2013-06-11

Vinci [2004]

Cuma jest złodziejem specjalizującym się w dziełach sztuki. Odsiaduje wyrok i nagle przestaje odsiadywać wyrok, bo paser Gruby dostał zlecenie na wiszącą w Muzeum Czartoryskich "Damę z Łazuczką" i potrzebny mu jest ktoś, kto mógłby się tym zająć. Wyciąga więc Cumę z pudła, kwateruje w luksusie, zleca, wypłaca zaliczkę, a widz sadowi się wygodniej w fotelu, bo film zapowiada się nieźle.

"Kiedy wątłe twe paluszki pogładzą me tatuaże?..."

Cuma odnajduje Szerszenia, ziomala z dawnych lat, z którym niejedną butelkę obalił, niejeden sejf rozpruł... i któremu niejeden rok odsiadki zawdzięcza - ostatni wyrok zaliczył dzięki tępocie Szerszenia. Czemu chce sobie wziąć do pomocy takiego Jonasza - nie wiadomo. Może sentymenty, może męska przyjaźń, a może po prostu reżyser wrzasnął: "Niech mi postać nie dyskutuje, dobrze!? Ja tu postać wynająłem do gry, a nie filozowania! Mnie ten Szerszeń jest potrzebny do intrygi, specjalnie scenariusz poprawiałem i proszę wszystkich na plan, bo po dniówce polecę!"

Żeby było jeszcze bardziej sensacyjnie - Szerszeń przeszedł na Dobrą Stronę Mocy i w czasie, gdy Cuma odsiadywał wyrok, został policjantem. Ponieważ reżyser nadal krzyczy, postaci przechodzą nad tym przejściem do porządku dziennego, choć Cuma jako stary herbatnik dziwi się przez moment "Ale żeby psem? Ale mendą zostać?" Tylko przez moment, bo musi przekonywać Szerszenia do samego pomysłu kradzieży - Szereszeń jako Prawdziwy Polak Patriota i Policjant ma bowiem poważne opory przed pozbawieniem Ojczyzny dobra kulturalnego wysokiej wartości artystycznej. Przekonywanie idzie gładko i wreszcie zaczyna się Knucie.

It's going to be legen... Wait for it!...

Cuma knuje, jak ukraść obraz z Muzeum Czartoryskich, podejrzliwy komisarz Wilk knuje, jak uprzykrzyć życie Cumie, więc Cuma knuje także, jak by tu przechytrzyć komisarza. Szerszeń knuje, jak znaleźć dobrego fałszerza, który wykonałby perfekcyjną kopię, fałszerz knuje, podsuwając w charakterze wykonawcy swoją niedyplomowaną jeszcze wnuczkę, Szerszeń knuje podwójnie i chciałby dwie kopie, fałszerz z wnuczką knują dodatkowo i robią jeszcze dwie, a gruby paser knuje, bo taka jego wredna natura. Pośrodku tego wszystkiego stoi poczciwy górnik Werbus, który fotograficznie zapamiętał wydarzenia z momentu własnych narodzin czyli nazwiska wszystkich graczy finałowego meczu Mistrzostw Europy ZSRR-Niemcy z 1972 roku...
- Jaja sobie robicie?
...ale nie potrafi zapamiętać żadnych twarzy, cierpi bowiem na prozopagnozję.
- Na co, kuźwa, cierpi?
Na prozopagnozję. Twarzy nie rozpoznaje.
- A po cholerę?
Żeby było ciekawiej. Co prawda, można było posiedzieć trochę dłużej nad scenariuszem, ale dzięki górniczej prozopagnozji można niedoróbki opędzlować paroma szybkimi dowcipasami.

B-6 - trafiony-zatopiony! Wiertłem.

Juliusz Machulski jest solidnym rzemieślnikiem, więc film toczy się gładko, akcja się wije i skręca parę razy, tu żart, tam pościg, tu wybuchy, tam podstępy, a wszędzie wokół słoneczny Kraków. Cuma & Co. kradną obraz, muzeum wpada w rozpacz, policja wpadają w rozpacz, furgonetka wpada w rozpadlinę, ale wszystko kończy się dobrze - nasi sympatyczni złoczyńcy zarabiają grube miliony, fałszerz z wnuczką zarabiają jeszcze grubsze, muzeum i policja cieszą się bardzo, źli biznesmeni też się cieszą, a najbardziej cieszy się Japończyk, który nie musi rozcinać sobie brzucha w Hotelu Grand.

- Znaczy fajny film wczoraj widziałeś?
No, właśnie nie bardzo. Oglądałem film, który miał wszelkie szanse być naprawdę fajnym filmem, a był typową polską produkcją, w której forma przerasta treść, intryga przerasta scenarzystę, a reżyser ma swoich widzów za stado głupków, dla których nie warto się starać, bo i tak niczego nie zauważą.

Za szerokie czyli Ocean's Eleven w wersji dla sklepów spożywczych.

Że pomysł z furgonetką Machulski zerżnął z "Włoskiej roboty" - pal licho, bo efektowny. Znaczy, byłby efektowny, gdyby go dopracować, ale ponieważ polscy filmowcy są raczej niechlujni, to był efektowny jedynie "jak na polski film". Pal licho także wykorzystanie topografii Krakowa, czyli jeżdżenie w kółko, wyłażenie z kanałów 20 metrów od grasującej policji itd. (krakusi jak zwykle wyją ze śmiechu). Ale już fałszowanie obrazów w wersji dla niepełnointelektualnych (cztery deski znalezione w Desie, wiaderko farb, studentka ASP, cztery perfekcyjne kopie obrazu z XV wieku i nawet ramę odpitolimy na nie-do-wykrycia, a to wszystko w dwa tygodnie) - boli. Ustawianie furgonetki z "napadu stulecia"  na odkrytym parkingu, ogrodzonym siatką i położonym za miastem - boli bardzo. A sygnalizowanie każdego "twista" wymownymi spojrzeniami, muzyką, zatrzymaniem kamery i machaniem do widza: "E, widzu! Tu jest myk! Widzisz? Ważne! Nie widzisz? OK, poczekamy, powtórzymy, pani Janie, niech pan jeszcze znacząco kiwnie głową, żeby wszyscy zajarzyli, co jest grane i że to trzeba zapamiętać"... No, to już jest filmowa wiocha, niegodna filmu, który aspiruje do miana "sensacyjnego". Demonstrować, podkreślać i wyjaśniać "twista" w momencie, gdy się go wykręca? Tego się nie robi nawet w kinie bułgarskim!

Niestety, takiej wiochy jest w "Vinci" sporo (naprawdę sporo), przez co sensacja ustępuje miejsca nudzie, bo od pewnego momentu nie tylko wiadomo, jak się film skończy, ale nawet, dlaczego skończy się właśnie w ten sposób. Dodajmy do tego zwykłe filmowe niechlujstwo (Japończyk filmujący Kraków przez matowe pasy na oknie, choć gdyby podniósł kamerę 5 cm wyżej - miałby czysty widok), brak policyjnej obserwacji głównego i jedynego podejrzanego, dzięki czemu może on zasuwać po mieście z obrazem pod pachą, jeżdżenie na akcję własnym, bardzo charakterystycznym samochodem, macanie wszystkiego gołymi paluchami, bo to tylko film i daktyloskopia nie istnieje... Szanowni twórcy, to naprawdę przeszkadza w oglądaniu i bardzo źle o was świadczy, bo sugeruje, że na etapie kręcenia się opieprzacie i przy montażu nikt niczego nie widzi, a nawet jeśli widzi, to nikomu się chce poprawić.

Napijże się, bajoku, to się nie będziesz przypierniczał do szczegółów!

I dialogi... Partie zgrabne i dowcipne ("Wiela? - Wiela."), mieszają się z dialogową bucówą:
- Te bogate pojeby mają w domu takie ukryte kapliczki.
- Kapliczki? Po co?
- Bo to pojeby. Chodzą tam po kryjomu i pewnie się onanizują
.
...zakończoną dowcipem na poziomie murawy piłkarskiej:
- Dlaczego zawsze mówisz "Vinci", a nie "da Vinci"
- A co, mam mówić "Da" jak Rusowie?

No, kamaaan...

Aktorsko - więcej niż przyzwoicie. Jakże zabawnie czytać dziś popremierowe komentarze: "Nareszcie film bez opatrzonych, dyżurnych twarzy", w sytuacji, gdy grają Więckiewicz i Szyc... Obaj grają bardzo dobrze, a wszelkie "ale" idą na konto scenarzysty. W drugim planie Jan Machulski i debiutująca Kamila Baar dzielnie dotrzymują kroku, ale Marcin Dorociński w roli komisarza Wilka odstaje wyraźnie, grając nierówno i z okropnymi "pekaesami". Do tego przyzwoity debiut Jacka Króla, uroczy trzeci plan Doroty Kolak i - tu rozlegają się fanfary - Mieczysław Grąbka jak Gruby. Moim zdaniem, Grąbka "ukradł" film czwórce głównych aktorów (piątce, jeśli liczyć Dorocińskiego) i nie, nie chodzi mi tylko o sceny z astmą.

...dary! Legendary!

Można. W letni, leniwy dzień, przy piwie... Ale to film jednorazowy, więc jeśli ktoś już widział, to nie warto wracać. Wiem, co mówię - wróciłem i mam za swoje.


Varia
1. Kiedy Szereszeń wpada zdyszany na egzamin, kartkę podaje mu łysawy obywatel o fizys znanej z telewizji. Gdyby ktoś nie poznał - Zbigniew Ćwiąkalski, ówczesny przydział służbowy: Katedra Prawa Karnego UJ, późniejszy przydział służbowy: 2007-2009 - Ministerstwo Sprawiedliwości, na etacie ministra.
2. W jednej ze scen Jan Machulski gra nad Wisłą w szachy i wygrywa. Zerk na twarz... zerk w internet... No, pewnie! Przeciwnikiem Machulskiego był Jerzy Krupiński, mistrz Krakowa z 2007 roku, wieloletni członek władz Krakowskiego Klubu Szachistów.
3. Jeśli Cuma ogląda mecz, w którym Tomasz Frankowski strzelił bramkę Grzegorzowi Szamotulskiemu i to w Krakowie, i to w 88 minucie, to musiał to być mecz Wisła - Amica Wronki z 4.04.2004. 10 minut wcześniej prowadzenie Amice dał Marek Zieńczuk, a dwie minuty po Frankowskim zwycięskiego dla Wisły gola strzelił Tomasz Kłos.
4. Po premierze "Vinci" krakowscy radni wystosowali specjalny list do Juliusza Machulskiego, dziękując mu za promocję miasta, zwiększanie zainteresowania oraz wywoływanie pragnienia obejrzenia. Na krakowskich radnych można liczyć - nie przegapią żadnej okazji do ośmieszenia siebie i urzędu.
5. Recykling ekipy: kierowcę skradzionego autokaru zagrał II reżyser Igor Brejdygant, odpowiedzialna za catering Maja Kościukiewicz mignęła przez chwilę, pytając Szereszenia: "Co u matki?", a II scenograf Inga Palacz  "zagrała" studentkę ASP.
6. Cycków nie ma - są pośladki Więckiewicza. Każdemu jego porno - ja tam wolę cycki.

Orły! Orły nadlatują!


============
Vinci
2004
Czas:
108 minut
Reżyseria: Juliusz Machulski
Scenariusz: Juliusz Machulski
Obsada: Robert Więckiewicz, Borys Szyc, Mieczysław Grąbka, Marcin Dorociński, Kamilla Baar, Jacek Król, Jan Machulski i inni.

6 komentarzy:

  1. A wie Pan, że ja chyba w życiu swim nie widziałem filmu bułgarskiego? A jeśli widziałem, to nie pamiętam? Czy to straszna skucha? Coś Panu przychodzi do głowy, co zobaczyć należy i co oddaje honor kinu bułgarskiemu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Należy" - nie wiem. Szczerze mówiąc, bałbym się cokolwiek polecić. Może "Małpy zimą"? Może "Skradzione oczy"? Może "Rodzinne Boże Narodzenie" - niekoniecznie są to dzieła powalające na kolana, ale dają jakieś pojęcie o współczesnym (w miarę) kinie bułgarskim. Najnowszym filmem bułgarskim, jaki obejrzałem jest "Świat jest wielki a zbawienie czai się za rogiem" - żadna rewelacja, ale zostawia uśmiech na twarzy i poczucie niezmarnowanego czasu, a to już sporo.
      Ostatnio trafiłem na ichni serial "Pod przykrywką" (ew. "W ukryciu") i nie odbiega on od polskich seriali kryminalno-sensacyjnych (pod pewnymi względami jest lepszy, pod pewnymi względami słabszy, ale tak ze 25% zrzucam na kwestię języka).

      Usuń
  2. Ciekawa sprawa - autor tego wpisu trawił film przez 9 lat a w końcu napisał co myśli...
    Boję się, że nie dożyję recenzji tegorocznych filmów...

    "...aż się chce wyjść z kina!
    ... i wychodzę!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, złośliwostka.. Yummy :-)
      Nadmieniam, że poprzedni opisywany film pochodzi z 1933 roku - to dopiero jest opóźnienie!
      Z 2013 roku na razie trafił się jeden film, z 2012 - trzy, z 20111 - dziesięć. Ale też nikt nie obiecywał, że to blog, na którym opędzlowuje się nowości :-)

      Usuń
    2. Aż dziesięć filmów z odległej przyszłości, to musiała być dłuższa wycieczka z Doktorem :)

      Usuń
    3. Trafiony-rozchichotany :-)
      /A te jedynki, jak nie czmychną.../

      Usuń