2013-07-08

Głos z tamtego świata [1962]

- Siedem głów są, siedem gór, a na nich niewiasta siedzi - mamrotała pani Wiktoria, w którą duchy wstąpiły od dołu i od góry - I królów siedem jest: pięciu ich zginęło, jeden jest, a drugi jeszcze nie przyszedł, a gdy przyjdzie na mały czas ma trwać.

Zdziwienie wielkie padło na państwa Barańskich, u których pani Wiktoria pracowała w charakterze gosposi, a Hela Fabiańczykowa, wdowa po dozorcy, padła na kolana i modlić się do pani Wiktorii zaczęła.

I wynijdzie z rondla bestia, i koperkiem plwać będzie...

Chwilę później los zetknął panią Wiktorię z doktorem Aksamitowskim.
- Proszę mnie tak nie tytułować - obruszył się doktor Aksamitowski - Nie jestem doktorem.
Rzeczywiście, doktor Aksamitowski doktorem nie był, co jednak nie przeszkadzało mu leczyć ludzi, udzielać porad i instrukcji, pomagać, naprawiać i wręczać saszetki z proszkiem lub buteleczki z płynem (sprawdzić, czy nie odwrotnie). A raczej nie tyle wręczać, co wymieniać je na banknoty Narodowego Banku Polskiego. Doktor Aksamitowski medycyny liznął zaledwie dwa lata, ale z psychologii mógłby robić doktorat i to z marszu. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę, że ludzie po prostu potrzebują nadziei, wiary w powrót do zdrowia albo chociaż możliwości opowiedzenia komuś o swoich problemach.
- Człowiek nie jest szafą, która się zamknie i spokój - wtrącił doktor Aksamitowski - Człowiek chce się otworzyć.
O, właśnie. Mniej więcej o to mi chodziło. A poza tym, że wiedział, iż - potrafił tę wiedzę wykorzystać w sposób imponujący.

Wszystko, co nie jest wierszykiem, może być prozakiem

Mieszkańcy Krakowa opowiadali, że doktor Aksamitowski...
- Prosiłem, żeby mnie pan nie nazywał doktorem! - zżymnął się pan Aksamitowski.
...że czyni cuda, leczy takie choroby, o których człowiek nie wiedział, że je w ogóle ma i nawet bezpłodności zaradzić umie. Dziwnym nie jest, bo pan Aksamitowski był przystojnym mężczyzną w sile wieku i mógł podobać się kobietom... O pani Wiktorii opowiadano natomiast, że przemawiają przez nią duchy zmarłych, że umie powiedzieć o losach i myślach człowieka, mając w ręku przedmiot doń należący, że językami mówi i niedługo zostanie świętą.

Grzechem byłoby zmarnować spotkanie dwojga tak nieprzeciętnych postaci. Doktor Aksamitowski polecał swym pacjentom usługi pani Wiktorii, pani Wiktoria polecała doktora Aksamitowskiego, pieniądze szeroką strugą płynęły do obojga. Wśród "pacjentów" znalazła się młoda dziewczyna po ataku wirusa polio, telefonistka w depresji, tęskniąca za ukochanym, żyjącym w Australii i wdowa po rejencie, samotna staruszka z solidnym zapasem biżuterii, sztućców i walut. Tu rulonik banknotów za odrobinę nadziei, tam rulonik banknotów za kurację odmładzającą, tu kwota za kropelki, tam za zastrzyki, ale jakby tu dobrać się do sztućców wdowy?...

Medium nieelektroniczne

 - Zamki niedobre, serdeńko - rzęził duch rejenta Kotulińskiego przez pogrążoną w transie panią Wiktorię - Ukradną, ograbią. Oddaj na przechowanie! Oddaj, serdeńko. Oddaj temu, kto cię leczy.
Pani Anna oddała doktorowi wszystko - sztućce, walutę, futerko, nawet ukochany pierścionek zmarłej córki. Jedne rzeczy oddała z obawy przed kradzieżą, inne - za chwilę rozmowy z duchami męża i córki... Ale parę dni później rozmyśliła się i postanowił zażądać zwrotu depozytu. Niestety, pan Aksamitowski zagospodarował już jego część, przeznaczając go na, jak to się wtedy mówiło, "hulaszczy tryb życia". Rejentowa naciskała, doktor...
- No, naprawdę, ileż można! Przecież prosiłem.
Przepraszam - pan Aksamitowski postanowił działać radykalnie, zbrodniczo wręcz, a panią Wiktorię zaczęły gryźć wyrzuty sumienia....

Film kameralny, nie kryminalny, nie sensacyjny, psychologiczny raczej i to z mocnym akcentem na "ofiary", rozpaczliwie szukające odrobiny zaufania, oparcia, rozmowy. Momentami trochę przeszkadzają dłużyzny, momentami sztucznością zgrzytają dialogi, niektóre wątki pocięto na etapie montażu, sporo przy okazji gubiąc (zwłaszcza wątek telefonistki wydaje się być posklejany bardzo chaotycznie i ucięty przed końcem - zdjęcia ze zbiorów Filmoteki Narodowej sugerują, że było coś jeszcze), na czym jednak - paradoksalnie - zyskało zakończenie, zostawiające widza z poczuciem lekkiego niepokoju, niepewności i z umiejętnie wykrojoną przestrzenią na własne interpretacje. Ale przede wszystkim film broni się do dziś grą dwójki głównych aktorów.

Doktor Aksamitowski (na pierwszym planie) i  hulaszczy tryb życia (na tapczanie)

Kazimierz Rudzki i Wanda Łuczycka zagrali świetnie, tworząc intrygujący duet, ciekawie zapętlony w motywacjach i postępkach: pani Wiktoria, sfrustrowana deklasacją ("Pracuję jako gosposia. Kiedyś sama byłam panią, ale po śmierci męża...") i przede wszystkim znudzona życiem, nagle przekonuje się, że dzięki kontaktom z duchami (szybko odkrywamy, że sama w nie nie wierzy) może nie tylko manipulować otoczeniem, ale także nieźle zarabiać. Emocje, pieniądze i władza zmieniają panią Wiktorię, ale tylko do pewnych granic, których nie odważy się przekroczyć. Odwrotnie rzeczy się mają w przypadku Aksamitowskiego - początkowo wygląda na sympatycznego dystyngowanego obywatela, przepełnionego chęcią niesienia pomocy ludziom. Jego deklaracje wydają się szczere, niechęć do tytułowania go "doktorem" autentyczna, a kategoryczne odmowy przyjmowania pieniędzy - ujmujące wręcz. Po kilkudziesięciu minutach wiemy już że ten obraz to tylko fasada, która "rozpada się z trzaskiem i wygląda zza niej jak dupa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy, i pryska cały blef". A widz wciąż nie potrafi Aksamitowskiego znielubić do końca, wciąż szuka jakichś usprawiedliwień... W każdym z nas drzemie ofiara czy może to przypadek podobny do filmu "Monsieur Verdoux", gdy Charlie Chaplin hurtowo truł starsze panie, a widzowie uśmiechali się ze zrozumieniem i sympatią, trzymając kciuki za sympatycznego bohatera?

Po co babcię denerwować? Żeby oszczędzić na truciznach.

Sporo dzieje się także na drugim planie. Trzy pokolenia aktorek - trzy szkoły gry: Tatiana Czechowska jest rewelacyjną malutką, zagubioną rejentową, Danuta Szaflarska pokazuje klasę w roli telefonistki Stanisławy Edelman, a debiutująca w pełnym metrażu Marta Lipińska... Cóż, debiutuje w pełnym metrażu, choć i tak jest o niebo lepsza od Joanny Jędryki. Doskonale daje się zapamiętać Krystyna Feldman jako wyznawczyni pani Wiktorii, pozostali aktorzy wstydu filmowi nie przynoszą, grą nie rażą, zaś Bogusz Bilewski przebrany za uwodzicielską żabę... Ech, że też musiał to być okres filmu czarno-białego.

Wciąż można. A dla Rudzkiego i Łuczyckiej warto.


Varia
1. Scenariusz powstawał w oparciu o prawdziwą historię - w latach 50. w Krakowie rzeczywiście działał lekarz-oszust, powołujący się na znajomości wśród duchów zmarłych. Oczywiście, karzące ramię sprawiedliwości (oraz urzędu skarbowego) dopadło łobuza i przykładnie go ukarało.
2. Scenariusz: Kornel Filipowicz, Tadeusz Różewicz. Ten Filipowicz i ten Różewicz? Tak, ten i ten.
3. Wanda Łuczycka otrzymała za rolę Wiktorii nagrodę na festiwalu filmowym w Mar del Plata. Daleko. "Nie zna granic ni kordonów pieśni zew" - polski film też ma rozmach.
4. Muzykę do filmu napisał Wojciech Kilar i zrobił to naprawdę dobrze, a Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz zainkasował za "opracowanie utworów tanecznych kompozytorów polskich" czyli do-kotletową aranżację "Kasztanów".
5. Kraków wczesnych lat 60. szary, bury i ponury, a topografia, jak to zwykle w filmie polskim, leży i wyje z rozpaczy. Pani rejentowa twierdzi, że mieszka na rogu Reformackiej, ale doktor Aksamitowski odwiedza ją w mieszkaniu przy Gołębiej 8, a na Reformacką chodzi z wizytą do pani Wiktorii, która podobno mieszka przy ulicy Długiej. Nie mogę natomiast zlokalizować kamienicy, w której urządzono gabinet Aksamitowskiego. Przez chwilę wydawało mi się, że mieściła się na Długiej przy skrzyżowaniu z Krzywą, ale Google Maps twierdzą, że absolutnie i pod żadnym pozorem. Wątpliwości mam także przy barze mlecznym, w którym pani Edelman spożywa makaron z sosem. Skoro wejście znajduje się narożniku kamienicy, to chodzi o "Górnika" (Dolnych Młynów/Czysta) czy "Pod Filarkami" (Starowiślna/Dietla)? Problemów nie miałem jedynie z dialogiem: "A którędy pan jedzie na ulicę Południową? - Normalnie: Orlą, Tracką...", bo jest kompletnie odczapistyczny.

Instrukcja obsługi żelaznych kulek: jednej nie zepsuć, drugiej nie zgubić.


============
Głos z tamtego świata
1962
Czas:
112 minut
Reżyseria: Stanisław Różewicz
Scenariusz: Kornel Filipowicz, Tadeusz Różewicz
Obsada: Kazimierz Rudzki, Wanda Łuczycka, Tatiana Czechowska, Danuta Szaflarska, Krystyna Feldman, Zdzisław Mrożewski, Maria Homerska, Marta Lipińska, Barbara Modelska, Bolesław Płotnicki

4 komentarze:

  1. Jakże Pan piszesz... Toż tylko codziennie sprawdzać nowe wpisy i spijac każde słowo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, proszę... A w gazetach piszą, jacy to hejterzy lęgną się po internetach. Prasa kłamie! :-)

      Usuń
  2. Jeszcze trochę i zaroi się tu od takich "spijających" indywiduów... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy pochlebca jest na Poliszmuwi mile widziany :-)

      Usuń