenzura obyczajowa, bo przecież mały Jasio, skądś się musiał wziąć], śniadanie, zakupy... A Zygmunt w tym czasie normy bił, rekordy śrubował, prototypy gwintował i popierał Partię czynem, wykonując przed terminem.

Zbuntowała się więc Irena, a bunt ów był buntem typowym dla jej czasów. Żadne tam: "Mam swoje prawa!", żadne tam "Równe obowiązki!", żadne tam "My, kobiety!"... Na kurs prawa jazdy zapisała się w tajemnicy, na zajęcia chodziła w tajemnicy podwójnej, a gdy dziecko oddawała do przedszkola (oczywiście w tajemnicy potrójnej)  lub odgrzewała mężowi stołówkowe obiady (w tajemnicy poczwórnej), to czuła się winna, jakby zdradzała męża z listonoszem albo chociaż konspirowała poakowsko. Symboliczna opresja, syndrom ofiary, szamotanina w ukryciu - wszystko jak z genderowego leksykonu.

O parzeniu esencji rozmawialiśmy... To teraz ręka do góry, kto nosił obiady w menażkach. Pierwszy!

Ponieważ to komedia - wszystko musi skończyć się dobrze i tak też się kończy. Obywatelka Majewska na kursie uzyskuje pierwszą lokatę i uznanie kierownictwa, uznanie męża zdobywa, prując przez Warszawę z piskiem hamulców i świstem powietrza, mały Jasio zyskuje paręnaście punktów do przedszkolnego lansu, bo matka nie dość, że szofer, to jeszcze w efektownej służbowej czapce, pan kierownik żeni się z panną wice-majster, mnich Santerus opycha blondyneczce lusterko ze swoim wizerunkiem, a pan Snitko, herbu Miesiąc Zatajony, ukrywa się w przebraniu Stalina z grabiami.

Lekka, bezpretensjonalna komedyjka - z typowymi dla gatunku zagraniami: tu pomyłka w numerze telefonicznym, tu przesłyszenie, tam niedopowiedzenia, tu żarcik sytuacyjny, tam słowny, ówdzie ktoś kogoś weźmie za kogoś zupełnie innego, a gdy brakuje pomysłu - pan Dymsza podskoczy albo zrobi minę. Miny zresztą robią wszyscy, takie były czasy, taki sposób grania, wtedy bawiło, dziś też chwilami potrafi, choć częściej jednak męczy. Podobnie jak dłużyzny typu "idą" albo "jadą". Ale to nie znaczy, że współczesny widz musi się nudzić...

Współczesny widz może sobie na przykład oglądać Warszawę AD 1955 - brak korków na ulicach, brak wielu istniejących dziś budynków, może podziwiać pracę cenzorów kamerzystów i montażystów, znikających wojenne ruiny niemal zupełnie. Współczesny widz może obejrzeć sobie uliczkę i dojść do wniosku, że skądś tę uliczkę zna...

Uliczkę znam w Barcelonie na Żoliborzu...

...a po dojściu do wniosku, współczesny widz może walnąć się otwartą dłonią w czoło i wrzasnąć: "No pewnie, że znasz, lebiego nieszczęsna, w tę i nazad parę razy w tygodniu uliczką ową goniona, bo to przecież ulica Sierpecka przy skrzyżowaniu z Suzina, co oznacza, że państwo Majewscy na kolonii VIII zamieszkiwać raczyli czyli rzut dziecięcym berecikiem. Sąsiedzi, jednem słowem"

A tak uliczka wygląda 58 lat później

Na plus - prawie zupełny brak polityki, w tym szybki unik w kwestiach społecznych (dydaktyzm lat 50. do najstrawniejszych nie należał, więc dobrze, że nam go oszczędzono). Na minus - dialogi, które choć pisane przez autorów "Szpilek" i ogólnie zgrabne, zbyt często rażą brakiem point, w miejsce których pojawiają się Porozumiewawcze Śmiechy, Domyślne Miny i Ahanie.

Aktorsko - różnie. Adolf Dymsza gra Adolfem Dymszą, więc jeśli ktoś go lubi (a kto nie lubi?), to film łyka bez bólu, Hanka Bielicka i Kazimierz Brusikiewicz wielkich kreacji nie tworzą, ale formę i normę wyrabiają spokojnie, a Ludwik Sempoliński gra w idiotycznej peruczce i równie idiotycznych okularach. Po co, skoro równie dobrze zagrałby bez nich - nie wiadomo. Rolę główną gra Lidia Wysocka i gra ją strrrrasznie. Chodzi jak zmęczony milicjant, mówi jak dworcowa informacja, uśmiecha się jakby wygrała skierowanie na kursokonferencję w Otwocku i w ogóle przypomina socjalistyczną oranżadę: kolorowe, słodkie, bez gazu i brzuch po tym boli. Tak, rozumiem, że lata 50. że konwencja tamtych czasów, że to, tamto i siamto - wszystko rozumiem, konwencję czuję, ale Lidii Wysockiej w tym filmie po prostu nie trawię. Bardzo.

Hej, obywatelko, spójrzcie na misiów... i na sygnet majstra.

Można, choć film zestarzał się bardzo. Żoliborzanie nawet powinni, bo jeszcze parę znajomych widoczków da się rozpoznać i warto sobie porównać. Poza tym w razie oprowadzania znajomych czy dalszej rodziny będzie jak znalazł, a i przed młodszymi żoliborskimi rodakami będzie można poszpanować.


Varia
1. Teksty piosenek napisał Ludwik Starski, z wyjątkiem tekstu piosenki przedszkolaków, bo ten napisał Jan Brzechwa. Teksty Starskiego śpiewa Maria Koterbska, tekst Brzechwy śpiewają przedszkolaki.
2. W głębokim tle sporo znajomych twarzy: w fabryce mignął Józef Pieracki, fryzjera zagrał Ignacy Machowski, drugim fryzjerem... E nie będę Wam odbierał zabawy w rozpoznawaniu, kto jest drugim fryzjerem, kto uśmiechniętym świadkiem na ślubie, komu na pikniku motocyklem dezabilują towarzyszkę etc.
3. Reżyserował Jan Fethke - debiutował przed wojną "Zapomnianą melodią", a "Irena, do domu" był/-a/-o jego ostatnim filmem, reżyserowanym w Polsce. Zanim w 1961 wyemigrował do Berlina Zachodniego napisał jeszcze scenariusz do "Skarbu kapitana Martensa" i kultowej w pewnych kręgach "Milczącej gwiazdy". Ciekawa postać z ciekawym dorobkiem (m.in. scenariusz "Ulicy Granicznej") i jeszcze ciekawszym życiorysem, kompletnie dziś zapomniana. Na pokoleniowe pytanie, czy Erazm Fethke to jakiś krewny, nie potrafię udzielić odpowiedzi, ale strzelam, że tak.

Gdzie - wszyscy wiedzą. Czemu burżuazyjnym ruchem lewostronnym - nie wie nikt.

============
Irena, do domu
1955
Czas:
90 minut
Reżyseria: Jan Fethke
Scenariusz: Joanna Wilińska, Anatol Potemkowski
Obsada: Lidia Wysocka, Adolf Dymsza, Michał Kiliński, Helena Buczyńska, Ludwik Sempoliński, Hanka Bielicka, Kazimierz Brusikiewicz i inni.

3 komentarze:

  1. O matko moja jedyna, przecież ja tu mieszkam!!! Sąsiedzie kochany! Sąsiad wpadnie kiedy na nalewke domowe (kidding, nie mam nalewki, ale coś tam można zawsze kupić, co nie?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nalewki w taki upał powodują ostrą "nieoglądalność" :-)

      Usuń
  2. Ale tam jest multum scen na Kole!

    OdpowiedzUsuń