2013-07-06

Nie ma takiego numeru [2005]

Jakie czasy, taki Kwinto.

Grupa przyjaciół postanawia obrobić kasyno bedgaja.
- A, to znam. Widziałem w...
[tu następuje wzajemne przekrzykiwanie i kilometrowa wyliczanka tytułów]
Dobra, dobra, a w Koszalinie?

W Koszalinie? Hmm...

No, właśnie.

Melchior jest kasiarzem. Najpierw był klaunem, ale potem w cyrku spotkał człowieka, który grał w squasha, miał trójkę dzieci i sprzedawał alkohole alboco. Melchior ma kolegę, który kiedyś grywał w znanym kabarecie, a w wolnych chwilach zajmował się wymuszaniem haraczy oraz kolegę, który wiele razy zdobył tytuł mistrza Polski w judo, dwa razy był radnym Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego, a raz nawet był wiceprzewodniczącymwicemarszałkiem. Dołączyła do nich osiemnastoletnia trzydziestoośmiolatka zajmująca się aktorstwem w Słupsku, doliniarstwem w scenariuszu i małżeństwem z reżyserem w życiu prywatnym oraz hrabia (dubeltowy, oczywiście) z kucykiem, mówiący grypserą.
W tle przygrywali dżezmeni.

Plan był bardzo skomplikowany - trzeba było zrobić duplikaty dwóch hipertajnych kluczy, z których jeden wisiał na szyi głównego bedgaja, a drugi wisiał na szyi wicebedgaja. Z wyjątkiem momentów, gdy spoczywał w szafce na pływalni, bo przecież tajne przez poufne zostawia się w takich szafkach bez opieki. Po wykonaniu duplikatów kluczy, trzeba było wykonać duplikat oka głównego bedgaja, w celu zademonstrowania systemowi zabezpieczeń skarbca. Wiecie, dno oka, siatkówka, te rzeczy... Duplikaty oka wykonuje zakład usługowy mieszczący się w ruderce w terminie do trzech dni, gwarancja, faktura itd. Nie wiem, z czego wykonywał - z gipsu albo z gutaperki. Ethan Hunt zielenieje z zazdrości, a w tle nadal przygrywają dżezmeni.

Jezdem szalonym nałókowcem i mam domki w Słupsku

Po wykonaniu wszystkich możliwych duplikatów wszystkiego...
- Się włazi i się otwiera?
Nie, się co prawda włazi, ale trzeba jeszcze przeleźć po suficie, żeby specjalnym kodem wyłączyć laserową pajęczynę, a następnie rozwiercić sejf.
- Yyyyy...
 Zapewne chcesz zapytać, po jaką cholerę łazić po suficie, skoro ma się klucze, oko i kody do wyłączania pajęczyny?
- No!
Głównie dlatego, że klawiatura do wyłączania pajęczyny znajduje się za laserową pajęczyną.
- Yyyyyy...
Tak, zupełnie jak z biurem przepustek w starym dowcipie.
- No dobra, a jak to robią bedgaje, kiedy chcą włożyć pieniądze do sejfu? Też łażą po suficie?
Bedgaje robią to... Hm, bedgaje robią to zapewne inaczej.
- A po co rozwiercać sejf?
A jak inaczej dostać się do środka?
- Kamaaan, macie oba klucze, macie gipsowy odlew oka, macie kody do pajęczyny, a do sejfu musicie z wiertarą?
Ale to w Koszalinie się dzieje.
- Ahaaa...

Przygotowania idą pełną parą, lekcji pokera udziela Wielki Szu, uwagę głównego bedgaja odwraca jego własna żona, udająca dystyngowaną 18-latkę oraz przegrywający w pokera hrabia o manierach wozaka. Łażenie po suficie i wiercenie w skarbcu przynoszą efekt w postaci 36 milionów złotych, po skarbcu tłumy włamywaczy łażą w tę i w tamtą stronę, ale pieniądze wynoszą przez specjalnie wykrojoną dziurę w suficie, świeci Mikołajowie biją ludzi, zespół bębnistów drze się głośniej niż bębni, a w tle nieustannie przygrywają dżezmeni.

Mucho sałato

Film jest dziwny. Całkiem zgrabnie kopiuje wszystkie możliwe klisze filmów sensacyjnych, by po chwili walnąć widza na odlew niechlujnością i amatorszczyzną. Nieźle prowadzi narrację, by nagle wyhamować w jakiejś kompletnie odczapistycznej i zupełnie nieistotnej dla fabuły scenie. Potrafi wywołać lekki uśmiech dialogiem, by zaraz potem polecieć tak przeraźliwą bucówą, że uszy więdną, a wrażenie wiochy rośnie, rośnie okrąglutkie. Momentami ogląda się go zaskakująco dobrze, a momentami ma się ochotę wyrzucić monitor za okno i napluć na dymiące na trotuarze szczątki.

Gdyby była to produkcja finansowana ze środków publicznych, zasługiwałaby na łamanie kołem, aspirynę, lewatywę i zawijanie w mokre prześcieradło. Twórcy jednak nakręcili "Nie ma takiego numeru" za pieniądze własne oraz sponsorów prywatnych (niektórzy zagrali małe rólki w filmie), przy pomocy aktorów-amatorów, aktorów-debiutantów i aktorów teatralnych z ośrodków niekoniecznie znanych z wybitnych inscenizacji. "Kto bogatemu zabroni?" - jak mawia przysłowie pszczół, a kino pół-zawodowe zawsze traktuje się łagodniej.

Jakie żądło? To tylko napieprzające zatoki

Aktorsko przeciętnie, ale przynajmniej świeżo - w rolach głównych wystąpili aktorzy teatralni ze Słupska i Koszalina, wparci trójką aktorów Grupy Rafała Kmity: bedgaja gra Bartosz Brzeskot, wicebedgaja Dariusz Starczewski, a jednego z włamywaczy - Piotr Plewa. Z drugiej strony, komedia sensacyjna, w której nie gra Szyckarolakstenkakotmałaszyński już na wstępie zarabia parę punktów na plus... Marcel Wiercichowski radzi sobie z główną rolą całkiem przyzwoicie, zwłaszcza głosowo, Agnieszka Ćwik walczy z wizją męża/scenarzysty/reżysera, każącego jej grać 18-latkę i momentami (dwoma) nawet z ową wizją wygrywa, Bogusław Semotiuk za arystokratę mógłby uchodzić chyba tylko na bezludnej wyspie, Tomasz Wywioł jest sympatycznym filmowym osiłkiem, Piotr Plewa jak zwykle wykrzywia się i śmieje, a widz szczerzy się na widok Jana Nowickiego w roli Wielkiego Szu i Jana Machulskiego w cytacie z Henryka Kwinto. Przez chwilę miga Edward Żentara, przez moment pojawia się Mariusz Pudzianowski, w drugim planie męczy widza Ireneusz Kaskiewicz (dawno oglądany w niedawno opisywanym "Skarbie trzech łotrów")...

Nieszczęściem filmu jest jego twórca, Bartosz Brzeskot. Ilekroć film zaczyna się nieźle oglądać, na ekranie pojawia się grany przez reżysera główny bedgaj i zaczyna się czarna otchłań woniejąca grzybnią - teksty szorują dno dna dna ("Czy ja się ciebie pytam, pajacu, co, kurwa, się tobie wydaje? No to stul mordę!", "Pójdziesz kolego siedzieć, a ja załatwię ci wpierdol, no i codziennie penetrowanie odbytu"), warsztat aktorski odgalopowuje w siną dal, każda sylaba okraszona jest przeraźliwym spastycznym grymasem, każdy spastyczny grymas występuje w towarzystwie sześciu gestów, zezów oraz stęknięć i zamiast w obrabowanym kasynie (niechby nawet w Koszalinie), znajdujemy się w jakieś prowincjonalnej mordowni, a zamiast komedii sensacyjnej oglądamy dramat patologiczny z życia degenerujących się "artystów". Kurczę, napisać całkiem zgrabną intrygę, znaleźć pieniądze na jej realizację, nakręcić film, który momentami jest całkiem przyzwoity, a tak dramatycznie zmasakrować własną rolę i poranić jej odłamkami wszystkich wokół... Rispekt. Naprawdę.

Reżyser scenarzyście aktorem. Bardzo złym.

Mogło być gorzej, choć jak na polski film nie jest aż tak tragicznie, a jak na polski film raczej-offowy momentami jest nawet całkiem-całkiem. W każdym razie jest toto lepsze od "Ciacha".
- Fred, ale drożdże też są...
Mimo wszystko - tylko dla odpornych


Varia
1. Dżezmeni przygrywali muzykę skomponowaną/zaaranżowaną przez znanego skądinąd Sławomira Kurkiewicza (kontrabas), któremu towarzyszyli m.in. Adam Pierończyk (sax) i Michał Miśkiewicz (dr), a w rólce pianisty wystąpił Marcin Wasilewski. Nie, nie ten piłkarz, tylko ten pianista. Co jest logiczne.
2. Bębenkowy zespół Sambal istnieje naprawdę, ale jeśli ktoś widział w akcji Ritmodelię na finale Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, to byle bębnienie wrażenia na nim nie zrobi.
3. Bardzo "siłowy" film - Grubego zagrał Tomasz Wywioł, mistrz Polski w judo, goryla bedgaja zagrał Grzegorz Peksa, strongman o pseudonimie "Dzik Notecki" (leżę i kwiczę jak dzik), w roli sparingpartnera Pitera wystąpił Józef Warchoł, były mistrz świata i Europy w kick-boxingu, o Mariuszu Pudzianowskim już wspominałem. Kurczę, aż strach się czepiać filmu...

Pozycja "na krytyka"



============
Nie ma takiego numeru
2005
Czas: 96 minut
Reżyseria:
Bartosz Brzeskot
Scenariusz: Bartosz Brzeskot
Obsada: Marcel Wiercichowski, Agnieszka Ćwik, Bogusław Semotiuk, Piotr Plewa, Tomasz Wywioł, Dariusz Starczewski, Bartosz Brzeskot, Jan Machulski, Jan Nowicki i inni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz