2013-07-03

Gangsterzy i filantropi [1962]

Dwie urokliwe nowelki filmowe zrealizowane przez Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana. Panowie poznali się na studiach we Wszechzwiązkowym Państwowym Instytucie Kinematografii ZSRR, przez parę lat "robili w dokumentach", aż wreszcie postanowili ruszyć na wody fabularne. Debiut wyszedł im naprawdę znakomity.

"Siedzi? To po co się pęta po kartotece? Nie jestem Interpolem, żeby gromadzić remanenty."

Nowelka "Profesor" to historia napadu na furgonetkę z pieniędzmi. Klasyka gatunku kryminalnego - precyzyjny plan, wściekle inteligentny przywódca, zdeterminowani przestępcy z bronią, 10 milionów do wzięcia - zderzona zostaje z realiami PRL-u, a zderzenie jest na tyle silne, że plan rozpada się w drzazgi, a precyzja i inteligencja świata przestępczego przegrywają z "trudnościami obiektywnymi", bałaganem, przed-terminem i nieprzestrzeganiem przepisów BHP (nie tylko na kolei).

Proszę to prześledzić na makiecie

Scenariusz równie precyzyjny jak plan "Profesora" - żadnych mielizn, żadnych dłużyzn, żadnej waty, żadnego jeżdżenia po bandzie, bo skoro komedia z elementami groteski, to koniecznie trzeba przesadzić. Nic z tych rzeczy: w trzydziestu kilku minutach zmieściło się wszystko: od zarysowania postaci, przez plan, angażowanie ekipy, wyrabianie alibi, napad, suspens, finał, chichot. Filmowo nowelka wysmakowana, elegancka: światło, zdjęcia i scenografia - pierwsza liga, muzyka też w klimacie, świetne dialogi ("- Parmezan, ty się zaniedbujesz w pracy. Czynię cię uważnym" - przeszło do języka rodzinnego) - o, dziwo, autorstwa Bohdana Czeszko. "O dziwo", bo do tej pory jeśli trafiałem na jego dialogi w filmie, to były drętwe łamane przez koszmarne.
- System amerykański, czy raczej włosko-amerykański gwoli ścisłości, nakazywałby efektowny atak w momencie załadunku lub rozładunku. Oczywiście, zjawiska pirotechniczne, serie z broni maszynowej, wycie syren... Słowem - wielki cyrk i kowbojszczyzna. Trup pada gęsto. Jest w tym jednak coś nieodparcie wulgarnego, coś z owych starożytnych circenses, prawda? Zapewne w każdym egzystuje kawał bestii - ja postępuję inaczej. 
"Że roszowałem?... Tak, to był mój największy błąd"

No i aktorzy... Gustaw Holoubek niby nic nie robi, niby jest tym samym Gustawem Holoubkiem, co zwykle, niby mówi tak samo, patrzy tak samo, a jednak jego "Profesor" jest jednym z najciekawszych i najbardziej wiarygodnych hersztów...
- Och, to typowe dla młodości uleganie stereotypom i stosowanie wytartych klisz językowych - westchnął "Profesor" - Jest w tym coś wysoce smutnego, by nie powiedzieć: rozczarowującego.
...świata przestępczego, a jego o parę lat wcześniejszy kolega po fachu, profesor Marcus z "Jak zabić starszą panią" może mu jedynie kartotekę lub księgowość prowadzić, a i to ewentualnie. Ogląda człowiek Holoubka w tej roli i po dwóch minutach wie, czemu właśnie jego ("jego" - Holoubka, a nie "jego" widza) obsadzono po latach w roli Wolanda.

Reszta aktorów jest tylko tłem dla Gustawa Holoubka. Trochę wybija się Gustaw Lutkiewicz, Mirosław Majchrowski gra rolę życia... Słucham? Nie, nie gra znakomicie - aktorem jest raczej przeciętnym, ale "Parmezan" wyszedł mu świetnie i nie zdziwiłbym się, gdyby przez parę lat po premierze klął tę postać w żywy kamień, bo sąsiedzi przestali do niego mówić "panie Mirosławie", a zaczęli "Mój dobry Parmezanie". Swoją drogą, po takim debiucie spodziewać się można było większej kariery, a tymczasem Mirosław Majchrowski zagrał jeszcze parę rólek/ogonów i zniknął z ekranów. Nawet nie wiem, czy był zawodowym aktorem.
Kto jeszcze? Może Zdzisław Leśniak jako szalejący reporter radiowy?

Zielone światło dla przestępczości
*

Nowelka "Alhokolomierz" opowiada o przygodzie ciapowatego Anastazego Kowalskiego który straciwszy pracę w uspołecznionym Zakładzie Chemicznych Analiz Trunków, Potraw i Wód Gruntowych, idzie na wódkę. Odruchowo miesza w kieliszku zabranym z pracy alkoholomierzem i zostaje przez warszawskich restauratorów wzięty za inspektora Państwowej Inspekcji Czegośtam. Tu łapóweczka za łaskawe spojrzenie, tam łapóweczka za łaskawsze niespoglądanie, pięćset, tysiąc, dwa, pięć...
Autorytet Anastazego rośnie: z każdą kolejną "wypłatą" żona przestaje wypominać, że "życiesobiezmarnowałam, a tacymężczyźnisięomniestarali", kelnerzy gną się w ukłonach, dyrektorzy restauracji łaszą się i zabiegają o przychylność, pięknym kobietom imponują dochody... tylko wątroba nie wytrzymuje obciążenia.

Panie, kiedyś to były śledzie!

Ale przecież to PRL-owskie restauracje - można sprawdzać zawartość alkoholu w wódce, ale można także zawartość cukru w cukrze, wieprzowiny w wieprzowinie i wołowiny w tatarze. Pomysłowy pan Anastazy zastępuje alkoholomierz wagą i rusza na podbój restauracji kategorii S, gdzie aluzyjnie sprawdza gramatury, a restauratorzy dokładają kolejne niealuzyjne banknoty. Wreszcie zrozpaczeni i zrujnowani postanawiają pracować "tak, jak być powinno" - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki warszawskie restauracje zaczynają świecić czystością i rzetelnością, wódka ma tyle mocy, ile nakazano, brizole ważą tyle, ile norma przewiduje, a czasem nawet więcej, obrusy lśnią czystością, golonki lśnią tłuszczykiem, kelnerzy grzeczni są jakby skończyli Instytut Dla Szlachetnie Urodzonych Panien, a zespół "Maciupiński and his boys" przygrywa skocznie "Uch-cza-cza-cza".

Popularniejsze było tylko Mazowsze i Orkiestra Mandolinistów Edwarda Ciukszy

Nikt nie oszukuje, nikt nic nie ukrywa, źródełko dochodów pana Anastazego wysycha. Nie jest to jednak jego największe zmartwienie, czeka go bowiem proces...
- Och, mecyje, weźmie dobrego adwokata, sześć L-4, przeciągnie, odwoła się - wyliczał Głos Wewnętrzny, który czyta gazet codzienne i wie, jak sobie radzić z wymiarem (nie)sprawiedliwości.
...oraz wyjaśnienia w Urzędzie Skarbowym.
- Uuuuu, niewąsko - zmartwił się Głos Wewnętrzny.

Aktorsko "Alkoholomierz" stoi zdecydowanie wyżej niż pierwsza nowelka - tutaj tło nie jest tylko tłem, aktorzy starają się wycisnąć z ról, ile się da, a da się wycisnąć sporo. Hanka Bielicka gra siostrę Dziuni Pietrusińskiej, siostrę starszą i trochę zgorzkniałą, w drugim planie dają się zapamiętać restauratorzy (Mieczysław Pawlikowski, Ryszard Pietruski, Irena Laskowska), kelnerzy (Zdzisław Tobiasz, Adam Perzyk, Jerzy Dukay), a uważny widz może bawić odnajdywaniem na ekranie, a to Mariana Kociniaka, a to Stanisława Barei, a to charakterystycznych statystów, których po występie w nowelce "Profesor" przesunięto do sekcji gimnastycznej do nowelki "Alkoholomierz", a to samego Jerzego Hoffmana, także pojawiającego się na moment w obu nowelkach.
Ale przede wszystkim Wiesław Michnikowski, przeżywający swój złoty okres aktorski - i tu już nie ma się co rozpisywać, bo kto ma wiedzieć, ten wie, a kto nie wie... Kamaan - wszyscy przecież wiedzą i wszyscy lubią.

Tego samego widzisz - gdzie indziej słyszysz.

"Alkoholomierzowi" brakuje precyzji i zwięzłości "Profesora", ale to nie wpadka twórców, tylko siła wyższa w postaci norm i cenzury. Początkowo film miał się składać z trzech nowelek, ale jedną zakwestionowali panowie z Mysiej i trzeba było na gwałt "rozpychać" scenariusz, by wypełnić normę czasową filmu kinowego. Szkoda, bo "Alkoholomierz" trochę stracił na tempie, a trzecia część zapowiadała się naprawdę nieźle - miała opowiadać o dwóch obywatelach odkrywających, że cena oferowana przez punkt skupu za puste butelki po dość ohydnym żurku, przekracza wartość butelki pełnej owego żurku. Raz-dwa zakupują partię butelek, żurek wędruje do Wisły, butelki wędrują do skupu, operacja powtarza się i powtarza, bohaterowie bogacą się w tempie przyspieszonym, a ryby w Wiśle pływają do góry brzuchami, bo żurek naprawdę jest obrzydliwy. Wywrotowe gospodarczo treści zdenerwowały Urząd Kontroli Publikacji Prasy Itakdalej i ostatecznie "Gangsterów i filantropów" ułożono z dwóch nowel.

