2013-06-14

Wyjazd służbowy [1975]

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu, która mówi: każdy ma takiego Rashomona, na jakiego go stać.

Rok 1975. Inżynier Andrzej Lipiński wyjeżdża na roczny kontrakt. Nie na Zachód czy do Libii, co pozwoliłoby mu się ustawić do końca dni jego albo chociaż do czasu wybudowania willi - wyjeżdża zaledwie na Węgry. I w dodatku na rok. W dniu wyjazdu przychodzą go pożegnać znajomi i przyjaciele. Inżynier nie jest chyba zbyt sympatyczny, skoro żegnających jest ledwie siódemka, przy czym trzech panów to pracownicy macierzystego przedsiębiorstwa, dwie panie to ich żony, z czego jedna to żona wyjeżdżającego inżyniera.

Znajdź 10 różnic między dawnymi i młodszymi laty...

Tu koniaczek, tam herbata, rozmowy klasycznie - ktoś komuś rzuci żartem, ktoś komuś szpilą, ktoś komuś och-jakże-wytfornom-aluzjom z podtekstem, ktoś ponarzeka na żonę, komuś żona powie, żeby tyle nie pił, ktoś opowie wica. No, klasyka imprez pół-prywatnych, pół-biurowych. Jest sympatycznie, ale drętwo. Dwóch panów wychodzi do drugiego pokoju, by posłuchać relacji z Wyścigu Pokoju, pani domu z przyjaciółką przygotowują w kuchni herbatę, pan domu z kolegą-zastępcą obalają kieliszeczek czystej, ktoś rozmawia przy stole, ktoś przy ławie... Wreszcie nadchodzi czas pożegnania i wtedy twórcy fundują nam solidnego zonka.

Wracamy do początku, zaczynamy imprezę, goście dopiero się schodzą, ale filmowani są z innego kąta, z innej kamery, na plan pierwszy wychodzi tło poprzednich scen. Dowiadujemy się więcej - że atrakcyjny wyjazd inżyniera na Węgry jest rodzajem zesłania, umożliwiającego przedsiębiorstwu bezbolesne pozbycie się niewygodnego pracownika, że kuchenna rozmowa pani domu z przyjaciółka miała dwa dodatkowe dna, że słowa wypowiedziane w pierwszych scenach miały zupełnie inne znaczenie, że czyjś gest z przedpokoju nie był zwykłym gestem sympatii, tylko czegoś poważniejszego, że w towarzystwie iskrzy od uczuć (pozytwnych i negatywnych) i konfliktów... i znowu przedpokój, znowu pożegnanie...

I to jest dramat na skalę naszego M-3...

I znowu zonk. Znowu cofamy się do początku filmu, znowu oglądamy te same sceny, ale z jeszcze innej perspektywy. Dowiadujemy się coraz więcej - za wyjazdem inżyniera kryje się ktoś, kto chce zająć jego miejsce i odsuwa konkurenta na plan dalszy. Niewinna wymiana zdań z szóstej minuty filmu w minucie trzydziestej nabiera zupełnie przeciwnej wymowy, spojrzenie z piętnastej - zyskuje wagę 300 kilo, nagle rozumiemy ciche mruknięcie z minuty dwudziestej czwartej i machnięcie ręką z piątej, a przeciętnawy uprzednio inżynier Lipiński staje się w naszych oczach wysoko wykwalifikowanym zawodnikiem "karate biurowego"...

Znakomita miniaturka, z bardzo dobrze skonstruowanym scenariuszem. Krótka, precyzyjna bez idiotycznej waty, bez przeginania, przesadzania i groteski, tak typowej dla kina lat 90., bez epatowania luksusami, firmami, stanowiskami i najwyższym piętrem wieżowca (patrz: kino XXI wieku). Ciasne wnętrza PRL-owskiego bloku, dyżurne meblościanki, komplety fotel-ława-wersalka, kanoniczna "biała sypialnia" (widziana niedawno w "Krabie i Joannie"). 

Klasyka klasyki

Wyrazy uznania dla aktorów - co prawda Jerzy Kamas był zbyt sztywny i dosłowny, a Marek Piwowski sztuczny, ale paradoksalnie film ostatecznie na tym zyskał (nie wyjaśnię, żeby nie spoilerować :-)). Cofałem film, by sprawdzić, czy powtórki scen były powtórkami montażowymi czy aktorskimi, czyli czy jedną scenę nagrano z trzech kamer i potem tylko wymieniano ujęcia, czy też aktorzy musieli trzykrotnie grać to samo. Na moje oko - to aktorzy powtarzali scenki, ale robili to perfekcyjnie. A przy okazji byli idealnie PRL-owscy i tu przepraszam, że nie wdam się w długie wyjaśnienia...
- Ależ nie ma za co, nie ma za co! - krzyknęli pospiesznie czytelnicy Poliszmuwi - Naprawdę nie szkodzi i nawet nie próbuj!
...ale jeśli obejrzycie, od razu zrozumiecie, o co mi chodziło.

Warto. Naprawdę. Żeby zobaczyć inteligentne kino dla inteligentnego widza, żeby zetknąć się z scenariuszem precyzyjnym, choć niepozbawionym niedomówień, żeby przypomnieć sobie (lub poznać) PRL-owskie realia i dowiedzieć się, że podgryzanie, podsadzanie, podczepianie i inne takie biurowe gierki to wcale nie wymysł korporacji. 

Poza kranem i fryzurą - właściwie jak dziś...


Varia
1. "Zaparzyć esencję?" Ktoś w epoce jednorazowych "szczurków" jeszcze tak robi? Nie, nie chodzi o zaparzenie dzbanka herbaty przez zalanie jakiejś tam ilości herbaty wodą o odpowiedniej temperaturze - chodzi o sporządzenie gęstego herbacianego wywaru przez zalanie sporej porcji herbaty niewielką ilością wody (w tłumaczeniu na dzisiejsze - powiedzmy, że 10 torebek zalewamy porcją wody wystarczająca na 1-2 porcje). Taka "esencja" mogła potem stać i służyć przez kilka dni - rozlewało się ją do filiżanek/szklanek i dopełniało wrzątkiem. Ech, lata dzieciństwa... lata mleka w butelkach z "alamuniowym" kapslem, kawy parzonej w szklance, fusów włażących między zęby itd. :-)
2. Określenie "karate biurowe" pożyczyłem ze sztuki Edwarda Redlińskiego "Pustaki". Niezłej, swoją drogą i szkoda, że zapomnianej. Widziałem ją w Teatrze Telewizji w latach 80. i mimo strasznej (poza Romanem Kłosowskim) obsady, obroniła się spokojnie, a w wersji drukowanej była ze dwa razy lepsza.
3. Muzykę skomponował Tomasz Stańko. Też na poziomie.


============
Wyjazd służbowy
1975
Czas:
41 minut
Reżyseria: Andrzej Jerzy Piotrowski
Scenariusz: Zbigniew Kubikowski
Obsada: Jerzy Kamas, Ewa Wiśniewska, Ferdynand Matysik, Hanna Stankówna, Marek Piwowski, Jolanta Lothe, Maciej Rayzacher, Kazimierz Kaczor

7 komentarzy:

  1. Czując się wywołanym do tablicy - może nie ja, ale u mnie w domu tak się robi.Torebki może zalewa się nie w tych proporcjach, które Autor podał, ale jednak. W sumie praktyczne rozwiązanie. Nawet bardzo praktyczne.


    jpl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe dzieciństwo (s)pędziłem na takiej herbacie, a kiedy dorosłem i przesiadłem się na kawę... Dwa razy próbowałem wrócić do sposobu z esencją i w obu przypadkach kończyło się to sklerozą i wyhodowaniem tajemniczej cywilizacji w imbryczku. Pierwsza była na etapie budowy piramid, a drugie wyraźnie przeszła w fazę rewolucji społecznych :-)

      Usuń
  2. Ja, ja, ja się zgłaszam! U mnie w domu też się parzyło esencję!

    A nawiasem mówiąc, coraz trudniej znaleźć w sklepach normalną herbatę liściastą, wszystko w torebkach. Niedługo esencja całkiem przejdzie do historii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, kwestia pokoleniowa.
      Ale że trudno znaleźć herbatę liściastą? Kamaaan, już nie powiem o sklepach klasycznie herbacianych, ale przecież byle market ma całą aleję z herbatami, a połowa w nich liściastych. O jakości się nie wypowiem, ale być - są.
      Z drugiej strony - nie zaglądałem do pudełek Kto wie, co oni tam wpakowali? :-)

      Usuń
    2. Serio, liściastej jest coraz mniej. Czarnej, że uściślę, bo liściastych zielonych faktycznie sporo. Proporcje się bardzo wyraźnie zmieniły na rzecz torebkowych. Może to zależy od marketu, ale w takim jednym na C, do którego chadzam, jest oczywiście cała alejka herbat - zielone, owocowe, smakowe, do wyboru, do koloru, a zwykła czarna upchnięta gdzieś w kątku na połowie półki. A z kolei w dyskoncie na B liściastych nie ma wcale, wszystko w torebkach.

      Usuń
  3. ..."odsuwa konkurewnta na plan dalszy" - wot, freudyzm jakiś wylazł. Choć chcę wierzyć, że raczej palec się omskł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogło być gorzej, mógł mi wyjść "konkurwent" :-)
      Dzięki, poprawione.

      Usuń