2013-08-27

Syberiada polska [2013]


Stary Gepetto czuł się bardzo samotny, wziął więc siekierkę, hebel i wystrugał sobie film. 

Ratuj się kto może! Kto nie może, tego niech ratują sąsiedzi!

Rodzina Jana Doliny...
- Ja kapral, nie oficer.
...składała się z samego Jana Doliny, żony Jana Doliny, starszego syna Jana Doliny, młodszego syna Jana Doliny i kobyły (sprawdzić, czy inflanckiej). Kobyła Jana Doliny się oźrebiła, starszy syn Jana Doliny sprawiał wrażenie niezbyt sprawnego na umyśle i ciągle dyszał, a zachodni sąsiedzi runęli żelaznym wojskiem. Wschodni sąsiedzi też runęli wojskiem, ale nie żelaznym, tylko zielonym, ubranym w bardzo ładne mundury, całkiem przyzwoicie uzbrojonym, umytym, ogolonym, a połowa miała nawet spodnie wyprasowane w kant.
- Nieprawda! Czytałem, że...
Ot, widzicie, towarzyszu widzu, jak was reakcyjna literatura oszukiwała, sącząc jad i miazmaty? Niech to będzie dla was nauczką.

Rodzina Jana Doliny spędzała czas na uśmiechaniu się do siebie i dotykaniu twarzy. Jan Dolina dotykał twarzy żony Jana Doliny, żona Jana Doliny dotykała twarzy młodszego syna Jana Doliny, a starszy syn miał wielką ochotę dotknąć twarzy czarnowłosej Celiny Bialer, ale ponieważ był nieśmiały (czytaj: ONR walczył, ONR czuwał, ONR Polskę wykuwał), ograniczał się do dotykania twarzy konia. Wzajemny touching przerwali wschodni sąsiedzi, którzy poprosili grzecznie, by rodzina Jana Doliny spakowała się prędziutko i opuściła pomieszczenie pracownicze.

Gry i zabawy ludu polskiego

Rodzina Jana Doliny przewieziona została do obozu pracy w Celestynowie pod Warszawą.
- Gupi, to była Syberia!
Na Syberii zimą jest zimno. Para z ust idzie, śnieg skrzypi, ludzie zamarzają, a nie łażą z gołymi nogami, żeby tylko na nogach się skupić i o goliźnie w wyższych partiach nie wspominać. I tajga jest bezkresna, nie przesłaniają jej słupy, druty i inna cywilizacja.

Życie w Celestynowie było w sumie znośne. Szerokie przestronne baraki, grama kurzu, grama brudu, czyste białe koszule, biały chleb, papieru i kartonu do rysunków skolko ugodno, wysokie skórzane buty, błyszczące po całym dniu pracy, błyszczące miski i nawet porcelana się trafiała. W dodatku można było z tego obozu wyjść w dowolnej chwili i pójść heeeen, do Buriatów, pooglądać dwudziestopierowszowieczne samochody jeżdżące dookoła cerkwi. I poszedł Jan Dolina oglądać samochody, i Fiedosiej poszedł, a potem wrócili i wszyscy cieszyli się bardzo.
Tylko komendant był wredny.
- Ja was Paliaki, nie-na-wiiiiżu - cedził powoli, bo każdy zły Rosjanin w polskim filmie cedzi powoli - Ojcaście mi skłuli pikami, ułany wasza mać.
- Ja kapral, nie oficer - poinformował go Jan Dolina, głupio trochę, bo przecież wiadomo, że jeśli ktoś ojca skłuł piką, to właśnie kapral, oficerowie albowiem nie mieli pik na wyposażeniu.

Kuracjusze turnusu pierwszego  w pieśni "Płonie ognisko i szumią knieje"

Oficer nazwiskiem Sawin nie lubił Jana Doliny i robił mu wbrew, ukraiński brygadzista zakochał się w Polce i robił jej dobrze statystyką, Sonia Bohosiewicz barłożyła się z NKWDzistą, robiąc za wschodnią wersję pani Walewskiej (zamiast Galicji dostawała tuszonkę dla zesłańców, zamiast białostockiego - chleb, a zamiast ziemi dobrzyńskiej - orgazm). Praca rodziny Jana Doliny była trudna i odpowiedzialna: mieli stać przed kamerą i wykonywać możliwie najdurniejsze czynności: piłować drzewo stojące na środku planu filmowego (a reszta ekipy w panice uciekała przed walącym się pniokiem), chwytać piłę za brzeszczot i ciągnąć ją prostopadle do kierunku piłowania... No, takie tam normalne czynności łagrowe z częstą przerwą regeneracyjną. W chwilach wolnych od roboczego trudu Dolinowie dotykali swoich twarzy, a zabawa ta tak się wszystkim spodobała, że też zaczęli dotykać: Matka Polka dotykała twarzy mundurowych (znaczy, twarzy też), pielęgniarka w śnieżnobialym fartuchu dotykała twarzy starszego syna Jana Doliny, brygadzista dotykał twarzy Celiny...
- Przy ustach dłoni chwiejny gest. Tak, to Celina, Celina, Celina jest!
Celina dotykała twarzy brygadzisty... Nawet zły komendant Sawin zaczął dotykać twarzy młodych Doliniaków swą kombatancko-drewnianą protezą dłoni.
- O, proszę! Oprawcy bili narzędziem tępojakimśtam!
Dotykać. Naprawdę. Pieszczotliwie. Choć, oczywiście, z wrednym enkawudowskim podtekstem. 

W co się bawić, w co się bawić..

Życie w obozie pod Celestynowem toczyło się spokojnym rytmem: praca, dotykanie, twarzy, praca, dotykanie twarzy... Czasem tylko zawiał wiatr od morza i ludziom zaczynało odbijać. A to Jan Dolina latał po gumnie i ryczał: "Ludzieeeee! Zdechniemy!", a kiedy wszyscy wystarczająco poczuli grozę historii, zmieniał repertuar na "Ludzieeeee! Amnestiaa!" A to Matka Polka zaczynała latać po śniegu, gubiąc w zaspach bieliznę i pijanych NKWDzistów, a to młody Doliniak wybałuszał oczy i dyszał, a to scenarzysta szedł po bandzie, najpierw ucząc dzieci antysocjalistycznych wierszyków, a potem każąc im wywrzaskiwać te wierszyki Swieckiej Vlatti w twarz
- Że komu?
Swieckiej Vlatti - tak mówił młody Doliniak, kiedy szantażował złego kapitana Sawina.
- Własti! Sowieckiej własti!
Nie nudź, to była długa kwestia, aktor mógł nie zapamiętać, a kartka "poprawić w postsynchronach" zaginęła w wojennej pożodze.

W końcu uczestnicy turnusu w Celestynowie zostali zwolnieni z obozu. Od razu zobaczyliśmy różnicę. Póki żyli w łagrze, koszule mieli czyste, waciaki jak spod igły, żadnej plamki, daszki czapek błyszczały jak wojskowe buty Jana Doliny,...
- Ja kapral, nie oficer.
...manikiur zrobiony, no, Ę-Ą i kultura. To pewnie dzięki strażnikom z NKWD, dającym przykład wyprasowanymi mundurami, nowiuśkimi kożuszkami w ujutnym odcieniu ecru, zadbanym uzębieniem, dyskretnym zaczesem itd. Ledwo Polaków puszczono na wolność - BĘC: plama, dziura, cera (ziemista zazwyczaj), buty rozlazłe, gacie pęknięte, brud, smród, zacofanie. Ech, wypuść inteligencką swołocz spod opieki cywilizacji - zaraz się zdegeneruje i zdeklasuje.... Tylko manikiur wszyscy mieli nadal staranny, co szczególnie było widać w licznych scenach dotykania twarzy. W prywatnym rankingu filmowego manikiuru wygrywa rosyjska pielęgniarka łagrowa, przed Jewrejką po 16 miesiącach ostrej tiurmy i Janem Doliną po dwóch latach na wyrębie.

Panie, 16 godzin charakteryzowali mnie na wróżkę Latrynę z "Facetów
w rajtuzach", kto by o dłoniach pamiętał?

Long story short: Polacy dzielnie bronią narodowej tożsamości, dotykają swoich twarzy, knowania NKWD zostają udaremnione, kapitan Sawin ma się z pyszna, jeszcze bardziej nienawidzi Polaków i już nie dotyka ich twarzy kombatancka protezą w czarnej rękawiczce, Celina Bialer poświęca swoje zasymilowane uczucie na ołtarzu pojednania między narodami, Jan Peszek kopie w kalendarz, oddziały Grup Rekonstrukcyjnych galopują przez ekran, wrzeszcząc "Bystra!"...
- Woda? Wodzicka? Hej, do Janicka?
...fani big-bitu wyróżniają się okrzykami "Bystr-jeje!", zakończenie filmu przebija wszystkie możliwe bandy i szybuje w otchłani drwiącego rechotu, a nad wszystkim unosi się kamerzysta na motolotni, choć w fakturach jak byk stoi, że pan ma helikopter. Znaczy, w każdej chwili może pan mieć.
- Mogę mieć. Z tym, że godzinę wcześniej muszę o tym wiedzieć.
- Więc moim zdaniem, po co mamy trzy razy przepłacać, jeśli mamy tu faceta i on sobie też zarobi. Teraz tak: słomę załatwiłem spod Koszalina z PGR-u, a do środka można dać. To społecznie, tak że nic nas nie kosztuje, a co ważne - taśmę będę miał z nadwyżek, więc się nakręci filmik i też nas nic nie będzie kosztowało. Tak, że jesteśmy do przodu na tym jakieś sto osiemdziesiąt tysięcy.
- Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach!

Film jest zły. Nie, nawet nie "zły" - jest cienki jak dupa węża, toporny jak balet w wykonaniu plutonu pijanych czołgistów, naiwny, nieudolny, prostacki i... kurde, słów brak. Młodzież w takiej sytuacji mówi, że coś jest "daremne". No to ten film jest "daremny". Centralnie. Łagiernej grozy - zero. Realia - zapomnijcie. Mrozu - ni chu-chu. Dramaty - z tektury. Tragizm historii reprezentują przyklejone na ekranie daty: 01.09.1939, 17.09.1939, 09.05.1945. Postacie przesuwają się po ekranie jak na rolkach, a swoje kwestie równie dobrze mogłyby mieć wypisane na kartonikach. Może nawet lepiej, gdyby miały wypisane, bo wtedy widz wiedziałby, co mają do przekazania - kiedy mówią, to albo nie słychać, albo nie widać, albo - co gorsza - widać i słychać i to już jest żałosne (scena, w której aktor pokazuje trzy palce, ale widać, że mówi "dwie", a poprawki w postsynchronach rozjeżdżają się z obrazem).

No weź, młody... tak dawno nie dotykałam twarzy. Mięśnie palców mi wiotczeją.

- Godzisz i podważasz, ancykryście i antyPolaku, to pierwszy film o martylo.. myrtaro... mortadelo...
...tam pierwszy. Pierwsza była "Cynga" Leszka Wosiewicza (1991!), potem było "Wszystko co najważniejsze" i oba te filmy wciągają "Syberiadę" lewą dziurką, a wysmarkują prawą. Pod każdym względem: osadzenia w wielkiej historii, realiów, scenariusza, gry aktorskiej itd. "Syberiada" wygląda przy nich jak drwina z kina, jak odpad przemysłowy po kinematografii lat 30., jak praca dyplomowa studenta Wyższej Szkoły Bogoojczyźnianego Wideofilmowania przy Jeszcze Wyższej Szkole Tego, Owego i Administracji.

- Ale prawda o męczeństwie Polaków! Widziałeś krzyże?
Nie tylko widziałem, ale sam się parę razy przeżegnałem w czasie seansu. Z przerażeniem i dla odczynienia uroku.
- Są wywózki! Są złe Ruski! Zbrodnicze NKWD jest! Prawda historyczna!
W "Iron Sky" są źli naziole, łomoczący parademarschem i krzyczący "Sieg Heil!" Ale to jeszcze nie znaczy, że mam uwierzyć, iż przetrwali wojnę na Księżycu i chcą najechać Ziemię, prawda?

Demaskujemy kapitalistyczne kłamstwa o warunkach higieniczno-żywieniowych!

Klasyka polskiego kina. Siekierą, łopatą, przez megafon, a wszelką krytykę zgasimy, zasłaniając się trupami, męczeństwem i dramatycznie uzasadnionym ojczenaszkiem. Tyle wystarczy, więc resztą nie trzeba się przejmować, można odwalać amatorską partaninę, widza można mieć w dupie, a frekwencje zrobią szkoły. Przestarzała słabizna na poziomie scenariusza zderzyła się z niechlujstwem scenografów, gorzej niż przeciętną reżyserią i... Pamiętacie klasyka: "Dwie gołe baby kąpały się w jednej wannie. W pewnej chwili zderzyły się tyłkami i to tak klasnęło, że nie macie pojęcia!"? No to w "Syberiadzie polskiej" nawet nie klasnęło. Nie tylko dlatego, że goła baba była jedna. Goła patriotycznie, oczywiście.

Aktorstwa nie ma. Adam Woronowicz stara przez chwilę, ale potem przestaje, bo i tak nie ma co grać, robi więc po prostu swoje i unika kamery jak może. Urszula Grabowska jest ładna i gra Stanisławą Angel-Engelówną (bardziej Angel), Andriej Żurba ambitnie próbuje, ale spróbujcie zagrać plastikową mydelniczkę... Agnieszka Więdłocha gra to samo, co w "Czasie Honoru" ("dzień dobry, jestem Żydówką, umiem wybałuszać oczy z przerażeniem i bezradnie się uśmiechać") i gra tak samo słabo, a Paweł Krucz, grający młodego Doliniaka, powinien dostać nagrodę dla najgorszego aktora dekady za stosowanie wyłącznie dwóch środków wyrazu: ataku astmy w scenach dramatycznych i ataku niewerbalnego Tourette'a w scenach romantycznych. Wielką przyszłość widziałbym dla niego w tureckich horrorach, ale mam smutną świadomość, że zobaczę go jeszcze w wielu polskich produkcjach. 

Główny bohater zapadł na Post Patriotic Syndrome

Szczytem wszystkiego są sceny, w których aktorzy grają cierpienie. Wiecie, jak się gra cierpienie u Janusza Zaorskiego? Trzeba chwycić się za głowę i odkręcać ją sobie w obie strony, czasem układając usta w szerokie "E", ale zawsze zaciskając powieki. Proszę, ćwiczymy... O, pięknie. Tylko pani w zielonym powinna dołożyć trochę charczenia, a pan z loczkiem - mocniej ścisnąć sobie głowę... O, tak. To był żywy obraz pt. "Ciepiący patriota w syberyjskiej głuszy ze świadomością, że Żołnierze Wyklęci, Jezus, Maria i Krzyżacy!"

Nie warto. Nawet, gdyby potraktować "Syberiadę polską" jako mimowolną komedię, po 40 minutach człowiek się czuje, jakby drwił z inwalidy, po godzinie nie ma się już z czego śmiać, po 80 minutach orientuje się, że do końca jeszcze solidny kawał czasu, a znieczulacze się kończą, po 95 minutach rzuca jobami, a po 110 minutach wczepia się zębami w blat biurka, rzężąc, że jeśli tyle obejrzał, to już wytrzyma ten kinematograficzny łagier do końca. Niektórym się udaje. Reszta zostaje z pragnieniem dotknięcia kogoś w twarz. Z rozmachem. 

Touching - syberyjska odmiana łomżingu


Varia
1. Autorem powieści, na której oparto scenariusz jest Zbigniew Domino. Figura - łagodnie mówiąc - ponura. Bardzo łagodnie mówiąc. Naprawdę w całej polskiej literaturze łagrowej nie było książki jakiejś mniej obrzydliwej postaci? Bo lepszych książek o tej tematyce jest przecież na kopy i na życzenie, bez googlania, lecę -dziestoma tytułami. "Co skłoniło Podstolinę..." A zresztą, wolę nie wiedzieć.
2. Janusz Zaorski w przerwach między mękoleniem, że państwo nie chce mu dać pieniędzy, pieniędzy, jeszcze więcej pieniędzy, nadymał się, że "Syberiada Polska" jest pierwszym filmem kręconym na Syberii. "Kręconym" to lekka przesada - trzy sceny, sześć przelotów motolotnią... przepraszam, oficjalnie helikopterem, panoramka, pejzażyk, pan się przejdzie, panie Adamie tam... teraz tu...
- Ale to jest kilkaset tysięcy!
- Zapłacimy! Zapłacimy! Film zrobi na zlecenie instytucja i zapłacimy. Rachunki mam z Cepelii na dwieście osiemdziesiąt tysięcy - zapłacimy! I nie sprzedamy misia żadnemu muzeum, nawet Narodowemu za milion!
3. Muzykę napisał Krzesimir Dębski. Jest bardziej kiczowata niż film. Ba! jest bardziej kiczowata niż czcionka, użyta do napisów, a czcionka ta jest kiczowata bardzo. Takie trochę menu baru mlecznego wypisane krwiomibliznom.
4. "Sami swoi" - za II reżyserów robią Janusz Petelski, Joanna Passendorfer, Elżbieta Latałło-Górecka. A współscenarzysta Maciej Dutkiewicz jest członkiem Polskiej Akademii Filmowej. Rany boskie marksistowskie...
5. Czas jakiś temu Jerzy Hoffman wyhaczył z PISF 84 000 na "rozwój projektu" pt. "Syberiada". Czy zbieżność tytułów przypadkowa, czy nie - nie udało mi się dowiedzieć.
6. Wg strony internetowej PISF film kosztował 6 mln, a PISF dał 2,5 mln. Media donoszą tymczasem, że kosztował 10 mln, a PISF dał 4,5. Ciekawa rozbieżność.

Pani Eulalia obejrzała film i zareagowała Malczewskim


============
Syberiada polska
2013
Czas:
125 minut
Reżyseria: Janusz Zaorski
Scenariusz: Maciej Dutkiewicz, Michał Komar
Obsada: Adam Woronowicz, Sonia Bohosiewicz, Andriej Żurba, Paweł Krucz, Igor Gniezdiłow, Natalia Rybicka, Jan Peszek, Agnieszka Więdłocha, Waleria Guliajewa i inni
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 (produkcja), 65 000 (promocja w Rosji), 13 950 (promocja na Ukrainie)

2013-08-23

W sypialni [2012]

- A on mówił, mówił, mówił i mówił...
- O czym mówił?
- Tego nie powiedział. 

Kobieta na skraju załamania nerwowego

Kobieta na ekranie ma problem. Na początku nie bardzo wiadomo, jaki to problem, ale widać, że wielki, bo emocje wychodzą kobiecie na oblicze i urządzają sobie bitwę pod Grunwaldem. Chwilę potem z problem z kobietą mają inni - usypiani przez kobietę przy pomocy pigułki, okradani z kiełbasy podwawelskiej, gotówki i intymności

Kim jest kobieta, dowiadujemy się stopniowo, choć cała nasza wiedza ujęta jest w "zapewne" i "prawdopodobnie". Prawdopodobnie rzuciła swoje mieszczańskie życie ("domek z ogródkiem i garaż i auto, że każdy, co nie miał, zaraz by mieć chciał to") i zapewne miała ku temu poważny powód. Zapewne brakuje jej pieniędzy, skoro podjada w marketach, nocuje w coraz bardziej podrzędnych hotelach, a w końcu w samochodzie zaparkowanym gdzie-bądź. Pomysł ogłoszenia w portalu powiedzmy-że-randkowym jest objawem desperacji - emocje na obliczu przełamują Łuk Kurski i Wał Pomorski, ale z biegiem czasu ten sposób zarobkowania zaczyna stawać się dla kobiety normalny. Mieszkania uśpionych mężczyzn przeszukuje coraz sprawniej, na internetowych czatach czuje się coraz swobodniej, a pytanie "Co się stanie, gdy zabraknie jej pigułek nasennych albo któryś z klientów nie zechce wypić drinka doprawionego Morfeuszem?" zostaje ominięte przez scenarzystę, który w ostatniej chwili na drodze kobiety stawia drewnianego mężczyznę z uczuciami. Mężczyzna jest miły, drewniany, troskliwy, drewniany, wrażliwy, drewniany i drewniany, kobieta odzyskuje życiową równowagę, przeżywa życiową przygodę, podejmuje życiowe decyzje...

Nic nie mówię, bo cysiam cukierka, Kwaskowego, żeby oczy do ciemności przywykły.

W walce formy z treścią wygrała forma, przerastająca treść o trzy głowy, a zakochanie reżysera we własnym scenariuszu mordowało każdy przejaw klimatu. Obserwujemy desperacką walkę kobiety z rzeczywistością, jej ledwo powstrzymywaną histerię, dygot emocjonalny, gdy daje pierwsze ogłoszenie i ledwo jest w stanie wydukać słowo, o jakiejkolwiek uwodzicielskości nie wspominając, bo jakże może być uwodzicielska kobieta, która od paru dni mieszka w samochodzie, a gdy się myje to raczej dość pobieżnie, bo co można zrobić przy pomocy półlitrowej mineralnej?
- Ładnie pachniesz - mówi chwilę potem Grucha.
- Grucha, ty zwyrolu - jęczy widz, który ma wyobraźnię, a zresztą tu nawet nie trzeba wyobraźni, wystarczy się przejechać komunikacją miejską.

Chwyciła "Gruchę" za jabłko

I te teksty...
- Nie wierzę ci
- Dlaczego?
- Po prostu ci nie wierzę.
Rąsia. Ja reżyserowi/scenarzyście także nie wierzę, zwłaszcza, kiedy karmi mnie dialogami typu
- Dlaczego mi to mówisz?
- Nie wiem.

- Co?
- Nico.
- O co ci chodzi?
- O nic.
/kino moralnego niewiadomokuźwaczego/

- A ty ile miałeś dziewczyn z internetu?
- Parę setek.
- Chyba parę sretek.
 /Mistrzem Ciętej Riposty nadal pozostaje wujek Staszek/

Zosieńka otwarła okienko, a wojsko biało-czerwone śpi

Pierwsza część filmu ma przynajmniej jakiegoś emocjonalnego kopa, Katarzyna Herman gra fantastycznie, nawet kiedy nie ma absolutnie nic do zagrania, potrafi wycisnąć ze sceny maksimum plus jeszcze trochę, każdym mięśniem twarzy, każdym spojrzeniem oddaje dziesiątki uczuć, ale kiedy na ekranie pojawia się Tomasz Tyndyk... Przez czterdzieści minut oglądamy gościa, który wie, że ma bardzo ładne rzęsy, więc trzepocze nimi słodziutko, ale nie wie, że nie umie grać, więc... więc trzepocze rzęsami słodziutko i głosikiem wzorowego ucznia recytuje kolejne kwestie. Prawidłowo artykułuje głoski, prawidłowo akcentuje i stawia pauzy, ale na kilometr wieje od niego sztucznością i szkolną akademią. Gdyby zamienić rolami Mirosława Zbrojewicza i Tomasza Tyndyka, ten pierwszy może byłby w stanie partnerować Katarzynie Herman, a tego drugiego nawet byśmy nie zapamiętali (i słusznie). Niestety, Zbrojewicz zagrał epizod, a my musieliśmy się męczyć z aktorem o ekspresji misiów Haribo - słodkich, kolorowych i mdłych.
Na ekranie pojawiają się jeszcze Janusz Chabior (jak zwykle kazano mu grać buca i jak zwykle zagrał go dobrze) i Agata Buzek, w przypadku której jeden z recenzentów użył określenia "kunszt aktorski", choć nie wyszła poza umiejętności potrzebne w na II roku studiów. Nie, żeby nie umiała - po prostu nic więcej w jej epizodzie nie było potrzebne.

- I co?
- Nie wiem, kurwa, co!
- Tak myślałam.
Ja miałem nadzieję, że reżyser "wie, kurwa, co". Myliłem się. Ładne zdjęcia, ciekawe ujęcia - tyle zostaje. Niestety, film to nie album do postawienia na półce ani plakat do powieszenia na ścianie. 

Kobieta po przejściach, mężczyzna... znając polskie kino, niestety, z przyszłością.

Dylemat - jak połączyć twarde "szkoda czasu" z "warto zobaczyć dla świetnej gry Katarzyny Herman"? Hmm, może tak: można zobaczyć pierwsze 40 minut, ale od momentu pojawienia się słodziutkiego Patryka z zarostem oglądacie na własną odpowiedzialność/ryzyko i pamiętajcie, że ja odradzałem.


Varia
1. Muzykę napisał Leszek Możdżer. Nie razi, nie zachwyca, nie zapada.
2. Film obejrzało dotąd 1.942 widzów. Dwa razy więcej niż "Ixjanę". Tylko dwa razy więcej.
3. - ..."Tramwaj zwany pożądaniem"
    - Chce pani zagrać Blanche czy Stellę?
    - Zna pani tę sztukę?

Nie, nie zna, rzuciła dwa pierwsze imiona kobiece w nadziei, że może trafi. Scenarzyści, szanujcie-ż widza trochę...
4. Zagadka dla warszawiaków ze sprawnością "tropiciel". Katarzyna Herman i Agata Buzek rozmawiają. Gdzie?

Mała podpowiedź: ja wiem, gdzie.


============
W sypialni
2012
Czas:
80 minut
Reżyseria: Tomasz Wasilewski
Scenariusz: Tomasz Wasilewski
Obsada: Katarzyna Herman, Tomasz Tyndyk, Agata Buzek, Mirosław Zbrojewicz, Janusz Chabior i inni.
Dofinansowanie PISF: 22 799.33 zł (dofinansowanie promocji na festiwalach zagranicznych).

2013-08-20

Kobieta i kobieta [1979]

Było o kobiecie wykorzystywanej przez kapitalizm - obejrzyjmy film o dwóch kobietach wykorzystujących socjalizm.

Wczesny PRL - rządzi towarzysz Gierek, Polska rośnie w siłę, choć ludziom jeszcze nie żyje się dostatniej. No, powiedzmy niektórym się żyje - dwa zaprzyjaźnione małżeństwa budują wspólnie mały drewniany domek na leśniej działce. Budują, bo pan inżynier Jerzy i pani inżynier Barbara dostali nagrodę za wdrożenie super-hiper nowego systemu szycia czegoś. Płaszczy podobno. Problem polega na tym, że projekt tak naprawdę napisał ktoś inny...

Załogo! Za nowy system ręczę słowem honoru i wyliczeniami komputera 'Odra'

- Kolejne karate biurowe? - zapyta znudzony widz.
Poniekąd, bo sprawa tego projektu to punkt wyjścia do dłuższej historii, której bohaterkami są dwie kobiety.
- Niemożliwe! Dwie kobiety? W filmie o takim tytule?

Irena chce zrobić karierę. Jak? Nieważne. Tu manipulacyjka, tam manipulacyjka, tu drobna nielojalność, ówdzie kokieteria, kiedy trzeba, wykorzysta przyjaciół lub partnera, a jeśli akurat nic nie trzeba robić, to ze zwykłego odruchu przestawi komuś bieg w aucie, żeby ruszył na wstecznym i rozwalił sobie światła. Barbara stara się być uczciwa - gdy dowiaduje się, że projekt, który wdrażała z partnerem Ireny jest cudzego autorstwa, odmawia przyjęcia odznaczenia, oddaje nagrodę pieniężną i rezygnuje z pracy.
- Nie rezygnuje, bo ją wywalili!
Wywalili, bo zrezygnowała, choć niekoniecznie formalnie. W każdym razie psiapsióły rozstają w się w gniewie, urazie

Stanowisko Barbary zajmuje Irena. Pół zakładu ma jej to za złe, milknie na jej widok, traktuje ją jak pół kapusia, pół zdrajcę, przechodzi im dopiero, gdy Irena na egzkutywie zebraniu dyrekcji wywala cała sprawę i publicznie topi swojego dotychczasowego partera Jerzego.
- O, proszę! - ucieszyła się Rada Zakładowa, pół widowni i przedstawiciele związków zawodowych - Uczciwie! Wejść na szczyt, by czynić dobro, zło karać, głodnych nakarmić, a sukinsynów wykańczać.
- Dobra, dobra - zarechotałą Cyniczna Natura Człowieka - Miała faceta dość prywatnie, to się go pozbyła, a poza tym wycięła sobie zakładową konkurencję.

"Bo mam zamiar zrobić karierę"

Minęło parę lat, towarzysz Edward okrzepł i już nie chciał, żeby mu pomagać, Irena została wicedyrektorem i zawitała na prowincję nad jeziorkiem. Jej nowy chłop poszedł na ryby, a Irena zajęła się sprawą budowy ośrodka wypoczynkowego, zablokowanej przez miejscowe władze. Jeden inżynier, drugi inżynier, majster - wszyscy odsyłają do naczelnika miasta. A naczelnikiem miasta jest... tadaaam!... Barbara. Uściski, buziaki, jedna wódka, druga wódka, "- Co u ciebie? - Dzięki jak najlepiej. - A naprawdę? - A naprawdę to do dupy", trzecia wódka, mężowie się polubili... Sielanka. I znowu problem - inwestycja zakładów Ireny to spory przewał, miejscowe układy blokują ten przewał, by zrobić własny, a Barbara jest przecież uczciwa.

Uczciwa?
- Nie mogła nie wiedzieć - syczy zastępca Ireny, podtykając jej papiery, dzięki którym może ona wykończyć układ i przewalczyć inwestycję.
- Tu rządzimy my, a nie oni - mówi Jerzy Zelnik, świecąc przystojną żeglarską klatą.
- Wzdręgi podane - mąż Ireny serwuje świeżo złowioną faunę.
- Straciłam rozpęd... stara już jestem - marudzi Irena, a Barbara mizia się niedyskretnie z Zelnikiem. Na którego ochotę zaczyna mieć Irena, rozważająca mały szantażyk, tylko jeszcze nie wie wobec kogo - czy wobec Zelnika, czy wobec Barbary

Ona jej z dzbanka daje maliny, a ona - kwiaty do wianka...

Dylematy, rozterki, wahania... Ostatecznie obie nasze kobiety postępują dokładnie tak samo jak poprzednio. Irena bez litości wybiera karierę - szantaż, pieczątka nie zezwoleniu, inwestycja uratowana, chodź pan panie Zelnik, uczcimy biznes tarłem na jachcie. Barbara wybiera uczciwość: inwestycja ponownie zablokowana, a pan, panie faraon, niech wypiernicza z miasta w podskokach ze swoimi układami, kolegami i łódką. Trudno, "u mnie słowo droższe piniendzy", a uczciwość ważniejsza od seksu pozamałżeńskiego i niech mnie nawet zdejmą, a nie będę pana dłużej kryła. Złość, płacz, zgrzytanie zębów, Zelnik odpływa w siną dal, mąż Ireny rzuca ją demonstracyjnie i odjeżdża w dal szarą, Irena tarza się po igliwiu ze szlochem, a widzowie nie czują jakiegoś specjalnego dramatyzmu, bo rzucający mąż jest fajowaty nader, ma wąsy, a poza tym prawdziwy mężczyzna, nawet wypędzając niewierną małżonkę, nie zapomniałby zabrać wędki i chlebaczka z połowem.

Typowe kino lat siedemdziesiątych z dylematami a'la "Dyrektorzy", ale różni się o tyle od reszty produkcji tamtych czasów, że główną rolę grają tu kobiety. Główną podwójnie, bo choć filmy z kobietami w rolach wiodących powstawały często, to tu mamy do czynienia z kobietami-szefami, kobietami na stanowiskach, kobietami rozgrywającymi, z kobietami decydującymi, z kobietami, przy których faceci pełnią czasem rolę oparcia, czasem trampoliny, czasem dźwigni (i bez kosmatych skojarzeń proszę ;-)), ale właśnie: "pełnią rolę" przy kobietach. To kobiety pną się w tym filmie w górę, to one robią karierę, one usuwają przeszkody na swej drodze. Panowie łowią ryby, karmią konie, a jeśli podpadną - dostają kopa i ze stanowiska wicedyrektora zakładów odzieżowych spadają na stołeczek w spółdzielni "Żoliborzanka".

Pracownicy drugiej zmiany formują spontaniczny szpaler dla towarzysza wiceministra

Oczywiście, obie kobiety płacą swoją cenę, trochę sztampową, ale zawsze. Oczywiście także - ponieważ takie czasy i dwóch panów za maszyną do pisania - nasze panie mimo dominowania nad płcią przeciwną, szukają w niej wspomnianego oparcia i nie wyobrażają sobie samotności, Barbara stawia na szali karierę po części ze względu na imponderabilia, a po części dlatego, że "nie potrafi się dzielić" (chłopem również), Irena histeryzuje, kiedy jej ciepła małżeńska klucha rzuca ją w muł przybrzeżny....
- Ej, "ciepła klucha" od razu. Może on był po prostu dobry, przyzwoity?
Może. Tylko że Irena wyszła za mąż, ale przedstawia się ciągle swoim panieńskim nazwiskiem, co było raczej rzadkie (nawet panna Kirszenstein zmieniła, choć pierwsze sukcesy odnosiła pod panieńskim). Nawet tego sobie nie wywalczył.
- No to może się śmiesznie nazywał?

Mniejsza o to - grunt, że film się ogląda całkiem nieźle, gromkie frazesy o pryncypiach padają rzadko, a moralne dylematy twórcy pokazują umiejętnie, bez nadmiernego epatowania pustymi deklamacjami. Czasem gdzieś padnie drętwe zdanie, ale jeśli się człowiek nostalgicznie zapatrzy w  scenografię, to może przegapić. Nieźle też wypada konstrukcja - z szybką częścią fabryczną i wolniejszą częścią prowincjonalną, a tle przygrywa zespół Perfect, zaś wokalizy uskutecznia Krystyna Prońko.
- Drupiego nie macie? - pyta Irena, gdy mąż Barbara puszcza płytę Zdzisławy Sośnickiej.
Nie mieli.

Każda propaganda sukcesu kończy się tak samo

Aktorsko bardzo przyzwoicie: Anna Romantowska jako Irena jest odpowiednio wredna i twarda (ech, panowie scenarzyści, prosiłoby się o inny, mniej histeryczny finał), Halina Łabonarska jest wiarygodna w każdej scenie, Jerzy Zelnik gra swoje i pokazuje klatę, Witold Dębicki jest sympatyczny jak zwykle, Stefan Szmidt gra średnią aktorską lat 70., a Jerzy Kryszak urodził się, by grać takich cwaniaczków, jakiego zagrał tutaj.

Można. Kto wie, może nawet warto...


Varia
1. Spółdzielnia "Żoliborzanka" istnieje naprawdę. Znaczy, o ile jeszcze istnieje, bo ostatnio była "w likwidacji". Trochę to zrozumiałe, bo jeśli "Żoliborzanka" ma siedzibę w Rembertowie, to wszelkie dochody szły pewnie na przejazdy.
2. Inżyniera Drabika, pełniącego w filmowych zakładach funkcję organizatora-kaowca, gra jeden z reżyserów filmu, Janusz Dymek.
3. Taki dialog:
- Musimy pokazać, że jesteśmy przeciw! - apeluje szef związków zawodowych czy innego POP
- No tak, będziemy się bawić w manifestację solidarności - żacha się Irena.
- Będziemy siedzieć cicho, to pomyślą, że oni mają rację.
Film miał premierę w maju 1980. Trzy miesiące potem jednak się bawili i pokazali.
4. Inżynier Sadkowski, autor ukradzionego projektu, został zwolniony z pracy, poszedł w prywaciarstwo i kosił kasę na produkcji szafek na ubrania. Zagrał go Piotr Krukowski, który mniej więcej w tym samym czasie wystąpił w telewizyjnej adaptacji sztuki Edwarda Redlińskiego "Pustaki". Zagrał tam rolę Byka, inżyniera, zmuszonego do odejścia z pracy w państwowym przedsiębiorstwie i idącego w prywaciarstwo, by kosić kasę. To się nazywa wąska specjalizacja aktorska.

Jakoś straciłem apetyt...Nie wiem, czy przez nóż, czy przez oczy, czy przez uśmiech...


============
Kobieta i kobieta
1979
Czas:
95 minut
Reżyseria: Janusz Dymek, Ryszard Bugajski
Scenariusz: Janusz Dymek, Ryszard Bugajski
Obsada: Halina Łabonarska, Anna Romantowska, Witold Dębicki, Stefan Szmidt, Jerzy Zelnik, Jerzy Kryszak, Szymon Pawlicki

2013-08-17

Dzień kobiet [2012]

Halinka dostała awans. Została kierowniczką sklepu w wielkiej sieciówce "za te polskie dwa tysiące" plus premie, przy czym premie uzależnione były od produktywności, a produktywność uzależniona była od a) fałszowania, b) naciągania, c) wyzyskiwania, d) wyzyskiwania raz jeszcze i e) sprzedawania duszy korporacyjnemu diabłu. 

Kusiciel - wersja nizinna z zaczeską

Na jednej szalce podwyżka, kredyt, perspektywy, stabilizacja, na drugiej - przyjaźń, etyka, takie tam dyrdymały. I nie ma szans, żeby na dłuższą metę utrzymać te rzeczy w równowadze. Halinka, albo-albo. Albo ty ich, albo my ciebie. I Halinka powoli grzęźnie w bagienku: ustępstwo, kompromis, konformizm, kapitulacja i nagle pewnego ranka okazuje się, że nie ma już Halinki - jest pani Halinka, kierowniczka jednostki podległej, konsekwentnie realizująca plany sprzedażowe i zarządzająca zasobami ludzkimi w sposób niekiedy... powiedzmy, bezwzględny. Choć czasem budzi się w niej dawna Halinka, gdy przychodzi co do czego, wygrywa świadomość, kształtowana przez byt.

Przychodzi jednak dzień, w którym korporacyjna machina przeżuwa panią Halinkę i wypluwa ją z kapitalistycznym mlaskiem na dyscyplinarkę i bezrobocie. Wtedy Halinka (już nie pani, już znowu tylko Halinka) jak Samson Miodek ociera łzy czoło, mówi: "No, teraz to się wkurwiłam", chwyta coś ciężkiego i rusza do boju. Wielka Korporacja walczy ostro i niesportowo, szyby wybija, samochód podpala, krowom mleko odbiera, do jogurtu pluje, prawników wynajmuje, no w ogóle ohydna jest - jak to korporacja. Ale nie z Halinką te numery: Halinka jest twarda i się nie poddaje, a sąd w imieniu Rzeczypospolitej daje korporacji popalić, że hej.

Wyciągnąłeś na mnie miecz dyscyplinarkę. Źle zrobiłeś.

- Kobiecy western, walka z Goliatem - takie określenia padały z ust reżyserki - Etyka, walka o prawa...
- Polska "Erin Brokovich" - wymyśliła dziennikarka któregoś "Niewyuzdanego Magazynu dla Pań"
Kamaaan, że jak matka z dzieckiem versus Zuakorporacja to już od razu Erin Brokovich? Nie przesadzajmy, nie machajmy tu etyką i walką o prawa, bo filmowa Halinka swoje za uszami miała - gdyby nie przypadek w postaci idiotycznego remanentu, zarządzonego przez niewyżytego przełożonego, zmieniłaby się całkiem we wredną ćmę korporacyjną. Kiedy trzeba wywalić podwładną, Halinka nie waha się użyć prowokacji, szantażu...
- Zmusili ją! Zuakorporacja ją zmusiła
Zuakorporacja zmusiła Halinkę do decyzji, metody działania Halinka wybrała sama. Podobnie jak sama wybrała bzykanko na zapleczu z przełożonym (swoją drogą, jeśli twórcy chcieli pokazać desperację kobiety po czteroletnim poście, to im wyszło - Eryk Lubos ucharakteryzowany był w sposób... hm, już nie aseksualny, ale wręcz antyseksualny) i parę innych rzeczy fabularnych, więc proszę nie porównywać z Erin Brokovich.

"Otworzyć ci puszkę?"

- Ale etyka, prawa człowieka!...
Machina medialna, wywiady, autografy, telewizje i inne takie. Nie wiem, czy taki był świadomy zamysł twórczyń, czy odtwórczyni przedobrzyła, czy to tylko moja wredna natura podsunęła mi taką interpretację, ale momentami odnosiłem wrażenie, że filmowa Halinka strasznie się podjarała popularnością i hasła o prawie człowieka do godności wykrzykiwała z dokładnie takim samym entuzjazmem, z jakim jej korporacyjni koledzy krzyczeli "Pro! Duk! Cyj! Ność!" I niekoniecznie dlatego, że to były jej prawdziwe ideały, ale raczej dlatego, że przy ich pomocy mogła dowalić Zuejkorporacji. Filmowa Halinka nie sprawia wrażenia, że walczy o prawa/etykę itd. - filmowa Halinka sprawia wrażenie, że mści się za wyrolowanie, zwolnienie z pracy i odebranie marzeń/złudzeń.

Do połowy daje się oglądać bez bólu, a momentami nawet z przyjemnością - scenariusz jest nieźle skonstruowany, kocopałów nie ma za wiele (co nie znaczy, że nie ma ich wcale), zgrabnie rozwiązywane są niuanse, zdjęcia momentami więcej niż przyzwoite, aktorsko zaskakująco dobre... Kurczę, zupełnie jak nie w polskim kinie. Niestety, od połowy wszystko zaczyna się sypać. Na scenę włażą stereotypy, sztampy, przerysowania aż do granic groteski i pomysły z sufitu, mamy otwieranie sklepu, choć między regałami leżą zwłoki klienta, mamy wielogodzinne czekanie na zakład pogrzebowy (w Polsce Anno Domini Tudej?), mamy wszystkie możliwe choroby i nieszczęścia od stwardnienia rozsianego po poronienie na służbie, wyzysk człowieka w każdej możliwej wersji - od pieluch dla kasjerek po eksmisję, leje się toto z ekranu tak gęsto, że brakuje już tylko kokluszu i gradobicia.
- Ale to wszystko prawda!
Ale to film, a jeśli w filmie chce się powiedzieć za dużo, to zazwyczaj wychodzi niezrozumiale albo męcząco i efekt jest odwrotny od zamierzonego. Się kręci film pod tezę - trzeba pilnować, żeby teza trafiła do widza, a nie odstraszyła go nachalnością.

Według teorii Julii Kristevej matka uwięziona... yyy... nevermind.

Zuakorporacja wynajmuje najdroższą kancelarię prawą, a szef najdroższej kancelarii prawnej łazi za Halinką po krzakach, dysząc jej sprośnie w słuchawkę. Córka wagaruje i włóczy się z Rozwydrzonymi Wyrostkami po imprezach rodem z teledysku Metalliki do "Whiskey in the Jar", ale zamiast porzygać się od "Kwasu Jabłoni" i zajść w przypadkową ciążę, nerduje w wirtualu i handluje postaciami z gier. Dzięki czemu zarabia mucho dinero i wspiera matkę w walce o wolność i wyzwolenie społeczne. No, darujcie...

Ciekawa jest natomiast scena finałowa. Halinka drży przed salą sądową - jeśli jej ex-koleżanki nie będą zeznawać, kancelaria wynajęta przez Zuomkorporację przerobi ją na pasztet z Biedronki. Muzyka, zwolnione tempo, napięcie rośnie... zza zakrętu wychodzi ekipa Zuejkorporacji - idą posępni, na czarno ubrani, unosi się piekielny odór siarki, profesjonalizmu i bezwzględności.
- Łojezusie, już po Halince - jęczy publiczność.
A tu nagle zza drugiego zakrętu w równie zwolnionym tempie wychodzą ex-koleżanki: Andżelika, Ania o kulach i w kołnierzu ortopedycznym, Maryla, którą Halinka wypierniczyła z pracy, Monia, która pomogła Halince wypierniczyć Marylę... Idą i patrzą w oczy korporacyjnym biczom, a korporacyjne bicze miękną i flaczeją, bo wiedzą, że mają przerąbane i że sprawiedliwość zatryumfuje.

- Patrz, stary! Idzie sól tej ziemi! - mamroczą ci, którzy widzieli "Potwory i spółka"

Czemu ta scena jest ciekawa? Po pierwsze dlatego, że jest solidnie konwencyjna, a umiejętne stosowanie konwencji (nawet tak prostej) to rzadkość w polskim kinie. Po drugie - bo większość wrażliwych społecznie krytyków wciąga tę scenę na sztandary wrażliwości swojej. Oto dwa światy: bezduszny świat Zuejkorporacji w czarnych strojach i te bidne uciśnione kobiety, znękane, ale mimo wszystko kolorowe i już wiesz, widzu, po której powinieneś stanąć stronie, a która strona no pasaran! No, kurczę, niekoniecznie wiem, bo to nie jest takie proste - między innymi dlatego, że w ekipie Zuejkorporacji maszeruje ex-koleżanka Halinki, Jadzia. Ubrana na czarno, bo straciła dziecko - straciła je na wachcie Halinki, w dużej mierze z jej winy, a fałszerstwo, jakiego się Halinka dopuściła, uniemożliwiło Jadzi dochodzenie swoich praw i sprawiedliwości. I stań tu człowieku po stronie Halinki... która w dodatku symbolicznie odwraca się do dawnej psiapsióły plecami.

A po trzecie - ta scena jest kolejnym dowodem na to, że w polskim filmie zawsze ktoś czegoś nie dopatrzy, zawsze ktoś czegoś nie doczyta i zawsze ktoś coś spieprzy. Wśród koleżanek radośnie wspierających Halinkę jest ta, która dostała po niej stanowisko kierowniczki i jeszcze chwilę wcześniej zeznawała w sądzie przeciwko niej.

Na spory plus aktorstwo. Katarzynę Kwiatkowską podobno widziałem w jakimś filmie, ale za chińskiego boga jej nie pamiętam. "Dniem Kobiet" zapisała mi się mocno, co miała zagrać, zagrała naprawdę bardzo dobrze, nie przeginając ani w stronę filmowego teatru, ani w stronę filmowego stuporu (dwie szkoły polskiego kina), udźwignęła rolę i sporo do niej dodała. Eryk Lubos... to Eryk Lubos. Jeśli ma co grać - zagra to dobrze, jeśli nie ma co grać - też zagra to dobrze.. Dobrym rozwiązaniem było postawienie na nieopatrzone twarze - załoga "Motylka" naprawdę "zdanżała", natomiast reklamowanie filmu nazwiskiem Agaty Kuleszy - przy całej sympatii i docenieniu gry także tu - było sporym nadużyciem. Znakomity drugi plan zagrała Dorota Kolak. Parę minut na ekranie, parę scenek, ale zapada w pamięć, a finałowa scena bez jej drwiącego uśmiechu wymierzonego z Zuomkorporację traciłaby połowę wyrazistości. 

Żeby nam nie było za wesoło - pomedytujmy nad konsekwencjami

Można. Mimo wszystkich kocopałów, ogląda się ten film zaskakująco dobrze. Scenariusz jest całkiem nieźle zszyty, aktorzy nieźle poprowadzeni, można się pogimnastykować interpretacyjnie, co się w polskim filmie nie zdarza zbyt często. Jak na nasze kinowe realia - nieźle, a jak na pełnometrażowy debiut reżyserki i scenarzystki - na tyle dobrze, że ja bym nie tylko dawał tu gis, ale i zaryzykowałbym pieniądze na następny film, bo potencjał jest.


Varia
1. Wszelkie podobieństwa do sprawy Bożena Łopacka vs. Biedronka są oczywiście nieprzypadkowe i całkowicie uprawnione, choć oczywiście, nie jest to przeniesienie 1:1 i nie wszystko, co widzimy na ekranie, zdarzyło się w rzeczywistości.
2. Na liście płac widnieje pozycja: "Tresura". W kontekście filmu o korporacji - dość niejednoznaczny opis.
3. W scenie, w której tłum sąsiadów broni Halinki przed eksmisją, kogo widzimy? O, tu, stopień niżej, po prawej stronie bohaterki... Piotr Ikonowicz we własnej zaangażowanej osobie. Plus dla reżyserki - nie za wykorzystanie postaci Ikonowicza, ale za to, że wykorzystała umiejętnie i bardzo dyskretnie. Zazwyczaj polskie kino, kiedy bawi się w takie grepsy, pcha znaną gębę na plan pierwszy i każe jej coś dobitnie wygłosić, żeby każdy zauważył, poznał i zajarzył, że to taki witz.
4. Reżyserka też miga we własnym filmie. Miga dyskretnie, więc łatwo przegapić.
5. 140 kopii (bardzo dużo) i 51 059 widzów (bardzo mało)

 - I'll be back - powiedziała Zuakorporacja


============
Dzień kobiet
2012
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Maria Sadowska
Scenariusz: Katarzyna Terechowicz, Maria Sadowska
Obsada: Katarzyna Kwiatkowska, Eryk Lubos, Dorota Kolak, Grażyna Barszczewska, Anita Jancia-Prokopowicz, Klara Bielawka, Ewa Konstancja Bułhak, Elżbieta Romanowska, Julia Czuraj, Agata Kulesza, Leonard Pietraszak i inni.
Dofinansowanie PISF: Było. Niestety, na stronie PISF nie ma informacji o kwocie. Ba! nie znalazłem nawet informacji o wniosku. Dziwne.

2013-08-14

Kop głębiej [2011]

Miała być "zjadliwa satyra", wyszło niezjadliwie nie wiadomo co.

Gud myrning. My som polnische mutanten mit tradyszon i mit Vodka.

Na mazurskie zadupie przyjeżdża bardzo stary Niemiec z wnukiem. Wnuk jest rudy, zachowuje się jak Japończyk i fotografuje absolutnie wszystko, a bardzo stary Niemiec jest bardzo stary i nie fotografuje niczego, bo większość pamięta z dzieciństwa. Niestety, to, co pamięta nie bardzo mu konweniuje z tym, co widzi: dom, w którym mieszkał był zadbany, wymalowany, rynny był proste, okna szczelne, zegar chodził, a trawa w ogrodzie rosła na przepisową wysokość 3,5 centymetra. Dziś dom rodzinny Herr Schmidta to obraz nędzy, rozpaczy, ruiny i polnische wirtschaft: tynku nie ma, zegar nie chodzi, piec nie działa, strych się wali, w ogrodzie chaszcze, a po obejściu łażą jakieś dziwne typy, porozumiewające się przy pomocy chrząknięć, jąknięć i rury od odkurzacza. Typy twierdzą, że są Polakami, noszą nazwisko Nowak i dostały gospodarstwo Schmidtów z reformy rolnej czy innego komuszego nadania. Poza tym typy wyglądają typowo: brudne, prymitywne, odziane w ciuchy z jakieś łagrowej wyprzedaży, wpatrujące się łapczywie w portfel starego Niemca, butelkę wódki i figurkę Matki Boskiej. W tej właśnie kolejności.

Herr Schmidt wrócił w rodzinne strony w celach pogrzebowych. Chce wykopać z ogródka szczątki rodziców zabitych przez Armię Czerwoną. Pochował ich w 1945 roku pod jabłonką, a następnie uciekł wypędził się przed bolszewickonawało. Teraz sam stoi nad grobem i chciałby dopełnić synowskiego obowiązku. Miejscowe typy o nazwisku Nowak zgadzają się na ogródkową ekshumację, ale żądają haraczu i wyłudzają od staruszka 10 tysięcy euro płatne po robocie.
- Popłacimy długi, naprawimy telewizor - cieszą się typy - Zapłacimy za prąd, dach się załata, Olę poślemy na studia, lekarko bedzie. 

Nie pytam jak mnie słyszysz, bo tak się drę, że słyszysz na pewno

Zanim została lekarko - Ola na widok młodego Niemca dostała obfitego ślinotoku i jeszcze obfitszego pojednania. Wystarczyło, że młody post-hajhitel zapytał, czy pozowała kiedyś do zdjęć, a nasza Nowakówna - ciach kieckę przez głowę, ciach cycki na wystawę, i usta lubieżnie wydyma, i czyja nózia - tak się pyta, że niby nie wie czyja - i różne inne części także wypina mu... 

Jest jednak mały problem w tej sielance polskich mutantów - truchełka państwa Schmidt wykopał dziadek Nowak zaraz po wojnie i nie wiedząc, co zrobić z tak niespodziewanym znaleziskiem, wywalił je do jeziora. Zrozpaczone typy wpadają na pomysł uzupełnienia braków towarowych na miejscowym cmentarzu - wykopie się rodziców dziadka Nowaka i wręczy się staremu Schmidtowi w prezencie. Jak pomyśleli - tak zrobili: poszli, zaczęli kopać i wszystko byłoby dobrze, gdyby dziadkowi Nowakowi szajba od gorzały nie odbiła: nalał na cmentarny krzaczek, ogień wzniecił, kadisz zaczął śpiewać, do żydowskiego dziedzictwa się przyznając (oraz komuszego - bo wiadomo, że w polskim kinie każdy pijak to złodziej, a każdy Żyd to komuch), w tany się puścił, księdza proboszcza obudził...

Matka Boska Dachówkowa. Ojacie.

Mamy Matkeboske na dachu i Matkeboske nadziewającą się na krucyfiks, mamy księdza z wykrywaczem metalu, mamy kościelnego-debila i policjanta-pół debila, mamy miejscową ludność napizganą jak stado szpadli i podpierającą okoliczne drzewa, mamy rozmodloną babcię Nowakową, która między zdrowaśkami bluzga jak Franz Maurer na stołówce, mamy gipsowego krasnala jako Geschenk, mamy obowiązkowy traktor, mamy dosypywanie leków do jedzenia, mamy plantację marihuany w lesie, mamy wszystkie najbardziej zgrane numery filmowe ostatnich dziesięcioleci i mamy gigantyczne poczucie niesmaku, że siedzimy i oglądamy tę kupę.

Żeby nie przedłużać: wszystko kończy się dobrze. Przede wszystkim dlatego, że się kończy. Rozwiązanie jest niemal zabawne (a raczej byłoby, gdyby nie fakt, że jest zgrane do imentu, a na dodatek sprzeczne jest z scenariuszem), ksiądz proboszcz dostaje tauzena, żeby nie pyskował i wszyscy się modlą pod Matkobosko, tylko Ola Nowakówna i wnuk starego Schmidta chędożą się w kurniku, aż pirze z drobiu leci i deski skrzypią. Oj, nie bedzie Ola lekarko, nie bedzie... Ale wnioskując z entuzjazmu, z jakim uprawia polsko-niemieckie pojednanie, da sobie dziewczyna radę w życiu.

Drąg na Osten

Film-żenuła. Twórcy i dystrybutorzy kombinują jak koń pod górę, żeby dorobić do niego jakąś głębię i jakieś drugie dno. Głębi nie ma, a dno jest i drugie, i trzecie, i chechnaste, bo gdy tylko się wydaje, ze większego dna już być nie może, okazuje się, że proszę uprzejmie - może i to bez trudu. Tragifarsa? Komediodramat? Satyra? Kontrowersje? Dajcież, kurde, spokój... to tylko enty-polski film, którego reżyser uznał, że im głupsze stereotypy, tym śmieszniej, a jeśli jeszcze rzuci się "kurwą", to publisia posika się ze szczęścia.

Że tematy polsko-niemieckie? Że autochtoni kontra napływowi? Że się pokaże pazernego księdza i chlejącego Polaka? To ma być dziś jakaś nowość, satyra i obrazoburstwo? Pogratulować opóźnionego zapłonu i ciekawe, co reżyser pokaże w następnym filmie: złego kapitalistę z brodą? Okrutnego stryja czyhającego na cnotę bratanicy? Obrośniętych pajęczynami arystokratów, syczących ku cherlającej guwernantce: "Trędowata... trędowata..."?

Ostrze współczesnej satyry czyli kłonicą po łbie. Dwa razy dla pewności.

- Ale przyznasz, że cmentarny motyw z dziadkiem, wykrzykującym kadisz na cmentarzu jest mocny?
Nie, nie przyznam. Jest płaski jak mediolańska modelka i jeśli ktoś widział "Everything is illuminated" to przy "Kop głębiej" odwraca wzrok z niesmakiem. Może byłby mocny, gdyby nie leźć w "typische polnische  hehehe", ale zrobić niego kulminację starannie poprowadzonego, poważnego wątku ("Everything is illuminated" raz jeszcze), ale tu został wetknięty między księdza na quadzie, radiomaryjną babcię, pytającą: "Co ty, kurwa, wygadujesz?" oraz zaślinioną Olę, łapiącą młodego Niemca za panzerfausta i potraktowany jako jeszcze jeden z wielu tanich grepsów na rozrechotanie publisi. Prowokować trzeba umieć i trzeba wiedzieć, po co się prowokuje, a strojenie się w szaty obrazoburcy tylko dlatego, że się jakiejś postaci między pierdnięciem i beknięciem kazało powiedzieć: "To są zwykłe napływowe Żydki, Żydy, znaczy Żydzi... A to jest dużo gorzej od Niemca, proszę księdza"... Litości, naprawdę.

Potencjał był - widać to było po postaciach starego Schmidta i dziadka Nowaka. Niestety, Konrad Szołajski postanowił podrażnić publiczność Kiepskich, więc poleciał intelektualną kiszonką. Po premierze pojawiło się sporo opinii, że film jest "antypolski", że godzi w i podważa. Nie jest, nie godzi i nie podważa. Jest tylko nudny, nieudany, nieudolny, nieśmieszny i nieoglądalny. I zniesmacza. Li i tylko.

Na obrazku znajdź aktora niepasującego do ogólnego badziewia

Aktorsko różnie - Ryszard Ronczewski gra starego Schmidta rzetelnie, ale jest postacią z zupełnie innego filmu i aż żal, że musiał się aktorsko zadawać z przykrym Krzysztofem Tyńcem w tupeciku, Marzeną Kipiel-Sztuką czyli serialową żoną Ferdka Kiepskiego (i tak też grającą), szastającą się żałośnie Elżbietą Karkoszką. W przypadku Dagmary Bąk cycki wygrały z grą aktorską (bo były), Sławomir Pacek i Andrzej Grabowski zagrali swoje tradycyjne klisze, ale Pacek był przynajmniej ogolony. Smutno natomiast oglądało się Romana Kłosowskiego, z którego zostały już jedynie oczy i głos, a momentami tylko głos. Całości-żałości dopełnia kadrowanie jak z warsztatów w domu kultury w Bąbelkach i muzyka Krzesimira Dębskiego, przerysowana, dosłowna i równie irytująca jak sam film.

Nie warto. Nie warto się nawet zastanawiać, czy warto. Pierwsza dziesiątka w kategorii "kicha dekady".


Varia
1. Klasyka filmowego niechujstwa: czapka aspiranta, kurtka mundurowa młodszego aspiranta. Dobrze, że nie hełmofon i płetwy.
2. "Bracia i siostry, błogosławmy Boga, który..." Sławmy. Błogosławić to Bóg może was, a nie wy jego.
3. - Was?
- Was, was... Kapusta i kwas!

Jezusmarianapomoc, mega-suchar wrócił jako zombie!
4. Na liście płac jest trzech ostrzycieli (no, przy dowcipach to ich na pewno nie zatrudniono), dwóch treserów psa (siedzącego zazwyczaj w budzie) i jeden treser koguta.
5. Film został dofinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej. Niestety, obie instytucje głęboko zakopały informacje o kwotach przeznaczonych na ten film. W sumie, trudno się dziwić... "Kop głębiej" nie ma także w PISF-owskim zestawieniu oglądalności polskich premier, choć znalazło się tam nawet "Na północ od Kalabrii" z wynikiem 570 widzów od premiery. Mam rozumieć, że "Kop głębiej" wypadło jeszcze gorzej?

Jak sobie mały Kozio wyobraża... wszystko.

============
Kop głębiej
2011
Czas:
86 minut
Reżyseria: Konrad Szołajski
Scenariusz: Konrad Szołajski, Fred Apke
Obsada: Ryszard Ronczewski, Dagmara Bąk, Adam Konowalski, Elżbieta Karkoszka, Roman Kłosowski, Marzena Kipiel-Sztuka, Krzysztof Tyniec,  Andrzej Grabowski i inni
Dofinansowanie PISF: było. Ciekawe, jak duże?

2013-08-09

Nieulotne [2012]

Hiszpania. Skoro Hiszpania to słońce, upał, wiatr, wino i muchy.
- To przecież Polska.
Nie, Polska to słońce, upał i muchy. Ewentualnie piwo, ale zazwyczaj ciepłe.

Nie, to nie widz - to aktorka. Znaczy, ta z lewej, bo ta z prawej to mucha.

W słonecznej Hiszpanii poznaje się dwójka Polaków. Ona pracuje, On... nie bardzo wiadomo. Ni to pracuje, ni to spędza czas. Tu machnie kilofem, tam poprowadzi traktor z przyczepą pełną winogron, ale najczęściej widzimy go w sytuacjach raczej towarzysko-wakacyjnych i z fryzem a'la Johny Bravo. Polak z Polakiem na obczyźnie zazwyczaj pije, Polak z Polką natomiast... wiadomo. Nasi dwudziestolatkowie rzucają się na siebie z oskomą, konsumują związek z namiętnością, słońce świeci, muchy bzyczą, wino pachnie - jednym słowem sielanka. Oczywiście, ponieważ to polski film, sielanka nie może trwać długo.

On zabija człowieka i cierpi. Ona czuje, że z nim coś jest nie teges, więc pyta, co z nim jest nie teges. On odpowiada, że nic, i że musi wracać do Polski. Ona jest smutna i zostaje w Hiszpanii, a on wraca i też jest smutny, bo cierpi z powodu zabicia człowieka. Cierpienie Onego objawia się zazwyczaj otwarciem ust, wybałuszeniem oczu, podparciem czoła dłonią i dyszeniem, przy czym dyszenia nie jestem pewien, bo On dyszy w tak wielu różnych sytuacjach, a zarazem tak podobnie, że ciężko rozróżnić rodzaj dyszenia. Różnie cierpi - czasem cierpi w szatni, czasem cierpi w Krakowie, a czasem cierpi w wannie. Najzabawniejsze jest cierpienie w wannie - On wchodzi do wanny i zanurza się w niej cały oddychając przy pomocy aparatu do nurkowania. To bardzo głębokie jest (prawie tak głębokie jak wanna), bo człowieka, którego zabił, najpierw walnął butlą z tlenem, a następnie utopił. I teraz tak sobie leży w wannie i cierpi, wyobrażając sobie, że jest utopionym denatem. Przy czym, oczywiście, występuje to tu pewna nieadekwatność doświadczeń, denat bowiem nie oddycha przez aparat z bąbelkami, tylko rozkłada się beztlenowo.

Jak widać, z tym chodzeniem po wodzie to jakaś ściema

W końcu do Polski wraca Ona. On postanawia podzielić się z Oną swoim Straszliwym Brzemieniem i dzieli się nim jeszcze pierwszego wieczoru, w restauracji - ona słucha, wybiega i nie chce go znać, a ja się nie dziwię, bo to naprawdę trzeba nie mieć żadnego wyczucia. Stęskniona za ojczystymi pierogami dziewoja zabiera się do nich z widelcem, a On jej nagle serwuje opis topienia brodatego macho, i że go rozebrał do cojones, i że ten się ocknął, rzężąc i trzeba go było podtopić, i że... No, jak tu jeść w takich warunkach?

Teraz cierpią oboje: On cierpi bo zabił człowieka, Ona cierpi, bo On zabił człowieka, chwilę potem Ona cierpi, bo jest w ciąży, a On nie cierpi, bo o tym nie wie, ale za to cierpi, bo zabił człowieka, On cierpiąc gra w siatkówkę, ona cierpi i jedzie do Kwidzyna, On cierpi, jeżdżąc na motocyklu, ona cierpi i rozmawia z Ojcem, który...
- Który też cierpi?
Nie, który je ogórka konserwowego. On cierpi, bo Ona go nie cierpi, Ona cierpi, bo nie wie czy może nie cierpi także ewentualnego dziecka, On cierpi w wannie, Ona cierpi na karuzeli, On dyszy, Ona robi grymasy i rzyga do kibla, brat reżysera dorabia ilustrując to wszystko muzyką, a wszystko kończy się nieprecyzyjnie i wszelkie interpretacje dozwolone, co zapisujemy filmowi na plus. Jako jedną z niewielu (trzech) rzeczy. 

Jak Polak z Polakiem i z ogórkiem

Film jest nudny, męczący i rozciągnięty jak guma od majtek. Klasyczny mamonizm: aktorzy patrzą w lewo... patrzą w prawo... nic się nie dzieje... On kuca... długo kuca... a potem wstaje... a Ona siedzi... Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są:
- O czym ty mówisz? Powiedz mi?.
- Michał, czy ty nie widzisz, że to wszystko nie ma sensu? Że tak dalej się nie da? Czego ty ode mnie chcesz?
- Zabiłem człowiek, rozumiesz?
Rozumiem, kuźwa, powtarzasz to dwieście szesnasty raz, a poza tym wszyscy widzieli to na ekranie. Znaczy, nie wszyscy, bo zdjęcia nocne w polskim filmie... takie niedomówienie. 
- Nie dotykaj mnie!
- Błagam cię, ja nie chciałem tego przecież.
- Jak się znowu wkurwisz, na przykład na mnie, to też mnie zajebiesz?
- Dlaczego tak mówisz?
Ba! Oto jest pytanie... do scenarzysty
- Spójrz na mnie, Michał. Ja mam 20 lat! Zobacz jak ja wyglądam! Nie potrafię ci pomóc. Zrób coś, nie wiem... idź do ludzi.
Od razu wyobraziłem sobie Onego, łażącego po mieście od człowieka do człowieka z tabliczką: "Zabiłem człowieka. Cierpię. Psitul."

Tak, wiem, że to dwudziestolatki, pamięć mam dobrą i nie muszę "zapytać ojca, zapytać matki, jakie się wtedy ma sny", ani jakim językiem się wtedy mówi czy jakie się ma wtedy dylematy życiowe. Rozumiem, że doświadczenie graniczne wywołuje graniczne reakcje, wszystko rozumiem, ale czy nie można było opowiedzieć o tym w sensowniejszy sposób? Naprawdę trzeba było koniecznie sięgać po wszystkie zgrane i sprane klisze polskiego kina? Mamy dramat? Rach-ciach, jednostka vs wielki pusty kościół. Mamy pytania egzystencjalne? Jebut! Walimy Zanussim: oto wykładowca akademicki smęcący studentom, że "Te same rzeczy zupełnie inaczej jawią nam się w dzień i zupełnie inaczej wyglądają nocą. Dzień to jest świat bezpieczny, racjonalny, jasny, widzialny, a noc to jest, oczywiście, przeciwieństwo...
Dżizas, to może jeszcze psychoanalizą sobie polecimy?
-...ciemna, niewidzialna, pozbawiona kolorów i konturów rzeczywistość, którą wypełniają twory świata wewnętrznego. Najczęściej nie ma to nic wspólnego z realnym obrazem rzeczy. Z psychoanalitycznego punktu widzenia noc jest domeną nieświadomego, a dzień... 
Niech zgadnę... Świadomego?
- ...świadomego.
Ha! Wiedziałem!
- Na następne spotkanie proszę państwa o przeczytanie do końca rozdziału pt. "Koloryt" i proszę  zwrócić szczególną uwagę na wielość cech smutku.Łobosiu na łosiu...

Ból i bul-bul - oba egzystencjalne

I po kiego grzyba akurat Hiszpania? Żeby było oryginalniej? Bo fabularnie Hiszpania nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia - to wszystko mogło zdarzyć się wszędzie czyli nigdzie, a podobnie piękne i kontrastowe dla reszty filmu zdjęcia, można było spokojnie zrobić nad Bałtykiem, w Bieszczadach czy choćby w Bułgarii. Więc czemu Hiszpania? Bo ekipa chciała spędzić gdzieś wakacje na koszt PISF? 
- Współproducentem filmu była firma z Hiszpanii.
To miłe z jej strony, ale i tak PISF wydał na ten film 3,5 miliona złotych (czyli więcej niż na "Różę" czy "Obławę"), kwotę za którą można było ten kameralny przecież film nakręcić sześciokrotnie i za każdym razem lepiej inaczej.

- Czepiasz się, a film dostał nagrodę na festiwalu Sundance.
Ale nie za głębię ętelektualną, tylko za zdjęcia Michała Englerta. Efektowne, rzeczywiście, przeciwstawiające jasną Hiszpanię buremu Krakowowi, ale kamaan... to jakaś nowość, że Hiszpania jest suchosłoneczna, a Kraków lepkojesiennoszary?  To jakiś niespotykanie nowatorski chwyt, że na pomysł takiego kontrastu wpada, że się emocje oddaje przy pomocy światła? Czy może jednak oczywistość i elementarz? Trochę jak tymi kliszami kościelno-akademickimi - nawet jeśli zagrane byłyby dobrze (a nie były), nie przestawałby być zgraną wielokrotnie sztampą.

"Na karuzeli życia znowu pokręcisz się,
bylebyś tylko nie za wcześnie spadł"

Aktorsko słabo - Jakub Gierszał gra tak samo jak w "Sali samobójców" i może gdybym "Nieulotne" zobaczył pierwsze, byłbym pod wrażeniem, ale widziałem jako drugie, więc nie jestem. Magdalena Berus nieźle zaczyna, w część hiszpańskiej ma naprawdę świetne momenty (nie, nie "momenty", tylko... no dobra, "momenty" też ;-)), ale potem przechodzi w tryb jednej miny (a raczej grymasu) i im dalej w film, tym bardziej irytuje. Poza tą parą w filmie pojawia się jeszcze parę osób, ale do grania nie mają nic (znana z filmów Bunuela czy Almodovara Angela Molina w roli hiszpańskiej krewnej/znajomej) albo niewiele (Andrzej Chyra w roli ojca Onej i Halina Skoczyńska w roli pani profesor), więc po prostu na luzie grają swoje i to wystarczy, żeby recenzenci się zachwycali. 

Nie warto, naprawdę nie warto. Zapamiętajcie, że ludzi nie powinno się zabijać i poświęćcie półtorej godziny na oglądanie czegoś innego. A jeśli już zdarzy Wam się kogoś zabić - spróbujcie nakapać zwłokom trochę wody na oko. Może się bowiem okazać, że niepotrzebnie się martwiliście. Słucham?... Tak, hiszpańskim zwłokom nakapano, a one mrugały wtedy, że ojacie. 

Ale przynajmniej miałyśmy fajny urlop


Varia
1. W części "krakowskiej" kilka razy pojawia się "Szkieletor". Taka mimowolna aluzja twórcom wyszła - on też w założeniu miał być super, a okazał się niedorobiony, niedokończony i straszy.
2. Krakusi, jak zwykle przy filmach, dziejących się w ich mieście, płaczą ze śmiechu, zwłaszcza w scenie, w której On posuwa na motorku torowiskiem na Rondzie Mogliskim, na którym to torowisku obowiązuje zakaz poruszania się wszystkiego, co nie jest tramwajem. Poza tym krakowskie plenerki zgrabne, bo nowe, niezgrane jeszcze - nie ma Pijarskiej, nie ma dachu hotelu ma Szczepańskiej, nie ma Rynku.
3. Magdalena Berus dostała nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Kina Niezależnego "Off Plus Camera". Mógłby mi ktoś wytłumaczyć, jak się ma "niezależność" do trzy-i-półmilionowej dotacji z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej? Bo gryzie mi się to deko...
4. Wrednego Hiszpana, którego On potraktował śmiertelnie zagrał Hovik Keuchkerian - obecnie m.in. aktor, ale parę lat temu całkiem przyzwoity bokser zawodowy. TU możecie zobaczyć jego walkę (to ten w czarnych spodenkach). Nic dziwnego, że On atakował butlą i od tyłu - też bym się nie odważył na zwarcie czy choćby półdystans.
5. Ona pochodzi z Kwidzyna. Mogłaby pochodzić z Bochni, Brzeska czy Podłęża, ale reżyser też pochodzi z Kwidzyna, więc jedziemy kręcić do Kwidzyna. Kto bogatemu zabroni?
6. Są cycki. A dla pań - odwrotna strona medalu Jakuba Gierszała.

Gupi Hiszpan nie wiedział, że Polak z butlą zawsze stanowi zagrożenie


============
Nieulotne
2012
Czas:
93 minuty
Reżyseria: Jacek Borcuch
Scenariusz: Jacek Borcuch
Obsada: Jakub Gierszał, Magdalena Berus, Andrzej Chyra, Joanna Kulig, Angela Molina, Juanjo Ballesta, Halina Skoczyńska, Hovik Keuchkerian i inni
Dofinansowanie PISF: 100 000 (development), 3 500 000 (produkcja), 180 000 (promocja na festiwalach zagranicznych) plus bliżej nieokreślona kwota z Regionalnego Funduszu Filmowego w Krakowie i Urzędu Miasta Kwidzyna.