2013-08-14

Kop głębiej [2011]

Miała być "zjadliwa satyra", wyszło niezjadliwie nie wiadomo co.

Gud myrning. My som polnische mutanten mit tradyszon i mit Vodka.

Na mazurskie zadupie przyjeżdża bardzo stary Niemiec z wnukiem. Wnuk jest rudy, zachowuje się jak Japończyk i fotografuje absolutnie wszystko, a bardzo stary Niemiec jest bardzo stary i nie fotografuje niczego, bo większość pamięta z dzieciństwa. Niestety, to, co pamięta nie bardzo mu konweniuje z tym, co widzi: dom, w którym mieszkał był zadbany, wymalowany, rynny był proste, okna szczelne, zegar chodził, a trawa w ogrodzie rosła na przepisową wysokość 3,5 centymetra. Dziś dom rodzinny Herr Schmidta to obraz nędzy, rozpaczy, ruiny i polnische wirtschaft: tynku nie ma, zegar nie chodzi, piec nie działa, strych się wali, w ogrodzie chaszcze, a po obejściu łażą jakieś dziwne typy, porozumiewające się przy pomocy chrząknięć, jąknięć i rury od odkurzacza. Typy twierdzą, że są Polakami, noszą nazwisko Nowak i dostały gospodarstwo Schmidtów z reformy rolnej czy innego komuszego nadania. Poza tym typy wyglądają typowo: brudne, prymitywne, odziane w ciuchy z jakieś łagrowej wyprzedaży, wpatrujące się łapczywie w portfel starego Niemca, butelkę wódki i figurkę Matki Boskiej. W tej właśnie kolejności.

Herr Schmidt wrócił w rodzinne strony w celach pogrzebowych. Chce wykopać z ogródka szczątki rodziców zabitych przez Armię Czerwoną. Pochował ich w 1945 roku pod jabłonką, a następnie uciekł wypędził się przed bolszewickonawało. Teraz sam stoi nad grobem i chciałby dopełnić synowskiego obowiązku. Miejscowe typy o nazwisku Nowak zgadzają się na ogródkową ekshumację, ale żądają haraczu i wyłudzają od staruszka 10 tysięcy euro płatne po robocie.
- Popłacimy długi, naprawimy telewizor - cieszą się typy - Zapłacimy za prąd, dach się załata, Olę poślemy na studia, lekarko bedzie. 

Nie pytam jak mnie słyszysz, bo tak się drę, że słyszysz na pewno

Zanim została lekarko - Ola na widok młodego Niemca dostała obfitego ślinotoku i jeszcze obfitszego pojednania. Wystarczyło, że młody post-hajhitel zapytał, czy pozowała kiedyś do zdjęć, a nasza Nowakówna - ciach kieckę przez głowę, ciach cycki na wystawę, i usta lubieżnie wydyma, i czyja nózia - tak się pyta, że niby nie wie czyja - i różne inne części także wypina mu... 

Jest jednak mały problem w tej sielance polskich mutantów - truchełka państwa Schmidt wykopał dziadek Nowak zaraz po wojnie i nie wiedząc, co zrobić z tak niespodziewanym znaleziskiem, wywalił je do jeziora. Zrozpaczone typy wpadają na pomysł uzupełnienia braków towarowych na miejscowym cmentarzu - wykopie się rodziców dziadka Nowaka i wręczy się staremu Schmidtowi w prezencie. Jak pomyśleli - tak zrobili: poszli, zaczęli kopać i wszystko byłoby dobrze, gdyby dziadkowi Nowakowi szajba od gorzały nie odbiła: nalał na cmentarny krzaczek, ogień wzniecił, kadisz zaczął śpiewać, do żydowskiego dziedzictwa się przyznając (oraz komuszego - bo wiadomo, że w polskim kinie każdy pijak to złodziej, a każdy Żyd to komuch), w tany się puścił, księdza proboszcza obudził...

Matka Boska Dachówkowa. Ojacie.

Mamy Matkeboske na dachu i Matkeboske nadziewającą się na krucyfiks, mamy księdza z wykrywaczem metalu, mamy kościelnego-debila i policjanta-pół debila, mamy miejscową ludność napizganą jak stado szpadli i podpierającą okoliczne drzewa, mamy rozmodloną babcię Nowakową, która między zdrowaśkami bluzga jak Franz Maurer na stołówce, mamy gipsowego krasnala jako Geschenk, mamy obowiązkowy traktor, mamy dosypywanie leków do jedzenia, mamy plantację marihuany w lesie, mamy wszystkie najbardziej zgrane numery filmowe ostatnich dziesięcioleci i mamy gigantyczne poczucie niesmaku, że siedzimy i oglądamy tę kupę.

Żeby nie przedłużać: wszystko kończy się dobrze. Przede wszystkim dlatego, że się kończy. Rozwiązanie jest niemal zabawne (a raczej byłoby, gdyby nie fakt, że jest zgrane do imentu, a na dodatek sprzeczne jest z scenariuszem), ksiądz proboszcz dostaje tauzena, żeby nie pyskował i wszyscy się modlą pod Matkobosko, tylko Ola Nowakówna i wnuk starego Schmidta chędożą się w kurniku, aż pirze z drobiu leci i deski skrzypią. Oj, nie bedzie Ola lekarko, nie bedzie... Ale wnioskując z entuzjazmu, z jakim uprawia polsko-niemieckie pojednanie, da sobie dziewczyna radę w życiu.

Drąg na Osten

Film-żenuła. Twórcy i dystrybutorzy kombinują jak koń pod górę, żeby dorobić do niego jakąś głębię i jakieś drugie dno. Głębi nie ma, a dno jest i drugie, i trzecie, i chechnaste, bo gdy tylko się wydaje, ze większego dna już być nie może, okazuje się, że proszę uprzejmie - może i to bez trudu. Tragifarsa? Komediodramat? Satyra? Kontrowersje? Dajcież, kurde, spokój... to tylko enty-polski film, którego reżyser uznał, że im głupsze stereotypy, tym śmieszniej, a jeśli jeszcze rzuci się "kurwą", to publisia posika się ze szczęścia.

Że tematy polsko-niemieckie? Że autochtoni kontra napływowi? Że się pokaże pazernego księdza i chlejącego Polaka? To ma być dziś jakaś nowość, satyra i obrazoburstwo? Pogratulować opóźnionego zapłonu i ciekawe, co reżyser pokaże w następnym filmie: złego kapitalistę z brodą? Okrutnego stryja czyhającego na cnotę bratanicy? Obrośniętych pajęczynami arystokratów, syczących ku cherlającej guwernantce: "Trędowata... trędowata..."?

Ostrze współczesnej satyry czyli kłonicą po łbie. Dwa razy dla pewności.

- Ale przyznasz, że cmentarny motyw z dziadkiem, wykrzykującym kadisz na cmentarzu jest mocny?
Nie, nie przyznam. Jest płaski jak mediolańska modelka i jeśli ktoś widział "Everything is illuminated" to przy "Kop głębiej" odwraca wzrok z niesmakiem. Może byłby mocny, gdyby nie leźć w "typische polnische  hehehe", ale zrobić niego kulminację starannie poprowadzonego, poważnego wątku ("Everything is illuminated" raz jeszcze), ale tu został wetknięty między księdza na quadzie, radiomaryjną babcię, pytającą: "Co ty, kurwa, wygadujesz?" oraz zaślinioną Olę, łapiącą młodego Niemca za panzerfausta i potraktowany jako jeszcze jeden z wielu tanich grepsów na rozrechotanie publisi. Prowokować trzeba umieć i trzeba wiedzieć, po co się prowokuje, a strojenie się w szaty obrazoburcy tylko dlatego, że się jakiejś postaci między pierdnięciem i beknięciem kazało powiedzieć: "To są zwykłe napływowe Żydki, Żydy, znaczy Żydzi... A to jest dużo gorzej od Niemca, proszę księdza"... Litości, naprawdę.

Potencjał był - widać to było po postaciach starego Schmidta i dziadka Nowaka. Niestety, Konrad Szołajski postanowił podrażnić publiczność Kiepskich, więc poleciał intelektualną kiszonką. Po premierze pojawiło się sporo opinii, że film jest "antypolski", że godzi w i podważa. Nie jest, nie godzi i nie podważa. Jest tylko nudny, nieudany, nieudolny, nieśmieszny i nieoglądalny. I zniesmacza. Li i tylko.

Na obrazku znajdź aktora niepasującego do ogólnego badziewia

Aktorsko różnie - Ryszard Ronczewski gra starego Schmidta rzetelnie, ale jest postacią z zupełnie innego filmu i aż żal, że musiał się aktorsko zadawać z przykrym Krzysztofem Tyńcem w tupeciku, Marzeną Kipiel-Sztuką czyli serialową żoną Ferdka Kiepskiego (i tak też grającą), szastającą się żałośnie Elżbietą Karkoszką. W przypadku Dagmary Bąk cycki wygrały z grą aktorską (bo były), Sławomir Pacek i Andrzej Grabowski zagrali swoje tradycyjne klisze, ale Pacek był przynajmniej ogolony. Smutno natomiast oglądało się Romana Kłosowskiego, z którego zostały już jedynie oczy i głos, a momentami tylko głos. Całości-żałości dopełnia kadrowanie jak z warsztatów w domu kultury w Bąbelkach i muzyka Krzesimira Dębskiego, przerysowana, dosłowna i równie irytująca jak sam film.

Nie warto. Nie warto się nawet zastanawiać, czy warto. Pierwsza dziesiątka w kategorii "kicha dekady".


Varia
1. Klasyka filmowego niechujstwa: czapka aspiranta, kurtka mundurowa młodszego aspiranta. Dobrze, że nie hełmofon i płetwy.
2. "Bracia i siostry, błogosławmy Boga, który..." Sławmy. Błogosławić to Bóg może was, a nie wy jego.
3. - Was?
- Was, was... Kapusta i kwas!

Jezusmarianapomoc, mega-suchar wrócił jako zombie!
4. Na liście płac jest trzech ostrzycieli (no, przy dowcipach to ich na pewno nie zatrudniono), dwóch treserów psa (siedzącego zazwyczaj w budzie) i jeden treser koguta.
5. Film został dofinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej. Niestety, obie instytucje głęboko zakopały informacje o kwotach przeznaczonych na ten film. W sumie, trudno się dziwić... "Kop głębiej" nie ma także w PISF-owskim zestawieniu oglądalności polskich premier, choć znalazło się tam nawet "Na północ od Kalabrii" z wynikiem 570 widzów od premiery. Mam rozumieć, że "Kop głębiej" wypadło jeszcze gorzej?

Jak sobie mały Kozio wyobraża... wszystko.

============
Kop głębiej
2011
Czas:
86 minut
Reżyseria: Konrad Szołajski
Scenariusz: Konrad Szołajski, Fred Apke
Obsada: Ryszard Ronczewski, Dagmara Bąk, Adam Konowalski, Elżbieta Karkoszka, Roman Kłosowski, Marzena Kipiel-Sztuka, Krzysztof Tyniec,  Andrzej Grabowski i inni
Dofinansowanie PISF: było. Ciekawe, jak duże?

1 komentarz:

  1. Recenzja jak zwykle trafna. Obejrzałem ten film przed chwilą i żałuję, że autor dobrej parodii filmów Wajdy pt. "Człowiek z..." zrobił coś takiego...

    OdpowiedzUsuń