Warto? Ba, trzeba! Jazda absolutnie obowiązkowa i żadne zwolnienia lekarskie nie będą uwzględniane.

W takim razie poproszę dziczyznę z truflami i kisiel.


Varia
1.
Prokuratora, oskarżającego "Profesora" gra Janusz Nasfeter. Gra go bardzo słabo, no nie za eto my jewo uważajem.
2. W rolach epizodycznych wystąpiło parę warszawskich lokali. Nazwy kodowano czytelnie ("Kandelabry" - "Żyrandole"), miejsca też pewnie dałoby się rozpoznać, ale może zostawię to sobie na przewidziany w Planie Sześcioletnim odcinek filmowo-gastronomiczny.
3. Dwukrotnie mamy okazję usłyszeć Bohdana Łazukę: dubbinguje Mariana Kociniaka oraz tęgawego klienta, zamawiającego zimny Okocim.
4. W "Alkoholomierzu" na domowym stole państwa Kowalskich leżą dwa pakunki: w jednym jest śniadanie pana Anastazego, w drugim but, który jego córka ma odnieść do szewca. Pan Anastazy w pracy odpakowuje but, choć ze stołu jako żywo wziął pakunek ze śniadaniem.
5. Piosenki "Niby nic" (muzyka: Lucjan Kaszycki, słowa: Agnieszka Osiecka) nie śpiewa ruszająca ustami, biodrami i kończynami Barbara Modelska, ale Irena Santor.

Golonka. Z Jeleniej Góry. Pan wie, kto ją jadał...


============
Gangsterzy i filantropi
1962
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Jerzy Hoffman, Edward Skórzewski
Scenariusz: Jerzy Hoffman, Edward Skórzewski
Obsada: ["Profesor"] - Gustaw Holoubek, Jacek Hahn, Janusz Hahn, Gustaw Lutkiewicz, Mirosław Majchrowski, Wojciech Rajewski i inni. ["Alkoholomierz"] - Wiesław Michnikowski, Hanka Bielicka, Magdalena Celówna, Barbara Modelska, Mieczysław Pawlikowski, Ryszard Pietruski i inni.

6 komentarzy:

  1. Panie Andrzeju
    zachęcony Pańską recenzją obejrzałem Gangsterów. Zaprawdę, lekkie i przyjemne w oglądaniu są te nowelki. Ale... czytając wpisy na poliszmuwi odnoszę wrażenie, że stosuje Pan podwójną taryfę. W skrócie: stare, czarno-białe filmy, w których co drugi aktor wymawia tylnojęzykowe "ł" traktowane są przez Pana ulgowo. Przymyka Pan oko na rzeczy, które bezlitośnie wytyka współczesnym "dziełom" (trzy razy obejrzałem scenę, w której jeden z bliźniaków "naprawia" windę - cytując klasyka - no kaman...).
    Ja rozumiem, że konwencja, że Michnikowskiego i
    Holoubka można oglądać bez końca (bo można), że mamy słabość do filmów naszej młodości ale bez przesady... stare filmy też mają wady.
    pzdr
    PS. Tylko proszę, niech Pan sobie o mnie nie pomyśli, że chcę w ten sposób bronić honoru dzieł typu "Sęp" czy "Bitwa pod Wiedniem"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym chyba jest... Na pewno inaczej opisuję filmy, które lubię - właśnie dlatego, że je lubię, pewnie czasem pomijam niektóre ich wady i nie czepiam się tak mocno. Ale chyba nie ma to związku z wiekiem filmu. "Wtorek" to dość niedawna produkcja, a lubię ten film (mimo jego wielu wad), "Wymyk" całkiem świeży, "Drogówka", szukanie dobrych stron w "Dawno temu w Iłży"... a z drugiej strony "zjechana" czas jakiś temu "Hipoteza", czepianie się "Irena, do domu" czy "Nikt nie woła" itd.

      W każdym opisywanym filmie trafiają się sceny, kwestie, dialogi czy rozwiązania słabe bądź bardzo kiepskie. Gdybym chciał się znęcać nad każdym szczegółem, opisy miałyby długość Amazonki i byłyby kompletnie niestrawne (zazwyczaj do tekstu trafia ok 20% uwag). Nie ma reżyserów idealnych, nie ma idealnych scenariuszy i nie ma idealnych aktorów (a już idealnych zespołów aktorskich...). Ale jest różnica między np. "GiF", gdzie słabostek jest parę i kompletnie nie mają wpływu na akcję/fabułę/przyswajanie, a między przeciętną współczesną komedią romantyczną, gdzie przeciwnie - z lupą, świecą i dziećmi z nagonki szukać trzeba tych dobrych stron. Bracia Hahnowie aktorami nie byli, wzięto ich do filmu wyłącznie ze względu na podobieństwo, potrzebne do fabuły, na akcję to nie miało wpływu, nędzna gra zniknęła przykryta przez pozostałych aktorów, więc nie ma większego sensu się czepiać na siłę i nabijać "kilometro-literówkaż".

      Jest jeszcze jeden element - kino współczesne miało szansę uczyć się na tym czarno-białym, mogło obserwować i analizować, mądrzejsze o rozwiązania formalne, fabularne i aktorskie powinno być jeśli nie lepsze, to przynajmniej przyzwoite. A tu się okazuje, że nie jest, że nie tylko powtarza stare błędy, ale powtarza je w trójnasób. Niedoróbki scenografii, efektów, przerysowanie aktorstwa łatwiej mi wybaczyć filmom z lat 50. czy 60. (trudności obiektywne, braki na rynku techniki, korzystanie z aktorów teatralnych). Filmy z XXI wieku, nawet te robione bez wielkich pieniędzy, pewne normy już jednak powinny trzymać.

      Niektóre filmy lubię bardziej inne mniej, innych zaś wcale. Normalka, a poza tym uprzedzałem, że będzie subiektywnie. Ale lubię bądź nie lubię za coś". I jednak bez podziału na kategorie wiekowe.

      Usuń
  2. No dobrze, ma Pan rację, w końcu to jest blog. Ostrzegał Pan, że będzie subiektywnie, to jest. Chyba zbyt poważnie podszedłem do lektury, zwiódł mnie Pan swoją dociekliwością i filmową wiedzą tak że zacząłem coś sobie wyobrażać...
    Jednakże tezę, że kino współczesne powinno być lepsze bo może uczyć się na błędach poprzednich epok uważam za równie oczywistą co błędną. Oczywistą - bo najlepsi w branży uczyli się i wyciągali wnioski, błędną - bo zawsze się znajdzie jakiś Ed Wood czy Mariusz Pujszo, który wie lepiej (i jeszcze przekona kogoś żeby mu dał pieniądze - to jest ciekawy temat wart oddzielnej analizy).

    pzdr

    PS.
    Co do "Wtorku" pełna zgoda (choć osobiście i "Poniedziałek" mi się podobał) i również nie mogę odżałować przedwczesnej śmierci Bolca (ach te epizody w "Sezonie na leszcza") :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowa o dociekliwości i wiedzy przyjmuję jako komplement (niekoniecznie zasłużony). A mogę zapytać, co Pan sobie zaczął wyobrażać? Bo to intrygujące trochę i już od dwóch dni mnie gryzie :-)

      Bolec z "Sezonu na leszcza" przeszedł do legendy i wszedł do kodowego języka rodzinnego. Niejednokrotnie osoby postronne popadają w przerażony stupor, słuchając rozmów w stylu:
      - Co robimy jutro?
      - Musimy pójść do biblioteki, oddać książki, zrobić skany...
      - ...zatrąbić, podymać, przejechać się, podymać, zakręcić na ręcznym, znowu podymać, zatrąbić, podymać.

      Usuń
  3. Proszę się nie niepokoić, co prawda wyobraźnię mam bogatą ale w tym wypadku chodziło tylko o to, że chyba podświadomie odebrałem Panu prawo do subiektywnej oceny oczekując wyważonych opinii na miarę miesięcznika typu "Film" czy "Kino" (bez obrazy). Dopiero po Pańskiej odpowiedzi przeczytałem notkę "Ale o co chodzi?" i zdałem sobie sprawę, że trafiłem kulą w płot :)

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że bez obrazy, a nawet powiedziałbym, że z jakąś taką nieśmia^H^H^H^H^dumą :-)
      A subiektywizmu nikomu odebrać się nie da - nawet jeśli ktoś będzie sadził fachowymi -izmami i -acjami, szukała paralel i takich tam - zawsze będzie czynił to mniej lub bardziej (raczej bardziej) subiektywnie. Nie zawsze będzie sobie z tego zdawał sprawę lub nie zawsze będzie chciał się przyznać, ale niewiele to zmieni.

      Usuń