2013-08-17

Dzień kobiet [2012]

Halinka dostała awans. Została kierowniczką sklepu w wielkiej sieciówce "za te polskie dwa tysiące" plus premie, przy czym premie uzależnione były od produktywności, a produktywność uzależniona była od a) fałszowania, b) naciągania, c) wyzyskiwania, d) wyzyskiwania raz jeszcze i e) sprzedawania duszy korporacyjnemu diabłu. 

Kusiciel - wersja nizinna z zaczeską

Na jednej szalce podwyżka, kredyt, perspektywy, stabilizacja, na drugiej - przyjaźń, etyka, takie tam dyrdymały. I nie ma szans, żeby na dłuższą metę utrzymać te rzeczy w równowadze. Halinka, albo-albo. Albo ty ich, albo my ciebie. I Halinka powoli grzęźnie w bagienku: ustępstwo, kompromis, konformizm, kapitulacja i nagle pewnego ranka okazuje się, że nie ma już Halinki - jest pani Halinka, kierowniczka jednostki podległej, konsekwentnie realizująca plany sprzedażowe i zarządzająca zasobami ludzkimi w sposób niekiedy... powiedzmy, bezwzględny. Choć czasem budzi się w niej dawna Halinka, gdy przychodzi co do czego, wygrywa świadomość, kształtowana przez byt.

Przychodzi jednak dzień, w którym korporacyjna machina przeżuwa panią Halinkę i wypluwa ją z kapitalistycznym mlaskiem na dyscyplinarkę i bezrobocie. Wtedy Halinka (już nie pani, już znowu tylko Halinka) jak Samson Miodek ociera łzy czoło, mówi: "No, teraz to się wkurwiłam", chwyta coś ciężkiego i rusza do boju. Wielka Korporacja walczy ostro i niesportowo, szyby wybija, samochód podpala, krowom mleko odbiera, do jogurtu pluje, prawników wynajmuje, no w ogóle ohydna jest - jak to korporacja. Ale nie z Halinką te numery: Halinka jest twarda i się nie poddaje, a sąd w imieniu Rzeczypospolitej daje korporacji popalić, że hej.

Wyciągnąłeś na mnie miecz dyscyplinarkę. Źle zrobiłeś.

- Kobiecy western, walka z Goliatem - takie określenia padały z ust reżyserki - Etyka, walka o prawa...
- Polska "Erin Brokovich" - wymyśliła dziennikarka któregoś "Niewyuzdanego Magazynu dla Pań"
Kamaaan, że jak matka z dzieckiem versus Zuakorporacja to już od razu Erin Brokovich? Nie przesadzajmy, nie machajmy tu etyką i walką o prawa, bo filmowa Halinka swoje za uszami miała - gdyby nie przypadek w postaci idiotycznego remanentu, zarządzonego przez niewyżytego przełożonego, zmieniłaby się całkiem we wredną ćmę korporacyjną. Kiedy trzeba wywalić podwładną, Halinka nie waha się użyć prowokacji, szantażu...
- Zmusili ją! Zuakorporacja ją zmusiła
Zuakorporacja zmusiła Halinkę do decyzji, metody działania Halinka wybrała sama. Podobnie jak sama wybrała bzykanko na zapleczu z przełożonym (swoją drogą, jeśli twórcy chcieli pokazać desperację kobiety po czteroletnim poście, to im wyszło - Eryk Lubos ucharakteryzowany był w sposób... hm, już nie aseksualny, ale wręcz antyseksualny) i parę innych rzeczy fabularnych, więc proszę nie porównywać z Erin Brokovich.

"Otworzyć ci puszkę?"

- Ale etyka, prawa człowieka!...
Machina medialna, wywiady, autografy, telewizje i inne takie. Nie wiem, czy taki był świadomy zamysł twórczyń, czy odtwórczyni przedobrzyła, czy to tylko moja wredna natura podsunęła mi taką interpretację, ale momentami odnosiłem wrażenie, że filmowa Halinka strasznie się podjarała popularnością i hasła o prawie człowieka do godności wykrzykiwała z dokładnie takim samym entuzjazmem, z jakim jej korporacyjni koledzy krzyczeli "Pro! Duk! Cyj! Ność!" I niekoniecznie dlatego, że to były jej prawdziwe ideały, ale raczej dlatego, że przy ich pomocy mogła dowalić Zuejkorporacji. Filmowa Halinka nie sprawia wrażenia, że walczy o prawa/etykę itd. - filmowa Halinka sprawia wrażenie, że mści się za wyrolowanie, zwolnienie z pracy i odebranie marzeń/złudzeń.

Do połowy daje się oglądać bez bólu, a momentami nawet z przyjemnością - scenariusz jest nieźle skonstruowany, kocopałów nie ma za wiele (co nie znaczy, że nie ma ich wcale), zgrabnie rozwiązywane są niuanse, zdjęcia momentami więcej niż przyzwoite, aktorsko zaskakująco dobre... Kurczę, zupełnie jak nie w polskim kinie. Niestety, od połowy wszystko zaczyna się sypać. Na scenę włażą stereotypy, sztampy, przerysowania aż do granic groteski i pomysły z sufitu, mamy otwieranie sklepu, choć między regałami leżą zwłoki klienta, mamy wielogodzinne czekanie na zakład pogrzebowy (w Polsce Anno Domini Tudej?), mamy wszystkie możliwe choroby i nieszczęścia od stwardnienia rozsianego po poronienie na służbie, wyzysk człowieka w każdej możliwej wersji - od pieluch dla kasjerek po eksmisję, leje się toto z ekranu tak gęsto, że brakuje już tylko kokluszu i gradobicia.
- Ale to wszystko prawda!
Ale to film, a jeśli w filmie chce się powiedzieć za dużo, to zazwyczaj wychodzi niezrozumiale albo męcząco i efekt jest odwrotny od zamierzonego. Się kręci film pod tezę - trzeba pilnować, żeby teza trafiła do widza, a nie odstraszyła go nachalnością.

Według teorii Julii Kristevej matka uwięziona... yyy... nevermind.

Zuakorporacja wynajmuje najdroższą kancelarię prawą, a szef najdroższej kancelarii prawnej łazi za Halinką po krzakach, dysząc jej sprośnie w słuchawkę. Córka wagaruje i włóczy się z Rozwydrzonymi Wyrostkami po imprezach rodem z teledysku Metalliki do "Whiskey in the Jar", ale zamiast porzygać się od "Kwasu Jabłoni" i zajść w przypadkową ciążę, nerduje w wirtualu i handluje postaciami z gier. Dzięki czemu zarabia mucho dinero i wspiera matkę w walce o wolność i wyzwolenie społeczne. No, darujcie...

Ciekawa jest natomiast scena finałowa. Halinka drży przed salą sądową - jeśli jej ex-koleżanki nie będą zeznawać, kancelaria wynajęta przez Zuomkorporację przerobi ją na pasztet z Biedronki. Muzyka, zwolnione tempo, napięcie rośnie... zza zakrętu wychodzi ekipa Zuejkorporacji - idą posępni, na czarno ubrani, unosi się piekielny odór siarki, profesjonalizmu i bezwzględności.
- Łojezusie, już po Halince - jęczy publiczność.
A tu nagle zza drugiego zakrętu w równie zwolnionym tempie wychodzą ex-koleżanki: Andżelika, Ania o kulach i w kołnierzu ortopedycznym, Maryla, którą Halinka wypierniczyła z pracy, Monia, która pomogła Halince wypierniczyć Marylę... Idą i patrzą w oczy korporacyjnym biczom, a korporacyjne bicze miękną i flaczeją, bo wiedzą, że mają przerąbane i że sprawiedliwość zatryumfuje.

- Patrz, stary! Idzie sól tej ziemi! - mamroczą ci, którzy widzieli "Potwory i spółka"

Czemu ta scena jest ciekawa? Po pierwsze dlatego, że jest solidnie konwencyjna, a umiejętne stosowanie konwencji (nawet tak prostej) to rzadkość w polskim kinie. Po drugie - bo większość wrażliwych społecznie krytyków wciąga tę scenę na sztandary wrażliwości swojej. Oto dwa światy: bezduszny świat Zuejkorporacji w czarnych strojach i te bidne uciśnione kobiety, znękane, ale mimo wszystko kolorowe i już wiesz, widzu, po której powinieneś stanąć stronie, a która strona no pasaran! No, kurczę, niekoniecznie wiem, bo to nie jest takie proste - między innymi dlatego, że w ekipie Zuejkorporacji maszeruje ex-koleżanka Halinki, Jadzia. Ubrana na czarno, bo straciła dziecko - straciła je na wachcie Halinki, w dużej mierze z jej winy, a fałszerstwo, jakiego się Halinka dopuściła, uniemożliwiło Jadzi dochodzenie swoich praw i sprawiedliwości. I stań tu człowieku po stronie Halinki... która w dodatku symbolicznie odwraca się do dawnej psiapsióły plecami.

A po trzecie - ta scena jest kolejnym dowodem na to, że w polskim filmie zawsze ktoś czegoś nie dopatrzy, zawsze ktoś czegoś nie doczyta i zawsze ktoś coś spieprzy. Wśród koleżanek radośnie wspierających Halinkę jest ta, która dostała po niej stanowisko kierowniczki i jeszcze chwilę wcześniej zeznawała w sądzie przeciwko niej.

Na spory plus aktorstwo. Katarzynę Kwiatkowską podobno widziałem w jakimś filmie, ale za chińskiego boga jej nie pamiętam. "Dniem Kobiet" zapisała mi się mocno, co miała zagrać, zagrała naprawdę bardzo dobrze, nie przeginając ani w stronę filmowego teatru, ani w stronę filmowego stuporu (dwie szkoły polskiego kina), udźwignęła rolę i sporo do niej dodała. Eryk Lubos... to Eryk Lubos. Jeśli ma co grać - zagra to dobrze, jeśli nie ma co grać - też zagra to dobrze.. Dobrym rozwiązaniem było postawienie na nieopatrzone twarze - załoga "Motylka" naprawdę "zdanżała", natomiast reklamowanie filmu nazwiskiem Agaty Kuleszy - przy całej sympatii i docenieniu gry także tu - było sporym nadużyciem. Znakomity drugi plan zagrała Dorota Kolak. Parę minut na ekranie, parę scenek, ale zapada w pamięć, a finałowa scena bez jej drwiącego uśmiechu wymierzonego z Zuomkorporację traciłaby połowę wyrazistości. 

Żeby nam nie było za wesoło - pomedytujmy nad konsekwencjami

Można. Mimo wszystkich kocopałów, ogląda się ten film zaskakująco dobrze. Scenariusz jest całkiem nieźle zszyty, aktorzy nieźle poprowadzeni, można się pogimnastykować interpretacyjnie, co się w polskim filmie nie zdarza zbyt często. Jak na nasze kinowe realia - nieźle, a jak na pełnometrażowy debiut reżyserki i scenarzystki - na tyle dobrze, że ja bym nie tylko dawał tu gis, ale i zaryzykowałbym pieniądze na następny film, bo potencjał jest.


Varia
1. Wszelkie podobieństwa do sprawy Bożena Łopacka vs. Biedronka są oczywiście nieprzypadkowe i całkowicie uprawnione, choć oczywiście, nie jest to przeniesienie 1:1 i nie wszystko, co widzimy na ekranie, zdarzyło się w rzeczywistości.
2. Na liście płac widnieje pozycja: "Tresura". W kontekście filmu o korporacji - dość niejednoznaczny opis.
3. W scenie, w której tłum sąsiadów broni Halinki przed eksmisją, kogo widzimy? O, tu, stopień niżej, po prawej stronie bohaterki... Piotr Ikonowicz we własnej zaangażowanej osobie. Plus dla reżyserki - nie za wykorzystanie postaci Ikonowicza, ale za to, że wykorzystała umiejętnie i bardzo dyskretnie. Zazwyczaj polskie kino, kiedy bawi się w takie grepsy, pcha znaną gębę na plan pierwszy i każe jej coś dobitnie wygłosić, żeby każdy zauważył, poznał i zajarzył, że to taki witz.
4. Reżyserka też miga we własnym filmie. Miga dyskretnie, więc łatwo przegapić.
5. 140 kopii (bardzo dużo) i 51 059 widzów (bardzo mało)

 - I'll be back - powiedziała Zuakorporacja


============
Dzień kobiet
2012
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Maria Sadowska
Scenariusz: Katarzyna Terechowicz, Maria Sadowska
Obsada: Katarzyna Kwiatkowska, Eryk Lubos, Dorota Kolak, Grażyna Barszczewska, Anita Jancia-Prokopowicz, Klara Bielawka, Ewa Konstancja Bułhak, Elżbieta Romanowska, Julia Czuraj, Agata Kulesza, Leonard Pietraszak i inni.
Dofinansowanie PISF: Było. Niestety, na stronie PISF nie ma informacji o kwocie. Ba! nie znalazłem nawet informacji o wniosku. Dziwne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz