2013-07-11

Sęp [2012]

 Sęper fidelis czyli ja sobie kina obrzydzić nie dam.

"...iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają"

Z aresztów, więzień, szpitali i sal sądowych znikają co bardziej odrażające jednostki przestępcze. Ktoś na skalę wręcz przemysłową wykrada gwałcicieli, dusicieli, perwertów zbrodniczych i inne ohydne indywidua. Gdy z sali sądowej, z rąk antyterrorystów odbity zostaje zwyrol o ksywce "Diuna"...
- Że niby czytał Herberta?
No, raczej nie wyglądał... Ale autor scenariusza czytał na pewno. Enyłej, gdy na oczach publiczności i w obecności kamer porwany zostaje kolejny zwyrol, szef policji dostaje piany i powołuje grupę specjalną w osobach. Dokładnie mówiąc: w dwóch osobach. Osobą pierwszą jest inspektor Bożek, który A) jest drewniany, B) jest drewniany, C) bardzo. Osobą druga jest nadkomisarz Aleksander Wolin, który A) nie klnie, B) nie znosi, gdy się do niego mówi "Olek", C) słucha muzyki poważnej, D) studiował astrofizykę, E) mieszka w dupnym apartamencie, w którym kazał sobie zamontować dwie wielkie tablice w celu bazgrolenia na nich dziwnych równań, F) nosi ksywkę "Sęp", G) bo jest z wydziału wewnętrznego, H) mamrocze, I) ma kota.

Panie Sławku! Panie Sławku!... I na naszą gablotę!

Nadkomisarz Wolin, dzięki podjętym przez siebie działaniom operacyjnym o charakterze i na styku, otrzymuje wyjście na figuranta, co prowadzi do postawienia hipotez. Hipotezy nadkomisarz stawia na domowej tablicy - najpierw je zapisuje, a potem głośno mówi, co sobie zapisał. W dużym skrócie: wychodzi mu, że zwyroli porywa grupa ludzi.
- Przecież widzieliśmy to na początku filmu! - zgrzytnął zębami Głos Wewnętrzny - Grupa ludzi porwała zwyrola "Diunę".
Ale białe na czarnym wygląda bardziej oficjalnie.

Grupa porywająca zwyroli przetrzymuje porwanych w dziwnych białych pomieszczeniach w celach bliżej nieznanych. Znaczy, nieznanych przez kwadrans, bo jeśli co dwie minuty na ekranie pojawia się albo lekarz od przeszczepów, albo plakat fundacji zagospodarowującej cynaderki po zmarłych, albo "genetyczny bliźniak" inspektora Wolina, czekający na nowe serce, to główny wątek fabuły nie będzie raczej dotyczył uprawiana cukinii, prawda? 

Ale niechże pan nie spoileruje, dobrze?

Nadkomisarz ściga grupę, a grupa ucieka nadkomisarzowi, korzystając z pomocy tajemniczego Głosu W Ciemności, udzielającego jej porad, ostrzegającego, uprzedzającego o niebezpieczeństwach... Głos jest bardzo dobrze poinformowany o działaniach policji, co liczbę podejrzanych zawęża szybko do sześciu osób, potem do dwóch, a ponieważ Głos ów mówi z bardzo charakterystyczną manierą, urządzenia zniekształcające barwę i ton są o kant roztłuc -  po 20 minutach wiadomo, kto kabluje porywaczom i połowa intrygi idzie się króliczkować w krzakach.

Ścigana grupa, żeby odsunąć od siebie podejrzenie organizuje bardzo zawikłaną akcję z użyciem trzech zwyroli, dwóch mafiozów, kanałów, telefonów i cholera wie czego jeszcze. Minuty lecą, kołki do zawieszania niewiary wystrzeliwują ze ścian, nadinspektor Wolin pisze na tablicy i czyta co napisał, a podane rozwiązanie nie jest rozwiązaniem, o czym wie każdy zerkający na zegarek (taki odruch znudzonego widza) i orientujący się, że to dopiero połowa filmu. 

...gdzie iks równa się kwadratowi ewentualności logarytmu dzielonej przez pierwiastek przypuszczenia.

Druga połowa filmu przewidywalna jest jak polska piłka nożna, Na dzień dobry twórcy w żenujący nieco sposób dekonspirują nam drugiego oberspiskowca i pozwalają ułożyć całego puzzle'a godzinę przed końcem filmu, inspektora Wolina zamieniają w orła cień, który potrafi być równocześnie na chodniku przez Pałacem Kultury i sześć pięter nad tarasem widokowym tego Pałacu, demonicznemu pułkownikowi, dowodzącemu zwyroloporywaczami, każą odgrywać panią Halinkę z dziekanatu i hurtowo walić pieczątki na papierkach... Że niby faktury "za porwanie zwyrola - pińcet, za karmienie zwyrola - szesset"?... Im bliżej końca, tym głośniej słychać stukot kinowych foteli, więc twórcy coraz dramatyczniej próbują zatrzymać widza: a to wetkną jednej postaci bohaterowi rurę w płuco (co nadzianemu wcale nie przeszkadza w rozmowie i chichotach), a to Annie Przybylskiej każą biust pokazać, a to wreszcie nadinspektorowi każą rozwiązać "równanie nieśmiertelności"...
- Życie... - bazgroli nadinspektor, pisz(cz)ąc kredą po tablicy - równa się... życie.
- Lajf! - rechotnął złośliwie Głos Wewnętrzny - Lajf is lajf!
- Nannaa nanana! - dołączyła Opinia Publiczna, unosząc w górę opadnięte uprzednio ręce.

Panu Henrykowi przebój utkwił w pamięci i nie dawał się wyrwać.

W tym momencie kończy się jakakolwiek sensacyjność - akcja leży, fabuła popełnia samobójstwo "uduszeniem przez pończoszkę", a twórcy okładają widza dostojewszczyzną. Schwarzenegger chwyciłby pod pachę ckm i wystrzelałby pół województwa, u Tarantino inspektor Wolin wyciąłby drugie pół sierpem ("choć kosą ludkowie, prędzej"), u Michaela Manna zderzyłyby się manhunter, hangover i cliffhanger, a my oglądamy polski film sensacyjny: dylematy gonią rozterki, pytania graniczne kopią odwieczne konflikty, logika daje z liścia etyce, a "Czymże jest", "Jest-li w istocie" i "Czyliżem zamarzył" tańczą w kółeczku. Do pełni szczęścia brodatego inteligenta w cfeterku z lat 70. brakuje tylko jakiegoś rozmemłanego samobójstwa.
...
JEB!
Dziękuję, kuźwa, uprzejmie oraz bardzo.

"W głębi jakiś pan łysawy adresuje list, a bliżej
gość wbił w sufit wzrok kaprawy i pocztowy znaczek liże."

Film miał zadatki i nawet sporo tych zadatków było. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że równie wiele, co dziur i prymitywnych wtop typ: "Panie Zenku, cholera, ten wypadek nie wypalił... pan dobije aktora rurą, dobrze?" Parę fragmentów, które nawet-nawet zaczynały wciągać, zgrabne poruszanie się w kryminalnej konwencji, próby nawiązania do klasyki "CSI-izmu", Przyzwoite zdjęcia (wreszcie filmowe "ciemności" nie były czarnym kwadratem na tle czarnego kwadratu), muzyka zespołu Archive - co prawda "podchodzą mnie wolne numery", ale tym razem bardziej podeszły mi te dynamiczniejsze. Żeby jednak moje uszy nie cieszyły się za bardzo, dźwiękowcy urządzili im prawdziwy rollercoaster: najpierw aktorzy mamroczą i dudnią cichutko, potem muzyka ryczy, następnie znowu niezrozumiałe szepty i szemrania... i znowu JEBUDU muzyką. Na deser dostajemy zwykłe filmowe niechlujstwo.
- O co im chodzi? - pyta główny bohater nad śmiertelnie zgrillowanym zwyrolem.
- "O co im, kurwa, chodzi?" - poucza go kolega - Tak by powiedział prawdziwy pacjent.
- Dlaczego, kurwa, pacjent? - dziwi się Opinia Publiczna.
Dlatego, że pan Olbrychski, nie zapamiętał tekstu, w którym wyraźnie stało "policjant", a pan Filip Krzemień przepuścił to przy pracy nad dialogami, choć robił je dwa razy i płacone też miał podwójnie. Ewentualnie wyłapał, ale nikomu już się nie chciało poprawiać. Nie pomogła też maniera Michała Żebrowskiego, barytonowo mruczącego pod nosem, co powodowało, że przyczepiony mikrofon wpadał w wibrację i nagrywał głównie "dądądądą".

Kołyby buw Lach, to by buw oreł, a nie sęp.

Momentami dało się usłyszeć całkiem zgrabne dialogi - niestety, brakowało aktorów, którzy umieliby je podawać. Egzamin zdali jedynie Mirosław Baka, Piotr Fronczewski i Andrzej Grabowski, bo zjadliwe pyskówki Henryka Talara zamordowano tempem podawania. Reszta mogłaby się nie odzywać i byłoby to z pożytkiem dla filmu.

Aktorsko  - poniżej przeciętnej. Michał Żebrowski znowu był mdły jak mamałyga, Daniel Olbrychski znowu zagrał jak boazeria dąb "Bartek". Paweł Małaszyński to Paweł Małaszyński - "wyżej nerek nie podskoczysz, sam pan wisz", a kiedy już naprawdę nieźle coś zagrał, to była to akurat jedna z durniejszych scen filmu (kurwujący non-stop wielbiciel hip-bluzg-hopu przechodzi przemianę artystyczno-moralną pod wpływem "Requiem" Mozarta), Anna Przybylska miała być ładna i pokazać biust - no to była ładna i pokazała biust, ale jej postaci w filmie mogłoby nie być i wyszłoby mu to tylko na dobre, Andrzej Seweryn robił swoje, Andrzej Grabowski w jednej koszuli przez cały film grał solidną wariację na temat "Gebelsa", Mirosław Baka był solidny jak zwykle, a Piotr Fronczewski pokazywał klasę, zwłaszcza  w niuansach. 

Powinien pan przeczytać Feruccio Mantovaniego "L'influenza della femini alle froze creative del grandi artisti"

Sporo pochwał padło w recenzjach pod adresem aktorów grających zwyroli. Sprzeciw. Jedynie Lech Łotocki się wyróżniał - reszta grała sztampą i szarżowała straszliwie (syndrom Nieznanego Aktora - "mam pięć minut, muszę pokazać wszystko, co umiem, proszę odsunąć się od krawędzi peronu").

Słabizna, choć jak na polskie kino - stany średnie (jak to było w "Kochaj albo rzuć"? "Nisoka middle class"?), a gdy się pomyśli, że był to debiut filmowy reżysera teatralnego, to można nawet owego reżysera pochwalić. Ale i tak szkoda ponad dwóch godzin życia na oglądanie. Może gdyby skrócić film o połowę albo zrobić z tego mini serial (dwa-trzy odcinki)... 


Varia
1. Paweł Małaszyński: "Przyznam, że musiałem go przeczytać ze trzy razy, żeby zrozumieć całą tę zagadkę i zawiłość 'Sępa'". A nie mówiłem, że Paweł Małaszyński to Paweł Małaszyński?
2. Konsultacja antyterrorystyczna była trzyosobowa, samochodowa i ds. ruchu drogowego - siedmioosobowa. Konsultant medyczny był jeden, a naukowego nie było wcale. Było widać... zwłaszcza gdy bohaterowie oglądali gwiazdy na niebie w czasie ulewy.
3. Główny bohater studiował astrofizykę, na imię ma Aleksander, a w charakterze prezentu rozdaje książki napisane przez niejakiego Wolszcza. Miało być zabawnie, wyszło trochę drętwo.
4. Dofinansowanie z PISF otrzymał z puli "znaczny potencjał frekwencyjny". Film obejrzało 587 tysięcy widzów. W ponad trzydziestomilionowym państwie i przy potężnej reklamie.
5. "Konforming - Martyna Laskowska". Łonderment - AJK.

Pióro silniejsze od miecza, ale i ołówek niewiele słabszy

============
Sęp
2012
Czas:
127 minut
Reżyseria: Eugeniusz Korin
Scenariusz: Eugeniusz Korin
Obsada: Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Anna Przybylska, Paweł Małaszyński, Piotr Fronczewski, Mirosław Baka i inni
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 zł (produkcja) plus kilkanaście tysięcy na promocję za granicą

6 komentarzy:

  1. Przeczytałem punkt piąty i wciąż nie mogę downioskować czy pani Laskowska formowała coś obok, czy też wespół wzespół?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istnieją także teorie, że pani Martyna potwierdzała zgodność czegoś z czymś, odreagowywała "Inne pieśni" kon-morfując ewentualnie, że konfirmując odpowiadała za filmową logikę, a narozrabiały literówki.

      Usuń
  2. Ło mamo, Kierownik się jednak porwał na oglądanie tego badziewia... Podziwiam odwagę, ale jakoś nie zazdroszczę przeżyć ;)

    Czy może przy okazji Kierownik podać te fajne wątki, które miały potencjał, etc.? Bo ja ni czorta sobie żadnego przypomnieć nie mogę. Może dlatego, że bezsens fabuły, miałkość postaci (z których chyba każda mogłaby ilustrować hasło "Mary Sue" w encyklopedii) i "poziom" aktorstwa szybko wprowadziły mnie w stan okołośpiączkowy...

    No dobra, Grabowski i Baka nie zeszli poniżej swojego zwyczajowego poziomu, chwała im za to. Za to Fronczewski jakoś mi w ogóle nie pasował do filmu, nie wiem czemu.

    W ramach P.S. wywołany przez Kierownika przerywnik muzyczny: http://www.youtube.com/watch?v=LZxE0ttCLnM :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porywanie zwyroli z przeznaczeniem na części zamienne nie miało potencjału? I to tak fantazyjne? Policjanta-naukowca z tablicą też można by było fajnie rozegrać. Sam motyw nasuwania jednej tablicy na drugą to niemal samograj, wystarczyło tylko wymyślić "myk", który ujawniałby Mroczny Sekret właśnie dlatego, że tablice mijałyby się i nagle jakieś dane nagle lądowałyby obok siebie. Oj, nawet sami zwyrole byli do wykorzystania - mieliśmy w polskim kinie jakieś seryjnego mordercę ze szmerglem religijnym? Brać i kręcić.

      Za Laibacha dzięki - zaraz potem "odtrułem się" oryginałem w wykonaniu zespołu Opus (ech, teledyskowy kicz lat osiemdziesiątych jest nie do przebicia) :-)

      Usuń
  3. Był taki film z Van Dammem jako policjantem prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczych zgonów więźniów, których, jak się okazało, też pewna szajka przeznaczała do recyklingu. Van Damme, jak to on, malowniczo kopał po ryjach i równie malowniczo był kopany, tyle że jeśli z jednej strony mieliśmy bandę zwyrodnialców i morderców, a z drugiej uroczą starszą panią czekającą na przeszczep wątroby, to jakoś trudno było wzbudzić w sobie współczucie dla tych pierwszych... No ale tak czy inaczej uwielbiam ten film między innymi za sceny, jak to Van Damme obrywa kluczem francuskim w podstawę czaszki, pada, wstaje, otrzepuje się i leci dalej... a Główny Zły wpada do rozpalonego pieca ale wyłazi z niego i dalej goni Van Damme'a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, proszę - czyli da się ;-)
      Chociaż, czy motyw z wyłażeniem z pieca nie jest już nieco zgrany? Bo jakbym już to widział. Zaraz... Rozalka nie wyszła, Baba Jaga nie wyszła... Arnold w "Terminatorze"? Nie, on nie z pieca, on z pożaru ciężarówki. Znaczy, nie jest zgrany.

      Usuń