2013-06-29

Komisarz Blond i Oko Sprawiedliwości [2012]

Rok temu na połowie warszawskich płotów wisiały wielkie plakaty, na których Mariusz Pujszo i Anna Dereszowska oznajmiali, że oto już za chwilę, premiera, będzie się działo, polski James Bond, przyjdź, nie pożałujesz i w ogóle hahaha.

Społeczeństwo odpowiedziało sceptycyzmem

- No, ale ten... bo Mariusz Pujszo przecież - bąkał Głos Wewnętrzny, który obejrzał parę filmów tego obywatela i przeczucia miał jak najgorsze.
- Ale również Anna Dereszowska! - zachęcał plakat, machając oderwanym narożnikiem.
- I to ma mnie zachęcić, tak?
- I Piotr Grabowski! - szeleścił plakat.
- No weeeź... Wiadomo, że jeśli Anna Dereszowska to i Piotr Grabowski oraz odwrotnie - wzruszał ramionami Głos Wewnętrzny - Nie trzeba czytać Pudelka, żeby być w temacie.
- Paweł Deląg, Marek Włodarczyk, Karolina Gorczyca, Edward Lubaszenko, "Grucha" i Marian Dziędziel! - upierał się plakat - A reżyseruje Pawał Czarzasty, który kiedyś zrobił "Aferę na zamku Bartenstein".
- Dobra, dobra, skoro Dziędziel, to obejrzę - skapitulował Głos Wewnętrzny zastanawiając się, kim, u licha, jest Marek Włodarczyk.

Cóż to? Czyliż mnie nie znacie? Jestem Mefistofeleszczem!

Od początku, od samej czołówki wiadomo, że będziemy oglądać nawiązania do filmów z cyklu "Różowa pantera" i od razu wiadomo, że nie będą to nawiązania najwyższych lotów (bo Mariusz Pujszo i bo czołówka toporna). Ale OK, zabawa gatunkiem, żonglerka konwencją, czemu nie? Tu naprawdę niewiele trzeba.
Ale czegoś jednak trzeba.

Fabuła prosta jak konstrukcja cepa: jest coś, za czym uganiają się się wywiady Polski, Rosji i USA. Jakiś dynks z danymi wywiadowczymi czy czymś tam, nieważne. Ważne, że połowa dynksa dostaje się w ręce polskiego komisarza Jana Blonda, drugą połowę trzeba znaleźć, wywiady czuwają i czyhają, nastając na nietykalność cielesną komisarza, tu pomyłka, tam gag, tu burleska, tam piękna kobieta, tu samolot, tam pistolet, a tam chyba nawiązanie do jakiegoś filmu. Jest, co kręcić, prawda? Ale niektórzy już tak mają, że jedną kulkę psują, a drugą gubią...

Taki właśnie odruch wywoływał film przez pierwsze 35 minut...

Mógł być fajny, rozrywkowy film, a wyszła nudna i kompletnie nieśmieszna kupa, w czasie której widz zastanawia się, czy twórcy mają go za półgłówka, czy może za półgłówków mają sami siebie. Zamiast zabawy konwencją mamy na ekranie prostackie mordowanie wszystkiego: żartów, cytatów, fabuły, akcji (akcji? Jakiej, kurna, akcji?) etc. Nawet to najbardziej toporne nawiązanie do Bonda, wywalone zresztą na plakacie wielkimi wołami, trzeba było wyjaśnić w filmie explicite i z wrzaskiem. W poczuciu twórców "Komisarza Blonda" zabawa kinem gatunkowym nie polega najwyraźniej na tym, że wykorzystując ramy, kręci się aluzje, dyskretne nawiązania, żarty, które nie tyle mają z miejsca mają wywoływać rechot, tylko najpierw uśmiech widza, potem szybki zgrzyt mózgowia i dopiero wtedy rechot. Standard, który skutecznie stosowany jest nawet tak nieambitnych tworach jak "Straszny film".

Niestety, ekipa "Komisarza Blonda" uznała, że gra konwencją polega na wrzeszczeniu do widza: "E, ty! Tak, ty! Czekaj, bo będzie dowcip! Taki śmieszny. Taki cytat ci pokażemy z [tu pada tytuł filmu]. Pamiętasz scenę, w której... [tu pada opis sceny]? No to my to teraz zagramy i będzie śmiesznie! Gotowy?"
I rzeczywiście grają, szlag by ich trafił... Piłują ten biedny cytat, cały czas łypiąc na widza, czy rozumie dowcip, w każdej chwili gotowi, by piłować mocniej, a nawet głośno wyjaśniać, o co im chodzi. No, czasem to nawet by się przydało, bo grają tak nieudolnie, że włos się jeży na plecach i pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę chcieli nawiązać do przemówień sprawozdawczych I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Siedlcach.
- Ależ to miało być zabawne nawiązanie do Herberta Loma, odtwarzającego rolę inspektora Dreyfussa!
No to nie wyszło. To też.

...a taki przez kolejne -dziesiąt.

Czasem słaby film potrafią uratować aktorzy. W "Komisarzu Blondzie" aktorów mamy niewielu, ale rzeczywiście trochę pomagają. Nie, żeby dużo - trochę. Piotr Grabowski i Anna Dereszowska grają słabo, ale na tle kolegów wyrastają na gwiazdy kina, bo przynajmniej czują konwencyjnego bluesa i próbują jakoś się w nim odnaleźć. Nie, nie napisałem "odnajdują" - napisałem "próbują się odnaleźć". Anna Dereszowska epatuje seksapilem famfatala, szlafroczkiem i długimi nogami w szpilkach, ponieważ jednak twórcy filmu lubują się w humorze topornym jak chodnikowa płyta, każą aktorce zdjąć szpilki i wpakować stopy w obiektyw kamery. Widz blednie, zielenieje, gwałtownie odsuwa spożywaną właśnie kolację i dla uspokojenia przypomina sobie serial "Nemocnice na kraji mesta", którego akcja także rozgrywała się na oddziale ortopedii

Mirosław Zbrojewicz? No, jest. Mówi trzy zdania na krzyż, a widz łka ze szczęścia, bo tak niewiele mu trzeba. Nawet Paweł Deląg, grający tradycyjnym Pawłem Delągiem (minus romantyczne porywy, na szczęście), zaczyna się widzowi podobać jako aktor - mówi (nie bełkocze), patrzy (nie łypie), chodzi (nie człapie). Marek Włodarczyk okazał się być aktorem, niestety okazał się też być aktorem mniej niż przeciętnym, a Marian Dziędziel...

Dziabas - metamorfoza

Marian Dziędziel nawiązał swoją rolą do wiekopomnych kreacji, jakie tworzyli Jan Frycz w "Wyjeździe integracyjnym", Paweł Małaszyński w "Ciachu" czy Jan Peszek w "Figo-Fago". Sześć błota stóp i to bez dziewięciu sążni wody - samo błoto. Ciężko to w ogóle nazwać aktorstwem: przebieranie się w jakieś debilne stroje, podskakiwanie, pochrząkiwanie, mamrotanie durnych tekstów połączone z wybałuszaniem oczu i rechotami (czasem rechoty i podskoki występowały w parze). To nie było aktorskie potknięcie, to nie był aktorski upadek - to było grzmotnięcie o glebę z mlaskiem i rozpryskiem. Oraz z jękiem wielbicieli talentu Mariana Dziędziela, próbujących wyrwać sobie oczy i wydłubać część mózgu odpowiedzialną za pamięć.

W roli głównej Mariusz Pujszo... "Mój Boże, no cóż ja mam państwu powiedzieć?", że zacytuję klasyka. Mariusz Pujszo to Mariusz Pujszo - porażka aktorska porównywalna z tą pod Korsuniem i Piławcami. Nie umie grać, a gra, zarzynając każdą scenę dwunastoma niepotrzebnymi gestami i dwudziestoma niepotrzebnymi bełkotliwymi odgłosami. Swoim warsztatem aktorskim mógłby truć myszy i inne insekty, kręci filmy z gatunku żałosnego, a jednak wciąż funkcjonuje w filmowym światku, role dostaje, ba! - sam obsadza, pieniądze na kolejne filmy znajduje i to nie w PISF... Zadziwiające zjawisko, które więcej mówi o polskim środowisku filmowym niż o sobie samym.
- To czy ja już mogę? - zapytała zasłona miłosierdzia, gotowa by opaść i zasłonić rolę główną oraz cały film.
Proszzzz...

Chłop w peruce. Hilarjus.


Szkoda czasu.
Och, jak bardzo szkoda...


Varia
1. Po premierze filmu na forach filmowych doszło do przykrej sytuacji: nagle sypnęło postami wychwalającymi "Komisarza Blonda" pod niebiosa, oceny filmu poszybowały w górę. Szybki risercz internautów wykazał, że wszystkie konta, z których pisano, założone zostały w ciągu dwóch około-premierowych dni, wszystkie wyglądały identycznie, w "znajomych" miały siebie nawzajem, posługiwały się tymi sami argumentami i zwrotami, a po dwóch-trzech tygodniach przestały być aktywne. "Nowoczesny" marketing przy pomocy kłonicy i 50 groszy od posta.
2. Współscenarzystą (poza Mariuszem Pujszo) był Krzysztof Węglarz. Po sprawdzeniu okazało się, że napisał on także scenariusz do "Kac Wawa", a po dokładniejszym sprawdzeniu - że również do "Tajemnicy Westerplatte". Której jeszcze nie widziałem i teraz nie wiem, czy bać się, czy ślinić z perwersyjnej ochoty?
3. Pamiętacie skecz z "Dudka"? 
"- Przepraszam, a czy kierownik nie ma przypadkiem zastępcy? - pytam. 
- Ma - odpowiada ona - Dwóch!
- No tak, wszystko jasne. Jak ma dwóch zastępców, to po diabła mu rozum?"
Na liście płac, oprócz głównego reżysera, wymieniono troje II reżyserów i jedną asystentkę reżysera.
4. Podobno w filmie nie pada ani jedno przekleństwo. Jak na polskie kino, byłoby to niesamowitym wyczynem, wartym specjalnej nagrody na festiwalu w Gdyni. W 28 minucie słychać za to "krzyk Wilhelma" - co warte zauważenia (nawet jeśli to podróbka).
5. Twórcy złożyli do PISF wniosek o dofinansowanie kwotą 700 tys. zł. Nie znalazłem informacji o pozytywnej decyzji, co może świadczyć, że dofinansowania nie było. Jedyny plus filmu - nie za nasze pieniądze.
6. No dobra - raz się uśmiechnąłem. Osoby, które widziały film mogą zgadywać, kiedy, a osoby, które filmu nie widziały... to bardzo szczęśliwe osoby.

I bu...buziaczki dla wytrwałych widzów/czytelników



============
Komisarz Blond i Oko Sprawiedliwości
2012
Czas:
105 minut
Reżyseria: Paweł Czarzasty
Scenariusz: Mariusz Pujszo, Rick Richardson, Krzysztof Węglarz
Obsada: Mariusz Pujszo, Paweł Deląg, Marek Włodarczyk, Anna Dereszowska, Piotr Grabowski, Marian Dziędziel, Karolina Gorczyca, Mirosław Zbrojewicz i inni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz