2013-06-23

Maraton tańca [2011]

Było sobie małe miasteczko...
- Mam w dupie małe miasteczka! - wrzasnął duch Andrzeja Bursy i poszedł uprawiać wiatroaerotearapię.
Twórcy "Maratonu tańca" też mieli, ale w odróżnieniu - postanowili uprawiać kino.

Witam państwa na pierwszym, tradycyjnym festynie z okazji

W małym miasteczku odbywa się festyn, sponsorowany przez lokalnego biznesmena/polityka/mafioza. Jest piwo, gwiazda muzyki niezbyt ambitnej, loteria, w której można wygrać brudny samochód terenowy i maraton tańca, w którym można wygrać 50 tysięcy złotych.
- Żehęproszęco?
Maraton. Tańca. Taka tradycyjna ludowa rozrywka, jeszcze z czasów Mieszka II.

Ponieważ w małych miasteczkach ludzie mają zazwyczaj spore problemy finansowe i rozpaczliwie szukając sposobu na ich rozwiązanie - do maratonu staje całkiem spore grono: ksiądz z zakonnicą ("wyremontujemy organy"), młoda matka z bratem ("na lekarstwa dla chorego dziecka"), pijany ojciec powyższego chorego dziecka z fryzjerką ("wyjadę do Irlandii i kupie se zakład"), jakaś zakochana para sześćdziesięciolatków (nie bardzo wiadomo, po co), matka z nieletnim synem (by odreagować los pieski i zdobyć pieniądze na poszukiwanie znikniętego przed laty męża/ojca) oraz miejscowy idiota, zbierający na trumnę, bo się twórcom wieś z "wiochą" pomyliła. 

Heniu, nie było bardziej odlecianego zespołu? Ten jest za normalny, ludzie nie uwierzą, że z prowincji

W tle mamy jeszcze życie uczuciowe gwiazdy dyskotek, wrednego konferansjera, dwóch nieudolnych oszustów... Och, długo by wyliczać: galeria postaci jest dość zatłoczona, wątki się splatają, co chwilę ktoś komuś coś robi, ktoś komuś coś mówi albo chociaż mówi, za czyimiś plecami, wóda leje się obficie... Emocje w czasie maratonu rosną, zrywają się przyjaźnie, zawiązują się miłości, 50 tysięcy znika z sejfu, najgorsze zdziry zmieniają się w anielice, chorzy zdrowieją, martwi ożywają, a deszcz - jak w słynnej opowieści o baronowej Schlochem - deszcz, proszę księdza... padał... i padał...

Mógłbym się czepiać, mógłbym drwić, że jeśli chce się pokazać "festyn", to wypada mieć jednak więcej statystów niż aktorów, bo 30 osób, z czego 15 jako widownia, choćby nie wiadomo jak umiejętnie filmowanych, to wciąż tylko grupka, a nie choćby tłumek. Mógłbym nawet zapytać, jakim cudem miejscowemu biznesmenowi opłaca się festyn, kosztujący go 50 tysięcy plus samochód, plus honoraria, plus ochrona plus whatever jeszcze, a przeznaczony dla 30 osób, ale nie zapytam i nie zadrwię. Przyzwyczaiłem się, że polskie filmy kręcone są na odwal się i nikomu nie chce zadbać się ani o prawdopodobieństwo, ani o realia, ani o staranność, bo przecież PISF wypłacił już pieniądze, a widzem przejmować się nie warto.

"Aaaa, do rozpuku! Jezusie, jakie śmieszne!"

Nie będę się także czepiał prostactwa dowcipów typu "wszyscy wpadamy po kolana w błoto, przewracamy się, taplamy, żeby było jeszcze śmieszniej krzyczymy: '- O, kurwa, zgubiłem Jezuski! - Kurwa, ja też!', a w finale pan Łukasz niech padnie na twarz i się cały hehehe usmaruje". Nie będę się czepiał nawet rżnięcia z Sindeya Pollacka, żenujących scen samego "maratonu tańca" i deszczu padającego w scenach szczególnie dramatycznych (ktoś jeszcze stosuje taką taniochę?) Nie będę, bo wkurzyła mnie inna sprawa.

"Maraton tańca" to film od początku do końca "wielkomiejski" w najgorszym tego słowa rozumieniu. Przyjechało "państwo", porechotało sobie nad prowincją, pokazało sobie co ciekawsze "okazy" palcami i nakręciło film o tym, jak sobie wyobraża małe miasteczka, mieszkańców małych miasteczek, ich smutne życie, ich nieważne dramaty i ich prymitywne rozrywki. 

Bo, proszę pani, ja kiedyś byłam na prowincji, to wiem...

Jeśli "festyn" - to scena, stoisko z płytami, wodopój, przy którym stadka miejscowych doprowadzają się do stanu bełkotliwego i lombard, w którym mogą zastawić gierkowską sokowirówkę, żeby mieć za co chlać. Jeśli dorośli - to chleją i rechoczą bluzgliwie. Jeśli młodzież - to kompletnie od czapy podrygująca w zaułkach, za to bijąca i okradająca obcych. Jeśli dwie psiapsióły to na pewno śmiertelnie pokłócą się o chłopa, oczywiście także pijanego w cztery dupy, bo skoro miejscowy, to nie może być trzeźwy. Jeśli brat psiapsióły dozna kontuzji, bo mu pijany chłop nos rozkwasi z bańki, to będzie z zakrwawionym gilem łaził przez pół filmu, bo przecież na wsi ludzie nosów nie wycierają, nawet gdy krwawią. I tak przez cały film... Trafia się sympatyczna starsza para? To starszego pana zróbmy na buehehezaczeskę, a potem się go pozbądźmy, żeby nie komplikował, starszą panią zaś upijmy w trupa i każmy jej chrapać w kiblu. Nauczycielka? Każmy jej recytować do pustego rynku grafomańskie wiersze, opisujące żałosny los samotnej kobiety nad stosem zeszytów, bo taki mamy paradygmat wiejskich polonistek. Wójt? Niech się nachla w drzazgi i zaśnie z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany w biust pani od kultury.
- O, pani reżyser, tu nam się trafił pozytywny bohater!
- Osierocić i złamać nogę. Trzy razy! Niech mi tu ładnie kuleje.
- A zakonnica? Sympatyczna taka...
- Niech ma nieślubne dziecko. I niech wali browara jak reszta tutejszych. Kufel na dwa łyki!


W filmie wykorzystano także miejscową ludność - wybrano, co barwniejsze jednostki, z możliwie najidiotyczniejszą fryzurą, z możliwie najbardziej obciachowymi ciuchami, z możliwie najtępszym wyrazem twarzy, nakarmiono, napojono, kazano skakać do rytmu, wyginać i machać kończynami, szczerzyć się kretyńsko. Dobrze, że chrząkać i kicać nie kazano.
"Z kamerą wśród zwierząt", normalnie...

I jeśli będziecie statystowali z entuzjazmem, to dołożymy wam po puszce paprykarzu. Cieszycie się?

Naprawdę nie wiem, co bym wolał: czy żeby był to skutek świadomego "darcia łacha" z prowincji, czy może przeciwnie - żeby był to skutek nieświadomego "patronajzingu", wdrukowanego poczucia wyższości, pełnego dobrotliwego klepania po główce...
- A fe, po główce? Przecież sam pan widzi, że oni tu włosów nie myją!
...zachowania typowego dla białych kolonizatorów, wręczających dzikusom paciorki w szczerym przeświadczeniu, że dzicy tego właśnie chcą i o tym tylko marzą. Jedno ohydne i drugie obrzydliwe.

- Ale przecież to magiczne zakończenie, happy end, ludzie jak anioły, dobro tryumfujące...
No właśnie - magiczne. Bo przecież na tym zadupiu nic nie może wydarzyć się samo z siebie, ludzie nie są w stanie ogarnąć się sami, nie przestaną chlać, lać się po ryjach i bluzgać w co trzecim słowie. Musimy to zrobić za nich, musimy ich uleczyć (dla ich własnego dobra, oczywiście), a ponieważ mogą mieć problemy ze zrozumieniem ("No, umówmy się, kto na tej wsi wie, co to to realizm magiczny, prawda?"), to zafundujmy im cuda, zmartwychwstania, anioły. To do nich trafi, to ich ubogaci, to przyda im "trochę luzu w tym smutnym jak pizda mieście" trochę optymizmu, tak przecież potrzebnego w ich ciężkim, prowincjonalnym życiu. Uleczmy ich więc magicznie i bądźmy dumni z siebie, z wielkomiejskich dziedziców, którzy na tę zachlaną i śmierdzącą tępotą prowincję niosą kaganek oświaty, dobra, piękna i 25 złotych dniówki dla statystów. Och, jakże jesteśmy cudowni i wrażliwi, choć Bogiem a prawdą korciło nas, żeby zapłacić tylko 15 złotych, bo przecież i tak przepiją.
Uch, dawno mnie żaden film tak nie zirytował.

Trzech meneli - bo w każdym polskim filmie, dziejącym się na prowincji, musi być trzech meneli z procentami.

