2013-08-27

Syberiada polska [2013]


Stary Gepetto czuł się bardzo samotny, wziął więc siekierkę, hebel i wystrugał sobie film. 

Ratuj się kto może! Kto nie może, tego niech ratują sąsiedzi!

Rodzina Jana Doliny...
- Ja kapral, nie oficer.
...składała się z samego Jana Doliny, żony Jana Doliny, starszego syna Jana Doliny, młodszego syna Jana Doliny i kobyły (sprawdzić, czy inflanckiej). Kobyła Jana Doliny się oźrebiła, starszy syn Jana Doliny sprawiał wrażenie niezbyt sprawnego na umyśle i ciągle dyszał, a zachodni sąsiedzi runęli żelaznym wojskiem. Wschodni sąsiedzi też runęli wojskiem, ale nie żelaznym, tylko zielonym, ubranym w bardzo ładne mundury, całkiem przyzwoicie uzbrojonym, umytym, ogolonym, a połowa miała nawet spodnie wyprasowane w kant.
- Nieprawda! Czytałem, że...
Ot, widzicie, towarzyszu widzu, jak was reakcyjna literatura oszukiwała, sącząc jad i miazmaty? Niech to będzie dla was nauczką.

Rodzina Jana Doliny spędzała czas na uśmiechaniu się do siebie i dotykaniu twarzy. Jan Dolina dotykał twarzy żony Jana Doliny, żona Jana Doliny dotykała twarzy młodszego syna Jana Doliny, a starszy syn miał wielką ochotę dotknąć twarzy czarnowłosej Celiny Bialer, ale ponieważ był nieśmiały (czytaj: ONR walczył, ONR czuwał, ONR Polskę wykuwał), ograniczał się do dotykania twarzy konia. Wzajemny touching przerwali wschodni sąsiedzi, którzy poprosili grzecznie, by rodzina Jana Doliny spakowała się prędziutko i opuściła pomieszczenie pracownicze.

Gry i zabawy ludu polskiego

Rodzina Jana Doliny przewieziona została do obozu pracy w Celestynowie pod Warszawą.
- Gupi, to była Syberia!
Na Syberii zimą jest zimno. Para z ust idzie, śnieg skrzypi, ludzie zamarzają, a nie łażą z gołymi nogami, żeby tylko na nogach się skupić i o goliźnie w wyższych partiach nie wspominać. I tajga jest bezkresna, nie przesłaniają jej słupy, druty i inna cywilizacja.

Życie w Celestynowie było w sumie znośne. Szerokie przestronne baraki, grama kurzu, grama brudu, czyste białe koszule, biały chleb, papieru i kartonu do rysunków skolko ugodno, wysokie skórzane buty, błyszczące po całym dniu pracy, błyszczące miski i nawet porcelana się trafiała. W dodatku można było z tego obozu wyjść w dowolnej chwili i pójść heeeen, do Buriatów, pooglądać dwudziestopierowszowieczne samochody jeżdżące dookoła cerkwi. I poszedł Jan Dolina oglądać samochody, i Fiedosiej poszedł, a potem wrócili i wszyscy cieszyli się bardzo.
Tylko komendant był wredny.
- Ja was Paliaki, nie-na-wiiiiżu - cedził powoli, bo każdy zły Rosjanin w polskim filmie cedzi powoli - Ojcaście mi skłuli pikami, ułany wasza mać.
- Ja kapral, nie oficer - poinformował go Jan Dolina, głupio trochę, bo przecież wiadomo, że jeśli ktoś ojca skłuł piką, to właśnie kapral, oficerowie albowiem nie mieli pik na wyposażeniu.

Kuracjusze turnusu pierwszego  w pieśni "Płonie ognisko i szumią knieje"

Oficer nazwiskiem Sawin nie lubił Jana Doliny i robił mu wbrew, ukraiński brygadzista zakochał się w Polce i robił jej dobrze statystyką, Sonia Bohosiewicz barłożyła się z NKWDzistą, robiąc za wschodnią wersję pani Walewskiej (zamiast Galicji dostawała tuszonkę dla zesłańców, zamiast białostockiego - chleb, a zamiast ziemi dobrzyńskiej - orgazm). Praca rodziny Jana Doliny była trudna i odpowiedzialna: mieli stać przed kamerą i wykonywać możliwie najdurniejsze czynności: piłować drzewo stojące na środku planu filmowego (a reszta ekipy w panice uciekała przed walącym się pniokiem), chwytać piłę za brzeszczot i ciągnąć ją prostopadle do kierunku piłowania... No, takie tam normalne czynności łagrowe z częstą przerwą regeneracyjną. W chwilach wolnych od roboczego trudu Dolinowie dotykali swoich twarzy, a zabawa ta tak się wszystkim spodobała, że też zaczęli dotykać: Matka Polka dotykała twarzy mundurowych (znaczy, twarzy też), pielęgniarka w śnieżnobialym fartuchu dotykała twarzy starszego syna Jana Doliny, brygadzista dotykał twarzy Celiny...
- Przy ustach dłoni chwiejny gest. Tak, to Celina, Celina, Celina jest!
Celina dotykała twarzy brygadzisty... Nawet zły komendant Sawin zaczął dotykać twarzy młodych Doliniaków swą kombatancko-drewnianą protezą dłoni.
- O, proszę! Oprawcy bili narzędziem tępojakimśtam!
Dotykać. Naprawdę. Pieszczotliwie. Choć, oczywiście, z wrednym enkawudowskim podtekstem. 

W co się bawić, w co się bawić..

Życie w obozie pod Celestynowem toczyło się spokojnym rytmem: praca, dotykanie, twarzy, praca, dotykanie twarzy... Czasem tylko zawiał wiatr od morza i ludziom zaczynało odbijać. A to Jan Dolina latał po gumnie i ryczał: "Ludzieeeee! Zdechniemy!", a kiedy wszyscy wystarczająco poczuli grozę historii, zmieniał repertuar na "Ludzieeeee! Amnestiaa!" A to Matka Polka zaczynała latać po śniegu, gubiąc w zaspach bieliznę i pijanych NKWDzistów, a to młody Doliniak wybałuszał oczy i dyszał, a to scenarzysta szedł po bandzie, najpierw ucząc dzieci antysocjalistycznych wierszyków, a potem każąc im wywrzaskiwać te wierszyki Swieckiej Vlatti w twarz
- Że komu?
Swieckiej Vlatti - tak mówił młody Doliniak, kiedy szantażował złego kapitana Sawina.
- Własti! Sowieckiej własti!
Nie nudź, to była długa kwestia, aktor mógł nie zapamiętać, a kartka "poprawić w postsynchronach" zaginęła w wojennej pożodze.

W końcu uczestnicy turnusu w Celestynowie zostali zwolnieni z obozu. Od razu zobaczyliśmy różnicę. Póki żyli w łagrze, koszule mieli czyste, waciaki jak spod igły, żadnej plamki, daszki czapek błyszczały jak wojskowe buty Jana Doliny,...
- Ja kapral, nie oficer.
...manikiur zrobiony, no, Ę-Ą i kultura. To pewnie dzięki strażnikom z NKWD, dającym przykład wyprasowanymi mundurami, nowiuśkimi kożuszkami w ujutnym odcieniu ecru, zadbanym uzębieniem, dyskretnym zaczesem itd. Ledwo Polaków puszczono na wolność - BĘC: plama, dziura, cera (ziemista zazwyczaj), buty rozlazłe, gacie pęknięte, brud, smród, zacofanie. Ech, wypuść inteligencką swołocz spod opieki cywilizacji - zaraz się zdegeneruje i zdeklasuje.... Tylko manikiur wszyscy mieli nadal staranny, co szczególnie było widać w licznych scenach dotykania twarzy. W prywatnym rankingu filmowego manikiuru wygrywa rosyjska pielęgniarka łagrowa, przed Jewrejką po 16 miesiącach ostrej tiurmy i Janem Doliną po dwóch latach na wyrębie.

Panie, 16 godzin charakteryzowali mnie na wróżkę Latrynę z "Facetów
w rajtuzach", kto by o dłoniach pamiętał?

Long story short: Polacy dzielnie bronią narodowej tożsamości, dotykają swoich twarzy, knowania NKWD zostają udaremnione, kapitan Sawin ma się z pyszna, jeszcze bardziej nienawidzi Polaków i już nie dotyka ich twarzy kombatancka protezą w czarnej rękawiczce, Celina Bialer poświęca swoje zasymilowane uczucie na ołtarzu pojednania między narodami, Jan Peszek kopie w kalendarz, oddziały Grup Rekonstrukcyjnych galopują przez ekran, wrzeszcząc "Bystra!"...
- Woda? Wodzicka? Hej, do Janicka?
...fani big-bitu wyróżniają się okrzykami "Bystr-jeje!", zakończenie filmu przebija wszystkie możliwe bandy i szybuje w otchłani drwiącego rechotu, a nad wszystkim unosi się kamerzysta na motolotni, choć w fakturach jak byk stoi, że pan ma helikopter. Znaczy, w każdej chwili może pan mieć.
- Mogę mieć. Z tym, że godzinę wcześniej muszę o tym wiedzieć.
- Więc moim zdaniem, po co mamy trzy razy przepłacać, jeśli mamy tu faceta i on sobie też zarobi. Teraz tak: słomę załatwiłem spod Koszalina z PGR-u, a do środka można dać. To społecznie, tak że nic nas nie kosztuje, a co ważne - taśmę będę miał z nadwyżek, więc się nakręci filmik i też nas nic nie będzie kosztowało. Tak, że jesteśmy do przodu na tym jakieś sto osiemdziesiąt tysięcy.
- Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach!

Film jest zły. Nie, nawet nie "zły" - jest cienki jak dupa węża, toporny jak balet w wykonaniu plutonu pijanych czołgistów, naiwny, nieudolny, prostacki i... kurde, słów brak. Młodzież w takiej sytuacji mówi, że coś jest "daremne". No to ten film jest "daremny". Centralnie. Łagiernej grozy - zero. Realia - zapomnijcie. Mrozu - ni chu-chu. Dramaty - z tektury. Tragizm historii reprezentują przyklejone na ekranie daty: 01.09.1939, 17.09.1939, 09.05.1945. Postacie przesuwają się po ekranie jak na rolkach, a swoje kwestie równie dobrze mogłyby mieć wypisane na kartonikach. Może nawet lepiej, gdyby miały wypisane, bo wtedy widz wiedziałby, co mają do przekazania - kiedy mówią, to albo nie słychać, albo nie widać, albo - co gorsza - widać i słychać i to już jest żałosne (scena, w której aktor pokazuje trzy palce, ale widać, że mówi "dwie", a poprawki w postsynchronach rozjeżdżają się z obrazem).

No weź, młody... tak dawno nie dotykałam twarzy. Mięśnie palców mi wiotczeją.

- Godzisz i podważasz, ancykryście i antyPolaku, to pierwszy film o martylo.. myrtaro... mortadelo...
...tam pierwszy. Pierwsza była "Cynga" Leszka Wosiewicza (1991!), potem było "Wszystko co najważniejsze" i oba te filmy wciągają "Syberiadę" lewą dziurką, a wysmarkują prawą. Pod każdym względem: osadzenia w wielkiej historii, realiów, scenariusza, gry aktorskiej itd. "Syberiada" wygląda przy nich jak drwina z kina, jak odpad przemysłowy po kinematografii lat 30., jak praca dyplomowa studenta Wyższej Szkoły Bogoojczyźnianego Wideofilmowania przy Jeszcze Wyższej Szkole Tego, Owego i Administracji.

- Ale prawda o męczeństwie Polaków! Widziałeś krzyże?
Nie tylko widziałem, ale sam się parę razy przeżegnałem w czasie seansu. Z przerażeniem i dla odczynienia uroku.
- Są wywózki! Są złe Ruski! Zbrodnicze NKWD jest! Prawda historyczna!
W "Iron Sky" są źli naziole, łomoczący parademarschem i krzyczący "Sieg Heil!" Ale to jeszcze nie znaczy, że mam uwierzyć, iż przetrwali wojnę na Księżycu i chcą najechać Ziemię, prawda?

Demaskujemy kapitalistyczne kłamstwa o warunkach higieniczno-żywieniowych!

Klasyka polskiego kina. Siekierą, łopatą, przez megafon, a wszelką krytykę zgasimy, zasłaniając się trupami, męczeństwem i dramatycznie uzasadnionym ojczenaszkiem. Tyle wystarczy, więc resztą nie trzeba się przejmować, można odwalać amatorską partaninę, widza można mieć w dupie, a frekwencje zrobią szkoły. Przestarzała słabizna na poziomie scenariusza zderzyła się z niechlujstwem scenografów, gorzej niż przeciętną reżyserią i... Pamiętacie klasyka: "Dwie gołe baby kąpały się w jednej wannie. W pewnej chwili zderzyły się tyłkami i to tak klasnęło, że nie macie pojęcia!"? No to w "Syberiadzie polskiej" nawet nie klasnęło. Nie tylko dlatego, że goła baba była jedna. Goła patriotycznie, oczywiście.

Aktorstwa nie ma. Adam Woronowicz stara przez chwilę, ale potem przestaje, bo i tak nie ma co grać, robi więc po prostu swoje i unika kamery jak może. Urszula Grabowska jest ładna i gra Stanisławą Angel-Engelówną (bardziej Angel), Andriej Żurba ambitnie próbuje, ale spróbujcie zagrać plastikową mydelniczkę... Agnieszka Więdłocha gra to samo, co w "Czasie Honoru" ("dzień dobry, jestem Żydówką, umiem wybałuszać oczy z przerażeniem i bezradnie się uśmiechać") i gra tak samo słabo, a Paweł Krucz, grający młodego Doliniaka, powinien dostać nagrodę dla najgorszego aktora dekady za stosowanie wyłącznie dwóch środków wyrazu: ataku astmy w scenach dramatycznych i ataku niewerbalnego Tourette'a w scenach romantycznych. Wielką przyszłość widziałbym dla niego w tureckich horrorach, ale mam smutną świadomość, że zobaczę go jeszcze w wielu polskich produkcjach. 

Główny bohater zapadł na Post Patriotic Syndrome

Szczytem wszystkiego są sceny, w których aktorzy grają cierpienie. Wiecie, jak się gra cierpienie u Janusza Zaorskiego? Trzeba chwycić się za głowę i odkręcać ją sobie w obie strony, czasem układając usta w szerokie "E", ale zawsze zaciskając powieki. Proszę, ćwiczymy... O, pięknie. Tylko pani w zielonym powinna dołożyć trochę charczenia, a pan z loczkiem - mocniej ścisnąć sobie głowę... O, tak. To był żywy obraz pt. "Ciepiący patriota w syberyjskiej głuszy ze świadomością, że Żołnierze Wyklęci, Jezus, Maria i Krzyżacy!"

Nie warto. Nawet, gdyby potraktować "Syberiadę polską" jako mimowolną komedię, po 40 minutach człowiek się czuje, jakby drwił z inwalidy, po godzinie nie ma się już z czego śmiać, po 80 minutach orientuje się, że do końca jeszcze solidny kawał czasu, a znieczulacze się kończą, po 95 minutach rzuca jobami, a po 110 minutach wczepia się zębami w blat biurka, rzężąc, że jeśli tyle obejrzał, to już wytrzyma ten kinematograficzny łagier do końca. Niektórym się udaje. Reszta zostaje z pragnieniem dotknięcia kogoś w twarz. Z rozmachem. 

Touching - syberyjska odmiana łomżingu


Varia
1. Autorem powieści, na której oparto scenariusz jest Zbigniew Domino. Figura - łagodnie mówiąc - ponura. Bardzo łagodnie mówiąc. Naprawdę w całej polskiej literaturze łagrowej nie było książki jakiejś mniej obrzydliwej postaci? Bo lepszych książek o tej tematyce jest przecież na kopy i na życzenie, bez googlania, lecę -dziestoma tytułami. "Co skłoniło Podstolinę..." A zresztą, wolę nie wiedzieć.
2. Janusz Zaorski w przerwach między mękoleniem, że państwo nie chce mu dać pieniędzy, pieniędzy, jeszcze więcej pieniędzy, nadymał się, że "Syberiada Polska" jest pierwszym filmem kręconym na Syberii. "Kręconym" to lekka przesada - trzy sceny, sześć przelotów motolotnią... przepraszam, oficjalnie helikopterem, panoramka, pejzażyk, pan się przejdzie, panie Adamie tam... teraz tu...
- Ale to jest kilkaset tysięcy!
- Zapłacimy! Zapłacimy! Film zrobi na zlecenie instytucja i zapłacimy. Rachunki mam z Cepelii na dwieście osiemdziesiąt tysięcy - zapłacimy! I nie sprzedamy misia żadnemu muzeum, nawet Narodowemu za milion!
3. Muzykę napisał Krzesimir Dębski. Jest bardziej kiczowata niż film. Ba! jest bardziej kiczowata niż czcionka, użyta do napisów, a czcionka ta jest kiczowata bardzo. Takie trochę menu baru mlecznego wypisane krwiomibliznom.
4. "Sami swoi" - za II reżyserów robią Janusz Petelski, Joanna Passendorfer, Elżbieta Latałło-Górecka. A współscenarzysta Maciej Dutkiewicz jest członkiem Polskiej Akademii Filmowej. Rany boskie marksistowskie...
5. Czas jakiś temu Jerzy Hoffman wyhaczył z PISF 84 000 na "rozwój projektu" pt. "Syberiada". Czy zbieżność tytułów przypadkowa, czy nie - nie udało mi się dowiedzieć.
6. Wg strony internetowej PISF film kosztował 6 mln, a PISF dał 2,5 mln. Media donoszą tymczasem, że kosztował 10 mln, a PISF dał 4,5. Ciekawa rozbieżność.

Pani Eulalia obejrzała film i zareagowała Malczewskim


============
Syberiada polska
2013
Czas:
125 minut
Reżyseria: Janusz Zaorski
Scenariusz: Maciej Dutkiewicz, Michał Komar
Obsada: Adam Woronowicz, Sonia Bohosiewicz, Andriej Żurba, Paweł Krucz, Igor Gniezdiłow, Natalia Rybicka, Jan Peszek, Agnieszka Więdłocha, Waleria Guliajewa i inni
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 (produkcja), 65 000 (promocja w Rosji), 13 950 (promocja na Ukrainie)

18 komentarzy:

  1. A te miseczki blaszane na zdjęciu, to pewno stal nierdzewna z wyprzedaży w jakimś carrefourze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ skąd! To hełmy polskiej husarii, przekute na lemiesze, a następnie na miski, wypolerowane odejmowanym od ust chlebem i warkoczami naszych dziewcząt. Które będą białe. Znaczy, warkocze, bo dziewczęta będą biało-czerwone :-)

      Usuń
  2. Talerz, ten talerz! *charczy z bólu i żalu* No i te miski, te miski, że też nikt nie zwrócił uwagi. I to dotykanie twarzy, dużo dotykania twarzy, osochozi?
    Poza tym notka przezabawna (kwiknęłam sobie z radości potężnie parę razy) i oddająca wszelkie moje uczucia względem takich dzieł, choć tego jeszcze nie widziałam, to już z fotosów wnioskuję, że martyrologia, krewiblizna i w ogóle polski film historyczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początkowo sądziłem, że dotykanie twarzy ma związek z gorącymi uczuciami, ale potem zakochany w Sylwii Paszka zaczął dotykać twarzy Ireny i wszystko mi skomplikował.
      Krewiblizna jak najbardziej. Jest też drewniany krzyżyk, przechodzący z rąk do rąk i z narodu do narodu oraz mogiła kopana aluzyjnie, bo bardzo płytko, ale za to baaardzo szeroko. Symbolizm, że niech się Kasprowicz schowa.

      Usuń
    2. Tani symbolizm jest tani, yay! Chyba rzeczywiście obejrzę ten film, tak żeby się podręczyć. I może odkryje drugie dno w tym dotykaniu twarzy. Albo i trzecie. Bo jakoś zmusić się do przeczytania sprezentowanej mi niedawno książki Domino nie mogę. Może dlatego, że ma filmową okładkę?

      Usuń
  3. Pamiętam, że przed katowickim seansem Iron Mana puścili trailer "Sybieriady" i byłem pod wielkim wrażeniem... tegoż, no przecież nie samego filmu, na kilometr było czuć przewyższenie formy nad treścią, krew, blizny i tego typu historie. Napięcie, tempo, urwane w połowie zdania, pociąg ciuf-ciuf na Syberię, zimno, strach, martyrologia w mariażu z warsztatem... Gdybym był jeszcze głupszy niż obecnie, uwierzyłbym, że szykuje się kolejna Ucieczka z Sobiboru z emocjami godnymi pojedynku na dachu pociągu ze Skyfalla.

    Może lepiej skupić się na oglądaniu trailerów niż na takich bogoojczyźnianych haftach? Mam wrażenie, że jest w nie wkładany większy wysiłek i serce. Co dziwnym nie jest.

    (I czekam na Układ Zamknięty! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od dawna jestem zdania, że polska kinematografia powinna kręcić wyłącznie trailery - tanie, smaczne, krótkie, wszystkim zależy, jest sporo materiału, z którego można wybierać...
      ...a potem przychodzi myśl, że po dwóch latach trailerowania wszystko wróciłoby do normy i dostawalibyśmy dwuminutowe filmo-euro-palety, z wystającymi drzazgami, dziurawym scenariuszem i aktorstwem a'la saturator. Oczywiście za cenę pełnego metrażu plus dofinansowanie z PISF.

      Usuń
    2. Z każdego gniota da się wykroić całkiem niezły trailer... sądziłam, póki nie zobaczyłam trailera do "Kac Wawy".

      Usuń
  4. A swoją drogą, tak sobie przejrzałam recenzje... Nawet na portalach prawicowych są raczej oszczędni w słowach i starają się wytłumaczyć, dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ubawiłam się setnie. Aż żałuje, że nie zebrałam zewsząd szczątków poczucia humoru i nie wysmarowałam recenzji w podobnym tonie. Moja zieje żółcią i złością. Tak mnie najbardziej rozwalały te ich gęby pełne zębów i bieganie w halce po baraku. No litości! No i fraza Woronowicza (którego bardzo lubię) po powrocie ze spływu (kajakowego) "zarosłem synku, zarosłem" tak oto ta scena oddawała cały dramat obozowicza.
    Piękny tekst, chylę czoła z uznaniem wielkim i idę się pomiziać po twarzy (akurat zrobiłam manikjur).

    OdpowiedzUsuń
  6. A no to samo wrażenie, że pani W jedzie Czasem honoru na okrągło. Dokładnie to samo u siebie napisałam. Woronowicz wielka klapa. Liczyłam na niego, ale cóż on tam miał do zagrania. Jedyne światełko w tunelu to Sońka:)

    OdpowiedzUsuń
  7. papyrczka mnie tu przywiodła. Tak się śmiałam, ale nie na głos, bo jednak krew-pot-łzy i tylu zginęło (ale żadne zwierze podczas kręcenia tego filmu), że mąż przybiegł zobaczyć, czy przypadkiem nie mam zawału. Dzięki za to.
    Nie byłabym taka ostra dla aktora grającego Stasia Dolinę, był takim topornym bucem jak wszystkie jemu podobne chłopaki, w tym wieku, na wsi (a może i nie tylko na wsi). Czashonorowa pani W. faktycznie słaba, ale czy ona gdziekolwiek nie była słaba?
    Tylko Peszka żal, wstyd mieć taki film w swoim portfolio

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani W. podobno była niezła w "Placu Zbawiciela" - nie wiem, bo po opowieściach znajomych postanowiłem na razie nie oglądać tego filmu. Nie, nie mówili, że zły - przeciwni, mówili, że bardzo dobry. Ale przede wszystkim mówili, że agresywnie depresyjny. I chyba jeszcze panią W. w niezłej formie pamiętam z "Małgosia kontra Małgosia" :-)

      I nie przesadzałbym z tym wstydem - robił , co mógł, niewiele mógł, ale wstydzić się Peszek powinien i to bardzo "Figo Fago" - "Syberiada" w porównaniu z tym śmieciem to niemal "Pancernik Potiomkin"

      Usuń
    2. Pani W nie grała w "Placu Zbawiciela" (no chyba, że w tak małym epizodzie, że nie została wymieniona w liście płac). Film widziałam kilkakrotnie (rasowe, mocne kino bez obcyndalania się z widzem) i też jej w tym filmie nie pamiętam.
      Już wiem! Tobie chodzi o Ewę Wencel pewnie. Tak ona grała w Placu (zatukłabym babę tłuczkiem do mięsa jeśli tylko mogła być wleźć do filmu) za to nie grała chyba w arcy-gniocie (no chyba, że wyparłam)
      Pozdrawiam ciepło Papryczka.

      Usuń
    3. Aaaaa, to już wiem. Zapomniałem, co pisałem, a parę dni temu toczyłem zacięty bój dyskusyjny o Ewie Wencel i jej scenariuszu do "Czasu honoru". Tak zacięty, że zapomniało mi się o Agnieszce W. Której rzeczywiście jeszcze w dobrej roli nie widziałem. Ostatnio zirytowała mnie jej sesja fotograficzna dla którego z mediów (gazeta? portal?) - podręcznikowy przykład, jak się w naszych mediach urodę morduje urodę i przerabia na plastikową pulpę. Bo urody Agnieszce W odmówić nie można. Ale ta sesja... boszz.. "Jak poderwać Miśka czyli podręczny podręcznik dla licealistek z niewielkimi wymaganiami" :-)

      Usuń
    4. Całe szczęście, że Papryczka załapała o co chodzi, bo miałam moment, ze zwątpiłam, gdzież ona była w Placu Zbawiciela? A Małgosia kontra Malgosia to już mnie w ogóle położyła na łopatki, a tu panie Wu się pomyliły.

      Usuń
  8. Cudnie napisane, dwa razy ścierałam zaparskany komputer :D

    OdpowiedzUsuń