2013-06-06

Lincz [2010]

Włodowską historię samosądu nad recydywistą terroryzującym dwie wsie i trzy przysiółki znają chyba wszyscy - świeża sprawa, w mediach wałkowana wielokrotnie, rzeczywiście będąca świetnym materiałem na film. Ponieważ świetny materiał - wiadomo było, że prędzej czy później ktoś to nakręci, ponieważ świeża - wiadomo było, że film przyciągnie widzów, a ponieważ wałkowana była w mediach - nie muszę opowiadać, przybliżać treści itd.


Nazwisko reżysera mówiło mi niewiele albo jeszcze mniej, tymczasem Filmpolski.pl zaskoczył mnie informacją, że Krzysztof Łukaszewicz jest członkiem Polskiej Akademii Filmowej. Hmm... No, dobra, to lustrujemy obywatela: II reżyser, asystent, II reżyser, asystent, II reżyser... II reżyser, asystent plus obsada aktorska, II reżyser plus obsada aktorska... Czasem nawet pojawiały się ciekawe tytuły: "Wino truskawkowe", "Listy do M.", większe produkcje - "Ogniem i mieczem", "Quo vadis", "Bulionerzy", pięć odcinków "M - jak miłość", scenariusz do "Generała Nila". Nie wiem, czy to powinno wystarczać do bycia członkiem Polskiej Akademii Filmowej, ale jakoś wystarczyło do uzyskania z PISF dwumilionowej dotacji na debiut fabularny, jakim był "Lincz". No, dobra - każdy kiedyś jakoś zaczynał.

Początek może nie zachęca, ale też nie odrzuca. Jest szwarccharakter, jest klimat, jest parę scen umiejętnie wciągających widza... Tu retrospekcja, tam trup, tu policja, tam znowu retrospekcja - ale się nie gubimy, bo podróże w czasie sygnalizują nam twórcy zmianą kolorystyki obrazu. Wygląda to bardziej na film telewizyjny niż kinowy, ale ogólnie nie jest źle...

Dziędobry, pani życzy harasmęt czy zwykłe pobicie?

Niestety, po kwadransie okazuje się, że jest źle i witajcie w krainie polskiego filmu, w której nie słychać połowy dialogów, ale znakomicie słychać silnik traktora, w której reżyser długo i starannie tłumaczy aktorowi, jak ten ma trzymać papierosa, żeby oddać głębię grozy i złożoność bytu, ale zapomina mu wytłumaczyć, o co w ogóle chodzi w scenariuszu, więc biedny aktor gra dwanaście metrów obok roli. Witajcie w krainie polskich scenarzystów, którzy mając gotowy materiał na świetny scenariusz, muszą go poprawić, ulepszyć, przekręcić i "odcisnąć na nim swojej piętno", choć jedyne odciski jakie na scenariuszu zostają, to plamy po salcesonie i keczupie. Tak, wszelkie podobieństwa do poprawiającego "Wiedźmina" Michała Szczerbica są całkowicie nieprzypadkowe.

- Zenuś, ale to trzeba grubo, bo lud mamy ciemny i nasz mesydż może do niego nie trafić.
- Ale co tu może nie trafić? Zabili bydlaka, poszli do pudła, proces był, wyrok, drugi wyrok ułaskawienie, człowiek kontra system, system jest iwil.
- I widzisz, trzeba pokazać tę sanacyjną rzeczywistość tak, żeby widz pojął jej grozę.
- Znaczy co, miny?
- Miny, koniecznie! Prokurator dobrze, żeby robił. Ale wiesz, to muszą być takie miny, żeby, normalnie, nawet w ostatnim rzędzie widz wiedział, że ten prokurator to w gruncie rzeczy świnia.
- Panie Krzyśku, pan pozwoli do nas na moment, dobrze? Panie Krzyśku, taka sprawa jest: jak pan tam mówi: "Nie możemy się cackać ze śledztwem, okoliczności nie mają znaczenia, bąbąbąbąbąbą", to niech pan pogardliwie wygnie usta, dobrze? O, tak... tylko jeszcze trochę w dół... O, znakomicie. I może niech pan cedzi zamiast mówić, dobrze?


Świetnie, panie Krzyśku, tylko gdyby pan jeszcze mógł się trochę wybałuszyć...

- Tak, i reszta też niech robi miny!
- Ty, ale oni nie dadzą rady. Patrz, kogo tu mamy - De Niry to to nie są...
- Dobra, to niech nie robią, wykorzystamy ich atuty - będą grali pauzą i zdrewnieniem skamienieniem. Wiesz, takie cierpienie. Drewniana Kamienna twarz, zimne oko, jednostka wobec zagrożenia, zderzenie paradygmatów, te rzeczy.
- Dobra, to mamy miny, mamy areszt...
- Mało! Dodajmy pobicie w areszcie!
- Stary, nie przesadzaj. Nic takiego nie było. Może jeszcze gwałt na podejrzanym dodasz?
- Tak jest! Gwałt w areszcie! Świetne! I poronienie! I samobójstwo! Z mostu! Horror! Horror!
- Ratunku! Ludzie, trzymajcie reżysera! Niech ktoś mu odbierze scenariusz! 


Po trzydziestu minutach film staje się nieoglądalny. Przegięcia gonią przerysowania, przerysowania gonią sztampy, a sztampy gonią bzdury, które momentami są nawet bzdurami rzewnymi. Aresztowani przebywają w tej samej celi, żeby łatwiej było im uzgadniać zeznania, prokurator olewa sąd i wygłasza mowę do mediów (dwóch mediów, bo budżet ograniczony), a w mowie owej leci takimi cudeńkami, że obecni na sali kinowej studenci prawa płaczą ze śmiechu (prawnicy-absolwenci nie płaczą, bo wyszli po kwadransie). Większość bohaterów zachowuje się jak Brytowie w komiksie "Asterix u Brytów": stają przed sobą, patrzą sobie głęboko w oczy i oznajmiają, że są wstrząśnięci. Oraz zaszokowani.
- A dyskomfort emocjonalny odczuwacie?
- Oczywiście, odczuwamy także.

 
Posterunkowy odczuwa znajomość i podejrzaność przedmiotu

Sceny brutalne, brutalne są bardzo względnie, bo choć zatrudniono aż ośmioro kaskaderów, żeby ciosy przyjmowali, to aktorzy i statyści zadawać ich nie potrafią i momentami wygląda to naprawdę żałośniej niż bijatyka w przedszkolu. Jeden Łukasz Simlat bije jako tako wiarygodnie, ale też tylko momentami. Jeśli widz odczuwa w tych scenach cokolwiek poza zażenowaniem, to tylko dlatego, że pamięta, iż "to na faktach" i empatia mu pulsuje. Ale jeśli widzowi empatia się włącza - do przeżywania film nie jest mu wcale potrzebny. W każdym razie - taki film.

Rekordem świata jest scen finałowa. Uczestniczący w sprawie gliniarze dostają nagrody, wychodzą z komendy, a tu po drugiej stronie ulicy stoi w deszczu ich kolega, z którego zrobiono "kozła ofiarnego", rzucono na żer mediów i wywalono ze służby. Stoi, moknie, patrzy im w oczy, oni też stoją, mokną, nie wiedzą, gdzie wzrok podziać...
/Nie, proszę, nie.../
Patetyczna muzyka narasta, grójeckie wariacje na temat "Gladiatora" miażdżą wszelkie napięcie, były policjant patrzy...
/Proszę, tylko nie to.../
A jednak.
Zasalutował.
Drżącą, kuźwa, dłonią - zasalutował. W deszczu. Ja piórkuję...

My z wyrzuconych służb, my ze zgubionych akt...

Znakiem firmowym Krzysztofa Łukaszewicza stały się dłonie. Nie wiem, może się naoglądał w dzieciństwie "Poszukiwany, poszukiwana", ale w "Linczu" z dłońmi zdecydowanie przesadził. Co ważny dla filmu moment, co któraś postać podejmuje ważną decyzję -  zbliżenie na dłonie. Zwyrol-recydywista wpada w furię - zbliżenie na dłonie na stole, jedna zaciśnięta w pięść. Ludność podejmuje decyzję, że wpierniczy zwyrolowi - zbliżenie na dłoń, kurczowo zaciśniętą na komórce. Samobójstwo - dłonie na barierce. Przesłuchanie - dłonie dramatycznie splecione pod lampą. Zwyrol z siekierą orientuje się, ze przyszła na niego kryska...
- Zbliżenie na dłoń zaciśniętą na siekierze?
A figa - zbliżenie na oczy. Suspens, nie?
Nie. Żenułka.

Scissors cut paper, paper covers rock, rock crushes lizard, lizard poisons Spock...

Aktorsko film trzyma się na Wiesławie Komasie, który stworzył swoją postać środkami prostymi, ale bardzo skutecznymi. Momentami może był zbyt demoniczny, ale to także kwestia papierowości pozostałych aktorów i wynikającego stąd kontrastu. Jest Komasa na ekranie - jest napięcie, znika z ekranu - pojawia się tektura, oznajmianie i miny. Tylko Izabela Kuna wychodzi ponad przeciętność i daje się zapamiętać, niezłe chwilki - ale tylko chwilki - zaliczają Katarzyna Bargiełowska (scenka w urzędzie) i Mirosława Maludzińska (pierwsza scena z Komasą) - reszta aktorów stoi równiutko jak zżęte snopki, jak sztachety w płocie, mamrocze swoje kwestie głosem drętwym (panowie) lub rozedrganym (panie) i rozróżniamy ich tylko po strojach i fryzurach. A Julii Kijowskiej obniżam ocenę za "Drogówkę" - okazuje się, że w 3 lata wcześniejszym "Linczu" grała dokładnie to samo i tak samo.
 
Świetna, autentyczna historia, zmarnowana w filmie, przedstawiona w półamatorski sposób, przy pomocy wyświechtanych chwytów (uwierzycie, że jest nawet kanoniczne ujęcie z dołu ku czubkom drzew, zbiegających się w środku ekranu?), tekturowego aktorstwa, min, oznajmień i przeraźliwej muzyki. Zabawy z retrospekcjami są fajne tylko przez kwadrans i niczego nie ratują - tak się filmy kręciło w połowie lat 80. (patrz: "Zmowa") Gdyby to był debiut-dyplom, powiedziałbym, że w reżyserze jest potencjał. Ponieważ jednak jest to debiut kogoś, kto w poważnym filmie funkcjonuje od 15 lat, powiem, że boję się jego następnych filmów. 

Można. Tym bardziej, że krótkie. Ale raczej nie warto.

Twoje powieki nie są ciężkie... ale moja pięść - i owszem.


Varia
1. Muzyka - Jarosław Papaj i oranyboskie, jakie to jest złe! Wszystkie grzechy muzyki filmowej, jakie tylko można było zaliczyć, zostały zaliczone po trzy razy. Na płytę i do Sevres jako antywzorzec.
2. Na liście płac jest "tresura zwierząt", jest "casting ról dziecięcych", jest "obsługa agregatu", a nie ma "konsultacja prawna". Widać i słychać, choćby po...
3. ...kwiatkach z końca filmu i informacji o zawieszeniu wyroku na 10 lat: "Jeżeli w tym okresie popełnią jakikolwiek czyn zabroniony prawem, wrócą do więzienia odsiedzieć pełen wyrok". Święty jeżu na paragrafie...
4. "Kosztem martwego bandyty chce pan posadzić tych ludzi?" - pyta pani mecenas. Polska język być trudną, ale od filmu za ponad trzy bańki (w tym dwie państwowe) można chyba wymagać odrobiny sensu w dialogach?


============
Lincz
2010
Czas:
78 minut
Reżyseria: Krzysztof Łukaszewicz
Scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz
Obsada: Wiesław Komasa, Izabela Kuna, Leszek Lichota, Agnieszka Podsiadlik, Maciej Mikołajczyk, Łukasz Simlat, Zbigniew Stryj, Krzysztof Franieczek, Tamara Arciuch, Julia Kijowska i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 zł (produkcja) + 20 000 zł (stypendium na pisanie scenariusza), 5000 (promocja) + bliżej nieokreślone kwoty z Zachodniopomorskiego Funduszu Filmowego i od zachodniopomorskiego Urzędu Marszałkowskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz