2013-07-29

Lejdis [2008]

Uwaga, będą bluzgi, więc proszę zabrać dzieci sprzed ekranu.

Do filmu podchodziłem bez kija, a nawet z uśmiechem pełnym nadziei. Po pierwsze, duet Konecki-Saramonowicz to przecież "Ciało" i "Testosteron", które z butów nie wyrywały, ale przyswajalne były na poziomie przyzwoitym, a to już na polską komedię dużo. Po drugie, według zeznań twórców film został zainspirowany blogiem lejdis.blog.pl, na którym cztery blogerki dawały popalić w stylu inteligentnym i złośliwym (wiem, bo czytywałem, a Barbarellę na stałe mam w zakładkach i do dziś czytam, do dziś kwilę serdecznie). Po trzecie, twórcy zaprosili owe blogerki do współpracy przy pisaniu scenariusza.

W przeciwieństwie do mnie, czytelniczki bloga zareagowały panicznie

134 minuty później (134 minuty! Dwie godziny i kwadrans!) siedziałem przed ekranem z sinym okiem, napęczniałą żyłą i tłustym bluzgiem na ustach. Co to, kurwa, było?  Ta kupa w sreberku to ma być "kobieca odpowiedź na 'Testosteron'"? To ma być komedia w ogóle? Ktoś sobie urządził wyścig o nagrodę Badziewia Roku? Jakiś zakład między filmowcami, kto nakręci większą chujowiznę?  No to moje gratulacje, bo "Lejdis" wygrywają bez najmniejszego trudu.
- Że co?
 Oj, to było w czasach, w których zajęty "Pitbullem" Patryk Vega nie nakręcił jeszcze "Ciacha", a o "Figo Fago" jeszcze nie słyszałem.
- No, ale żeby tak bluzgać?
- Kurwa, ja pierdolę, kurwa mać!
- przeżywała zawód miłosny jedna z bohaterek, a jej koleżanki "kurwy" i "pierdolenie" wtykały do kanapek z żółtym serem, szminek, kieliszków, a jeśli w jakimś zdaniu nie pierdojebokurwowały, to chyba tylko dlatego, że ktoś to litościwie wyciął w montażu.

Panu się podobało. Dziwnym nie jest.

- Ależ nie bądź świętoszkiem, przecież ludzie tak mówią, kobiety też tak mówią, taki lajf i wiarygodność.
Wyliczyć rzeczy, które kobiety robią w rzeczywistym życiu, ale na szczęście nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby w imię wiarygodności pokazać je w kinie? Bo ewentualnie proszę bardzo, tylko ktoś akurat może jeść, więc żeby potem nie było na mnie.
Poza tym kląć trzeba umieć - bluzg po coś od bluzgu dla bluzgu różni się zasadniczo, a przecinkowiec warczący postawiony w złym miejscu potrafi zepsuć cały dowcip i kto jak kto, ale profesjonalny scenarzysta powinien to wiedzieć. I umieć.

Mamy cztery psiapsióły. Zawód, życie osobiste i inne takie - nieważne, bo to polska komedia, więc słowa "wiarygodność" używa się tylko, gdy trzeba usprawiedliwić miotanie "chujami". Jedną z psiapsiół zdradza chłop, postanawiają się więc na nim zemścić. Następują wygibasy z kanonu polskiej komedii współczesnej: mylenie imion, mylenie scen, brak pointy, więc pani Iza zrobi debilną pantomimę... Oj, czy ja słyszałem śmieszek? Słyszałem, więc pani Izo, pani powtórzy, kurwa, hehehe, kurwa jeszcze raz. Puentą zemsty jest scena seksu... Nie, przepraszam - utrzymajmy się w poetyce filmu: puentą zemsty jest scena, w której zdradzana pierdoli się ze zdradzającym z takim entuzjazmem, że sprężyny świszczą, a zdradzający rzęzi orgazmicznie. Nogi obowiązkowo zadarte w górę, oczy prawie na szypułkach, rozdarte rajstopy... 

Pozycja "na filmowego Polaka" - zadarte nogi symbolizują pożałowania godny liberalizm,
staranie nasunięta na dupę kołdra symbolizuje narodową tradycję.

- I'll be happy to let you spank me - mówił figlarnie Nathan Fillion w pierwszy odcinku serialu "Castle" i pokażcie mi kobietę, która nie miała wtedy na twarzy rozmarzonego uśmiechu.
- Ooooooo! Eeeeeee! Kurawaaa! Aaaaergh! - charczy łomocząca się para w polskiej komedii i być może jakiemuś facetowi z widowni to się nawet podoba, może podnosi mu to poziom cukru w cukrze, ale na miejscu płci przeciwnej omijałbym takich szerokim łukiem, żeby nie skończyć w piwnicy z węglem, topiąc smutki w denaturacie, przegryzając salcesonem i piłując opięty wokół kostki łańcuch.

Ani grama wdzięku oryginału, dziura fabularna na fabularnej popelinie, jeśli pojawia się Afrykanin, to musi nazywać się Mzimo (bo Makumba był w jakimś wcześniejszym filmie i trzeba odczekać), zakochany nastolatek przynosi bohaterce zaformalinowane serce konia, matka innej puściła się z tenorem....
- Barytonem. To był jebany baryton.
Wiem, kurwa, co to znaczy "puścić się" i domyślam się, że raczej nie był przez szanowną mamusię "czesany w ząbek". Wszyscy wiedzą i naprawdę nie trzeba im tego wyjaśniać łopatą. Podobnie jak nie trzeba popisywać się scenariuszowymi perłami w stylu: "Mam raut z okazji cudu nad Wisłą. To znaczy z okazji rocznicy oczywiście".

Dialogi... Nie, nic nie powiem, zacytuję:

- Gdzie byleś? Porwało cię UFO?
- Tak, do kibla. 


- Przemija życie jak z piczy strzelił.

- A ja sobie cycki zrobię. Kurwa, ale mi się zrymowało!

- Gosza, to miało być dziszaj?
- Miało, miało i się zesrało.
- Ale ja nicz nie roszumiem.
- Ja też. A teraz spierdalaj, już!

Przerwa w kolaudacji

"Korepetycje... z francuskiego", "Stosunki... międzynarodowe"  - wymyślcie dowolny "suchar", a w "Lejdis" go znajdziecie i nie przegapicie, bo na wszelki wypadek powtórzą go wam dwukrotnie. Wszystko, co było atutem bloga lejdis.blog.pl, wszystko, co do dziś wywołuje szczery śmiech w czasie lektury blogów współautorek scenariusza, zostało wywalone do kosza albo upchnięte na filmowym pawlaczu. Zamiast czterech błyskotliwych kobitek z dystansem i złośliwością w oku, mamy na ekranie trzy raszple i jedną ciumcię, zamiast inteligentnych, sympatycznie wulgarnych "przerzucanek" w kontekście, zostały jakieś bluzgliwe bełkoty, wygłaszanenajednymoddechuicoztegożejeślisiętakmówitomordujesięcałydowcipprzecieżniebędziemysięograniczaćaktobytamzwracałuwagęnaróżnicęmiędzysłowempisanymamówionymapozatymtuitakniemadowcipuprawdakurwahehehe.

Po 90 minutach twórcy orientują się, że A) intryga się wypaliła i wypadałoby skończyć, B) ale jakże to tak - już? My mamy płacone od minutażu! C) a poza tym nasze bohaterki chyba rzeczywiście wypadły nieszczególnie.
- Panie i panowie, dodajmy tym babom trochę głębi - postanawia producent.
Bach! - jedna dostaje raka. Bach! - druga nie dostaje raka, ale za ojciec jej umiera. Dawno nie widziany, oczywiście. Bach! - trzecia zachodzi w ciążę i ma dylemat dziecko czy cycki. Bach! Ta pierwsza wciąż nie może zajść w ciążę, a teraz to już w ogóle. Bach! - ta druga postanawia nie puszczać się na lewo i prawo, i z zimnej suki zmienia się w słodki serek. Bach! - a propos serka, nabijmy trochę wspomnianego minutażu na durnych dialogach.
- Chcesz jeszcze serka
- Nie, tato. Dzięki.
- To bardzo dobry serek.
- Wiem.
- Najlepszy.
- Wiem, tato, wiem.

Nie, to nie atak wyrostka - to serdeczny uśmiech z dyplomem Akademii Teatralnej

Aktorstwo? Jakie aktorstwo? W tym filmie nie ma ani grama aktorstwa. Zresztą tam nie ma co grać - wystarczyło przyzwoicie odklepać swój tekst, zainkasować i zwiać. I wiecie, że nawet tego niektórzy nie potrafili? Wymienianie każdego, kto się skompromitował, zabrałoby zbyt wiele czasu, ograniczę się więc tylko do stwierdzenia, że dobrze nie zagrał nikt, przyzwoicie zagrała Edyta Olszówka, Tomasz Karolak i Krzysztof Globisz nie razili, Tomasz Kot nie miał czego zepsuć i był lepszy pozostałych panów (kuźwa, żeby Więckiewicz u kogoś zagrał grzybnię? No, gratulacje) i naprawdę dobre momenty miała Izabela Kuna, ale im lepiej coś zagrała, tym większych wysiłków dokładała, żeby następną sceną obrzydzić się doszczętnie. Z powodzeniem. Reszta nie zasługuje, żeby o nich mówić, żeby się im kłaniać i żeby ich (głównie je) zatrudniać.

Dorosłym aktorom towarzyszyło stadko dzieci-androidków, recytujących swoje kwestie na klasycznie szkolnym bezdechu, w nieświadomości, co to jest akcent i gdzie pada. Ale co tam, skoro jeden androidek nosił nazwisko "Konecki", drugi androidek nazywał się "Saramonowicz", to możemy twórcom skoczyć, a miś sobie zgnije na wolnym powietrzu i co się wtedy zrobi?
- Wtedy redakcja "Filmu" nagrodzi "Lejdis" całym stadem Złotych Kaczek, hejterze!
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czemu "Film" zdechł i przeszedł do Krainy Wiecznej Makulatury, to służę podpowiedzią: między innymi dzięki takim decyzjom.

Dobra, dość - mógłbym się tak znęcać do września, a i tak nie wyczerpałbym tematu. Uwierzcie na słowo: straszna chujnia, pretensjonalna, nudna i nieudolna. Szkoda czasu nawet na myślenie, czy warto, o czasie poświęconym na oglądanie nie wspominając. 

Pani Genowefa obejrzała "Lejdis". I już jej zostało.


Varia
1.
Uwaga techniczna: jeśli jedna z aktorek jest w ciąży i przez pół filmu ubieramy ją w dziwne maskujące stroje, to wysyłanie jej na siłownię, ubieranie w obcisłe dresy i t-shirty, i filmowanie z dalekiego profilu jest nieco durne, nie sądzą szanowny twórcy? Nie, twórcy nie sądzą, twórcy wysyłają i filmują.
2. "Najgorsze jest to, że ja mam wielką, gigantyczną mega-dupę. Ona mi się całkowicie wymknęła spod kontroli. Ja mam swoje zachowania motoryczne, a ona ma swoje. Idę  korytarzem a ona mi się szyderczo dynda z tyłu". Można? Można. Ale ta kwestia (bardzo w nader kobiecym stylu lejdis.blog.pl) została w filmie upchnięta w kąt, wyszeptana bełkotliwie i przykryta muzyką - w przeciwieństwie do dialogowej wiochy, lejącej się z ekranu na full-decybelu.
3. Małe rólki dostali Piotr Bikont i Piotr Makłowicz. Bo wszyscy ich lubią, a poza tym mają wielu znajomych i może ci znajomi nie zjadą filmu, żeby kolegom przykrości nie robić. I wiecie co? To działa.
4. 2 530 568 - tylu widzów obejrzało "Lejdis" w kinach. Poważny wynik. Seriously. Promocja to potęga.
5. Cycków nie ma. Jest owłosienie Kota i goły tyłek Królikowskiego. Jeszcze jeden powód, żeby nie oglądać.
6. Skutkiem ubocznym filmu było zdechnięcie lejdis.blog.pl.


============
Lejdis
2008
Czas:
134 minuty
Reżyseria:  Tomasz Konecki
Scenariusz: Andrzej Saramonowicz, Anna Andrychowicz-Słowik, Małgorzata Saramonowicz, Ewa Sienkiewicz, Hanna Węsierska
Obsada:  Izabela Kuna, Edyta Olszówka, Magdalena Różczka, Anna Dereszowska, Robert Więckiewicz, Piotr Adamczyk, Borys Szyc, Tomasz Kot, Tomasz Karolak, Rafał Królikowski i inni.

2013-07-26

Czy jest tu panna na wydaniu [1976]

- Żegnajcie, ludzie kochane.
Kurczę, skąd ja znam ten tekst? Bo znam. Tylko skąd?
Bęc w czoło!
- Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane - ostatnie zdanie "Chłopów" przecież.

"Problem młodych małżeństw na wsi jest problemem lat 70.  w skali ogólnokrajowej.
Bodźce ekonomiczne i kulturowe nie nadążają za potrzebami społeczeństwa"

Fabuła prosta i przyswajalna: Stasio Wrona wrócił z wojska, a tu na wsi sytuacja niewesoła: "Mieciu stary jest, mamusia też słabuje, Hela jest w Siedlcach, a Zbysiu na szkole w Lublinie... Jest 9 hektarów i 3 ary, i działka za lasem, ale to się sprzeda... No, trzeba Stasia ożenić".  Niby łatwe zadanie, ale lata 70. przyniosły Polskęwsiłęrosnącą i masową ucieczkę płci pięknej do miast, w których biura, lody włoskie, trwałe ondulacje, kawiarnie i inne przejawy awansu społecznego. Jak mówi jedna z bohaterek: "Na wsi zostają te, co ich matki nie puszczają raczej" - połowa z nich już zajęta, a druga połowa nie bardzo kwalifikuje się na żonę dziewięciohektarowego gospodarza.

Co robić? Najlepiej poprosić o pomoc chrzestnego, który w świecie bywał i swoje wie. Chrzestny rozesłał wici, spakował Stasia i ruszył z nim w Polskę, szukając rady u Heli, córki Frani, ciotki Stasia, u wuja Mariana, u pana Zapióra, z zawodu kominiarza. Po drodze trafiają na różne okazy kobiecości, ale zawsze na przeszkodzie stają trudności obiektywne: a to ewentualna teściowa nie chce puścić córki na cudze gospodarstwo, a przeciwnie - zięcia chciałby przyciągnąć na swoje, a to pojawia się uwodzicielski Bąbała i robi konkurencję, emablując zasadniczo, a to wreszcie wybucha konflikt między uczuciem a powinnością wobec ojcowizny...

"Ten problem trzeba zgłębić głębiej"

Film można oglądać na wiele sposobów. Jeśli ktoś chce komedię - ma komedię i to taką na solidny chichot, a w dodatku przez następne pół roku może przerzucać się cytatami, wzbudzając entuzjazm towarzystwa. Autorzy filmu język polski czują znakomicie, "nowomowę" naszą codzienną potrafią oddać z precyzją i wyczucie, a widzom podrzucają konwersacyjne "kwiaty polskie":
- Przede wszystkim oddzielmy sprawę kobiet od małżeństwa, dobrze?

- To zobaczymy, kto kogo zagnie. Podyskutujmy na dowolne tematy. Sylwetki X muzy, może coś z wielkiej polityki? Sport z podkreśleniem lekkiej atletyki? Jak się nazywa generalny sekretarz ONZ? Co robić na sygnał "czerwona rakieta" lub głosem eteru?
- I co z tego?
- Jak się żyje w mieście wypadałoby wiele rzeczy wiedzieć... Kto ma pierwszeństwo na skrzyżowaniu równorzędnym? Co to jest taniec kung-fu?


- Beatko, nie bądź zazdrosna.
- Mówisz do mnie czy koło mnie? Nie widzę o kogo miałabym być zazdrosna.
- To ja jednak przyniosę salceson.


i oczywiście kultowe: "Marlborego czy Klubowego?"

"Były pewne przeciwności... ale rozwiały się"

Ktoś chce mieć satyrę społeczną - proszę uprzejmie: pełen "paletaż" postaw. Mentalno-materialne odbicie lat 70. - bi maj gęś i żadnej stylizacji. Smutny film o samotności? Nie widzę przeszkód.. Tu właśnie wychodzi klasa dzieła Janusza Kondratiuka - w wielości interpretacji, z których każda jest równie uprawniona, choć może nie wszystkie przychodzą do głowy od razu, na niektóre trzeba poczekać do drugiego czy trzeciego obejrzenia.
Precyzyjny scenariusz, dopracowane dialogi, pachnące czasem naturalnością i improwizacją, ale konia z rzędem temu, kto będzie w stanie i rozróżnić.
- Ale film śmieje się z ludzi z prowincji!
A w życiu! Bracia Kondratiukowie to klasyczny przykład kina społecznie wrażliwego i zasady "po zjawisku, nie po nazwisku". Dla nich liczy się problem, a nie buraczane wytknięcie palcem i zaproszenie do wspólnego rechotu z pociesznego autochtona. Żadne tam "pańskie" patrzenie z góry na prowincję - przeciwnie, do swoich swoich aktorów podchodzą z szacunkiem, lepiąc ich postacie z prawdziwych uczuć, marzeń, kompleksów itd, z tego wszystkiego, z czego składa się każdy człowiek. Śmiejemy się z postaci widzianych na ekranie, ale za każdym razem jest to śmiech doraźny, sytuacyjny, bo żadna z nich nie jest śmieszna sama w sobie, z żadnej nie da się szczerze "drzeć łacha". Co różni kino Kondratiuków od wielu współczesnych produkcji, naćkanych ludzkimi chochołami, wyciosanymi siekierą, wymalowanymi jarmarcznie i postawionymi przed kamerą ku uciesze gawiedzi. Szacunek do postaci widać było zresztą już przy pisaniu scenariusza - bracia Kondratiukowie i Roman Kłosowski konsultowali wszystko z mieszkańcami wsi Łacha, w której kręcono większość ujęć, korzystali z ich pomysłów, sugestii, podpowiedzi itd. 

"Zapamiętaj raz na zawsze, mnie wychował tylko świat! Tylko świat!
I życzyłbym ci tego, żebyś... spełnił to, czego sobie życzysz."

Aktorsko - koncert. Oczywiście amatorzy/naturszczycy mogą momentami męczyć autentycznością, nieaktorskim sposobem mówienia, ale kaman - wyjdźmy na ulicę, przejedźmy się autobusem, posiedźmy na rodzinnych zjazdach, a usłyszymy dokładnie takie same, jeśli nie lepsze teksty, zobaczymy takie same, jeśli nie barwniejsze postawy, może tylko lepiej opakowane. Zerknijmy w lustro, a i Stasia Wronę czasem zobaczymy (choć może nie w tak zjadliwie buraczkowym  garniturku). Wspomnianego Stasię Wronę świetnie zagrał Jana Wrona, jego rodziców zagrali jego rodzice, a dom Wronów zagrał dom Wronów. Beatą Pazik była Beata Andrzejewska, rewelacyjny epizod zaliczyła Regina Regulska. A obok świetnych amatorów - zawodowcy: Roman Kłosowski jako chrzestny wybudował sobie wielki aktorski pomnik i zasłużył na dwa Oscary pod Złotymi Palmami, Henryk Hunko jeśli jeszcze z niczym wam się nie kojarzy, to odtąd będzie dla was wyłącznie wujem Marianem, Krzysztof Kowalewski jako Bąbała też w ramki i na ścianę...

Trzeba. Trzeba koniecznie i kto nie oglądał, ten trąba.

"Chciałabym, żeby był mądrzejszy ode mnie. Przystojny... Taki, żeby miał
miękkie rzęsy i oczy jak skrawki błękitu. Musi pachnieć z daleka."


Varia.
1. Film zrealizowała wytwórnia POLTEL, powołana do życia przez Macieja Szczepańskiego. Już tylko ten jeden film wystarczy, żeby "krwawemu Maciejowi" odpuścić połowę propagandowych grzechów.
2. Beatę Pazik zagrała Beata Andrzejewska. Grała tak naturalnie, że podejrzewałem, iż jest jednym z kondratiukowych odkryć jak Regina Regulska i Ewa Pielach (obie wcześniej grały w "Dziewczynach do wzięcia" i "Głowach pełnych gwiazd"). Na liście płac wymieniona jednak została także jako wykonawczyni wokalizy, co zaintrygowało mnie na tyle, że pogrzebałem w sieci... Dogrzebałem się informacji, że Beata Andrzejewska nie została znaleziona w kolejce po mielone - była młodziutką piosenkarką, której wróżono sporą karierę, współpracowała z Ireną Jarocką, dostała nagrodę publiczności w Opolu, zjeździła pół Europy, a po stanie wojennym została w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka do dziś.
- Ja bym chciała dużo świata zwiedzić. Początkowo trochę Polski, wszystkie miasta, to tamto... - mówi jej postać w filmie - Trochę ludzi poznać i znajomych odwiedzić w białostockim. Chciałbym dużo podróżować...
Spełniło się, jak widać.
3. W epizodziku uczennicy w zakładzie fryzjerskim wystąpiła Maria Zydorek...
- Żehęproszękto?
...która już wkrótce stanie się obiektem westchnień polskich kinomanów od lat trzynastu w górę, a bardziej będzie znana jako Maria Probosz.
4. Stasio, chrzestny i wuj Marian oglądają mecz Polska-Cypr - Jan Ciszewski podaje strzelców bramek: Deyna, Boniek (głową) i Szarmach, czyli musi chodzić o mecz eliminacji do mistrzostw świata z października 1976 roku, który Polska wygrała 5:0, a pozostałe dwie bramki strzelili Stanisław Terlecki i Kazimierz Deyna (drugą). 

Proszę przystąpić do golenia.


============
Czy jest tu panna na wydaniu
1976
Czas:
68 minut
Reżyseria: Janusz Kondratiuk
Scenariusz: Andrzej Kondratiuk, Roman Kłosowski, Janusz Kondratiuk
Obsada: Roman Kłosowski, Jan Wrona, Beata Andrzejewska, Henryk Hunko, Krzysztof Kowalewski, Helena Norowicz, Władysław Ogórek, Regina Regulska, Jan Himilsbach i inni.

2013-07-23

Lunatycy [2009]

Kino moralnego nie wiadomo czego.

Jest sobie fryzjer, który mieszka z matką i ojcem. Matka sprząta, a ojciec chodzi, przy czym matka dużo sprząta, a ojciec dużo chodzi, a ponieważ jest silniejszy fizycznie, to chodzi nawet w nocy i przez sen (matka nie sprząta przez sen, bo jest słabą kobietą). Jest sobie ukochana fryzjera, zatrudniona na etacie korporacyjnej biczy, jest chłoptaś ukochanej fryzjera i dziewczyna, która chce być ukochana fryzjera. I wszyscy mają jakieś problemy.

"Takie małe jebudu
cię ukoi bez trudu"

Matka ma problem, bo ojciec chodzi. Ojciec ma problem, bo jest byłym ubekiem, nie wiadomo tylko, czy ma problem, bo był ubekiem, czy dlatego, że już nim nie jest. Fryzjer ma problem, bo matka i ojciec nie są jego rodzicami, tylko rodzicami ukochanej. Ukochana fryzjera ma problem, bo choć dawno temu zerwała z  fryzjerem, to fryzjer wciąż mieszka z jej rodzicami, a ona mieszka ze swoim chłopakiem. Chłopak ukochanej fryzjera ma problem... a, nie - chłopak ukochanej fryzjera nie ma problemu, bo jest człowiekiem prostym, traktującym życie kategoriach "4 x Z" - "zdobyć, zarobić, zapić, zaliczyć". Dziewczyna, która chce być ukochaną fryzjera też ma problem - próbując zdobyć fryzjera, co tydzień zmienia u niego fryzurę na krótszą i zaczynają się jej kończyć włosy.

Problemy, konflikty, dylematy moralne, klęski i zwycięstwa życiowe... Ukochana fryzjera zwalnia innych, by sama zostać zwolniona, chłopak zdradza ją korporacyjnie, matka poluje na szczura, ojciec-ubek najpierw chce zabić siebie (nowość w polskim kinie - ubek z wyrzutami sumienia. Co na to IPN?), ale ostatecznie rozstrzeliwuje sufit, fryzjer się emancypuje, a kandydatka na jego nową ukochaną cieszy się bardzo, bo jeszcze dwie wizyty i zamiast do fryzjera musiałaby chodzić do malarza lub pucybuta.

- Na jeża? Na marchewkę? Na buraczka ćwikłowego?

W finale ukochana fryzjera buntuje się przeciwko tyranii GPS-u i zamiast skręcić w prawo, jedzie prosto.
- Trwa obliczanie trasy - informuje dwuznacznie GPS-owa Maryśka, gdy łzy ukochanej fryzjera lecą jej na koszulę z napisem "King Bruce Lee Karate Mistrz".
- Czasem miłość przepływa przez nas jak deszcz - mówi fryzjer z offu - A czasem zostaje na zawsze. Bywa też tak, że ją widzimy, ale nie chcemy zobaczyć. Tak to już jest. Pewnie wiecie, o czym mówię? 
Ani, kurczę, trochę. I nie tylko dlatego, że deszcz przez nikogo nie przepływa - ludzie nie są durszlakami. Deszcz może spłynąć po kimś, ale nie przepłynąć przez kogoś i nie każcie mi opisywać wyjątków od tej reguły, dobrze?

- Dobra, ale tak poza tym, to co z tego i o co w ogóle chodzi?
Nie do końca wiadomo. Zapewne miała być to alegoria (trudne słowo) samotności człowieka w wielkomiejskiej dżungli albo metafora (też trudne słowo) wewnętrznego konfliktu posolonego weltschmerzem. Ewentualnie po prostu chodziło o kopytko. 

Decde fakin lajf, bejbe!

Dialogi naiwne, choć z dobrymi momentami ("...a matka żeby nie oszaleć, próbowała zwariować"), scenografia oszczędna, ale umiejętnie wykorzystywana w zgrabnych kompozycjach planu, niezłe światło i bardzo przyzwoity dźwięk.
- No, powiedzmy...
Jednak. Dźwiękowiec nie odpowiada za brak aktorskiej dykcji, a jedynie za to, by widz słyszał ten brak wyraźnie.


Aktorsko bardzo nierówno. Świetnie zagrał Wojciech Mecwaldowski, budujący rolę na zgrabnych niuansach, solidnie zagrała Ewa Dałkowska. Andrzej Grabowski... cóż, co miał zagrać, to zagrał. Sylwia Juszczak, choć nie zepsuła roli, to jej także jakoś szczególnie nie poprawiła, Michał Żurawski w roli chłopaka ukochanej fryzjera był chyba nawet za bardzo wiarygodny (patrz: rozważania o grze Olgi Frycz w "Maratonie tańca"), Tomasz Kot zagrał to samo, co w "Wojnie żeńsko-męskej" i to nie jest komplement, Dominika Kluźniak i Łukasz Simlat na plusik, a grająca ukochaną fryzjera Monika Dryl - na wielki minus za męcząco-szastające się aktorstwo i za nędzną dykcję.

Idę chodzić leżeć

Ewentualnie można, bo to tylko 30 minut, ale chyba szkoda czasu.


Varia
1. Film został realizowany w ramach projektu "30 minut" i był mimowolnym, ale brutalnym policzkiem wymierzonym w twarz współczesnego polskiego kina. Okazało się bowiem, że to, czym większość filmowców karmi nas w półtoragodzinnych smętach, da się z powodzeniem zamknąć w dwóch kwadransach, a gdyby się uprzeć - nawet w 20 minutach. 
2. Lista producentów jest imponująca: Mistrzowska Szkoła Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, Studio "Młodzi i Film" im. Andrzeja Munka, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, TVP Kultura... "Góra urodziła mysz" mówi przysłowie. W tym przypadku mysz urodziło całe pasmo górskie.
3. Duży plus dla filmu za wykorzystanie muzyki Motion Trio.
4. Film został dofinansowany przez PISF, ale na stronie Instytutu nie udało mi się znaleźć kwoty, którą otrzymał... co jest nieco dziwne. Znalazłem za to informację, że trzy lata wcześniej Maciej Sterło-Orlicki dostał z PISF 1 000 000 złotych na swój debiut pt "Zandka wycierać buty". Dla równowagi - nie udało mi się odnaleźć ani jednej osoby, która ten film widziała.


============
Lunatycy
2009
Czas:
29 minut
Reżyseria: Maciej Sterło-Orlicki
Scenariusz: Maciej Sterło-Orlicki
Obsada: Wojciech Mecwaldowski, Sylwia Juszczak, Monika Dryl, Ewa Dałkowska, Andrzej Grabowski, Michał Żurawski, Tomasz Kot, Dominika Kluźniak, Łukasz Simlat i inni.
Dofinansowanie PISF: Tak. Kwota nieznana.

2013-07-20

Sportowiec mimo woli [1939]

Po ciężkich zmaganiach z kinem współczesnym - powrót do międzywojennego dwudziestolecia.
Komedia, a czego oczekujemy od przedwojennej komedii? Kto powie?
- Niczego? - próbował zgadnąć Głos Wewnętrzny.
Aż tak radykalnie, to może nie. Oczekujemy niezbyt skomplikowanej, ale umiejętnie zakręconej intrygi, jeśli gra Adolf Dymsza - paru sympatycznych żartów, jeśli gra Aleksander Żabczyński - jakiejś piosenki, a jeśli gra Józef Orwid - min i okrzyków, które niby wciąż są takie same, ale nieodmiennie wywołują chichot. Słucham?... Nie, kiczu nie oczekujemy, ale się go spodziewamy.

Nic nie poradzę - Józef Orwid bawi mnie zawsze.

Piątek jest hokeistą, Czwartek jest fryzjerem...
- A Sobota jest piłkarzem Śląska Wrocław!
...a panna Lilli Madecka jest śliczna. I to wystarczy do "nakręcenia" fabuły: Piątek zostaje wzięty za fryzjera, Czwartek zostaje wzięty za hokeistę, Piątek śpiewa, Czwartek żartuje, a zatrudniona na etacie sekretarki panna Idalia pada na cztery litery. Nieumiejący strzyc Piątek staje się bożyszczem pań, a nieumiejący grać w hokeja Czwartek ma uratować hokejowy zespół prezesa Madeckiego przed porażką z hokejowym zespołem barona Dropsa. Sprawę komplikuje detektyw hotelowy podejrzewający, że Piątek dybie na klejnoty pani Madeckiej (która nie jest śliczna) oraz mające się ku sobie dwa psy rasy dziwnej, którym na przeszkodzie do konsumpcji związku stają uprzedzenia klasowe i przesądy światło ćmiące.

- Na cześć młodości wszyscy razem... - śpiewa Adolf Dymsza
- Hip hip hura! Hip hip hura! Hip hip hura! - odpowiada mu chór burłaków narciarzy.
- Przyjdzie dzień, zwykły dzień...  - śpiewa Aleksander Żabczyński.
- ...taki sam jak wszystkie inne dni miesiąca - odpowiada mu Ina Benita.
Hokeiści zasuwają bez żadnych twardych kasków, ale z gołymi głowami, ubrani w rajtuzki i szorty, narciarze szusują z Nosala, jedna kolejka zasuwa na Kasprowy, druga kolejka zasuwa na Gubałówkę, a po lasach włóczą się zdziczali bacowie i wygrywają na dudach przedwojenne szlagiery. Oczywiście wszystko kończy się dobrze, a nawet jeszcze lepiej: intryga zostaje rozwikłana, "Metal" wygrywa z "Tekstylem", panna Madecka (wciąż śliczna) wiąże się z hokeistą Piątkiem, a psy rasy dziwnej liżą się po uszach. Sielanka.

Dymsza strzyże, Żabczyński śpiewa, Benita wygląda

Lekko, łatwo, bezpretensjonalnie, a w dodatku szybko, bo zaledwie w godzinę z wąsem. Jeśli tylko umiemy przyswoić konwencję i manierę przedwojennej komedii - godzinę ową spędzamy milusio, podziwiając "skaczące" bicepsy Adolfa Dymszy albo tegoż Dymszę w damskim stroju śmigającego na łyżwach (kształtnych łydek mogłaby mu pozazdrościć niejedna kobieta), zastanawiając się, czy dzisiejsze "gwiazdy kina" przesiadałyby się z łyżew na narty tak swobodnie jak Aleksander Żabczyński i Józef Orwid, podziwiając widoki...

A właśnie - widoki. Poza zgrabną fabułą, film całkiem umiejętnie reklamuje zimowe uroki Zakopanego tu kolejki, tam narciarze, ówdzie roześmiani łyżwiarze płci obojga, w tło plecione zawody FIS. Jeśli miał to być product placement, za który władze Zakopanego dołożyły się do filmowego budżetu, to można pogratulować twórcom dyskrecji i niemęczenia widza.

Hokeiści w strojach służbowych. Spory difręs w porównaniu.

Można. Jedna z lżejszych komedii przedwojennych, pozbawiona filmowej "waty", ze stosunkowo niewielką ilością kiczu, nieźle zagrana i nawet Aleksander Żabczyński nie jest tak drętwy jak zwykle.


Varia
1. "Sportowca mimo woli" ukończono wczesną wiosną 1939, ale prace nad montażem przeciągnęły się, tuż po zakończeniu zdjęć nagle zmarła Halina Doree, następnie wybuchła wojna... Film ostatecznie zmontowano już pod okupacją, pod okupacją (31.05.1940) miał swoją premierę i - co może zdziwi zwolenników wizji narodunabarykadachkrwiomibliznom - cieszył się sporym powodzeniem.
2. W roli komentatora sportowego wystąpił jeden z najpopularniejszych komentatorów przedwojennych - Wojciech Trojanowski. Relacjonował on przez radio Igrzyska Olimpijskie w roku 1928, 1936 oraz - dla Radia Wolna Europa - olimpiadę w Monachium w 1972, zimowe igrzyska w Innsbrucku i Grenoble. Ale zanim zajął się komentowaniem, zdobył 5 tytułów mistrza Polski w biegu na 110 metrów przez płotki, skoku wzwyż i trójskoku.

...i teraz właśnie bramkarz "Metalu" wykonuje kombinację
podwójnego Toeloopa z potrójnym Salchowem

3. W scenie, w której Dymsza przebrany w damskie ciuszki uczy się jeździć na łyżwach, jako instruktor wystąpił Zdzisław Motyka - wielokrotny mistrz Polski w biegach narciarskich, medalista w letnich biegach długodystansowych, dwukrotny olimpijczyk (z St. Moritz 1928 i Lake Placid 1932.) oraz - last but not least - przez pewien czas rekordzista w biegu na najwyższe piętro Empire State Building. Jego nazwisko pojawia się także w telegramie do prezesa Madeckiego, co może świadczyć, że Motyka był w Dwudziestoleciu figurą rozpoznawalną.
4. W obsadzie widnieje Kazimierz Opaliński. Obejrzałem raz, przeleciałem na podglądzie... Kurczę, nie wiem. Pasażer w jasnej kurtce i ciemnej czapce, pytający o godzinę dojazdu do Zakopanego? No bo przecież nie baca.

Szacun łamany przez kompleks



============
Sportowiec mimo woli
1939
Czas:
64 minuty
Reżyseria: Mieczysław Krawicz
Scenariusz: Marek M. Libkow (scenopis: Ludwik Starski)
Obsada: Adolf Dymsza, Aleksander Żabczyński, Ina Benita, Józef Orwid, Helena Buczyńska, Stanisław Woliński, Ludwik Sempoliński, Halina Doree i inni.

2013-07-17

Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa [2012]

- Ale to dla dzieci jest przecież - jęknąłem.
- A ty, oczywiście, taki dorosły, taki dorosły... - chichotała Doszka.
- I nie dla dzieci, tylko dla mło-dzie-ży! - syknęła obrażona młodzież.
Dobra, raz kozie śmierć, wszyscy kiedyś byliśmy dziećmi...
- Mło-dzie-żą!
...a niektórzy wychowali się nawet na "Sobowtórze profesora Rawy", więc i z ekranizacją książki Rafała Kosika sobie poradzą.

Adela jeszcze nie jadła kolacji

Film opowiada o przygodach trójki młodych androidów...
- Dzieci! - sprostowała młodzież.
- Nie, dzieci są żywe i sensownie reagują na bodźce zewnętrzne. To coś na ekranie, to zdecydowanie były androidy.
...i czegoś, co bardzo się obraża, gdy używa się określenia "sztuczna inteligencja", ale czego już nie można nazwać duchem, bo widział kto kiedyś ducha mieszkającego w ajfonie i bawiącego się żelaznym kawiorem? Przyzwoite duchy mieszkają w piwnicach i bawią się własnymi czaszkami.

Czwórka przyjaciół spędza wakacje nad morzem, gdzie ojciec androida-blond wykonuje hiperkurnatajne zadanie, o którym długo i dokładnie opowiada małolatom przy śniadaniu i które następnie demonstruje w czeluściach hiperkurnatajnej Bazy. Tajne zadanie wygląda jak Gwiezdne Wrota i OCZYWIŚCIE nikt nie wie, do czego służy, OCZYWIŚCIE, nikt nie wie jak je uruchomić, OCZYWIŚCIE każdy wie, że jest śmiertelnie niebezpieczne.
- Wielunał. Kowcówgło wisięjuszynat tyyyyym oty dafna - zgrzytał ojciec androida-blond.

Jeśli zobaczysz światełko w tunelu... to uważaj, bo to albo lokomotywa, albo Bąbel Plazmowy

OCZYWIŚCIE, trójka naszych androidów uruchamia Gwiezdne Wrota od kopa. Kiedy Wrota zaczynają świecić, migotać i chlustać plazmą na boki... załoga hiperkurnatajnej Bazy składa androidom serdeczne gratulacje, pakuje się i wyjeżdża na Dolny Śląsk, zostawiając błyskające Wrota Niewiadomodoczego, cieknącą plazmę i całe wyposażenie na pastwę losu, nie zostawiając za to żadnych wartowników, by pilnowali śmiertelnego podobno niebezpieczeństwa. Nie wiem, jak dzieci...
- Młodzież!
...jak młodzież, ale ja poczułem głęboką niechęć do autorów scenariusza.
- Felix był inny, Net nie był taką ciapą! - wyliczała młodzież - Prawdziwa Nika była naturalnie ruda i nie miała takich odrostów, a Manfred [to ten duch z komórki i laptopa] patrzył na świat przez kamerkę ajfona, podczas gdy ajfon filmowego Neta nie ma kamerki! A przynajmniej nie ma jej z tej strony, którą Net wystawia na świat.
O, proszę - a podobno to ja jestem czepialski.

Żelazny kawior wymorfował w Żelaznego Karła Wasyla

Ponieważ wraz całą hiperkurnatajną bazą na Dolny Śąsk udał się ojciec blond-androida, trójka robocików zostaje na gospodarstwie sama. Dzieci...
- Młodzież!
- ...młodzież plus brak opieki rodzicielskiej równa się kłopoty. Młodzież plus brak opieki rodzicielskiej plus cieknące plazmą Wrota równa się podróże w czasie, podróże w przestrzeni, cztery tysiące przeterminowanych nazioli, przygotowujących inwazję na Wielką Brytanię, teleport prowadzący na londyńską stację metra.
- Och, jakież to oryginalne... - warknąłem - Ich dwóch, ona jedna, jedno rude, a drugie w okularach, teleporcik w brytyjskiej komunikacji.
- Nie przesadzaj - powiedziało dziec... powiedziała młodzież - Nie ma przecież różdżek.
Jasne. A Kajko i Kokosz mieli smoka, a nie pieska, wobec czego nie można mówić o plagiacie z Asterixa.
- Przepraszam, czy ja państwu nie przeszkadzam? - zapytał Głos Wewnętrzny - Bo wiecie, ja tu na film przyszedłem...

Soraski. Film. W dużym skrócie - Gwiezdne Wrota uruchomiły Wielkiego Plazmowego Bąbla, w Bąblu mieszkał pułk uzbrojonych nazioli, bohaterowie skakali z roku dwa tysiące któregoś do 1945 i z powrotem, z polskiego Pomorza do Londynu, z Londynu na Pomorze, raz gonił ich zły Rybak (sprawdzić, czy nie Król), innym razem uśmiechali się do nich polscy partyzanci...
- Partyzanci? W marcu 1945 nad brzegiem morza? Pogięło kogoś?
- O-o-o, plosiem paniom, a ten pan obraża Żołnierzy Wyklętych!

Nie, ten pan się dziwi, że trójka małych androidków zasuwa w bąblowej czasoprzestrzeni w tę i we wtę, a uzbrojone naziole, zamiast zrobić to samo, siedzą jak ten Soroka, nie wiedząc co począć i kędy się obrócić. Ten pan dziwi się także, że zły naziolski Rybak, chcąc uzyskać od trójki androidów informacje niezbędne do odpalenia Bąbla i dokonania inwazji na Anglię...
- Pyta grzecznie?
- Używa podstępu?
- Chce przekupić cukierkami?
- Ty, gupi! Bateryjkami raczej, przecież to androidy.

Nie, wkłada im do plecaka bombę i usiłuje wysadzić w powietrze.
- Ale wtedy niczego się nie dowie!
- Nie wiem, nie znam się. Może zamiast bawić się w przekomarzanki, chciał od razu odczytać dane z czarnych skrzynek?

Naziol is iwil.

Enyłej, dzieje się dużo, biegania jest sporo, są wybuchy i napięcie, i języki obce, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, androidy biorą nazioli do niewoli, Anglia uratowana, radość, tryumf, pizza i rodzicielskie smęty o zaufaniu i odpowiedzialności.

Sporo osób narzekało na efekty specjalne: że cienkie, że słabe, że kicha z dżemem. Mnie nie przeszkadzały - to jest polski film za parę milionów złotych, więc nie ma co oczekiwać numerów rodem z Hollywood. Bąbel Plazmowy uchodził w tłoku, żelazny kawior zabawnie morfował stadnie w helikoptery i muszkieterów (przy okazji potwierdzając tezę, że na zagranicznych gierojów nie ma to jak gazrurka i patelnia), byłem więc pełen dobrej woli i wyrozumiałości. Ale potem przeczytałem wypowiedź jednego z twórców:
"Rozmach filmu jest olbrzymi, na pewno można porównywać go do zagranicznych superprodukcji. Film w dużej mierze będzie składał się z efektów specjalnych – jest to skala na miarę takich produkcji jak 'Harry Potter' czy 'Spiderman'. Nie ma w Polsce filmu dla dzieci i młodzieży, tak zaawansowanego technologicznie, nie będącego stricte animacją. Każda klatka filmu będzie wykonywana zaawansowanymi technologiami, podobnie jak w filmie Transformers"
...i szlag mnie trafił, bo rozumiem obiektywne warunki i bieda-prowizorkę, ale nie rozumiem, jak można być tak bezczelnym, żeby jedną dobrą i dwie przeciętne animacje na krzyż nazywać "wysokimi technologiami", "zaawansowaniem" i porównywać do "Spidermana" czy "Harry'ego Pottera". Pardąsik, panowie z Lightcraft, efekty specjalne mieliście lepsze niż w "Wiedźminie" i to wszystko, co można o waszej pracy powiedzieć. Przy czym lepsze niż w "Wiedźminie" efekty specjalne miał nawet serial "Chłopi" Jana Rybkowskiego, głównie dlatego, że nie miał ich wcale. 

 Finta, trzy kroczki, unik, pogrzebacz, piruet, salto w tył, cięcie, patelnia, nokaut.

Aktorsko - nędza straszliwa. Aktor w tym filmie jest jeden: Adam Woronowicz i gra dobrze. Reszta to przypadkowa zbieranina amatorów i wyrobów aktoropodobnych. Wśród dorosłych podróbek prym wiedzie ojciec androida-blond - płaski jak talerz i komunikujący się dziwnym językim, będącym skrzyżowaniem mowy brzuniobrzuchów i rozstrojonego radia "Jubilat" ("Dnobał tyku to mmmmm... pia chimuł, prawda?"). A trójka głównych aktorów... OK, rozumiem, dzieci, natura, blablabla, nie każdy rodzi się di Caprio. Ale od tego jest reżyser, żeby dzieciakom pomóc, naprowadzić, ustawić, pokazać. W "Teoretycznie możliwej katastrofie" mamy katastrofę prawdziwą aktorską, wynikającą z niechlujności dorosłych. Bo do tego, żeby wrzasnąć: "Tu jest kamera! A tam jest Złe Mzimu. Boisz się Złego Mzimu bardzo, więc łaskawie patrz na Złe Mzimu, a nie w kamerę i bój się choć ciut, na litość boską!" wystarczy tylko odrobina uwagi i dostrzeżenie, że dziewczę grające Nikę po wydukaniu swojej kwestii przechodzi w tryb uśpienia - wyłącza się, opuszcza oczy i szczękę, obwisa cieleśnie i czeka na kolejne zdanie. Nieważne, czy ma umierać z przerażenia czy tryskać entuzjazmem - zdanie, zwis, sleep... Android grający Feliksa przynajmniej potrafi zrobić minę, a android grający Neta umie coś zrobić z głosem, ale też nie wychodzą ponad zgrzyty i 0,37 "robocika Ciri". Niestety, dorośli filmowcy dali ciała - nie poradzili sobie z dziećmi, nie pomogli im w grze, nie znaleźli sposobu, by wydobyć z nich choć cień naturalności. Rany, gdy sobie pomyślę, że kiedyś zamiast organizowania castingów dla drętwych grzecznych dzieci z drętwych dobrych domów, wychodziło się na podwórko i od kopa znajdowało się takie perełki jak "Cegiełka", "Filipek", "Mandżaro", "Paragon" czy oberbliźniaki, kiedy sobie przypomnę, że filmy Janusza Nasfetera powalały właśnie dziecięcym aktorstwem... Felix, Net i Nika aktorsko przegrywają nawet z centralnym ogrzewaniem, nie mówiąc już o Reksiu.

Gdyby ktoś nie wiedział - mieszanka zaskoczenia z przerażeniem

Dzieciakom nie pomogły dialogi. Coś, co dobrze się czyta, niekoniecznie dobrze się mówi, zbyt długie zdania, a tym bardziej zdania złożone, wymagają dykcji, wyczucia melodii języka. Filmowe androidki wrzucone na głęboką wodę potykały się o zbyt długie dialogi, upadały, ale ambitnie podnosiły się i brnęły dalej, zjadały połowę głosek, wypluwały drugą połowę, a "ł" odparowały całkiem, suchając, tumacząc i tukąc. No, jak to dzieci, normalka... Nie do nich mam pretensje.

Młodociani fani Rafała Kosika żałowali, że użyto tylko jednego wątku z grubaśnej książki, której bohaterowie śmigali z roku 1945 do 2060 i 2005 do 1978. Ja nie żałuję - wszystkiego zmieścić się nie dało, a taki film trwałby trzy dni. I tak trwa za długo, głównie dlatego, że niechlujni dorośli napakowali do niego masę scen, które w książce były "po coś" i wyjaśniały się po 100-200 stronach, a w filmie są po nic, bo po skrótach fabularnych nie wyjaśniają się wcale (np. sadzenie drzewa), za to nudzą i spowalniają właściwą akcję. A kiedy dołoży się wszystkie scenariuszowe dziury wielkości stadionu...
- Oj, przesadzasz i czepiasz się, a to przecież film dla dzieci.
I co z tego? Tym bardziej powinien być to film starannie zrobiony, tym więcej szacunku do widza trzeba mieć i tym więcej pracy trzeba włożyć! Raz - bo dzieci wyczują każdy fałsz, a dwa - żeby nie przyzwyczajać ich od małego do niechlujności, drewna aktorskiego i mówienia "Suchaj, wytumaczem ci sotojes elektyrsznoś - musisz wzionść małom..."

Pierogi nożem? Kamaaan!

Cienizna i słabizna. Z jednej strony dobrze, że film powstał, bo polskie kino dzieci nie rozpieszcza nadmiarem, z drugiej szkoda, że przez lenistwo dorosłych wyszło tak nędznie. Ja bym dziecka na to nie zabierał. Lepiej niech poczyta książkowy pierwowzór albo spędzi dzień w Centrum Nauki "Kopernik". Albo niech po prostu pogra w piłkę.
Ale ja to ja - zgred, nieprawdaż? Ważne, czy film podoba się dzieciom.
- Młodzieży! - wrzasnęły poirytowane dzieci.


Varia.
1. "Teoretycznie możliwa katastrofa" to druga książka o przygodach Felixa, Neta i Niki. Prawa do nakręcenia serialu wg pierwszej książki wciąż ma TVP. Prawa ma, ale serialu wciąż nie ma.
2. Polski film: nie ma cycków, to przynajmniej "kurwa" się pojawia - w scenie, gdy szkolny bedgaj zostaje porażony przez Felixa prądem, w tle i niezbyt głośno, ale wyraźne. Gratulacje dla montażystów i gościa od dialogów. No, proszę - znajomy z "Sępa", Filip Krzemień.
3. Występująca w filmie latarnia morska zagrała także w "Stawce większej niż śmierć". W "Stawce" zginęła tragicznie, tu tylko tragicznie grała.
4. Poza PISF-em film dofinansowały Urząd Miasta Poznania i samorząd województwa wielkopolskiego. Kwot nie udało mi się ustalić.
5. Nie, nie wiem, czy Klaudia Łepkowska jest w jakikolwiek sposób spokrewniona z Iloną Łepkowską.
6. Scena na łodzi - aktor grający weterana wojennego... Kurczę, niech mi ktoś przypomni, albowiem na pamięć moją zapadło.

Przysposobienie do dulce et decorum

============
Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa
2012
Czas:

Reżyseria: Wiktor Skrzynecki
Scenariusz: Rafał Kosik, Wiktor Skrzynecki
Obsada: Klaudia Łepkowska, Maciej Stolarczyk, Kamil Klier, Adam Woronowicz, Jakub Bohosiewicz, Dobromir Dymecki, Ireneusz Czop, Cezary Pazura (głos Manfreda) i inni.
Dofinansowanie PISF: 60 000 zł (rozwój projektu), 2 500 000 zł (produkcja).

2013-07-14

Ixjana. Z piekła rodem [2012]

- Rany boskie, jak mnie głowa boli...
I te poranne pytania: Gdzie jestem? Co tu robię? Czemu znowu tyle piłem? Co właściwie piłem? Co tu robi... bakłażan???
- Been there, done that! - jęknęła zawstydzona Opinia Publiczna.
- ...ty, rozumisz, jako ta promenada leciałeś pierwszy i wyłeś a za tobą trzech osiłków ze służby porządkowej. Cug miałeś straszny bo parkiet świeżo pastowany i żeby ci się troki nie poplątały, to byś im uciekł!
- Ale nie uciekłem?

Ja nie uciekłem z seansu. A szkoda.

DRINKI. DRINKI SĄ MIŁE.

Główny bohater budzi się w stanie tępawo-niedykcyjnym i usiłuje przypomnieć sobie, gdzie był, co pił i jak ma na imię. Mozolną pracą umysłu dochodzi do wniosku, że na imię ma Marek, pił łiskacza zmieszanego z psychotropami...
- Jak ja mogłem to zrobić? Mieszać psychotrop z alkoholem? Przecież to zabójcza mieszanka!
Poważnie? No, co pan powie, panie Marku! A ja myślałem, że to dobre na porost włosów.
...a był na lanserskim przyjęciu u największego wydawcy w Polsce, który to wydawca postanowił wydać jego powieść.
- Jak to wydawca! - ucieszył się Głos Wewnętrzny.
O, właśnie - Głos Wewnętrzny. Przez cały film towarzyszy nam Głos Wewnętrzny bohatera. Głos jest ponury, drewniany i nie ma dykcji.
- No, wiesz - po łiskaczu z psychotropem...
 Pół godziny i trzy miesiące później też nie ma dykcji. Choć w sumie bez różnicy, bo kwestie, które wypowiada bohater Głosem Zewnętrznym i Wewnętrznym są tak beznadziejnie głupie i napisane tak toporną polszczyzną, że chyba lepiej dla widza, iż dostaje je w wersji bulgotliwej.
- Drukujemy, pięć tysięcy nakładu. Zadowolony?
- Coś więcej niż zadowolony - jestem panu bardzo wdzięczny.

(...)
- Co ona ci zrobiła?
- Zrobiła mi przykrość. Nie panikuj, nie złamała mi serca - dziwki nie łamią serca. Ale zrobiło mi się przykro.


Chcesz na solo? Na gołe czółka?

- Ten chłopak z dziewczyną nazywa się Artur. Jest zdrajcą naszej przyjaźni.
A właśnie - Artur. Grubawy facecik z bródką i loczkami, który podobno kiedyś odbił bohaterowi kobitkę. "Odbił" to za dużo powiedziane - bohater ograniczał swoje uczucia do łypania z daleka i wilgotnych snów, kobity nawet nie znał. Zaraz, jak ona miała na imię?
- Malena - powiedział bohater
- Machena - poprawił się kilka minut później
- Marlea - dukał w scenie z drzewem.
- Marioea - jęczał w scenie z krzesłem.
OK, średnia arytmetyczna przypadkowych ciągów głoskowych daje nam imię Marlena i tego się trzymajmy.
- A Artur? - przypomniała Opinia Publiczna
Artur nie żyje i nasz bohater podejrzewa, że zadziabał go w pijanym widzie. Przez cały film usiłuje zweryfikować te podejrzenia, a w weryfikacji pomaga mu mały biały króliczek, drewniany menel, inkasent z bródką, pani woźna z miotłą, dysząca i wyczyniająca rzężące sprośności Anna Dereszowska, czarna magia i wróżka Ixjana, lecząc migrenę długotrwałym łomotaniem bransoletkami nad skacowaną skronią. Oraz Straszna Łapa Z Grobu, potrafiąca zdzierać skórę z twarzy.

Bohater łazi po Warszawie i weryfikuje. Tu chlapnie wódę z menelem, opowiadającym o nastolatkach sikających na dywan, tam przeleci Amandę (nienastoletnią i niesikającą na szczęście. Na szczęście nie i na dywan też nie), ówdzie zje rosołek, gdzieś coś powie, ktoś mu odpowie.
- Miałym jeszeszanse
- Powiedz, co się stało?
- Misiu, co się dzieje?
- Koszmar.
- Ale powiedz, co się stało?

Cielę oknem wyleciało! Kurna, to ma być horror, thriller, psychologiczny dramat i mroczna podróż w głąb duszy? Chyba żelazka!

Aaaaaa...
...
psik!

Kicha, proszę koleżeństwa. Grzybnia, chaos, nuda i epatowanie wysileniem. Wszystkie możliwe koszmary złego kina, wszystkie żenuły kiczowatych dialogów, pretensjonalne smęty rodem z opowiadań dla p(ret)ensjonarek, podawane polszczyzną nie tylko pozbawioną dykcji i wyczucia kina, ale przede wszystkim pozbawioną gramatyki i pełną błędów językowych. Intryga na poziomie liceum, klimat na poziomie gimnazjum, emocje na poziomie fasolki po bretońsku, aktorstwo na poziomie... Na jakim, kuźwa, poziomie? Tam w ogóle nie ma żadnego aktorstwa! Sambor Czarnota jest tak beznadziejny, że aktorsko wygrywa z nim nawet wózek widłowy z reklamy ZREMB-u zawsze na czasie, Borys Szyc przytył i miał bródkę, Anna Dereszowska zaprezentowała się w... hmm, jest przed 23:00... w całej okazałości, przy czym okazałość okazała się jednak niekoniecznie okazała, a rzężenie i oranie pleców partnera obcasami nie pomagało w odbiorze, Magdalena Boczarska grą i dykcją szybko dostowała się do Czarnoty (któremu chciała koniecznie coś "wytumaczyć") i Szyca, a Jan Frycz... Przyszedł, przebrał się, zrobił parę głupich min, przeczytał parę głupich zdań ze scenariusza, zainkasował i poszedł sobie. Łukasza Simlata i Ewę Hornich litościwie pomijam, wspomnę za to, że w scenie balu wystąpił Rafał Maserak w okularach i Sandra Majka, okładająca go po twarzy gołym biustem.
- Kto to jest, u licha, Sandra Majka?
 Też nie wiedziałem. Zerk w Google...
- Marzę o tym, aby być sławna na cały świat i aby każdy mnie znał i rozpoznawał - powiedziała Sandra Majka w wywiadzie dla "Czasu Świecia".
No to chyba jeszcze nie tym razem.

Cholera, znowu pomyliłem Colgate z Kropelką...

- Ale tam są nawiązania i cytaty!
Wiem, bracia Skolimowscy zadbali o to, żeby ich bohaterowie pokazywali te cytaty palcem, nazywali je, tłumaczyli bardzo dokładnie i powtarzali na wypadek, gdyby widzowie nie dosłyszeli. Finezja pociągu towarowego i kunszt suwnicowego Nowaka.

Dwa małe plusy: zdjęcia oraz jeden gitarowy riff i jeden minimalistyczny motyw fortepianowy. Trzy małe plusy. Reszta jest dnem żenady i wzorem nieudolności. Omijać szerokim łukiem, nie tykać nawet kijem, nie marnować czasu, nerwów i alkoholu, bo "Ixjana" jest tak zła, że nie nadaje się nawet na grupowe drwiny przy piwie.

- Posłuchaj, jeżeli tylko zechcesz, mogę być czymkolwiek chcesz, słyszysz?
- Przysięgasz?
- Przysięgam.
- Więc posłuchaj: bądź pyłem, który wiatr rozwieje po całym wszechświecie, bądź wchłonięta przez wszystko, co żyje, przez rośliny, ptaki i robaki i odejdź ode mnie na zawsze. 

 - Z dziką, kuźwa, rozkoszą! - wrzasnęła Opinia Publiczna odchodząc na zawsze od kina braci Skolimowskich.

Nie, to nie Brokeback Mountain, to tylko niejaki Kosmateus w dosiadzie magicznym.


Varia
1. Józef (właściwie Jerzy junior) Skolimowski zmarł pół roku przez premierą filmu. Informacje i opowieści o jego śmierci przedostały się do mediów dopiero przy okazji premiery (czyli pół roku później) i stały się elementem promocji. Promocji niesmacznej, a momentami wręcz żenującej, bo wykorzystującej śmierć współtwórcy do emocjonalnego szantażu, mającego przyciągnąć widzów do kina, a krytyków powstrzymać przed masakrowaniem filmu. Momentami wykorzystywanie przechodziło wręcz w epatowanie.
2. Michał Skolimowski strasznie narzekał na brak pieniędzy, opowiadał o długich bojach o 1,5 bańki z PISF. Przelot po dokumentach PISF wykazał, że instytut na "Ixjanę" sypnął groszem dwukrotnie: w 2007 roku przeznaczył na nią równy milion, a dwa lata później milion trzysta tysięcy. Ponieważ sygnatury obu wniosków są zupełnie inne, a dopłaty Instytut ma w zwyczaju oznaczać dopiskiem "zwyżka do kwoty...", trzeba chyba przyjąć, że gniot braci Skolimowskich dofinansowano kwotą 2,3 miliona złotych.
3. Wg PISF-owskiego raportu oglądalności od premiery "Ixjanę" obejrzało 927 widzów.
4. Recykling ekipy: taksówkarza zagrał producent Jacek Samojłowicz, asystenta wydawcy - konsultant ds. samochodów, a poza tym po planie pętało się aktorsko dwóch dźwiękowców, dziennikarz, fotograf, transportowiec, perkusista, kateringowiec, Roger Samojłowicz (zbieżność nazwisk zapewne nieprzypadkowa) oraz inni krewni-i-znajomi-królika. Czasem nawet coś mieli powiedzieć, coś zagrać. Czasem nawet ciężko było odróżnić, kto wózkarz, a kto prawdziwy aktor.
5. Kto bez googlania poznaje opowieść o lecącej promenadzie ze wstępu - ręka w górę.

- Panie kochany, od grania to jest szafa grająca - aktor jest od inkasowania!


============
Ixjana. Z piekła rodem
2012
Czas:
97 minut
Reżyseria: Józef Skolimowski, Michał Skolimowski
Scenariusz: Józef Skolimowski, Michał Skolimowski
Obsada: Sambor Czarnota, Magdalena Boczarska, Borys Szyc, Ewa Hornich, Łukasz Simlat, Anna Dereszowska, Jan Frycz, Redbad Klijnstra i inni.
Dofinansowanie PISF: 1 000 000 zł (30.06.2007 - produkcja), 1 350 000 (02.03.2009 - produkcja)

2013-07-11

Sęp [2012]

 Sęper fidelis czyli ja sobie kina obrzydzić nie dam.

"...iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają"

Z aresztów, więzień, szpitali i sal sądowych znikają co bardziej odrażające jednostki przestępcze. Ktoś na skalę wręcz przemysłową wykrada gwałcicieli, dusicieli, perwertów zbrodniczych i inne ohydne indywidua. Gdy z sali sądowej, z rąk antyterrorystów odbity zostaje zwyrol o ksywce "Diuna"...
- Że niby czytał Herberta?
No, raczej nie wyglądał... Ale autor scenariusza czytał na pewno. Enyłej, gdy na oczach publiczności i w obecności kamer porwany zostaje kolejny zwyrol, szef policji dostaje piany i powołuje grupę specjalną w osobach. Dokładnie mówiąc: w dwóch osobach. Osobą pierwszą jest inspektor Bożek, który A) jest drewniany, B) jest drewniany, C) bardzo. Osobą druga jest nadkomisarz Aleksander Wolin, który A) nie klnie, B) nie znosi, gdy się do niego mówi "Olek", C) słucha muzyki poważnej, D) studiował astrofizykę, E) mieszka w dupnym apartamencie, w którym kazał sobie zamontować dwie wielkie tablice w celu bazgrolenia na nich dziwnych równań, F) nosi ksywkę "Sęp", G) bo jest z wydziału wewnętrznego, H) mamrocze, I) ma kota.

Panie Sławku! Panie Sławku!... I na naszą gablotę!

Nadkomisarz Wolin, dzięki podjętym przez siebie działaniom operacyjnym o charakterze i na styku, otrzymuje wyjście na figuranta, co prowadzi do postawienia hipotez. Hipotezy nadkomisarz stawia na domowej tablicy - najpierw je zapisuje, a potem głośno mówi, co sobie zapisał. W dużym skrócie: wychodzi mu, że zwyroli porywa grupa ludzi.
- Przecież widzieliśmy to na początku filmu! - zgrzytnął zębami Głos Wewnętrzny - Grupa ludzi porwała zwyrola "Diunę".
Ale białe na czarnym wygląda bardziej oficjalnie.

Grupa porywająca zwyroli przetrzymuje porwanych w dziwnych białych pomieszczeniach w celach bliżej nieznanych. Znaczy, nieznanych przez kwadrans, bo jeśli co dwie minuty na ekranie pojawia się albo lekarz od przeszczepów, albo plakat fundacji zagospodarowującej cynaderki po zmarłych, albo "genetyczny bliźniak" inspektora Wolina, czekający na nowe serce, to główny wątek fabuły nie będzie raczej dotyczył uprawiana cukinii, prawda? 

Ale niechże pan nie spoileruje, dobrze?

Nadkomisarz ściga grupę, a grupa ucieka nadkomisarzowi, korzystając z pomocy tajemniczego Głosu W Ciemności, udzielającego jej porad, ostrzegającego, uprzedzającego o niebezpieczeństwach... Głos jest bardzo dobrze poinformowany o działaniach policji, co liczbę podejrzanych zawęża szybko do sześciu osób, potem do dwóch, a ponieważ Głos ów mówi z bardzo charakterystyczną manierą, urządzenia zniekształcające barwę i ton są o kant roztłuc -  po 20 minutach wiadomo, kto kabluje porywaczom i połowa intrygi idzie się króliczkować w krzakach.

Ścigana grupa, żeby odsunąć od siebie podejrzenie organizuje bardzo zawikłaną akcję z użyciem trzech zwyroli, dwóch mafiozów, kanałów, telefonów i cholera wie czego jeszcze. Minuty lecą, kołki do zawieszania niewiary wystrzeliwują ze ścian, nadinspektor Wolin pisze na tablicy i czyta co napisał, a podane rozwiązanie nie jest rozwiązaniem, o czym wie każdy zerkający na zegarek (taki odruch znudzonego widza) i orientujący się, że to dopiero połowa filmu. 

...gdzie iks równa się kwadratowi ewentualności logarytmu dzielonej przez pierwiastek przypuszczenia.

Druga połowa filmu przewidywalna jest jak polska piłka nożna, Na dzień dobry twórcy w żenujący nieco sposób dekonspirują nam drugiego oberspiskowca i pozwalają ułożyć całego puzzle'a godzinę przed końcem filmu, inspektora Wolina zamieniają w orła cień, który potrafi być równocześnie na chodniku przez Pałacem Kultury i sześć pięter nad tarasem widokowym tego Pałacu, demonicznemu pułkownikowi, dowodzącemu zwyroloporywaczami, każą odgrywać panią Halinkę z dziekanatu i hurtowo walić pieczątki na papierkach... Że niby faktury "za porwanie zwyrola - pińcet, za karmienie zwyrola - szesset"?... Im bliżej końca, tym głośniej słychać stukot kinowych foteli, więc twórcy coraz dramatyczniej próbują zatrzymać widza: a to wetkną jednej postaci bohaterowi rurę w płuco (co nadzianemu wcale nie przeszkadza w rozmowie i chichotach), a to Annie Przybylskiej każą biust pokazać, a to wreszcie nadinspektorowi każą rozwiązać "równanie nieśmiertelności"...
- Życie... - bazgroli nadinspektor, pisz(cz)ąc kredą po tablicy - równa się... życie.
- Lajf! - rechotnął złośliwie Głos Wewnętrzny - Lajf is lajf!
- Nannaa nanana! - dołączyła Opinia Publiczna, unosząc w górę opadnięte uprzednio ręce.

Panu Henrykowi przebój utkwił w pamięci i nie dawał się wyrwać.

W tym momencie kończy się jakakolwiek sensacyjność - akcja leży, fabuła popełnia samobójstwo "uduszeniem przez pończoszkę", a twórcy okładają widza dostojewszczyzną. Schwarzenegger chwyciłby pod pachę ckm i wystrzelałby pół województwa, u Tarantino inspektor Wolin wyciąłby drugie pół sierpem ("choć kosą ludkowie, prędzej"), u Michaela Manna zderzyłyby się manhunter, hangover i cliffhanger, a my oglądamy polski film sensacyjny: dylematy gonią rozterki, pytania graniczne kopią odwieczne konflikty, logika daje z liścia etyce, a "Czymże jest", "Jest-li w istocie" i "Czyliżem zamarzył" tańczą w kółeczku. Do pełni szczęścia brodatego inteligenta w cfeterku z lat 70. brakuje tylko jakiegoś rozmemłanego samobójstwa.
...
JEB!
Dziękuję, kuźwa, uprzejmie oraz bardzo.

"W głębi jakiś pan łysawy adresuje list, a bliżej
gość wbił w sufit wzrok kaprawy i pocztowy znaczek liże."

Film miał zadatki i nawet sporo tych zadatków było. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że równie wiele, co dziur i prymitywnych wtop typ: "Panie Zenku, cholera, ten wypadek nie wypalił... pan dobije aktora rurą, dobrze?" Parę fragmentów, które nawet-nawet zaczynały wciągać, zgrabne poruszanie się w kryminalnej konwencji, próby nawiązania do klasyki "CSI-izmu", Przyzwoite zdjęcia (wreszcie filmowe "ciemności" nie były czarnym kwadratem na tle czarnego kwadratu), muzyka zespołu Archive - co prawda "podchodzą mnie wolne numery", ale tym razem bardziej podeszły mi te dynamiczniejsze. Żeby jednak moje uszy nie cieszyły się za bardzo, dźwiękowcy urządzili im prawdziwy rollercoaster: najpierw aktorzy mamroczą i dudnią cichutko, potem muzyka ryczy, następnie znowu niezrozumiałe szepty i szemrania... i znowu JEBUDU muzyką. Na deser dostajemy zwykłe filmowe niechlujstwo.
- O co im chodzi? - pyta główny bohater nad śmiertelnie zgrillowanym zwyrolem.
- "O co im, kurwa, chodzi?" - poucza go kolega - Tak by powiedział prawdziwy pacjent.
- Dlaczego, kurwa, pacjent? - dziwi się Opinia Publiczna.
Dlatego, że pan Olbrychski, nie zapamiętał tekstu, w którym wyraźnie stało "policjant", a pan Filip Krzemień przepuścił to przy pracy nad dialogami, choć robił je dwa razy i płacone też miał podwójnie. Ewentualnie wyłapał, ale nikomu już się nie chciało poprawiać. Nie pomogła też maniera Michała Żebrowskiego, barytonowo mruczącego pod nosem, co powodowało, że przyczepiony mikrofon wpadał w wibrację i nagrywał głównie "dądądądą".

Kołyby buw Lach, to by buw oreł, a nie sęp.

Momentami dało się usłyszeć całkiem zgrabne dialogi - niestety, brakowało aktorów, którzy umieliby je podawać. Egzamin zdali jedynie Mirosław Baka, Piotr Fronczewski i Andrzej Grabowski, bo zjadliwe pyskówki Henryka Talara zamordowano tempem podawania. Reszta mogłaby się nie odzywać i byłoby to z pożytkiem dla filmu.

Aktorsko  - poniżej przeciętnej. Michał Żebrowski znowu był mdły jak mamałyga, Daniel Olbrychski znowu zagrał jak boazeria dąb "Bartek". Paweł Małaszyński to Paweł Małaszyński - "wyżej nerek nie podskoczysz, sam pan wisz", a kiedy już naprawdę nieźle coś zagrał, to była to akurat jedna z durniejszych scen filmu (kurwujący non-stop wielbiciel hip-bluzg-hopu przechodzi przemianę artystyczno-moralną pod wpływem "Requiem" Mozarta), Anna Przybylska miała być ładna i pokazać biust - no to była ładna i pokazała biust, ale jej postaci w filmie mogłoby nie być i wyszłoby mu to tylko na dobre, Andrzej Seweryn robił swoje, Andrzej Grabowski w jednej koszuli przez cały film grał solidną wariację na temat "Gebelsa", Mirosław Baka był solidny jak zwykle, a Piotr Fronczewski pokazywał klasę, zwłaszcza  w niuansach. 

Powinien pan przeczytać Feruccio Mantovaniego "L'influenza della femini alle froze creative del grandi artisti"

Sporo pochwał padło w recenzjach pod adresem aktorów grających zwyroli. Sprzeciw. Jedynie Lech Łotocki się wyróżniał - reszta grała sztampą i szarżowała straszliwie (syndrom Nieznanego Aktora - "mam pięć minut, muszę pokazać wszystko, co umiem, proszę odsunąć się od krawędzi peronu").

Słabizna, choć jak na polskie kino - stany średnie (jak to było w "Kochaj albo rzuć"? "Nisoka middle class"?), a gdy się pomyśli, że był to debiut filmowy reżysera teatralnego, to można nawet owego reżysera pochwalić. Ale i tak szkoda ponad dwóch godzin życia na oglądanie. Może gdyby skrócić film o połowę albo zrobić z tego mini serial (dwa-trzy odcinki)... 


Varia
1. Paweł Małaszyński: "Przyznam, że musiałem go przeczytać ze trzy razy, żeby zrozumieć całą tę zagadkę i zawiłość 'Sępa'". A nie mówiłem, że Paweł Małaszyński to Paweł Małaszyński?
2. Konsultacja antyterrorystyczna była trzyosobowa, samochodowa i ds. ruchu drogowego - siedmioosobowa. Konsultant medyczny był jeden, a naukowego nie było wcale. Było widać... zwłaszcza gdy bohaterowie oglądali gwiazdy na niebie w czasie ulewy.
3. Główny bohater studiował astrofizykę, na imię ma Aleksander, a w charakterze prezentu rozdaje książki napisane przez niejakiego Wolszcza. Miało być zabawnie, wyszło trochę drętwo.
4. Dofinansowanie z PISF otrzymał z puli "znaczny potencjał frekwencyjny". Film obejrzało 587 tysięcy widzów. W ponad trzydziestomilionowym państwie i przy potężnej reklamie.
5. "Konforming - Martyna Laskowska". Łonderment - AJK.

Pióro silniejsze od miecza, ale i ołówek niewiele słabszy

============
Sęp
2012
Czas:
127 minut
Reżyseria: Eugeniusz Korin
Scenariusz: Eugeniusz Korin
Obsada: Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Anna Przybylska, Paweł Małaszyński, Piotr Fronczewski, Mirosław Baka i inni
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 zł (produkcja) plus kilkanaście tysięcy na promocję za granicą