Aktorsko - przeciętnie. Rozbicie opowieści na atomy powoduje, że aktorzy z jednej strony nie mają za bardzo co grać, ale z drugiej - nie bardzo mają okazję coś zepsuć. Ponad przyzwoitą przeciętność wybija się chyba tylko Maciej Wierzbicki w roli konferansjera, może Agnieszka Podsiadlik (momentami i nie, nie chodzi o scenę erotyczną) i Olga Frycz, która chwilami grała bardzo naturalnie i teraz mam problem: czy to rzeczywiście była aż tak świetna gra czy też może "naturalność" pomyliła mi się z "naturszczykowością", bo zadziwiająco podobna ta postać w zachowaniu do innych postaci granych przez aktorkę, więc może to nie tyle gra, co autentyzm? I niestety, kiedy przypominam sobie inne filmy Olgi Frycz, bardziej przychylam się do tej drugiej tezy. Poniżej przyzwoitej przeciętności zagrała Joanna Kulig, a Łukasza Simlata zaczynam mieć powoli bardzo dość.

Ewentualnie można. Jeśli ktoś lubi happy endy i naiwne wzruszenia, film ogląda do granicy pierwszego planu i lubi śmiać się z nieposiadających tabletów prowincjuszy. Jeśli nie - nie warto.

O dziwo - nie było "Białego misia". Cóż za zaniedbanie.


Varia
1. Zdjęcia kręcono w dolnośląskim Dobromierzu. Nie wiem, czy to ładne miasteczko, bo twórcy potraktowali je per noga i pokazali niewiele.
2. Całkiem chwytliwe piosenki "festynowe". Autorem wszystkich jest Bartosz Dziedzic (pierwsze słyszę - powinienem się wstydzić?), wszystkie śpiewa Oksana Predko (też pierwsze słyszę). Nie wiem, czy pożyczono je do filmu, czy też kompozytor pisał specjalnie na jego potrzeby, ale potrafią się czepić i potem się człowiek czuje trochę dziwnie, nucąc w metrze: "Taaaaa nooooooc... Noc wrażeń"
3. Ponieważ to polski film i "wszyscy mają udział w zyskach" w filmie wykorzystano także muzykę ze spektaklu gorzowskiego Teatru im. J. Osterwy, której autorem był Antoni Łazarkiewicz. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Czy także nieprzypadkowa jest zbieżność nazwiska Sławomira Hollanda, grającego jednego z ochroniarzy - nie wiem. Zakładam, że w tym przypadku to jednak zbieg okoliczności.
4. Plakat... ręce opadają. Cukierek, romantyzm, Bollywood. Pasuje do filmu jak polski polityk do wykładu o etyce.

No to, pani Agatko, na koniec strzelimy sobie po kieliszeczku stereotypówki


============
Maraton tańca
2010 [premiera 2011]
Czas:
98 minut
Reżyseria: Magdalena Łazarkiewicz
Scenariusz: Maciej Kowalewski, Magdalena Łazarkiewicz
Obsada: Joanna Kulig, Olga Frycz, Agnieszka Podsiadlik, Maciej Wierzbicki, Leszek Lichota, Joanna Gonschorek, Krzysztof Skonieczny, Bogusława Schubert, Dariusz Toczek, Łukasz Simlat i inni.
Dofinansowanie PISF:  100 000 zł (rozwój projektu), 1 900 000 zł (produkcja), 10 000 zł (promocja na festiwalach zagranicznych), 400 000 zł (dofinansowanie z II Dolnośląskiego Konkursu Filmowego)

4 komentarze:

  1. Baronowa była jednak Schlohen (o ch/h nie będę się czepiał, kwestia gustu). Pozdrowienia ze Schmelzburga z jego niezapomnianą szambo-fosą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rebeka wysłała już służącego, czarnego Walczaka, po pomoce naukowe, które pozwolą rozstrzygnąć tę kwestię. Aczkolwiek może to trochę potrwać...

      Usuń
  2. Correct me if I'm wrong. Zdjęcie z tłumkiem statystów. Wydaje mi się, że pan w szarym prochowcu i dwubarwnym kapelutku zagrał również epizodzik w Pitbullu, jeden z pierwszych odcinków, dziadek którego okradli i któremu Metyl dał 50 na leki, a potem dostał w nagrodę czekoladę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oblicze rzeczywiście znajome, więc być może, ale nie pamiętam, który to był odcinek "Pitbula", więc nie potwierdzę. Lenistwo, te rzeczy... Z drugiej strony, wozić statystę aż z Warszawy, żeby go pokazać 3-4 sekundy? Niby to polski film, ale nie chce mi się wierzyć.

      Usuń