2013-08-23

W sypialni [2012]

- A on mówił, mówił, mówił i mówił...
- O czym mówił?
- Tego nie powiedział. 

Kobieta na skraju załamania nerwowego

Kobieta na ekranie ma problem. Na początku nie bardzo wiadomo, jaki to problem, ale widać, że wielki, bo emocje wychodzą kobiecie na oblicze i urządzają sobie bitwę pod Grunwaldem. Chwilę potem z problem z kobietą mają inni - usypiani przez kobietę przy pomocy pigułki, okradani z kiełbasy podwawelskiej, gotówki i intymności

Kim jest kobieta, dowiadujemy się stopniowo, choć cała nasza wiedza ujęta jest w "zapewne" i "prawdopodobnie". Prawdopodobnie rzuciła swoje mieszczańskie życie ("domek z ogródkiem i garaż i auto, że każdy, co nie miał, zaraz by mieć chciał to") i zapewne miała ku temu poważny powód. Zapewne brakuje jej pieniędzy, skoro podjada w marketach, nocuje w coraz bardziej podrzędnych hotelach, a w końcu w samochodzie zaparkowanym gdzie-bądź. Pomysł ogłoszenia w portalu powiedzmy-że-randkowym jest objawem desperacji - emocje na obliczu przełamują Łuk Kurski i Wał Pomorski, ale z biegiem czasu ten sposób zarobkowania zaczyna stawać się dla kobiety normalny. Mieszkania uśpionych mężczyzn przeszukuje coraz sprawniej, na internetowych czatach czuje się coraz swobodniej, a pytanie "Co się stanie, gdy zabraknie jej pigułek nasennych albo któryś z klientów nie zechce wypić drinka doprawionego Morfeuszem?" zostaje ominięte przez scenarzystę, który w ostatniej chwili na drodze kobiety stawia drewnianego mężczyznę z uczuciami. Mężczyzna jest miły, drewniany, troskliwy, drewniany, wrażliwy, drewniany i drewniany, kobieta odzyskuje życiową równowagę, przeżywa życiową przygodę, podejmuje życiowe decyzje...

Nic nie mówię, bo cysiam cukierka, Kwaskowego, żeby oczy do ciemności przywykły.

W walce formy z treścią wygrała forma, przerastająca treść o trzy głowy, a zakochanie reżysera we własnym scenariuszu mordowało każdy przejaw klimatu. Obserwujemy desperacką walkę kobiety z rzeczywistością, jej ledwo powstrzymywaną histerię, dygot emocjonalny, gdy daje pierwsze ogłoszenie i ledwo jest w stanie wydukać słowo, o jakiejkolwiek uwodzicielskości nie wspominając, bo jakże może być uwodzicielska kobieta, która od paru dni mieszka w samochodzie, a gdy się myje to raczej dość pobieżnie, bo co można zrobić przy pomocy półlitrowej mineralnej?
- Ładnie pachniesz - mówi chwilę potem Grucha.
- Grucha, ty zwyrolu - jęczy widz, który ma wyobraźnię, a zresztą tu nawet nie trzeba wyobraźni, wystarczy się przejechać komunikacją miejską.

Chwyciła "Gruchę" za jabłko

I te teksty...
- Nie wierzę ci
- Dlaczego?
- Po prostu ci nie wierzę.
Rąsia. Ja reżyserowi/scenarzyście także nie wierzę, zwłaszcza, kiedy karmi mnie dialogami typu
- Dlaczego mi to mówisz?
- Nie wiem.

- Co?
- Nico.
- O co ci chodzi?
- O nic.
/kino moralnego niewiadomokuźwaczego/

- A ty ile miałeś dziewczyn z internetu?
- Parę setek.
- Chyba parę sretek.
 /Mistrzem Ciętej Riposty nadal pozostaje wujek Staszek/

Zosieńka otwarła okienko, a wojsko biało-czerwone śpi

Pierwsza część filmu ma przynajmniej jakiegoś emocjonalnego kopa, Katarzyna Herman gra fantastycznie, nawet kiedy nie ma absolutnie nic do zagrania, potrafi wycisnąć ze sceny maksimum plus jeszcze trochę, każdym mięśniem twarzy, każdym spojrzeniem oddaje dziesiątki uczuć, ale kiedy na ekranie pojawia się Tomasz Tyndyk... Przez czterdzieści minut oglądamy gościa, który wie, że ma bardzo ładne rzęsy, więc trzepocze nimi słodziutko, ale nie wie, że nie umie grać, więc... więc trzepocze rzęsami słodziutko i głosikiem wzorowego ucznia recytuje kolejne kwestie. Prawidłowo artykułuje głoski, prawidłowo akcentuje i stawia pauzy, ale na kilometr wieje od niego sztucznością i szkolną akademią. Gdyby zamienić rolami Mirosława Zbrojewicza i Tomasza Tyndyka, ten pierwszy może byłby w stanie partnerować Katarzynie Herman, a tego drugiego nawet byśmy nie zapamiętali (i słusznie). Niestety, Zbrojewicz zagrał epizod, a my musieliśmy się męczyć z aktorem o ekspresji misiów Haribo - słodkich, kolorowych i mdłych.
Na ekranie pojawiają się jeszcze Janusz Chabior (jak zwykle kazano mu grać buca i jak zwykle zagrał go dobrze) i Agata Buzek, w przypadku której jeden z recenzentów użył określenia "kunszt aktorski", choć nie wyszła poza umiejętności potrzebne w na II roku studiów. Nie, żeby nie umiała - po prostu nic więcej w jej epizodzie nie było potrzebne.

- I co?
- Nie wiem, kurwa, co!
- Tak myślałam.
Ja miałem nadzieję, że reżyser "wie, kurwa, co". Myliłem się. Ładne zdjęcia, ciekawe ujęcia - tyle zostaje. Niestety, film to nie album do postawienia na półce ani plakat do powieszenia na ścianie. 

Kobieta po przejściach, mężczyzna... znając polskie kino, niestety, z przyszłością.

Dylemat - jak połączyć twarde "szkoda czasu" z "warto zobaczyć dla świetnej gry Katarzyny Herman"? Hmm, może tak: można zobaczyć pierwsze 40 minut, ale od momentu pojawienia się słodziutkiego Patryka z zarostem oglądacie na własną odpowiedzialność/ryzyko i pamiętajcie, że ja odradzałem.


Varia
1. Muzykę napisał Leszek Możdżer. Nie razi, nie zachwyca, nie zapada.
2. Film obejrzało dotąd 1.942 widzów. Dwa razy więcej niż "Ixjanę". Tylko dwa razy więcej.
3. - ..."Tramwaj zwany pożądaniem"
    - Chce pani zagrać Blanche czy Stellę?
    - Zna pani tę sztukę?

Nie, nie zna, rzuciła dwa pierwsze imiona kobiece w nadziei, że może trafi. Scenarzyści, szanujcie-ż widza trochę...
4. Zagadka dla warszawiaków ze sprawnością "tropiciel". Katarzyna Herman i Agata Buzek rozmawiają. Gdzie?

Mała podpowiedź: ja wiem, gdzie.


============
W sypialni
2012
Czas:
80 minut
Reżyseria: Tomasz Wasilewski
Scenariusz: Tomasz Wasilewski
Obsada: Katarzyna Herman, Tomasz Tyndyk, Agata Buzek, Mirosław Zbrojewicz, Janusz Chabior i inni.
Dofinansowanie PISF: 22 799.33 zł (dofinansowanie promocji na festiwalach zagranicznych).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz